227.
Pochodzenie wartości moralnych. Egoizm jest wart tyle, ile wart jest fizjologicznie ten, kto go posiada.
Każda jednostka jest jeszcze całą linią rozwoju (a nie tylko, jak ją moralność pojmuje, czymś, co się zaczyna z chwilą narodzenia): jeśli przedstawia wznoszenie się linii człowieka, to wartość jej jest w rzeczy samej nadzwyczajna; i troska o utrzymanie i popieranie jej wzrostu może być krańcowa. Troska o obiecującą w niej przyszłość jest tym, co jednostce udanej daje takie wyjątkowe prawo do egoizmu. Jeśli przedstawia ona linię spadającą, upadek, chroniczną schorzałość, to posiada małą wartość: i prosta słuszność tego wymaga, żeby zabierała jednostkom udanym jak najmniej miejsca, siły i blasku słońca. W tym wypadku zadaniem społeczeństwa jest trzymanie egoizmu w karbach (który czasem objawia się niedorzecznie, chorobliwie, buntowniczo): wszystko jedno, czy chodzi o jednostki, czy też o całe niszczejące, marniejące warstwy ludności. Nauka i religia, nakazująca „miłość”, tłumienie przytakiwania sobie; znoszenie cierpliwie, dźwiganie, pomaganie, wzajemność w słowie i w czynie, może mieć wpośród takich warstw najwyższą wartość, nawet w oczach panujących: albowiem trzyma ona w karbach uczucia rywalizacji, ressentiment125 i zawiści, te nadto naturalne uczucia upośledzonych; pod płaszczykiem pokory i posłuszeństwa przebóstwia im nawet ich niewolnictwo, ich podleganie panowaniu, ich biedę, schorzałość, ich stanie na dole. Stąd wynika, dlaczego klasy (lub rasy) i jednostki, panujące po wszystkie czasy, utrzymywały w niewzruszonym stanie kult wyzucia się z siebie, ewangelię poniżonych, „Boga na krzyżu”.
Przewaga altruistycznej oceny wartości jest wynikiem instynktu odczuwającego wszelkie istnienie nieudane. Sąd o wartości orzeka tutaj w głębi: „ja jestem wart niewiele”: jest to tylko fizjologiczny sąd o wartości; wyraźniej: jest to uczucie niemocy, brak wielkich potwierdzających uczuć mocy (w mięśniach, nerwach, ośrodkach ruchowych). Ten sąd o wartości zostaje przełożony, zależnie od kultury tych warstw, na sąd moralny lub religijny (panowanie sądów religijnych lub moralnych jest zawsze oznaką kultury niższej): usiłuje on uzasadnić się, czerpiąc dowody ze sfer, z których pojęcie „wartość” w ogóle jest im znane. Wykład, który w mniemaniu grzesznika chrześcijańskiego daje mu możność rozumienia siebie, jest próbą uprawnienia braku mocy i pewności siebie: woli on znajdować siebie winnym niż czuć się źle daremnie: potrzeba interpretacji tego rodzaju jest sama przez się symptomatem upadku. W innych wypadkach upośledzony szuka przyczyny tego stanu nie w swojej „winie” (jak to czyni chrześcijanin), jeno w społeczeństwie: socjalista, anarchista, nihilista — istnienie swoje odczuwają oni jako coś, co ma być czyjąś winą; przez to są oni wciąż jeszcze najbliższymi krewnymi chrześcijanina, który także mniema, iż swoje czucie się źle i nieudanie lepiej zniesie, jeśli znajdzie kogoś, kogo może zrobić za to odpowiedzialnym. Instynkt zemsty i ressentiment126 ukazuje się tutaj w obu wypadkach jako środek do tego, iżby można było wytrzymać, okazuje się instynktem samozachowawczym: tak samo jak oddawanie pierwszeństwa altruistycznej teorii i praktyce. Nienawiść do egoizmu, bądź własnego (jak w chrześcijaninie), bądź cudzego (jak w socjaliście), okazuje się w ten sposób sądem o wartości przy panowaniu zemsty; a z drugiej strony roztropnością samozachowania cierpiących przez wzmożenie ich uczuć wzajemności i solidarności... Ostatecznie, jak już zaznaczono, także i owo wyładowanie ressentiment w sądzeniu, odrzucaniu, karaniu egoizmu (własnego lub cudzego) jest jeszcze instynktem samozachowawczym u upośledzonych. In summa127: kult altruizmu jest specyficzną formą egoizmu, która występuje regularnie przy pewnych warunkach fizjologicznych.
Kiedy socjalista z pięknym oburzeniem domaga się „sprawiedliwości”, „prawa”, „równych praw”, znajduje się pod naciskiem swojej niedostatecznej kultury, która nie potrafi zrozumieć, dlaczego on cierpi: a z drugiej strony sprawia on sobie tym uciechę — gdyby miał się lepiej, wystrzegałby się takich wrzasków: wtedy znalazłby sobie uciechę gdzie indziej. To samo stosuje się do chrześcijanina: „świat” jest przez niego potępiony, spotwarzony, przeklęty — nie wyłącza on i samego siebie. Ale nie jest to żadnym powodem, żeby jego wrzask brać poważnie. W obu wypadkach zawsze jeszcze jesteśmy między chorymi, którym przyjemnie wrzeszczeć i którym spotwarzanie sprawia ulgę.