229.

Oto jeszcze przykazanie, wynikające z miłości do ludzi. Są wypadki, w których dziecko byłoby zbrodnią: u chronicznie chorych i neurasteników trzeciego stopnia. Co tu robić? Zachęcać takich do czystości płciowej, dajmy na to za pomocą muzyki Parsifala, zawsze można tego spróbować. Parsifal, ten typowy idiota, sam miał nazbyt wiele powodów, żeby się nie rozmnażać. Niedogodność tkwi w tym, że pewna niezdolność do „panowania nad sobą” (niereagowania na podniety, choćby nie wiem jak małe podniety płciowe) należy właśnie do najregularniejszych następstw ogólnego wyczerpania. Zawiedziono by się w rachubie, wyobrażając sobie na przykład takiego Leopardiego jako czystego płciowo. Kapłan, moralista trudzą się tu nadaremnie; lepiej zrobi się już, posyłając do apteki. Ostatecznie społeczeństwo ma tutaj obowiązek do spełnienia: mało jest tak bezzwłocznych i zasadniczych wymagań względem niego. Społeczeństwo jako wielki mandatariusz życia odpowiada za każde chybione życie przed życiem samym — musi też ono pokutować za nie: a więc powinno mu przeszkodzić. W licznych wypadkach społeczeństwo powinno zapobiec płodzeniu: wolno mu do tego, bez względu na pochodzenie, stanowisko i inteligencję, mieć w pogotowiu najsurowsze środki przymusowe, pozbawienie wolności, a w pewnych okolicznościach i kastracje. Zakaz biblijny „nie zabijaj!” jest naiwnością w porównaniu z powagą zakazu, z jakim życie zwraca się do décadents: „nie rozmnażajcie się!”... Samo życie nie uznaje żadnej solidarności, żadnego „równego prawa” między zdrowymi a zwyrodniałymi częściami organizmu: te ostatnie trzeba wyciąć — albo całość obróci się w niwecz. Współczucie z décadents, równe prawa także i dla nieudanych — byłaby to najgłębsza niemoralność, byłaby to przeciwnaturalność sama jako moralność!