I. Wola mocy jako poznanie
260.
„Myśli się: istnieje tedy coś myślącego”: do tego sprowadza się argumentacja Kartezjusza. Lecz to znaczy wiarę swoją w pojęcie substancji uważać za „prawdziwą a priori” — albowiem, jeśli się myśli, musi istnieć coś, „co myśli”, jest po prostu sformułowaniem naszego przyzwyczajenia gramatycznego, które wszelkiej czynności przypisuje sprawcę. Krótko mówiąc, ustanawia się już tutaj postulat logiczno-metafizyczny — i nie tylko konstatuje... Drogą Kartezjusza nie dochodzi się do czegoś absolutnie pewnego, lecz tylko do pewnego faktu bardzo silnej wiary.
Jeśli się zredukuje twierdzenie do „myśli się, przeto istnieje myśl”, otrzymuje się po prostu tautologię: i właśnie tego, co jest kwestią „realności myśli”, nie porusza się wcale — w tej mianowicie formie „pozorność” myśli nie da się odrzucić. To jednak, czego chciał Kartezjusz, jest to, że myśl posiada nie tylko realność pozorną, lecz realność w sobie.
261.
Obstaję także niewzruszenie i przy fenomenalizmie świata wewnętrznego: wszystko, co dochodzi do naszej świadomości, wprzódy zostaje gruntownie dopasowane, uproszczone, zeschematyzowane, wytłumaczone — rzeczywiste zjawisko „postrzegania” wewnętrznego, związek przyczynowy między myślami, uczuciami, pożądaniami, między podmiotem i przedmiotem jest dla nas absolutnie ukryty — i, być może, po prostu fantazją. Z tym „pozornym światem wewnętrznym” postępuje się według zupełnie tych samych form i procedur, jak ze światem „zewnętrznym”. Nigdy nie natykamy się na „rzeczywistości”: przyjemność i nieprzyjemność są to późne, pochodne zjawiska intelektualne...
„Przyczynowość” wymyka się nam; przypuszczać między myślami bezpośredni związek przyczynowy, jak to czyni logika — jest to skutek najgrubszej i najniezdarniejszej obserwacji. Między dwiema myślami jest miejsce jeszcze na grę najrozmaitszych uczuć: lecz ruch ich jest zbyt szybki, dlatego zaniepoznajemy je, zaprzeczamy ich istnienia...
„Myślenie”, jak je ustalają teoretycy poznania, nie zdarza się zgoła: jest to fikcja całkiem samowolna, którą się osiąga przez wyłączenie jednego pierwiastku z procesu i odjęcie wszystkich innych, sztuczne dopasowanie gwoli zrozumiałości...
„Duch” — coś, co myśli: bodaj nawet „duch absolutny, czysty, pur” — ta koncepcja jest drugim pochodnym skutkiem błędnej samoobserwacji, wierzącej w myślenie: tutaj po pierwsze wyimaginowano akt, zgoła nie zdarzający się, „myślenie”, i następnie wyimaginowano substrat podmiotowy, w którym znajduje swe pochodzenie każdy akt tego myślenia i zresztą nic ponadto: to znaczy zarówno czynność, jak sprawca czynności są zmyślone.
262.
Nie należy szukać fenomenalizmu w miejscu niewłaściwym: nie ma nic bardziej fenomenalnego lub jaśniej: nic nie jest w takim stopniu złudzeniem, jak ten świat wewnętrzny, który obserwujemy za pomocą osławionego „zmysłu wewnętrznego”.
W takiej mierze wierzyliśmy w wolę jako w przyczynę, iż zgodnie z doświadczeniem osobistym włożyliśmy przyczynę w ogóle w to, co się dzieje (tzn. zamiar jako przyczynę tego, co się dzieje).
Sądzimy, że myśl za myślą, jak się one w nas szeregują, tworzą jakiś łańcuch przyczynowy: osobliwie logik, który rzeczywiście mówi wyłącznie o wypadkach, które się w rzeczywistości nigdy nie zdarzają, przywykł do przesądu, iż myśli są przyczyną myśli.
Sądzimy — i nawet nasi filozofowie sądzą jeszcze — że przyjemność i ból są przyczynami reakcji, że znaczenie przyjemności i bólu polega na tym, iż dają powód do reakcji. W ciągu lat tysięcy wystawiano przyjemność i unikanie nieprzyjemności jako motywy wszystkich postępków. Zastanowiwszy się cokolwiek, powinni byśmy przyznać, że wszystko miałoby taki przebieg, według ściśle tego samego łańcucha przyczyn i skutków, jak wtedy, kiedy by tych stanów „przyjemności i bólu” brak było: i wprost oszukujemy się, twierdząc, że one cokolwiek bądź wywołują: są to zjawiska towarzyszące, z całkiem inną celowością niż wywoływanie reakcji; są to już skutki w łonie rozpoczętego procesu reakcji...
In summa147: wszystko, co staje się świadomym, jest zjawiskiem końcowym, zakończeniem — i nie wywołuje nic; wszelka następczość w świadomości jest zupełnie atomistyczna. Usiłowaliśmy tedy zrozumieć świat w ujęciu odwrotnym — jak gdyby nic nie działało i nie było realnym, okrom148 myślenia, czucia, chcenia!...
263.
Gdzie istnieje pewna jedność w ugrupowaniu, ustanawiano zawsze ducha jako przyczynę tej koordynacji: ku czemu brak wszelkiej zasady. Dlaczegóż by idea jakiegoś faktu złożonego musiała być jednym z warunków tego faktu? Czemuż by fakt złożony miało poprzedzać wyobrażenie o nim?
Będziemy się strzegli, żeby nie objaśniać celowości za pomocą ducha: brak wszelkiej zasady przypisywania duchowi własności organizowania i systematyzowania. System nerwowy posiada dziedzinę o wiele rozleglejszą: świat świadomości jest jego dodatkiem. W ogólnym procesie adaptacji i systematyzowania świadomość nie gra żadnej roli.
Nic błędniejszego niż robienie ze zjawisk psychicznych i fizycznych dwóch obliczy, dwóch objaśnień jednej i tej samej substancji. Przez to nie objaśnia się nic: pojęcie „substancji” jest zupełnie nie do użytku, jeśli się chce objaśniać. Świadomość, w drugiej roli, niemal obojętna, zbyteczna, skazana, być może, na zniknięcie, na ustąpienie miejsca zupełnemu automatyzmowi.
Kiedy obserwujemy wyłącznie zjawiska wewnętrzne, można nas porównać z głuchoniemymi, odgadującymi z ruchu warg wyrazy, których nie słyszą. Ze zjawisk zmysłu wewnętrznego wnioskujemy o fenomenach widocznych i innych, które byśmy postrzegali, jeśliby nasze środki obserwacji były wystarczające.
Do tego świata wewnętrznego zbywa nam na wszelkich narządach subtelniejszych, tak iż tysiąckrotną złożoność odczuwamy jeszcze jako jedność, wynajdujemy tam przyczynowość, gdzie pozostaje dla nas niewidoczna wszelka przyczyna ruchu i zmiany — kolejność myśli, uczuć jest wszak tylko uwidocznienie jej w świadomości. Żeby ta następczość miała coś wspólnego z wiązaniem przyczynowym, jest zupełnie niewiarogodne: świadomość nie dostarcza nam nigdy przykładu przyczyny i skutku.
264.
Chybienia niezmierne:
1) bezsensowne przecenianie świadomości, z której uczyniono jedność, istotę: „ducha”, „duszę”, coś, co czuje, myśli, chce;
2) duch jako przyczyna, szczególniej wszędzie, gdzie zjawiają się celowość, system, koordynacja;
3) świadomość jako najwyższa z form osiągalnych, jako najwyższy rodzaj bytu, jako „Bóg”;
4) wola wniesiona wszędzie, gdzie jest skutek;
5) „świat prawdziwy”, jako świat duchowy, jako dostępny przez fakty świadome;
6) poznanie bezwzględnie jako zdolność świadomości, gdzie w ogóle poznanie istnieje.
Wnioski:
wszelki postęp polega na postępie w świadomości, każde cofnięcie się na pozostawaniu w nieświadomości; (stan nieświadomości uchodził za wpadnięcie w moc żądz i zmysłów — za zezwierzęcenie...);
zbliżamy się do realności, do „bytu prawdziwego” przez dialektykę; oddalamy się od niego przez instynkty, zmysły, mechanizm...;
człowieka w duchu roztopić, znaczy uczynić go Bogiem: duch, wola, dobro — to jedno;
wszelkie dobro musi pochodzić z duchowości, musi być faktem świadomym;
postęp w doskonaleniu się może być tylko postępem w stawaniu się świadomym.
265.
Fenomenalizm „świata wewnętrznego”. Odwrócenie chronologiczne, tak iż przyczyna wkracza w świadomość później niż skutek. Nauczyliśmy się, że ból bywa rzutowany na pewne miejsce ciała, chociaż nie posiada tam swego siedliska — nauczyliśmy się, że wrażenie zmysłowe, które naiwnie ustanawia się jako uwarunkowane światem zewnętrznym raczej jest uwarunkowane światem wewnętrznym: że właściwa akcja świata zewnętrznego przebiega zawsze nieświadomie... Cząstka świata zewnętrznego, którą sobie uświadamiamy, rodzi się po działaniu, wywieranym na nas przez świat zewnętrzny, następnie zostaje rzutowana jako jego „przyczyna”...
W fenomenalizmie „świata wewnętrznego” odwracamy chronologię przyczyny i skutku. Faktem zasadniczym „doświadczenia wewnętrznego” jest, że przyczyna zostaje wyimaginowana po tym, kiedy nastąpi skutek... To samo stosuje się także do następstwa myśli — poszukujemy przyczyny myśli, zanim jeszcze stała się świadoma: i wtedy występuje naprzód przyczyna, a potem jej skutki w świadomości... Nasze widzenia senne są wykładem zbioru uczuć za pomocą możliwych przyczyn: i mianowicie w ten sposób, że stan dochodzi do świadomości dopiero wtedy, kiedy wystąpił w świadomości wynaleziony łańcuch przyczynowy.
Całe „doświadczenie wewnętrzne” spoczywa na tym, że do podrażnienia ośrodków nerwowych szuka się przyczyny i wyobraża ją sobie — i że dopiero wtedy wynaleziona przyczyna występuje w świadomości: przyczyna ta w żadnym razie nie odpowiada przyczynie rzeczywistej — jest to szukanie omackiem na podstawie dawniejszych „doświadczeń wewnętrznych”, to znaczy pamięci. Pamięć jednak przechowuje także przyzwyczajenia dawnych interpretacji, to znaczy przyczynowości błędnej — tak iż „doświadczenie wewnętrzne” musi ponosić jeszcze skutki wszystkich dawniejszych fikcji przyczynowych. Nasz „świat zewnętrzny”, jaki rzutujemy co chwila, jest nierozerwalnie związany ze starymi błędami w dziedzinie przyczyn: wykładamy go za pomocą schematyzmu „rzeczy” itd.
„Doświadczenie wewnętrzne” dochodzi do naszej świadomości dopiero wtedy, kiedy znajdzie mowę zrozumiałą dla jednostki — tzn. przekład pewnego stanu w stany bardziej jej znane — „rozumieć” znaczy naiwnie po prostu: móc wyrazić coś nowego w mowie czegoś dawnego, znanego. Np. „czuję się źle” — sąd podobny każe przypuszczać wielką i spóźnioną neutralność obserwatora — człowiek naiwny mówi zawsze: to a to sprawia, że czuję się źle — niedomaganie swoje dopiero wtedy sobie wyjaśnia, kiedy widzi przyczynę, żeby czuć się źle... Nazywam to brakiem filologii; móc tekst odczytać jako tekst bez pośrednictwa interpretacji jest najpóźniejszą formą „doświadczenia wewnętrznego” — być może prawie niemożliwą...
266.
Rola „świadomości”. Jest rzeczą zasadniczą nie mylić się co do roli „świadomości”: rozwinął ją nasz stosunek ze „światem zewnętrznym”. Natomiast dyrekcja149, to jest piecza i przezorność nad harmonią funkcji cielesnych, nie dochodzi do naszej świadomości; ani również duchowe zaprowiantowanie: że ku temu istnieje instancja najwyższa, wątpić nie należy: rodzaj komitetu kierowniczego, w którym żądze zasadnicze mają głos i władzę. „Przyjemność”, „nieprzyjemność” są skinieniami z tej sfery: zarówno akt woli: nie inaczej idee.
In summa150: to, co sobie uświadamiamy, zawiera się w stosunkach przyczynowych, które przed nami są zupełnie ukryte. Następstwo myśli, uczuć, idei w świadomości wcale nie przemawia za tym, że to następstwo jest następstwem przyczynowym: lecz pozornie tak się to wydaje i to w stopniu najwyższym. Na tej pozorności ugruntowaliśmy wszystkie swoje wyobrażenia o duchu, rozumie, logice itd. (nic podobnego nie ma: są to zmyślone syntezy i jedności) i te następnie rzutowaliśmy w rzeczy, poza rzeczy!
Zwykle samą świadomość bierze się za wspólne sensorium oraz za instancję najwyższą; tymczasem jest to tylko środek udzielania się: rozwinęła się ona dzięki obcowaniu i w interesach obcowania... „Obcowanie” rozumiemy tutaj jako działanie świata zewnętrznego i konieczne przy tym z naszej strony reakcje; zarówno jak i nasze działanie na zewnątrz. Nie jest ona kierowniczką, lecz organem kierownictwa.
267.
Że między podmiotem i przedmiotem zachodzi pewien rodzaj równości: że przedmiot jest czymś, co widziane z wewnątrz byłoby podmiotem, jest to wynalazek dobroduszny, który, jak sądzę, przeżył swój czas. Miara tego, co w ogóle sobie uświadamiamy, jest bo najzupełniej zależna od najgrubszej pożyteczności uświadamiania sobie. Jakżeby ta ciasna perspektywa świadomości pozwoliła nam twierdzić o „podmiocie” i „przedmiocie” cokolwiek bądź, co by miało choćby styczność z realnością!
268.
Szacowanie wartości: „sądzę, że to a to jest tak”, jako istota „prawdy”. W ocenach wartości wyrażają się warunki zachowania się i wzrostu. Wszystkie nasze organy poznawania i zmysły rozwinęły się tylko ze względu na warunki zachowania się i wzrostu. Zaufanie do rozumu i jego kategorii, do dialektyki, a więc do wartości logiki, dowodzi tylko ich pożyteczności w życiu, stwierdzonej przez doświadczenie: nie zaś ich „prawdy”.
Że pewna ilość wiary istnieć musi; że musimy być w możności sądzenia; że nie wątpi się o żadnej z wartości zasadniczych — oto warunki uprzednie wszystkiego, co żyje i jego życia. Przeto koniecznym jest, żeby było uważane za prawdę — nie zaś, żeby coś było prawdą.
„Świat prawdziwy i świat pozorny” — przeciwieństwo to zostało sprowadzone przeze mnie do stosunków wartości. Swoje warunki zachowania się rzutowaliśmy jako atrybuty bytu w ogóle. Ponieważ w wierze swojej, żeby prosperować, musimy być stali, uczyniliśmy z tego, że świat „prawdziwy” nie zmienia się i nie staje się, lecz jest istotą.
269.
Moralność, sposób życia dowiedziony, wypróbowany przez długie doświadczenie i badanie, dochodzi w końcu do świadomości jako prawo, jako coś panującego. I przez to łączy się z nią cała grupa wartości i stanów: staje się ona czcigodną, nietykalną, świętą, prawdziwą; istotną cechą jej rozwoju jest to, że zapomina się o jej pochodzeniu... Jest to oznaką, iż stała się władczynią...
Zupełnie to samo mogło stać się z kategoriami rozumu: w wielu próbach i błądzeniach omackiem mogły dowieść swej względnej pożyteczności... Przyszła chwila, kiedy je zsumowano i uświadomiono sobie jako całość — i kiedy je nakazano, tzn. kiedy zaczęły działać rozkazująco... Odtąd uchodzić zaczęły za a priori, jako będące poza doświadczeniem, jako niedające się odrzucić. A przecież nie wyrażają one, być może, nic innego, jeno pewne zastosowanie się do celów, właściwe rasie i gatunkowi — jedynie pożyteczność ich jest ich „prawdą”.
270.
Nie masz ani „ducha”, ani rozumu, ani myślenia, ani świadomości, ani duszy, ani woli, ani prawdy: wszystko to fikcje do niczego nieprzydatne. Nie chodzi o „podmiot i przedmiot”, lecz o pewien określony gatunek zwierzęcy, któremu płuży151 tylko jakaś względna słuszność — przede wszystkim regularność postrzeżeń (iżby mógł kapitalizować swe doświadczenie)...
Poznanie pracuje jako narzędzie mocy. Jasno tedy jak na dłoni, że wzrasta z każdym przyrostem mocy...
Znaczenie „poznania”: tutaj, jak przy „dobru” lub „pięknu”, pojęcie to należy brać w ścisłym i ciasnym antropometrycznym i biologicznym znaczeniu. Żeby określony rodzaj mógł się utrzymać i wzrastać w mocy musi w swej koncepcji realności ujmować tyle rzeczy obliczalnych i stałych, żeby na nich można było skonstruować schemat jego zachowania się. Pożyteczność zachowania się — nie zaś jakaś abstrakcyjno-teoretyczna potrzeba, żeby nie być oszukiwanym — kryje się jako motyw poza rozwojem organów poznania... rozwijają się one tak, iż baczenie na nie wystarcza, żebyśmy się utrzymali. Innymi słowy: miara chęci poznawania zależy od miary wzrostu woli mocy: gatunek ogarnia tyle realności, aby ją opanować, aby ją zaprząc w służbę.
271.
Potwierdzanie i zaprzeczanie jednego i tego samego nie jest nam dane: jest to subiektywna zasada doświadczalna, nie wyraża się w tym „konieczność”, lecz tylko niemożliwość.
Jeśli, według Arystotelesa, zasada przeczenia jest najpewniejszą ze wszystkich zasad, jeśli jest ostateczną i najpierwszą, z której wywieść się dają wszystkie dowodzenia, jeśli w niej zawiera się zasada wszystkich innych aksjomatów: tym ściślej należy rozważyć, ile ona uprzednio już istniejących twierdzeń dopuszcza. Albo twierdzimy przez nią coś tyczącego się rzeczywistości, bytu, jak gdybyśmy o tym skądinąd już wiedzieli; mianowicie, że nie mogą być im przypisane atrybuty przeciwne. Albo zasada ma wyrażać, że nie powinny być przypisywane im atrybuty przeciwne. Tedy logika byłaby imperatywem nie do poznania tego, co jest prawdą, lecz do ustanowienia i dopasowania świata, któryśmy powinni uważać za prawdziwy.
Krótko mówiąc, kwestia stoi otworem152: czy aksjomaty logiczne są zgodne z rzeczywistością lub czy też są miernikami i środkami do stworzenia rzeczywistości, pojęcia „rzeczywistość” na nasz użytek?... Żeby móc twierdzić pierwsze, należałoby, jak się rzekło, znać już byt; co zgoła nie ma miejsca. Zasada ta nie zawiera przeto kryterium prawdy, lecz imperatyw w kwestii tego, co powinno uchodzić dla nas za prawdę.
Jeśli się przypuści, że nie istnieje takie A identyczne z samym sobą, jakie przypuszcza każde twierdzenie logiki (i matematyki), że A już jest pozornym, tedy już założeniem logiki byłby tylko świat pozorny. W rzeczywistości wierzymy w ową zasadę pod wpływem nieskończonego empiryzmu, który zdaje się je ustawicznie potwierdzać. „Rzecz” — oto właściwy substrat A; nasza wiara w rzeczy jest założeniem wiary w logikę. A z logiki jest jak atom rekonstrukcją „rzeczy”... Jeśli nie pojmujemy tego i czynimy z logiki kryterium bytu prawdziwego, jesteśmy już na drodze do uważania za realności wszystkich owych hipostaz: substancji, predykatu, przedmiotu, podmiotu, akcji itd.: to jest do koncypowania świata metafizycznego, to znaczy „świata prawdziwego” (ten jednak jest światem pozornym po raz wtóry...).
Najpierwotniejsze akty myślowe, potwierdzanie i przeczenie, uważanie czegoś za prawdziwe i nieuważanie czegoś za prawdziwe, o ile nie są tylko przyzwyczajeniem, lecz przypuszczają prawo wierzenia lub niewierzenia w prawdziwość czegoś, znajdują się już pod panowaniem wiary, że istnieje dla nas poznanie, że sąd w ogóle może tyczyć się prawdy — powiedziawszy krótko, że logika nie wątpi, iż może coś wypowiedzieć o prawdziwości samej w sobie (mianowicie, że nie mogą jej być przyznane atrybuty przeciwne).
Tutaj panuje gruby przesąd sensualistyczny, iż wrażenia uczą nas prawd o rzeczach — że nie mogę w tym samym czasie o tej samej rzeczy powiedzieć, iż jest twarda i miękka. (Dowód instynktowy „nie mogę odczuwać jednocześnie dwóch wrażeń różnych” jest zgoła gruby i błędny).
Zakaz formowania pojęć sprzecznych wypływa z wiary, że możemy tworzyć pojęcia, że pojęcie nie tylko oznacza istotę rzeczy, lecz ją obejmuje... W rzeczywistości logika (jak geometria i arytmetyka) stosuje się tylko do istności wyobrażonych, któreśmy stworzyli. Logika jest usiłowaniem pojęcia świata rzeczywistego według ustanowionego przez nas schematu bytu lub ściślej: uczynienia go podatnym do sformułowania, obliczenia...
272.
Nie „poznawać”, lecz schematyzować — narzucić chaosowi tyle regularności i form, ile czyni zadość naszej potrzebie praktycznej.
W kształtowaniu się rozumu, logiki, kategorii miarodajną była potrzeba: nie potrzeba „poznawania”, lecz sumaryzowania, schematyzowania w celu porozumienia się, obliczenia... (Dopasowywanie, wymyślanie podobieństw i równości — ten sam proces, który przerabia każde wrażenie zmysłowe, to jest rozwojem rozumu!). Tutaj nie była czynna „idea” preegzystująca: lecz pożyteczność, że tylko wtedy, kiedy widzimy rzeczy z gruba i jako równe, stają się one dla nas obliczalne i dostępne... Celowość rozumu jest skutkiem, nie zaś przyczyną: przy wszelkiego rodzaju innym rozumie, ku któremu istnieją ustawiczne wszczynania, życie się nie udaje — staje się nieprzejrzystym — zbyt nierównym.
Kategorie są „prawdami” tylko w tym znaczeniu, że są dla nas warunkami życia: taką samą „prawdą” warunkową jest przestrzeń Euklidesa. Ponieważ nikt nie zechce utrzymywać, iż istnieje konieczność, żeby ludzie istnieli, przeto rozum jak przestrzeń Euklidesa są tylko idiosynkrazją153 pewnych określonych gatunków zwierzęcych i to jedną obok wielu innych...
Mus subiektywny, sprawiający, że przeczyć tutaj nie możemy, jest musem biologicznym: instynkt pożyteczności wnioskowania tak, jak wnioskujemy, tkwi nam w ciele, jesteśmy niemalże tym instynktem... Jakaż naiwność jednak wyciągać stąd dowód, że przez to posiadamy „prawdę w sobie”!... To iż się przeczyć nie może, dowodzi niemożliwości, nie zaś „prawdy”.
273.
Przyjęcie bytowania jest konieczne, aby móc myśleć i wnioskować: logika operuje tylko formułami, stosującymi się do rzeczy, które pozostają niezmienne. Z tego powodu przypuszczenie to nie miałoby siły dowodu w stosunku do realności: „bytowanie” stanowi część składową naszej optyki. „Ja” jako bytujące (nie podlega stawaniu się i rozwojowi).
Zmyślony świat podmiotu, substancji, „rozumu” itd. jest konieczny — władza porządkująca, upraszczająca, fałszująca, sztucznie rozdzielająca znajduje się w nas. „Prawda” = woli opanowania różnorodności wrażeń — usegregowania zjawisk według określonych kategorii. Przy tym wychodzimy z wiary, iż rzeczy posiadają coś „samo w sobie” (uważamy zjawiska za rzeczywiste).
Charakter świata stającego się nie daje się sformułować, jest „fałszywy”, „sprzeczny ze sobą”. Poznanie i stawanie się wyłączają się. Przeto „poznanie” musi być czymś innym: poprzedzać je musi wola czynienia poznawalnym, pewien rodzaj samego stawania się musi stworzyć złudzenie bytowania.
274.
Twierdzenie pierwsze. Lżejszy sposób myślenia odnosi zwycięstwo nad cięższym; jako dogmat: simplex sigillum veri154. Dico155: że jasność dowodzi w czymkolwiek prawdy, jest dzieciństwem zupełnym...
Twierdzenie drugie. Teoria bytu, rzeczy w sobie, w ogóle samych jedności stałych jest sto razy łatwiejsza od teorii stawania się, rozwoju...
Twierdzenie trzecie. Logikę uważano za ułatwienie: za środek wyrażania się — nie zaś za prawdę... Później zaczęła działać jako prawda...
275.
Nasza optyka psychologiczna określa się przez to:
1) iż udzielanie jest konieczne; żeby zaś udzielanie było możliwe, trzeba, by coś było stałe, uproszczone, dające się ściśle określić (przede wszystkim w tak zwanym wypadku identyczności). Lecz żeby coś było możliwe do udzielenia, musi być odczuwane jako rzecz dopasowana, jako „dająca się znowu rozpoznać”. Materiał zmysłów, dopasowany przez rozsądek, zostaje sprowadzony do głównych rysów grubych, upodobniony i podsumowany pod cechy pokrewne. Tak więc: niejasność i chaos wrażenia zmysłowego zostaje niejako zlogizowana;
2) świat „zjawisk” jest światem dopasowanym, który odczuwamy jako realny. „Realność” polega na ustawicznym powracaniu tych samych, znanych, pokrewnych rzeczy, na ich charakterze zlogizowanym, na wierze, że możemy tutaj liczyć i obrachowywać;
3) przeciwieństwem tego świata zjawisk nie jest „świat prawdziwy”, lecz bezkształtny i niedający się sformułować świat chaosu wrażeń, — a więc inny rodzaj świata zjawisk, dla nas „niepoznawalny”;
4) pytanie, jakimi mogą być „rzeczy same w sobie”, zupełnie niezależnie od naszej receptywności zmysłowej i działalności umysłu, należy odeprzeć pytaniem: skądże byśmy mogli wiedzieć, że rzeczy istnieją? „Rzeczowość” stworzyliśmy dopiero my. Chodzi o to, czy by nie mogło być jeszcze wiele sposobów stworzenia takiego świata pozornego — i czy to tworzenie, logizowanie, dopasowywanie, fałszowanie nie jest samą realnością najlepiej gwarantowaną: mówiąc krótko, czy to, co „rzeczy ustanawia” nie jest jedyną realnością; i czy „działanie świata zewnętrznego na nas” nie jest tylko rezultatem takich podmiotów, obdarzonych wolą... Inne „istoty” działają na nas; nasz pozorny świat dopasowany jest dopasowaniem i zwycięstwem nad ich działaniami: rodzajem środka obrony. Jedynie podmiot daje się dowieść: hipoteza, że istnieją tylko podmioty — że „przedmiot” jest tylko rodzajem działania podmiotu na podmiot... modusem podmiotu.
276.
Parmenides mówił „nie można pomyśleć tego, czego nie ma”; my stoimy na przeciwległym krańcu i mówimy „co można pomyśleć, musi z pewnością być fikcją”.
277.
Pojęcie substancji rezultatem pojęcia podmiotu: nie zaś odwrotnie! Jeśli skwitujemy z duszy, z „podmiotu”, tedy zbraknie w ogóle warunków dla „substancji”. Zyskuje się stopnie bytowania, traci się bytowanie.
Krytyka „rzeczywistości”: do czego prowadzi „więcej lub mniej rzeczywistości”, stopniowanie bytu, w które wierzymy?
Stopień życia i mocy, jaki odczuwamy (logika i związek między przeżyciami) daje nam miarę „bytu”, „realności”, nie pozoru.
Podmiot: jest to terminologia naszej wiary w jedność najwyższego poczucia realności pośród całej rozmaitości jego momentów: wiarę tę pojmujemy jako skutek jednej przyczyny — wierzymy w swoją wiarę do tyla, że w ogóle gwoli niej wyobrażamy sobie „prawdę”, „rzeczywistość”, „substancjalność”. „Podmiot” jest fikcją, jak gdyby wiele jednakowych stanów było działaniem na nas jednego substratu: ale myśmy dopiero „jednakowość” tych stanów stworzyli; zrównanie i dopasowanie ich oto stan rzeczy, nie zaś jednakowość (tej należy raczej zaprzeczyć).
278.
Wywód psychologiczny naszej wiary w rozum. Pojęcie „realności”, „bytu” zostało zapożyczone od naszego poczucia „podmiotu”.
„Podmiot”: wyinterpretowany z nas samych, w ten sposób, że „ja” uchodzi za substancję, jako przyczyna wszelkiego działania, jako sprawca.
Postulaty logiczno-metafizyczne, wiara w substancję, akcydensy, atrybuty itd. czerpią swą siłę przekonywającą w przyzwyczajeniu zapatrywania się na wszelkie nasze działanie, jako na rezultat woli: tak iż „ja” jako substancja nie ginie w mnogości zmian. Lecz woli nie ma.
Nie posiadamy kategorii, które by nam pozwalały oddzielić „świat w sobie” od świata jako zjawiska. Wszystkie nasze kategorie rozumu są pochodzenia sensualistycznego: wywiedzione ze świata empirycznego. „Dusza”, „ja” — historia tych pojęć wykazuje, że i tutaj najdawniejszy podział („tchnienie”, „życie”)...
Jeśli nie ma nic materialnego, nie ma też nic niematerialnego. Pojęcie to nie zawiera nic więcej...
Żadnych „atomów podmiotowych”. Sfera podmiotu stale rosnąca lub zmniejszająca się, środkowy punkt systemu stale przesuwający się; w wypadku, kiedy system masy przyswojonej nie zdoła zorganizować, rozpada się ona na dwoje. Z drugiej strony może on słabszy podmiot, nie unicestwiając go, przekształcić w swego funkcjonariusza i do pewnego stopnia wraz z nim stworzyć nową jedność. Żadnej „substancji”, raczej coś, co samo przez się dąży do wzmocnienia się; i co tylko pośrednio dąży do utrzymania się (chce siebie prześcignąć).
279.
Przyczynek do „pozoru logicznego”. Pojęcie „indywiduum” i „gatunku” jednakowo błędne i tylko pozorne. „Gatunek” wyraża tylko fakt, iż w tym samym czasie występuje mnóstwo istot podobnych i że tempo wzrostu i zmiany na długo zostało zwolnione, tak iż faktyczne nieznaczne kontynuacje i przyrosty nie bardzo wchodzą w rachubę (faza rozwoju, w której rozwój nie występuje widocznie, tak iż równowaga zdaje się być osiągniętą i umożliwione błędne wyobrażenie, iż tutaj cel został osiągnięty — i że był cel rozwoju...).
Forma uchodzi za coś trwałego i przeto cennego; lecz formę myśmy tylko wynaleźli; i choćby się najczęściej „tę samą formę urzeczywistniało”, nie znaczy to, że jest to forma ta sama — lecz zjawia się zawsze coś nowego — i tylko my, którzy porównywamy, zaliczamy rzecz nową, o ile jest podobna do dawnej, do jedności „formy”. Jak gdyby typ winien być osiągniętym i niejako przewodniczył tworzeniu się i w nim był zawarty.
Forma, gatunek, prawo, idea, cel — wszędzie tutaj popełnia się ten sam błąd, iż pod fikcję podsuwa się fałszywą realność: jak gdyby to, co się dzieje, zawierało w sobie jakiekolwiek posłuszeństwo — przeprowadza się tedy sztuczny podział w tym, co się dzieje, między tym, co działa i tym, według czego działanie się kieruje, lecz owo „co” i owo „według czego” ustanawia się tylko z posłuszeństwa dla dogmatyki metafizyczno-logicznej: faktycznością żadną nie jest to wszystko.
Nie należy tego musu tworzenia pojęć, gatunków, form, celów, praw rozumieć tak, jak gdybyśmy przez to byli w stanie utrwalić świat prawdziwy; lecz jako mus dopasowania na swój użytek świata, przy którym nasza egzystencja stałaby się możliwa — przez to tworzymy świat dla siebie obliczalny, uproszczony, zrozumiały itd.
Ten sam mus istnieje w działalności zmysłów, którą podtrzymuje rozum — przez upraszczanie, pogrubianie, podkreślanie i przez zmyślanie, na czym opiera się wszelkie „rozpoznawanie”, wszelka możliwość uczynienia się zrozumiałym. Potrzeby uczyniły nasze zmysły tak dokładnymi, że „jednakowy świat zjawisk” powraca zawsze i dzięki temu przybrał pozory rzeczywistości.
Nasz mus subiektywny wierzenia w logikę wyraża tylko, że długo przedtem, zanim sama logika doszła do naszej świadomości, nie czyniliśmy nic innego, jeno to, że jej postulaty wkładaliśmy w to, co się dzieje: teraz odnajdujemy je tam — nie możemy postępować inaczej i wyobrażamy sobie teraz, że mus ten jest jakąś rękojmią „prawdy”. Myśmy to stworzyli „rzecz”, „rzecz jednakową”, podmiot, predykat, działanie, przedmiot, substancję, formę, przez to, żeśmy Bóg wie jak długo trudnili się przyrównywaniem, pogrubianiem, upraszczaniem. Świat wydaje się nam logicznym, ponieważ myśmy go uprzednio zlogizowali.
280.
Ku zwalczeniu determinizmu. Z tego, że coś zdarza się regularnie i daje obliczyć, nie wypływa, że zdarza się z konieczności. Że pewna ilość siły w każdym określonym wypadku określa się i zachowuje w jeden szczególny sposób, nie czyni jeszcze to ją „niewolną wolą”. „Konieczność mechaniczna” nie jest rzeczywistym stanem rzeczy: myśmy ją dopiero w to, co się dzieje, winterpretowali. Możliwość sformułowania tego, co się dzieje, wytłumaczyliśmy jako rezultat panującej nad tym, co się dzieje, konieczności. Lecz z tego, iż czynię coś określonego, nie wypływa zgoła, że czynię to zmuszony. Przymus całkiem nie daje się wykazać w rzeczach: reguła dowodzi tylko, że jedno i to samo dzianie się, nie jest dzianiem się innym. Dopiero przez to, że w rzeczy wmówiliśmy podmioty, „sprawców”, powstaje pozór, że wszystko, co się dzieje, jest rezultatem przymusu wywieranego na podmioty — wywieranego przez kogo? Znowu przez „sprawcę”. Przyczyna i skutek — pojęcia niebezpieczne, póki się myśli o czymś, co jest przyczyną i o czymś, na co się działa.
a) Konieczność nie jest stanem rzeczy, lecz interpretacją.
b) Jeśli się pojęło, że „podmiot” nie jest czymś, co działa, lecz fikcją, wypływa stąd wiele.
Na wzór podmiotu wynaleźliśmy rzeczowość i wprowadziliśmy jako interpretację w zamieszanie wrażeń. Jeżeli przestajemy wierzyć w podmiot działający, upada wtedy wiara w rzeczy działające, w oddziaływanie wzajemne, w przyczynę i skutek między owymi fenomenami, które nazywamy rzeczami.
Upada wtedy również naturalnie świat atomów działających: których istnienie przypuszczamy, wychodząc z założenia, iż potrzebujemy podmiotów.
Upada także w końcu „rzecz sama w sobie”: ponieważ jest to w gruncie koncepcja „podmiotu samego w sobie”. Lecz pojęliśmy, że podmiot jest fikcją. Przeciwieństwo między „rzeczą samą w sobie” i „zjawiskiem” nie daje się utrzymać; z tym jednak upada też pojęcie „zjawiska”.
c) Jeśli odstąpimy od podmiotu działającego, tedy odstępujemy także od przedmiotu, na który się działa. Trwanie, równość z samym sobą, byt nie są nieodłączne ani od tego, co nazywa się podmiotem, ani od tego, co nazywa się przedmiotem: są to kompleksy pewnego przebiegu zjawiska ze względu na inne kompleksy pozornie trwałe — więc np. różnią się tempem tego, co się dzieje (spokój — ruch, stały — sypki: wszystko to przeciwieństwa nie istniejące same przez się i wyrażające rzeczywiście tylko stopnie różności, lecz wydające się przeciwieństwami tylko wobec pewnej miary optycznej. Nie ma przeciwieństw: pojęcie przeciwieństwa czerpiemy tylko z logiki — stamtąd też na rzeczy fałszywie przeniesione zostało).
d) Poniechawszy pojęcia „podmiotu” i „przedmiotu”, odstępujemy zarazem od pojęcia „substancji” — i tym samym od jej modyfikacji rozmaitych, na przykład „materii”, „ducha” i innych istot hipotetycznych, „wieczności i niezmienności materii” itd. Pozbywamy się materialistyczności.
Mówiąc słowami moralności, świat jest fałszywy. Lecz o ile moralność sama jest częścią tego świata, moralność jest fałszywa.
Wola prawdy jest ustalaniem, uwiarygodnianiem, utrwalaniem, usuwaniem sprzed oczu owego charakteru fałszywego, transponowaniem go na bytowanie. „Prawda” tedy nie jest czymś, co się znajduje i co by można było wynaleźć i odkryć — lecz czymś, co trzeba stworzyć, co służy jako nazwa dla procesu, bardziej jeszcze dla woli opanowania, która sama przez się nie ma końca: jest wkładaniem prawdy, jako processus in infinitum jako określenie czynne — nie zaś uświadamianiem sobie czegoś, co by samo przez się miało być stałym i określonym. Jest to wyraz dla „woli mocy”.
Życie opiera się na założeniu, że istnieje wiara w rzeczy trwałe i regularnie powracające; im potężniejsze życie, tym szerszy musi być świat, dający się odgadnąć, świat, który niejako czynimy istniejącym. Logizowanie, racjonalizowanie, schematyzowanie środkami pomocniczymi życia.
Człowiek rzutuje swój popęd do prawdy, swój „cel” w pewnym znaczeniu poza siebie jako świat bytujący, jako świat metafizyczny, jako „rzecz samą w sobie”, jako świat już obecny. Jego potrzeba twórcy komponuje już świat, nad którym on pracuje, antycypuje go; to antycypowanie (ta „wiara” w prawdę) jest jego podporą.
Wszystko, co się dzieje, wszelki ruch, wszelkie stawanie się stwierdzeniem stosunków stopni i siły, walką...
„Dobro indywiduum” jest również fikcyjne jak „dobro gatunku”: nie poświęca się pierwszego drugiemu, gatunek, rozważany z oddalenia, jest czymś równie płynnym jak indywiduum. „Zachowanie gatunku” jest tylko rezultatem wzrostu gatunku, to znaczy przezwyciężeniem gatunku na drodze do rodzaju silniejszego.
Skoro wyobrażamy sobie kogoś, kto jest odpowiedzialny za to, że jesteśmy tym a tym itd. (Boga, naturę), a więc przypisujemy mu swoją egzystencję, swoje szczęście i niedolę jako zamiar, psujemy sobie niewinność stawania się. Posiadamy wtedy kogoś, który przez nas i z nami chce coś osiągnąć.
Że pozorna „celowość” („celowość nieskończenie przewyższająca wszelką sztukę ludzką”) jest jedynie rezultatem owej we wszystkim, co się dzieje, odzwierciadlającej się woli mocy — że stawanie się silniejszym przynosi z sobą porządki, podobne do zarysu celowości — że cele pozorne nie leżą w zamiarach, lecz że skoro zostaje osiągnięta przewaga nad mniej znaczną mocą i ta ostatnia zaczyna pracować jako funkcja pierwszej, porządek hierarchiczny, zorganizowany musi wywołać pozór porządku, opartego na środkach i celach.
Przeciw pozornej „konieczności”: jest ona jedynie wyrazem tego, że siła nie jest zarazem czymś innym.
Przeciw pozornej „celowości”: ta wyrazem tylko dla porządku sfer potęg i wzajemnego oddziaływania.
Ścisłość logiczna, przejrzystość jako kryterium prawdy („omne illud verum est, quod clare et distincte percipitur156” Kartezjusz): to czyni mechaniczną hipotezę świata pożądaną i wiarogodną.
Lecz jest to grube pomieszanie pojęć: jak simplex sigillum veri. Skąd wiemy, iż prawdziwa własność rzeczy znajduje się w tym stosunku do naszego intelektu? Czy by nie było inaczej? Że hipoteza, dająca mu najwięcej poczucia mocy i pewności, przezeń najbardziej jest wyróżniana, ceniona, a skutkiem tego oznaczana też jako prawdziwa? Intelekt ustanawia swą najswobodniejszą i najsilniejszą władzę i moc jako kryterium rzeczy najcenniejszych, a przeto prawdziwych...
„Prawdziwe”: ze strony uczucia — co uczucie najsilniej pobudza („ja”);
ze strony myślenia — co udziela myśleniu największego poczucia siły;
ze strony dotyku, wzroku, słuchu — co zmusza do największego oporu.
Tak więc najwyższe stopnie wydajności wzbudzają w przedmiocie wiarę w jego „prawdziwość”, to znaczy rzeczywistość. Poczucie siły, walki, oporu przekonywa do tego, że coś istnieje, czemu tutaj opór się stawia.
281.
Historia metody naukowej, rozumiana przez A. Comte’a niemal jak sama filozofia. Stwierdzenie między „prawdziwym” i „nieprawdziwym”, w ogóle stanu rzeczy jest z gruntu różne od twórczego ustanawiania, tworzenia, kształtowania, pokonywania, chcenia, jak to leży w istocie filozofii. Wprowadzenie znaczenia — zadanie to zostaje bezwarunkowo wciąż jeszcze do spełnienia, jeśli przyjmiemy, że żadne znaczenie w tym się nie kryje. Tak się rzecz ma z dźwiękami, lecz także z losami narodów: zdolne one są do najrozmaitszych interpretacji i kierunków pod względem celów rozmaitych. Wyższym jeszcze stopniem jest ustanowienie celu i formowanie faktów ze względu na ten cel: a więc interpretacja czynu, a nie tylko przepoetyzowywanie pojęć.
282.
Wzrost „udawania” w miarę wznoszenia się hierarchii istot. W świecie nieorganicznym zdaje się go nie być wcale, w świecie organicznym zaczyna się chytrość; rośliny są już w niej mistrzyniami. Najwięksi ludzie jak Cezar, Napoleon (słowa Stendhala o nim), również rasy wyższe (Włosi), Grecy (Odyseusz); przebiegłość związana jest z istotą wznoszenia się człowieka... Problemat aktora. Mój ideał dionizyjski... Optyka wszystkich funkcji organicznych, wszystkich najsilniejszych instynktów życiowych: siła pragnąca błędu we wszelkim życiu; błąd jako założenie myślenia nawet. Zanim się „myślało”, musiano wprzód „komponować”; dopasowywanie faktów do identyczności, do pozoru jednakowości jest pierwotniejsze niż rozpoznawanie identyczności.
283.
W świecie, z istoty swej fałszywym, prawdziwość byłaby tendencją przeciw naturze: tego rodzaju tendencja mogłaby mieć tylko sens jako środek do szczególnej, wyższej potęgi fałszu. Żeby świat prawdziwy i bytujący mógł być wyobrażony, trzeba było stworzyć uprzednio człowieka prawego (z tym jednak, żeby się on za „prawego” uważał).
Prosty, przejrzysty, nieprzeczący sobie, trwały, zawsze równy sobie, bez fałd, wolt, zasłon, form: człowiek tego rodzaju koncypuje świat bytu jako „Boga” według swego obrazu.
Żeby prawość stała się możliwa, cała sfera człowieka musi być bardzo schludna, mała i szanowna: trzeba, żeby korzyści w jakimkolwiek znaczeniu znajdowały się po stronie prawego. Kłamstwo, podstęp, udawanie musiałyby wzbudzać zdumienie...
284.
Wartości moralne w samej teorii poznania:
ufność w rozumie — czemu nie nieufność? „Świat prawdziwy” ma być dobrym — czemu? Pozór, zmiana, sprzeczność, walka oceniane jako mimowolne: pragnienie świata, w którym tego wszystkiego nie ma;
wynaleziono świat transcendentny, żeby pozostało miejsce dla „wolności moralnej” (u Kanta);
dialektyka jako droga do cnoty (u Platona i Sokratesa: oczywiście, ponieważ sofistyka uchodziła za drogę do niemoralności);
czas i przestrzeń pojmowane idealnie: wskutek tego „jedność” w istocie rzeczy, wskutek tego żadnego „grzechu”, żadnego „zła”, żadnej niedoskonałości — usprawiedliwienie Boga;
Epikur neguje możliwość poznania: ażeby zachować wartości moralne (względnie: hedonistyczne) jako wartości najwyższe. To samo czyni Augustyn, później Pascal („rozum zepsuty”) na korzyść wartości chrześcijańskich;
pogarda Descartes’a dla wszystkiego, co zmienne; podobnie pogarda Spinozy.
285.
A. Człowiek szuka „prawdy”: świata, który sobie nie przeczy, nie łudzi, nie zmienia się, świata prawdziwego — świata, w którym się nie cierpi: sprzeczność, złudzenie, zmiana — przyczyny cierpienia! Nie wątpi on, że istnieje świat taki, jak być powinien; chciałby sobie wynaleźć drogę do niego. Skąd się bierze tutaj w człowieku pojęcie realności? Czemu wywodzi cierpienie właśnie ze zmiany, złudzenia, sprzeczności? I czemu raczej nie swoje szczęście?...
Pogarda, nienawiść dla wszystkiego, co znikome, zmienne, przekształcające się — skąd to cenienie tego, co trwale? Widoczna, że tutaj wola prawdy jest tylko dążeniem do świata trwałości.
Zmysły zwodzą, rozum koryguje błędy: stąd wniosek, konkluduje się, iż rozum jest drogą do trwałości; idee najmniej zmysłowe muszą być najbliższe „świata prawdziwego”. Zmysły sprowadzają najczęstsze ciosy niedoli — one są oszustami, bałamucicielami, niszczycielami.
Szczęście może znajdować rękojmię tylko w tym, co istnieje: zmiana i szczęście wyłączają się wzajemnie. Najwyższe więc pragnienie zmierza do zjednoczenia się z bytem. Oto formuła na drogę do najwyższego szczęścia.
In summa157: świat taki, jakim być powinien, egzystuje; ten świat, w którym żyjemy, jest błędem — ten nasz świat egzystować nie powinien.
Wiara w bytowanie okazuje się tylko skutkiem: właściwym primum mobile jest niewiara względem tego, co się staje, nieufność względem tego, co się staje, lekceważenie wszystkiego, co się staje...
Jaki typ człowieka rozumuje w ten sposób? Typ nieproduktywny, typ cierpiący, typ znużony życiem. Jeśli wyobrazimy sobie przeciwny typ człowieka, nie będzie on potrzebował wiary w bytowanie: więcej jeszcze, gardziłby nim, jako martwym, nudnym, obojętnym...
Wiara, że świat, który być powinien, jest, egzystuje rzeczywiście, jest wiarą nieproduktywnych, którzy nie chcą świata stworzyć, jakim on być powinien. Przypuszczają, że już jest obecny, szukają środków i dróg, żeby dotrzeć do niego. „Wola prawdy” — jako niemoc woli tworzenia.
Antagonizm w stopniach siły naturalnej:
rozeznać, że coś jest tak a tak;
sprawić, żeby coś było tak a tak.
Fikcja świata odpowiadającego naszym życzeniom; wybiegi i interpretacje psychologiczne, żeby wszystko, co czcimy i odczuwamy jako przyjemność, nawiązać do tego świata prawdziwego.
„Wola prawdy” na tym stopniu jest zasadniczo sztuką interpretacji, do czego w każdym razie potrzebna jeszcze siła interpretacji.
Ta sama odmiana człowieka, o stopień jeszcze uboższa, nie posiadająca już siły interpretowania, tworzenia fikcji, czyni nihilistę. Nihilista jest to człowiek, który sądzi o świecie, jaki jest, że być nie powinien, a o świecie, jaki być powinien, że nie egzystuje. Przeto istnienie, postępowanie, cierpienie, chcenie, czucie nie ma sensu: patos „daremnie!” jest patosem nihilistycznym — przy tym jeszcze jako patos niekonsekwencją nihilisty.
Kto nie zdolen woli swojej kłaść w rzeczy, ten, kto jest bez woli i siły, ten wkłada w nie przynajmniej sens, tzn. wiarę, że wola się w nich już znajduje.
Jest to miarą siły woli, jak dalece można się obejść bez sensu w rzeczach, jak dalece można znosić życie w świecie bez sensu: ponieważ małą cząstkę jego organizuje się samemu.
Posiadanie więc obiektywnego poglądu filozoficznego może być oznaką ubóstwa woli i siły. Albowiem siła organizuje rzeczy bliskie i najbliższe; „poznający”, którzy pragną tylko stwierdzać, co jest, są to tacy, którzy nie mogą ustanawiać, jak być powinno.
Artyści, rodzaj pośredni: ustanawiają przynajmniej symbole tego, co być powinno — są produktywni, o ile rzeczywiście zmieniają i przekształcają; nie jak poznający, którzy pozostawiają wszystko, jak jest.
Związek między filozofami i religiami pesymistycznymi: ta sama odmiana człowieka (nadają najwyższy stopień rzeczywistości rzeczom najwyżej cenionym).
Związek między filozofami a ludźmi moralnymi i ich miarami wartości (moralny wykład świata jako jego sens: po zaniku sensu religijnego).
Przezwyciężenie filozofów przez zniweczenie świata bytującego: okres pośredni nihilizmu: zanim zjawi się siła do odwrócenia wartości, do ubóstwienia i zaaprobowania świata, który się staje, świata pozornego, jako świata jedynego.
B. Nihilizm jako zjawisko normalne może być symptomatem wzrastającej mocy lub wzrastającej słabości:
z jednej strony, że siła tworzenia, chcenia tak wzrosła, iż nie potrzebuje już tej interpretacji ogólnej i wkładania znaczenia („zadania bliższe”, państwo itd.);
z drugiej strony, że siła twórcza, budująca byt, słabnie i rozczarowanie staje się stanem panującym. Niezdolność do wiary w „byt”, „niewiara”.
Co oznacza nauka w stosunku do obydwóch możliwości?
1) Jest ona albo oznaką mocy i panowania nad sobą, możliwości obywania się bez uzdrawiających, kojących światów iluzji;
2) albo też działa podkopująco, dysekująco, pozbawia złudzeń i osłabia.
C. Wiara w prawdę, potrzeba oparcia się na czymś, co się uważa za prawdziwe: redukcja psychologiczna, niezależnie od wszelkich dotychczasowych uczuć wartości. Bojaźń, lenistwo.
Podobnież niewiara: redukcją. O ile nabiera ona nowej wartości, jeśli świat prawdziwy zupełnie nie istnieje (przez to stają się znowu wolne uczucia wartości, które dotychczas marnotrawiono na świat bytujący).
286.
Na tym, co się staje, wycisnąć charakter bytu — oto najwyższa wola mocy. Podwójne fałszerstwo, wypływające ze zmysłów i wypływające z ducha, żeby zachować świat bytujący, trwały, rzeczy równoważnych itd.
Iż wszystko powraca, jest najwyższym przybliżeniem świata stającego się do świata bytującego: szczytem rozważania.
Z wartości przypisywanych bytowi wypływa potępienie tego i niezadowolenie z tego, co się staje: potem, kiedy taki świat bytujący został wynaleziony uprzednio.
Metamorfozy bytowania (ciało, Bóg, idee, prawa natury, formuły itd.). „Bytowanie” jako pozór; odwrócenie wartości: pozór był tym, co nadaje wartość. Poznanie samo w sobie w stawaniu się niemożliwe; jakże więc poznawanie jest możliwe? Jako błąd o sobie samym, jako wola mocy, jako wola ułudy. Stawanie się jako wynajdywanie, chcenie, zaprzeczanie siebie, przezwyciężanie samego siebie: nie ma podmiotu, tylko czyn, ustanawianie, twórcze, nie ma „przyczyn i skutków”. Sztuka jako wola przezwyciężenia stawania się, jako „uwiecznianie”, lecz krótkowzroczna, zależnie od perspektywy: powtarzająca niejako w małych rozmiarach tendencję całości.
Wszystko, co wykazuje życie, należy rozważać jako zredukowaną formułę tendencji ogólnej: stąd nowe ustalenie pojęcia „życia” jako woli mocy.
Zamiast „przyczyna i skutek” walka wzajemna w stawaniu się, często z pochłonięciem przeciwnika; nie ma liczby stałej w tym, co się staje.
287.
Do psychologii metafizyki. Świat ten jest pozorny: przeto istnieje świat prawdziwy; świat ten jest warunkowy: przeto istnieje świat absolutny; świat ten jest pełen sprzeczności: przeto istnieje świat, pozbawiony sprzeczności; świat ten staje się: przeto istnieje świat bytujący — same wnioski błędne (ślepe zaufanie do rozumu: jeśli istnieje A, tedy musi być pojęcie B, będące przeciwieństwem jego). Cierpienie inspiruje te wnioski: w gruncie są to życzenia, żeby świat taki istniał; również wyraża się nienawiść dla świata, który zmusza cierpieć, w tym, iż imaginuje się sobie inny, cenniejszy: tutaj ressentiment158 metafizyków względem rzeczywistości jest twórcze.
Drugi szereg pytań: „po co cierpienie?”...
i stąd wypływa wniosek o stosunku świata prawdziwego do naszego świata pozornego, zmiennego, cierpiącego, pełnego sprzeczności: 1) cierpienie jako skutek błędu: w jaki sposób błąd jest możliwy? 2) cierpienie jako skutek winy: w jaki sposób wina jest możliwa? (Same doświadczenia ze sfery przyrodzonej lub społecznej rozciągnięto na wszechświat i rzutowano w „samego siebie”). Jeśli jednak świat warunkowy znajduje się w stosunku przyczynowym do świata absolutnego, tedy i wolność błądzenia i popełniania winy musi być również uwarunkowana przezeń: i zjawia się znowu pytanie „po co?”... Świata błędu, stawania się, sprzeczności, cierpienia pragnie się więc: „po co?”.
Wada tego sylogizmu: tworzy się dwa przeciwne pojęcia — ponieważ jednemu z nich odpowiada realność, „musi” też i drugiemu odpowiadać realność. „Inaczej skąd by posiadało się pojęcie przeciwne?” — Rozum tedy jest źródłem objawienia tego, co „istnieje samo w sobie”.
Lecz pochodzenie tych antynomii nie koniecznie musi być sprowadzone do nadprzyrodzonego źródła rozumu: wystarcza przeciwstawienie prawdziwej genezy pojęć: ta pochodzi ze sfery praktycznej, ze sfery użyteczności i dlatego właśnie budzi silną wiarę (ginie się, jeśli się nie wnioskuje zgodnie z tym rozumem: lecz tym jeszcze nie jest „dowiedzione” to, co on twierdzi).
Zaprzątanie się metafizyków cierpieniem jest całkiem naiwne. „Wieczna błogość”: nonsens psychologiczny. Ludzie dzielni i twórczy nie uznają nigdy przyjemności i cierpienia jako ostatecznych zagadnień wartości — są to stany towarzyszące: trzeba chcieć obojga, jeśli się pragnie osiągnąć cośkolwiek. W tym, iż metafizycy widzą na pierwszym planie zagadnienia przyjemności i cierpienia, wyraża się coś znużonego i chorego. Immoralność posiada dla nich tylko dlatego taką wagę, ponieważ uchodzi za zasadniczy warunek ze względu na usunięcie cierpienia.
Tak samo zaprzątanie się pozorem i błędem: przyczyną cierpienia, przesąd, iż szczęście jest związane z prawdą (pomieszanie: szczęście w „pewności”, w „wierze”).
288. Pochodzenie „świata prawdziwego”
Błądzenia filozofii opierają się na tym, że zamiast widzieć w logice i kategoriach rozumu środki dopasowywania świata do celów użyteczności (więc „zasadniczo” do użytecznego fałszowania), sądzi ona, iż posiada w nich kryterium prawdy, resp. realności. „Kryterium prawdy” był to właściwie pożytek biologiczny takiego zasadniczego systemu fałszowania: i ponieważ każdy gatunek zwierzęcy nie zna nic ważniejszego nad zachowanie siebie, można więc tedy rzeczywiście mówić tutaj o „prawdzie”. Naiwnością było tylko brać idiosynkrazję159 antropocentryczną za miarę rzeczy, za linię demarkacyjną między tym, co „realne” i „nierealne”: mówiąc krótko, zabsolutyzowanie tego, co jest względne. I oto teraz nagle rozpada się świat na „prawdziwy” i „pozorny”: i właśnie ten świat, dla którego człowiek wynalazł swój rozum, żeby w nim żyć i urządzić się, właśnie ten sam dyskredytuje mu się. Zamiast zużyć formy jako narzędzia do uczynienia świata poręcznym i ulegającym obrachowaniu, filozofom zachciało się wykryć, że w tych kategoriach zawiera się pojęcie owego świata, któremu świat inny, ten, w którym się żyje, nie odpowiada... Źle zrozumiano środki, jako miary wartości, nawet jako potępienie zamiaru...
Zamiarem było to, żeby się łudzić w sposób pożyteczny: środkiem do tego celu wywalczenie formuł i znaków, za pomocą których wielość zawrotną sprowadzano do celowego i poręcznego schematu.
Lecz niestety! Teraz wprowadzono w grę kategorię moralną: żadna istota nie chce się mylić, żadna istota nie powinna się mylić — przeto istnieje tylko wola prawdy. Czym jest „prawda”?
Antynomia posłużyła za schemat: świat prawdziwy, do którego się szuka drogi, nie może być w sprzeczności z sobą, nie może się zmieniać, nie może się stawać, nie ma początku ani końca.
Oto największy błąd, jaki popełniono, prawdziwy fatalizm błędu na ziemi: sądzono, iż w formach rozumu posiada się kryterium realności — podczas kiedy posiadano je tylko do zapanowania nad realnością, żeby w sposób rozsądny realność zrozumieć błędnie...
I oto świat staje się fałszywy i ściśle wskutek własności, które stanowią jego realność, wskutek zmiany, stawania się, wielości, przeciwieństw, sprzeczności, wojen. Odtąd cały fatalizm polegał na tym:
1) w jaki sposób pozbyć się świata fałszywego, tylko pozornego (był to świat rzeczywisty, jedyny);
2) w jaki sposób człowiek staje się sam przeciwieństwem jak największym charakteru świata pozornego? (Pojęcie istoty doskonałej jako przeciwieństwa jakiejkolwiek istoty realnej, jako sprzeczność z życiem...).
Cały kierunek wartości zmierzał do oczernienia życia; wytworzono pomieszanie między dogmatyzmem realnym a poznaniem w ogóle: tak iż partia przeciwna zaczęła też nienawidzić nauki.
W ten sposób droga do nauki została zatamowana podwójnie: po pierwsze przez wiarę w świat „prawdziwy” i następnie przez przeciwników tej wiary. Nauki przyrodnicze, fizjologia zostały 1) co do swych przedmiotów potępione, 2) obrane z korzyści...
W świecie rzeczywistym, gdzie bezwzględnie wszystko się wiąże i warunkuje, cośkolwiek potępić i usunąć z myśli, znaczy usunąć i potępić wszystko. Wyrażenia „to być nie powinno”, „to tak być nie było powinno” są farsą... Wyobrażając sobie konsekwencje, tamowałoby się źródło życia, chcąc usunąć to, co w jakimkolwiek znaczeniu jest szkodliwe, rujnujące. Fizjologia wykazuje to przecież lepiej!
Widzimy, jak moralność a) zatruwa zupełnie pojmowanie świata, b) odcina drogę do poznania, do nauki, c) wszystkie instynkty rzeczywiste rozprzęga i podkopuje (pouczając, że korzenie należy odczuwać jako niemoralne).
Widzimy, jak pracuje oto straszliwe narzędzie décadence, przybierając imię i pozy najświętsze.