II. Nowa hierarchia
386.
Silni przyszłości. Co osiągał tu i ówdzie po części docisk konieczności, po części przypadek, warunki do wytworzenia rasy silniejszej: to możemy obecnie pojąć i chcieć tego naukowo: możemy tworzyć warunki, w których podobne wzmożenie daje się urzeczywistnić.
Dotychczas „wychowanie” miało na oku pożytek społeczeństwa: nie jak największy pożytek przyszłości, lecz pożytek społeczeństwa, istniejącego w danej chwili. Chciano mieć „narzędzia” dla niego. Przypuściwszy większe bogactwo sił, można by wyobrazić sobie pewne uszczuplenie tych sił, których celem nie byłby bezpośredni pożytek społeczeństwa, lecz przyszłości.
Tym bardziej postawienie takiego zadania byłoby potrzebne, im bardziej pojmuje się, jak dalece obecna forma społeczeństwa ulega tak silnym przemianom, iż kiedykolwiek nie będzie mogła istnieć gwoli sobie samej: lecz tylko jako środek w rękach rasy silniejszej.
Wzrastające skarlenie człowieka jest właśnie bodźcem do myślenia o hodowli rasy silniejszej: która by miała właśnie nadmiar tego, w czym species skarlała staje się słabą i coraz słabszą (wola, odpowiedzialność, pewność siebie, możność stawiania sobie celu).
Środki byłyby te, których naucza historia: izolowanie przez stworzenie interesów samozachowawczych odwrotnych od przeciętnie dziś panujących; wćwiczenie w odwrotnym szacowaniu wartości; dystans jako patos; wolność sumienia wobec tego, co dziś jest najniżej cenione i najbardziej zakazane.
Niwelacja Europejczyka jest wielkim procesem, którego zahamować nie można: trzeba go jeszcze przyśpieszyć. W tym celu koniecznością jest rozwarcie przepaści, dystans, hierarchia: zgoła zaś nie jest koniecznością zwolnienie tego procesu.
Species zniwelowana, skoro jest osiągnięta, wymaga usprawiedliwienia: leży ono w służeniu wyższej rasie udzielnej, która się na niej wspiera i dopiero po niej może się podnieść do swego zadania. Nie tylko rasie panów, której zadanie tym się wyczerpuje, żeby rządzić: lecz rasie, posiadającej własną sferę życiową, obdarzonej nadmiarem sił dla piękna, męstwa, kultury, manier, i to sięgających aż w dziedzinę ducha; rasie przytakującej, która może pozwolić sobie na wszelki zbytek — dość silnej, żeby nie potrzebować tyranii imperatywu cnót, dość bogatej, żeby nie potrzebować oszczędności i pedanterii, rasie poza dobrem i złem; roślin szczególnych i wyszukanych.
387.
Zmalenie człowieka musi długo uchodzić za cel jedyny: ponieważ wpierw trzeba stworzyć szeroki fundament, żeby silniejsza rasa człowieka mogła na nim stanąć. (O ile dotychczas każdy rodzaj człowieka silniejszego stał na poziomie niższego).
388.
Czasowa przewaga społecznych uczuć wartości jest zrozumiała i pożyteczna: chodzi o wzniesienie podstawy, na której w końcu możliwy jest gatunek silniejszy. Miara siły: móc żyć pod panowaniem odwróconych wartości i pragnąć ich wiecznego powracania. Państwo i społeczeństwo jako podstawa: wszechświatowo ekonomiczny punkt widzenia, wychowanie jako hodowla.
389. Dlaczego słabi zwyciężają
In summa213: chorzy i słabi posiadają więcej współczucia, są „bardziej ludzcy” — chorzy i słabi mają więcej ducha, są bardziej zmienni, złożeni i zajmujący — złośliwi: tylko chorzy mogli wynaleźć złośliwość. (Chorobliwa dojrzałość przedwczesna pospolita u rachityków, skrofulików i suchotników.) Esprit: własnością ras późnych: Żydów, Francuzów, Chińczyków. (Antysemici nie mogą darować Żydom, że Żydzi posiadają „ducha” — i pieniądz. Antysemici — miano „wydziedziczonych”.)
Chorzy i słabi mieli za sobą fascynację: są bardziej interesujący niż zdrowi: szaleniec i święty — dwa najbardziej interesujące typy człowieka... w ścisłym pokrewieństwie „geniusz”. Wielcy „awanturnicy i przestępcy”, i wszyscy ludzie, najzdrowsi przede wszystkim, w pewnych okresach swego życia są chorzy: wielkim poruszeniom ducha, namiętności mocy, miłości, zemście towarzyszą głębokie zaburzenia... A co się tyczy décadence, to wykazuje ją każdy człowiek, który umiera nie za wcześnie, w każdym niemal znaczeniu: zna więc też i instynkty jej właściwe z doświadczenia: niemal w ciągu połowy życia każdy człowiek jest décadent.
W końcu: kobieta! Połowa ludzkości jest słaba, typowo chora, zmienna, niestała — kobieta potrzebuje tęgości, żeby się jej uczepić i religii słabości, która ją gloryfikuje niby bóstwo, iż jest słabą, iż kocha, iż jest pokorna — lub lepiej, silnych czyni słabymi — panuje, jeśli się uda pokonać silnych. Kobieta zawsze konspirowała z typami décadence, z kapłanami przeciw „potężnym”, „silnym”, mężczyznom. Kobieta wyłącza dzieci dla kultu pietyzmu, współczucia, miłości: matka reprezentuje przekonywająco altruizm...
W końcu: wzrastająca cywilizacja, która z konieczności przynosi też z sobą przyrost pierwiastków chorobliwych, neuro-psychiatrycznych i kryminalistycznych. Powstaje species pośrednia, artysta, od kryminalności czynu oddzielony słabością woli i lękliwością socjalną, niedojrzały również jeszcze do domu obłąkanych, lecz swymi mackami z ciekawością sięgający w sfery obydwie: ta specyficzna roślina cywilizacyjna, nowoczesny artysta, malarz, muzyk, przede wszystkim powieściopisarz, używający do scharakteryzowania swego rodzaju bardzo niewłaściwego terminu „naturalizm”... Liczba obłąkanych, przestępców i „naturalistów” wzrasta: oznaka rosnącej i gwałtownie śpieszącej naprzód cywilizacji — tzn. że braki, odpadki, wydzieliny nabierają znaczenia — cofanie się dotrzymuje kroku...
W końcu: społeczna mieszanina, skutek Rewolucji, ustanowienie równouprawnienia, przesądu „równości ludzi”. Przy tym mieszają się przedstawiciele instynktów upadku (ressentiment214, niezadowolenia, popędu niszczycielskiego, anarchizmu i nihilizmu) z instynktami niewolniczymi, instynktami tchórzostwa, przebiegłości i nikczemności warstw długo utrzymywanych u spodu ze krwią wszystkich stanów: dwa, trzy pokolenia przeminą, a rasy poznać nie można — wszystko stanie się plebsem. Z tego rodzi się instynkt powszechny przeciw wyborowi, przeciw przywilejom wszelkiego rodzaju, instynkt tak potężny i pewny, nieugięty, okrutny w praktyce, iż w rzeczywistości poddają mu się rychło nawet uprzywilejowani. To, co chce posiadać jeszcze moc, schlebia plebsowi, pracuje z plebsem, musi mieć plebs po swej stronie — „geniusze” przede wszystkim: stają się heroldami uczuć, które entuzjazmują tłumy — nuta współczucia, cześć nawet dla wszystkiego, co cierpi, żyje w poniżeniu, wzgardzie, prześladowaniu, rozbrzmiewa ponad wszystkimi innymi nutami (typy: Victor Hugo i Ryszard Wagner). Wyniesienie plebsu oznacza wyniesienie raz jeszcze starych wartości...
W ruchu tak krańcowym pod względem tempa i środków, jakim jest nasza cywilizacja, zmienia się środek ciężkości ludzi: tych ludzi, na których najbardziej zależy, na których niejako spoczywa wielkie niebezpieczeństwo skompensowania takiego ruchu chorobliwego. Ci będą opóźniaczami par excellence215, powolnie asymilującymi, porzucającymi z trudem, względnie trwałymi pośród tej potwornej przemiany i mieszania się pierwiastków. W takich warunkach z konieczności przenosi się punkt ciężkości ku miernym: przeciw panowaniu plebsu i ekscentryków (jedni i drudzy najczęściej w sojuszu) konsoliduje się mierność, jako rękojmia i przedstawicielka przyszłości. Stąd rodzi się dla ludzi wyjątkowych nowy przeciwnik — lub też nowa pokusa. Jeśli przypuścimy, że nie przystosowują się do plebsu i nie śpiewają hymnów pochwalnych na cześć „wydziedziczonych”, muszą się stać „średnimi” i „sumiennymi”. Wiedzą wszak, że mediocritas jest także złota — nawet ona wyłącznie rozporządza pieniądzem i złotem (wszystkim, co błyszczy...). I oto jeszcze raz stara cnota i w ogóle cały przeżyty świat ideału zyskuje utalentowanych rzeczników... Rezultat: mierność zyskuje ducha, dowcip, geniusz — staje się zajmującą, uwodzi...
Rezultat: wysoka kultura może się utrzymywać tylko na szerokiej podstawie, na silnie i zdrowo skonsolidowanej mierności. W jej służbie i przez nią obsługiwana pracuje nauka — i nawet sztuka. Nauka nie może sobie życzyć niczego lepszego: dla niej jako takiej najodpowiedniejszy jest średni rodzaj człowieka — między wyjątkami jest nie na miejscu — nie ma w swych instynktach nic arystokratycznego, jeszcze mniej anarchistycznego. Następnie moc środka utrzymuje się dzięki handlowi, przede wszystkim handlowi pieniężnemu: instynkt wielkich finansistów jest przeciwny wszelkiej krańcowości — oto dlaczego Żydzi są tymczasem najkonserwatywniejszą siłą w tak zagrożonej i niepewnej Europie. Nie potrzeba im ani rewolucji, ani socjalizmu, ani militaryzmu. Jeśli chcą posiadać moc i mieć ją także nad partią rewolucyjną, jest to tylko wniosek z tego, co się rzekło poprzednio, nie zaś sprzeczność. Nieraz względem innych kierunków krańcowych potrzebują wzbudzać strach — przez to, iż pokazują, jak to wszystko znajduje się w ich rękach. Lecz sam ich instynkt jest niezmiennie konserwatywny — i „mierny”... Umieją wszędzie, gdzie jest moc, być potężnymi: lecz zużytkowują moc zawsze w jednym kierunku. Zaszczytne miano „mierności”, jak wiadomo, brzmi „liberalizm”...
Rozwaga. Rzecz niedorzeczna z góry przypuszczać, żeby całe to zwycięstwo wartości miało być antybiologiczne: należy się starać raczej objaśnić je interesem życiowym, utrzymaniem typu „człowiek” nawet za pomocą tej metody przewagi słabych i upośledzonych — czy w przeciwnym wypadku człowiek nie przestałby istnieć. Problemat.
Spotęgowanie typu maż216 być zgubne dla zachowania gatunku? Dlaczego?
Doświadczenia historii pouczają: rasy silne dziesiątkują się wzajemnie: przez wojny, żądzę władzy, przygody, silne afekty: marnotrawstwo (nie kapitalizuje się już siły, nadmierne napięcie wywołuje zaburzenia duchowe); egzystencja ich jest kosztowna, krótka — zużywają się wzajemnie; występują okresy głębokiego zwątlenia i opadu: wszystkie wielkie epoki trzeba było przypłacić... W następstwie silni są słabsi, bardziej bezwolni, niedorzeczniejsi niż średnio słabi.
Są to rasy rozrzutne. „Trwanie” bowiem samo w sobie nie miałoby żadnej wartości: wolelibyśmy krótsze, lecz bogatsze w wartości istnienie gatunku. Pozostawałoby dowieść, że w przeciwnym razie otrzymano by bogatszy wynik wartości niż w wypadku egzystencji krótszej; tzn. człowiek jako zespolenie sił zyskuje o wiele wyższe quantum217 panowania nad rzeczami, w trybie rzeczy zwykłym... Stoimy wobec problematu ekonomii.
390.
Konieczność dowiedzenia, że coraz ekonomiczniejsze zużywanie człowieka i ludzkości, coraz trwalsza i wzajemnie powiązana „maszyneria” interesów i produkcyjności, pociąga za sobą ruch przeciwny. Tą reakcją nazywam wydzielenie zbytkownego nadmiaru ludzkości: w niej ma wystąpić na światło rasa silniejsza, typ wyższy, posiadający inne warunki powstawania i utrzymywania się niż człowiek średni. Ideą moją, moją przenośnią na oznaczenie tego typu jest, jak wiadomo, słowo „nadczłowiek”.
Na owej pierwszej drodze, która obecnie doskonale daje się objąć wzrokiem, powstaje przystosowanie się, płaskość, chińszczyzna w rodzaju wyższym, skromność instynktów, zadowolenie ze skarlenia człowieka — rodzaj zastoju w poziomie człowieka. Kiedy dojdziemy do tej powszechnej administracji ekonomicznej ziemi, co nas oczekuje nieuniknienie, wtedy ludzkość jako maszyneria może odnaleźć w jej usługach swoje najlepsze znaczenie: jako olbrzymi system kół, złożony z coraz mniejszych i coraz subtelniej „dopasowanych” kółek, które coraz bardziej będą czynić zbytecznymi wszelkie pierwiastki panujące i rozkazujące, jako całość obdarzona niezmierną siłą, której oddzielne czynniki przedstawiają siły i wartości minimalne.
W przeciwieństwie z tym skarleniem i przystosowaniem ludzi do wyspecjalizowanej użyteczności potrzebny jest ruch w kierunku odwrotnym — wytworzenie człowieka syntetyzującego, sumującego, usprawiedliwiającego, dla którego owo zmaszynowanie ludzkości jest uprzednim warunkiem istnienia, jako podstawa, na której może wynaleźć dla siebie wyższą formę istnienia...
Potrzebuje on antagonizmu tłumu, „zniwelowanych”, uczucia dystansu w stosunku do nich; stoi on na nich, żyje z nich. Ta wyższa forma arystokratyzmu jest formą przyszłości. Z punktu widzenia moralności powszechna maszyneria, solidarność wszystkich kółek przedstawia maximum wyzysku człowieka: lecz każe przypuszczać istnienie takich, gwoli którym ten wyzysk ma sens. W przeciwnym razie byłaby rzeczywiście tylko powszechnym zmniejszeniem, zmniejszeniem wartości typu człowieka — zjawisko wsteczne w wielkim stylu.
Widoczna, iż to, co zwalczam, jest optymizm ekonomiczny: jakoby ze wzrastającym ekspensem wszystkich miała wzrastać niechybnie korzyść wszystkich. Sądzę, że rzecz ma się odwrotnie: ekspensy wszystkich sumują się ku powszechnej stracie: człowiek staje się mniejszym: tak iż w końcu nie wie się, ku czemu w ogóle ten proces niezmierny służył. Ku czemu? Nowe „ku czemu?” — oto, czego ludzkość potrzebuje...
391.
Wniknąć w przyrost mocy ogólnej: obliczyć, do jakiego stopnia we wzrost ten wchodzi także upadek jednostek, stanów, epok, narodów.
Przesunięcie środka ciężkości kultury. Wydatki każdego wielkiego wzrostu: kto je ponosi! W jakim stopniu muszą one być dziś olbrzymie.
392.
Ogólny wygląd Europejczyka w przyszłości: tenże jako najinteligentniejsze zwierzę-niewolnik, bardzo pracowity, w gruncie bardzo skromny, wielostronny, wydelikacony, słabowolny — kosmopolityczny chaos namiętności i inteligencji. Jakżeby mogła wyłonić się z niego rasa silniejsza? Rasa z gustem klasycznym? Gust klasyczny: to wola uproszczenia, wzmocnienia, uwidocznienia szczęścia, straszliwości, odwaga nagości psychologicznej (uproszczenie jest konsekwencją woli wzmocnienia; uwidocznienie szczęścia, to samo nagość jest konsekwencją woli straszliwości...). Żeby z owego chaosu wybić się do takiego ukształtowania — do tego potrzeba musu: trzeba, żeby stanął wybór, albo zginąć, albo przebić się. Rasa pańska może powstać tylko z warunków straszliwych i gwałtownych. Problemat: gdzie się znajdują barbarzyńcy wieku dwudziestego? Oczywiście staną się widoczni dopiero po niezmiernych kryzysach socjalistycznych i wtedy skonsolidują się — będą nimi elementy zdolne do największej surowości względem siebie i dające rękojmię woli najwytrwalszej...
393.
Trochę czystego powietrza! Ten niedorzeczny stan Europy nie powinien trwać długo... I to nazywa się „państwem chrześcijańskim”! I „nowe państwo” znowu budowane na ideach najbardziej zużytych, najbardziej wzgardzonych równouprawnienia i głosowania... I to przy stanie, w którym duchowa niesamodzielność i wynarodowienie rzucają się w oczy, kiedy właściwa wartość i znaczenie teraźniejszej cywilizacji polega na wzajemnym zlewaniu się i zapładnianiu!
Walka o pierwszeństwo pośród stanu, który jest bez wartości; ta kultura miast wielkich, dzienników, gorączki i „bezcelowości”!
Ekonomiczne zjednoczenie Europy nastąpi nieubłaganie i również jako reakcja, partia pokoju...
Partia pokoju, bez sentymentalizmu, sobie i dzieciom swoim zabraniająca prowadzić wojnę; zabraniająca udawać się do sądów; wywołująca przeciw sobie walkę, opozycję, ściągająca na się prześladowanie; partia uciśnionych, przynajmniej przez pewien czas; lecz rychło partia wielka. Wroga uczuciom zemsty i urazy.
Partia wojenna, równie konsekwentna i surowa względem siebie, postępująca w kierunku przeciwnym.
394.
Hierarchia wartości człowieczych. Nie należy oceniać człowieka według czynów oddzielnych. Czyny naskórkowe. Nie ma nic rzadszego nad czyn osobowy. Stan, stopień, rasa narodu, otoczenie, przypadek — raczej wszystko to wyraża się w dziele lub czynie niż „osoba”. W ogóle nie należy przypuszczać, że wiele ludzi jest „osobami”. A potem pewni ludzie są wielu osobami, lecz większa część nie jest nimi wcale. Wszędzie, gdzie przeważają własności średnie, na których zależy, żeby typ mógł przetrwać, posiadanie osoby byłoby marnotrawstwem, zbytkiem, nie miałoby zgoła sensu ubiegać się o „osoby”. Chodzi o przedstawicieli, narzędzia pośredniczące.
„Osoba” jest faktem względnie odosobnionym; w stosunku do znacznie większej ważności, jaką posiada ciągłość i średniość jest niemal czymś przeciw naturze. Do powstania osoby potrzebne jest odosobnienie duchowe, obowiązek egzystencji odporno-zaczepnej, coś jak zamurowanie, większa siła odgradzania się; i, przede wszystkim, o wiele mniejsza wrażliwość, niż posiada człowiek średni, którego altruizm jest zaraźliwy.
Pierwsze pytanie w kwestii hierarchii jest to, w jakim stopniu ktoś jest samotnikiem lub posiada instynkty stadne. (W ostatnim wypadku wartość jego polega na własnościach zabezpieczających stado, typ, do którego należy; w innym wypadku na tym, co go wyróżnia, odosabnia, broni i umożliwia samotnictwo).
Wniosek: typu samotniczego nie należy oceniać podług tego, co w nim jest stadnego, ani typu stadnego podług tego, co jest w nim samotniczego.
Jeśli się rozważa z wysokości, obydwa są konieczne; również konieczny jest antagonizm między nimi — i nic nie zasługuje bardziej na potępienie niż owo „życzenie”, żeby z obydwóch mogło powstać coś trzeciego („cnota” jako hermafrodytyzm). Jest to równie mało „godne życzenie” jak zbliżenie się i pogodzenie płci. Typy należy dalej rozwijać i coraz głębszą przepaść kopać między nimi...
Pojęcie zwyrodnienia w obydwu wypadkach: kiedy stado zbliża się do właściwości istoty samotniczej, a ta do właściwości stada — jednym słowem, kiedy się do siebie zbliżają. To pojęcie zwyrodnienia znajduje się poza sądem etycznym.
395.
Gdzie natur silniejszych szukać należy. Przepadanie i zwyradnianie odmian samotniczych jest o wiele większe i straszniejsze: przeciw sobie mają instynkty stadne, tradycje wartości; ich środki obrony, ich instynkty ochronne nie są już z góry ani dość silne, ani dość pewne — wiele trzeba sprzyjania przypadku, żeby się rozwijały (rozwijają się najczęściej między elementami najniższymi i społecznie najbardziej zaniedbanymi; jeśli się szuka osób, znajduje się je tam, i o wiele pewniej niż w klasach średnich!).
Skoro walka stanów i klas, zmierzająca do „równouprawnienia”, mniej więcej została ukończona, wybucha walka przeciw osobie samotnika. (W pewnym znaczeniu najłatwiej może się ona zachować i utrzymać w społeczeństwie demokratycznym: wtedy, kiedy grubsze środki obrony stają się zbyteczne i kiedy średnie warunki istnienia zawierają pewne przyzwyczajenie do porządku, uczciwości, sprawiedliwości, zaufania).
Najsilniejszych należy wiązać najmocniej, dozorować, skuć w łańcuchy i stróżować: tak chce instynkt stada. Dla nich régime samoprzezwyciężania, ascetycznego usuwania się na stronę lub „obowiązek” pracy zużywającej, przy której by nie mogli powrócić do siebie samych.
396.
„Rosnąca autonomia indywiduum”: o tym prawią tacy filozofowie paryscy, jak Fouillée: niechby się raczej przyjrzeli tej race moutonniére218, do której należą sami. Otwórzcież przecie oczy, panowie socjolodzy przyszłości! Indywiduum okrzepło w warunkach odwrotnych: wy opisujecie krańcowe osłabienie i uwiąd człowieka, wy chcecie ich sami i potrzebujecie do tego całego aparatu kłamstw dawnych ideałów! Wy należycie do tego rodzaju, iż swoje potrzeby zwierzęcia stadnego odczuwacie rzeczywiście jako ideał!
Zupełny brak rzetelności psychologicznej!
397.
Ideały zwierzęcia stadnego — jego punktem kulminacyjnym teraźniejszym najwyższe szacowanie „społeczności”: próba nadania jej wartości kosmicznej, ba, nawet metafizycznej. Przeciw niemu ja bronię arystokratyzmu.
Społeczeństwo, które zachowuje w sobie ów wzgląd i delikatność w sprawach wolności, musi czuć się jako wyjątek i znaleźć się wobec potęgi, od której odbija, względem której jest wrogie i na którą pogląda z góry.
Im bardziej ustępuję z prawa i stawiam się na równi, tym bardziej podpadam pod panowanie najbardziej średnich, w końcu najliczniejszych. Warunkiem, który społeczeństwo arystokratyczne nosi w sobie, żeby zachować między swymi członkami wysoki stopień wolności, jest krańcowe napięcie, wypływające z obecności u wszystkich członków popędu przeciwnego: woli panowania...
Jeśli chcecie usunąć silne przeciwieństwa i różnice stopni, tedy usuwacie też silną miłość, wzniosłość myśli i poczucie samoistności.
Do prawdziwej psychologii społeczeństwa wolnego i równego. Czego ubywa?
Ubywa woli odpowiedzialności, co jest oznaką upadku autonomii; ubywa dzielności obronnej i zbrojnej nawet w dziedzinach najbardziej duchowych: siły dowódczej, zmysłu czci, subordynacji, milczenia; wielkiej namiętności, wielkich zadań, tragedii, pogody.
398.
Wniknięcie, którego brak „duchom wolnym”: ta sama karność, która naturę silną jeszcze wzmacnia i czyni zdolną do wielkich przedsięwzięć, kruszy i niweczy natury średnie: czynią to — wątpienie — la largeur de coeur219 — doświadczenie — niezależność.
399.
Niedorzeczny i nikczemny rodzaj idealizmu, który mierności nie chce mieć mierną i zamiast tryumfować z egzystencji wyjątkowej, oburza się na tchórzostwo, fałsz, małostkowość i nędzę. Nie należy chcieć, żeby to było inaczej! I kopać przepaść coraz większą! Należy zmuszać odmianę wyższą, żeby się oddzielała przez ofiary, które składa swojemu rodzajowi istnienia.
Główny punkt widzenia: stwarzać dystanse, lecz nie przeciwieństwa. Twory pośrednie odłączać i wpływ ich zwężać: główny środek do zachowania dystansów.
400.
Powiększenie siły, pomimo czasowego poniżenia indywiduum:
stworzyć nowy poziom;
nową metodę zbierania sił, w celu zachowania drobnych produkcji, w przeciwieństwie do nieekonomicznego marnotrawstwa;
tymczasowo ujarzmić naturę destrukcyjną, żeby uczynić ją narzędziem tej ekonomicznej przyszłości;
zachowanie słabych, ponieważ musi być wykonana niezmierna ilość pracy drobnej;
zachowanie takiego sposobu myślenia, przy którym dla słabych i cierpiących egzystencja jest jeszcze możliwa;
zaszczepianie solidarności jako instynktu przeciw instynktowi bojaźni i serwilizmu;
walka z przypadkiem, także ze zjawiskiem „człowieka wielkiego”.
401.
O czuciu się silniejszym — lub wyrażając się inaczej: o radości — która zawsze każe przypuszczać porównanie (niekoniecznie z innymi, lecz z sobą podczas wzrostu i kiedy się nawet nie wie, do jakiego stopnia porównywa się):
Wzmocnienie sztuczne: czy to za pomocą chemikaliów pobudzających, czy też przez błędy podniecające („wyobrażenia obłędne”):
np. poczucie pewności, jakie posiada chrześcijanin; czuje się silnym dzięki temu, że może ufać, że może być cierpliwym i zrezygnowanym: to sztuczne wzmocnienie zawdzięcza obłędowi, iż znajduje się pod opieką boską;
np. poczucie wyższości: kiedy np. kalifowi marokańskiemu pokazują tylko taką kulę ziemską, na której trzy jego państwa zjednoczone zajmują cztery piąte powierzchni;
np. poczucie, że się jest jedynym: kiedy Europejczyk wyobraża sobie, że historia kultury dokonywa się w Europie i kiedy sam sobie wydaje się rodzajem skróconego procesu wszechświatowego; lub kiedy chrześcijanin całemu istnieniu każe się obracać koło „zbawienia człowieka”.
Ważna220 to, gdzie ucisk, niewolę odczuwa się: zależnie od tego wytwarza się inne poczucie wzmocnienia. Filozof np. pośród najchłodniejszej, najgórniejszej gimnastyki abstrakcyjnej czuje się jak ryba w wodzie: podczas kiedy barwy i dźwięki oprymują221 go; nie mówiąc już zgoła o niejasnych pożądaniach — o tym, co inni nazywają „ideałem”.
402.
Próba zrozumienia z mojej strony, co jest absolutnie rozumnego w sądach i ocenach społecznych: naturalnie niezależnie od woli wyprowadzenia stąd rezultatów etycznych.
stopień fałszu psychologicznego i nieprzenikliwości, potrzebnych do uświęcenia afektów istotnych, do utrzymania i spotęgowania mocy (ażeby sobie wytworzyć względem nich czyste sumienie).
stopień głupoty, ażeby wspólna zasada i szacowanie mogły być zachowane (w tym celu wychowanie, dozór nad pierwiastkami kształcącymi, dresura222).
stopień inkwizycji, niedowierzania, i nietolerancji, ażeby wyjątki traktować i uciskać jak przestępców — ażeby w nich samych wywołać poczucie nieczystego sumienia, a to w ten sposób, żeby wewnętrznie byli chorzy swą wyjątkowością.
403.
Walka przeciw ludziom wielkim jest usprawiedliwiona względami ekonomicznymi. Ci są istotami niebezpiecznymi, przypadkami, wyjątkami, burzą, dość silną, żeby to, co powolnie było wznoszone i gruntowane, zakwestionować. Materiały wybuchowe należy nie tylko wyładowywać nieszkodliwie, lecz jeżeli możliwa223, zapobiegać ich wyładowaniu: jest to instynktem zasadniczym każdego społeczeństwa cywilizowanego.
404.
Przeciw czemu walczę: żeby odmiana wyjątkowa nie prowadziła wojny z prawidłem — zamiast pojąć, że istnienie prawidła jest założeniem dla wartości wyjątku. Przykładem kobiety, które, zamiast odczuwać wyróżnienie, jakie wyraża się w ich potrzebach nienormalnych, chciałyby w ogóle stanowisko kobiety zmienić...
405.
Nienawiść mierności jest niegodna filozofa: podaje ona niemal w wątpliwość jego „prawo do filozofii”. Właśnie dlatego, ponieważ jest wyjątkiem, powinien wziąć regułę w obronę i wszystkim ludziom średnim zachować ich odwagę samych siebie.
406.
Podejmuję się ekonomicznego usprawiedliwienia cnoty. Zadanie polega na tym, żeby uczynić człowieka najbardziej użytecznym i, o ile to uczynić można, zbliżyć go do nieomylnej maszyny: w tym celu musi być wyposażony cnotami maszynowymi (musi nauczyć się odczuwać stany, w których pracuje na podobieństwo maszyny użytecznej, jako posiadające najwyższą wartość: przeto inne stany trzeba mu uczynić wstrętnymi, o ile tylko możliwe, jak najniebezpieczniejszymi i osławionymi).
Tutaj spotyka się pierwszy kamień obrazy, nudę, monotonność, które każda działalność maszynowa pociąga za sobą. Te nauczyć się znosić — i nie tylko znosić — nudę nauczyć się widzieć w nimbie wyższego czaru: to było dotychczas zadaniem wszelkiego szkolnictwa wyższego. Uczyć się czegoś, co nas nie obchodzi; i właśnie w tym „obiektywnym” zatrudnieniu odczuwać swój obowiązek; nauczyć się przy tym przyjemność oddzielać w ocenach od obowiązku — to jest nieoszacowane zadanie i wytwór szkolnictwa wyższego. Oto dlaczego filolog był dotychczas wychowawcą par excellence224: ponieważ sama jego działalność jest wzorem do wspaniałości dochodzącej monotonii; pod jego sztandarem młodzieniec uczy się „kuć”: pierwszy warunek, żeby doskonale spełniać potem machinalny obowiązek (urzędnika państwowego, małżonka, niewolnika biurowego, czytelnika dzienników i żołnierza). Podobna egzystencja wymaga, być może, bardziej jeszcze filozoficznego usprawiedliwienia i gloryfikowania niż wszelka inna: uczucia przyjemne muszą zostać w imieniu jakiejś nieomylnej instancji zdegradowane na stopień niższy; wymaga się „obowiązku samego w sobie”, ba, nawet być może patosu czci względem wszystkiego, co jest nieprzyjemne — i to wymaganie poza wszelką użytecznością, uweseleniem, celowością, przemawiające rozkazująco... Machinalna forma egzystencji jako najwyższa, najczcigodniejsza forma egzystencji, uwielbiająca sama siebie (typ: Kant, jako fanatyk formalnego pojęcia „powinieneś”).
407.
Podział pracy w zakresie uczuć wewnątrz społeczeństwa: tak iż jednostki i klasy wytwarzają niekompletne, lecz właśnie dlatego pożyteczniejsze rodzaje dusz. Do jakiego stopnia w każdym typie społecznym pewne uczucia stały się niemal rudymentarnymi (żeby się mogło silniej rozwinąć inne uczucie).
Usprawiedliwienia moralności:
ekonomiczne (zamiar jak największego zużytkowania siły indywidualnej wobec trwonienia wszystkiego, co jest wyjątkowe);
estetyczne (wykształtowanie typów stałych wraz z zadowoleniem z typu własnego);
polityczne (jako sztuka znoszenia trudnych, napiętych stosunków między różnymi stopniami mocy);
fizjologiczne (jako wyimaginowana przewaga szacowania na korzyść tych, którzy źle lub średnio zostali uposażeni — gwoli zachowaniu słabych).
408.
Ocena ekonomiczna dotychczasowych ideałów — tzn. wybór określonych uczuć i stanów, wybiera się i rozwija kosztem innych. Prawodawca (lub instynkt społeczeństwa) wybiera pewną ilość stanów i uczuć, których działalność poręcza regularną wydajność (machinalizm w wydajności mianowicie jako skutek regularnych potrzeb owych uczuć i stanów).
Jeśli się przypuści, że te stany i uczucia zawierają ingrediencje dokuczliwości, tedy musi być wynaleziony środek przezwyciężenia tej dokuczliwości za pomocą wyobrażeń o wartości, środek, który by zniewalał do odczuwania nieprzyjemności jako cennej, a więc w wyższym znaczeniu pełnej przyjemności. Ująwszy w formułę: „jak coś nieprzyjemnego staje się przyjemnym?”. Na przykład kiedy w sile, w mocy, w przezwyciężeniu siebie, nasze posłuszeństwo, nasze podporządkowanie się prawu dochodzi do czci. Również nasz zmysł społeczny, nasza miłość bliźniego, ojczyzny, nasze „uczłowieczenie”, nasz altruizm, „heroizm”.
Aby rzeczy nieprzyjemne spełniano chętnie... Intencja ideałów.
409.
Wypowiedziałem wojnę anemicznemu ideałowi chrześcijańskiemu (oraz temu, co mu blisko pokrewne), nie w zamiarze, żeby go zniweczyć, lecz tylko żeby koniec położyć jego tyranii i zdobyć miejsce dla nowych ideałów, ideałów bardziej krzepkich... Trwanie dalsze ideału chrześcijańskiego należy do rzeczy najbardziej godnych życzenia, jakie tylko są: a to gwoli ideałom, które obok niego i, być może, ponad nim uwydatnić się pragną, te muszą mieć przeciwników, silnych przeciwników, żeby stać się silnymi. Tak też my immoraliści potrzebujemy mocy moralności: nasz popęd samozachowawczy chce, żeby nasz przeciwnik zachował swe siły — on chce tylko stać się ich panem.
III. Poza dobrem i złem
410.
Jakżeby można w ludziach średnich budzić odrazę do ich średniości! Czynię, widać to przecież, przeciwnie: każdy krok, odwodzący od niej, prowadzi — tak pouczam — do niemoralności...
411.
Należy dziedzinę moralności krok za krokiem zwężać i ograniczać: należy nazwy właściwie czynnych tu instynktów na światło wyciągać i cześć im przywracać, skoro tak długo były ukryte pod obłudnymi nazwami cnót: należy ze wstydu przed swoją coraz bardziej rozkazująco przemawiającą „uczciwością”, oduczyć się wstydu, który by chciał się instynktów naturalnych wyprzeć i z nich się wykłamać. Jest to miarą siły, jak dalece można się bez cnoty obyć; dałaby się pomyśleć wysokość, na której pojęcie „cnoty” byłoby odczuwane, niby virtù, cnota renesansowa, cnota wolna od moralizny. Ale tymczasem — jak jeszcze dalecy jesteśmy od tego ideału!
Zmniejszenie dziedziny moralności: oznaka jej postępu. Wszędzie, gdzie jeszcze nie było możności myśleć przyczynowo, myślano moralnie.
412.
Nietolerancja moralna jest wyrazem słabości człowieka: uczuwa strach przed swoją „niemoralnością”, musi najsilniejsze swoje popędy negować, ponieważ nie umie ich jeszcze zużytkować... Tak najpłodniejsze strefy ziemi najdłużej leżą nieuprawne: brak siły, która by tutaj zapanować mogła...
413.
Moim zamiarem wykazać absolutną jednorodność we wszystkim, co się dzieje, i że rozróżnianie z punktu widzenia moralnego tylko perspektywicznie jest uwarunkowane; wykazać, że to wszystko, co się chwali, jako moralne, co do istoty swej jest jedno z niemoralnym, tylko że cały rozwój moralności był możliwy tylko za pomocą środków niemoralnych i ku celom niemoralnym. Pragnąłem dalej wykazać, że i na odwrót wszystko, co jest osławione jako niemoralne, rozważane z punktu widzenia ekonomicznego, jest wyższym i bardziej zasadniczym, i że rozwój w kierunku większej pełni życia z konieczności warunkuje także postęp niemoralności... „Prawdą” jest stopień, w jakim pozwalamy sobie na wniknięcie w ten fakt...
414.
My nieliczni czy mnodzy, którzy się ważymy znów żyć w świecie odmoralizowanym, my poganie z wyznania: pierwsi prawdopodobnie jesteśmy, którzy pojmują, czym jest wiara pogańska: być zmuszonym do wyobrażania sobie istot wyższych niż człowiek, lecz poza dobrem i złem; i każde „wyższym być” oceniać zarazem jako „być niemoralnym”.
415.
Wyłączne zajmowanie się sprawami moralnymi sprowadza umysł do rzędu niższego: dowodzi to braku w nim instynktu praw wyjątkowych, à parte, poczucia wolności natur twórczych, „dzieci boskich” (lub diabelskich). Przy tym obojętna, czy się głosi moralność panującą, czy też przykłada własny ideał gwoli krytyce moralności panującej: przez to należy do stada — chociażby był najwyższą jego potrzebą, „pasterzem”...
416.
Są tacy, którzy starają się wynaleźć, gdzie znajduje się coś niemoralnego. Kiedy wydają sąd: „to jest niesprawiedliwie”, sądzą, że należy to usunąć i zmienić. Odwrotnie, ja nie znajduję nigdzie spokoju, póki wobec jakiejś sprawy nie wyjaśnię sobie, co jest w niej niemoralnego. Skoro wydobędę to, równowaga mi powraca.
417.
Komu cnota łatwo przychodzi, ten w dodatku jeszcze sobie z niej żartuje. Powagi w cnocie zachować nie można: osiąga się ją i przez nią przeskakuje — w co? W diabelskość.
Jak inteligentnymi stały się tymczasem wszystkie nasze złe skłonności i popędy! Jak wiele ciekawości naukowej męczy je! Tyleż wędek poznania!
418.
„Obiektywizm” w filozofie: moralny indyferentyzm względem siebie, ślepota na dobre i złe skutki: nieprzebieranie między środkami niebezpiecznymi; perwersyjność i wielorakość charakteru uznawana za zaletę i wyzyskiwana.
Moja głęboka obojętność względem siebie: nie pragnę żadnej korzyści ze swego poznania i nie usuwam się też przed szkodami, które mi ono wyrządza. Tutaj włączam i to, coby można było nazwać zepsuciem charakteru; obojętny jestem na tę perspektywę: posługuję się swoim charakterem, lecz nie myślę ani go zrozumieć, ani zmieniać — osobista kalkulacja cnoty ani przez chwilę nie przychodziła mi do głowy. Wydaje mi się, iż wrota poznania przed sobą zamyka, kto interesuje się swoim wypadkiem osobistym — lub chociażby „zbawieniem swej duszy”!... Moralności swojej zbyt uroczyście brać nie należy i skromnego prawa do jej przeciwieństwa odejmować sobie pozwalać nie trzeba...
Trzeba, być może, w tym wypadku przypuszczać rodzaj odziedziczonego bogactwa moralnego: wyczuwa się, że można wiele z tego strwonić i przez okno wyrzucić, nie ubożąc się przy tym szczególniej. Nigdy nie odczuwać pokusy „podziwiania pięknych dusz”; uważać się zawsze za wyższego nad nie. Potwory cnoty spotykać z wewnętrznym szyderstwem; déniaiser la vertu225 — ukrytym zadowoleniem.
Wkoło siebie samego się toczyć; żadnych pragnień stania się „lepszym” lub w ogóle tylko „innym”. Samemu być w tym zanadto zainteresowanym, żeby nie zarzucać na rzeczy macek i sieci wszelkiej moralności.
419.
Rozmyślanie nad kwestiami najogólniejszymi jest zawsze objawem zacofania: np. najdalsze pragnienia względem ludzkości nigdy właściwie przez filozofów nie były uważane za problemat. O „poprawianiu” człowieka wszyscy oni stanowią naiwnie, jak gdybyśmy, dzięki jakiejś intuicji, byli wyniesieni ponad pytajnik, dlaczego „poprawiać”? O ile jest do życzenia, żeby człowiek stawał się cnotliwszym? Lub mądrzejszym, lub szczęśliwszym? Zgodziwszy się, że w ogóle nie znamy „dlaczego?” przeznaczenia człowieczego, żadne z takich pragnień nie ma sensu; i jeżeli się chce jednego, kto wie? może się nie ma wtedy prawa chcieć drugiego? Czy pomnożenie cnotliwości daje się jednocześnie pogodzić z pomnożeniem mądrości i wniknięcia? Dubito; aż zanadto będę miał okazji dowiedzenia czegoś przeciwnego. Czy cnotliwość jako cel, w sensie ścisłym, nie była dotychczas rzeczywiście w sprzeczności ze szczęśliwością? Czyż nie potrzebuje ona z drugiej strony nieszczęścia, niedostatku i samoumartwiania jako koniecznego środka? I jeśliby najwyższe wniknięcie było celem, czyby nie trzeba było wtedy właśnie pomnożenia szczęścia się wyrzec? I niebezpieczeństwo, przygody, niedowierzanie i pokusę obrać jako drogę do wnikania?... A jeśli szczęścia się pragnie, tedy trzeba chyba do „ubogich duchem” się przyłączyć.
420.
Schopenhauer wykładał wysoki intelektualizm jako zerwanie z wolą; nie chciał widzieć oswobodzenia się od przesądów moralnych, towarzyszącego rozpętaniu się ducha wielkiego, typowej niemoralności geniuszu; sztucznie ustanowił to, co sam czcił jedynie, moralną wartość „wyjścia poza siebie”, także jako warunek duchowej działalności, „obiektywnego” wejrzenia. Nawet w sztuce „prawda” występuje po odciągnięciu woli...
Poprzez wszelką idiosynkrazję226 moralną widzę z gruntu odmienne szacowanie wartości: nie znam takiego niedorzecznego rozdziału między „geniuszem” a światem woli moralnej i immoralnej. Człowiek moralny jest niższą odmianą niż człowiek niemoralny, odmianą słabszą; ba — z moralności nawet jest typem, tylko nie typem swoim własnym; jest kopią, dobrą kopią w najlepszym razie — miara jego wartości znajduje się zewnątrz niego. Cenię człowieka według quantum227 mocy i pełni jego woli: nie zaś według osłabienia i wygaśnięcia jej; filozofię, która uczy zaprzeczania woli, uważam za naukę poniżania i oczerniania... Cenię moc woli podług tego, jak wiele może znieść oporu, bólu, tortur i umie je obrócić na swą korzyść; nie poczytuję istnieniu za zarzut jego charakteru złego i bolesnego, lecz czerpię stąd nadzieję, że kiedyś będzie ono gorsze i boleśniejsze niż dotychczas...
Szczytem duchowym, jaki wyimaginował Schopenhauer, było to, żeby dojść do poznania, iż nic nie ma sensu, krótko mówiąc, to poznać, co instynktownie człowiek dobry sam przez się czyni... Neguje on, żeby mogły istnieć wyższe rodzaje intelektu — wniknięcie swoje uważał za non plus ultra... Obok Schopenhauera chciałbym scharakteryzować Kanta (Goethego ustęp o złu radykalnym): nic greckiego, absolutnie antyhistoryczny (ustęp o Rewolucji francuskiej) i fanatyk moralności. I u niego także na tylnym planie świętość... Potrzebna mi krytyka świętego...
421.
Schopenhauer wypowiada życzenie, żeby łajdaków kastrowano, a gęsi zamykano w klasztorze: z jakiego punktu widzenia życzyć by sobie tego było można? Łajdak to ma przed innymi, iż nie jest mierny; a głupi to przed nami, iż nie cierpi na widok mierności... Bardziej by było do życzenia, żeby przepaść stała się większą — żeby łajdactwo i głupota wzrastały... W ten sposób rozszerzyłaby się natura ludzka... Wreszcie jest to nawet i konieczne; dzieje się tak i nie czeka, czy chcemy tego lub nie. Głupota, łajdactwo rosną: należy to do „postępu”.
422.
Kramarska filozofia pana Spencera: zupełny brak ideału, oprócz ideału człowieka miernego. Instynkt zasadniczy wszystkich filozofów, historyków i psychologów: wszystko, co jest cennego w człowieku, sztuka, historia, nauka, religia, technika, musi być dowiedzione, jako moralnie cenne, moralnie uwarunkowane przez swoje cele, środki i rezultaty. Wszystko pojmować pod kątem najwyższej wartości: jak np. pytanie Rousseau w stosunku do cywilizacji „stajeż się człowiek przez nią lepszy?” — pytanie komiczne, ponieważ jasne jak na dłoni, że rzecz się ma przeciwnie i że to właśnie przemawia na korzyść cywilizacji. Tutaj duchowość umieszczono o wiele niżej pod dobrocią: najwyższą jej wartością (np. sztuki) byłoby doradzać, przygotowywać zwrot moralny: absolutne panowanie wartości moralnych...
423.
Przeciw czemu protestuję? Żeby tej małej, spokojnej mierności, tej równowagi duszy, która nie zna wielkich popędów wielkiego nagromadzenia sił, nie brano za coś wysokiego, ba, nawet zgoła za miarę człowieka. Bacon z Verulam228 mówi: „Infimarum virtutum apud vulgus laus est, mediarum admiratio, supremarum sensus nullus229”. Owóż chrześcijanizm, jako religia, należy do vulgus: dla najwyższego rodzaju virtus zmysłu nie posiada.
424.
Oceniać wartość człowieka według tego, czy ludziom przynosi pożytek, czy ich przyprawia o koszty lub czy im szkodzi: znaczy to samo, ani mniej, ani więcej, co oceniać dzieło sztuki według skutków, które wywiera. Ale przez to zgoła nie dotyka się wartości człowieka w porównaniu z innymi ludźmi. Moralne szacowanie wartości, o ile jest społeczne, mierzy człowieka bezwzględnie według jego skutków. Człowieka ze swoim własnym smakiem na końcu języka, człowieka zamkniętego i skrytego w swej samotności, nieudzielającego się i niedającego się udzielić — nieobliczalnego, a więc wyższego, w każdym razie innej species: jakżeż chcecie go oceniać, kiedy poznać, kiedy go porównywać nie możecie?
Moralna ocena wartości pociągnęła za sobą największe stępienie sądu: wartość człowieka samego przez się została niedoceniona, niemal przeoczona, niemal zaprzeczona. Pozostałość naiwnej teologii: wartość człowieka tylko ze względu na ludzi.
425.
Występni i nieochełznani230: ich wpływ deprymujący na wartość żądz. Straszliwe barbarzyństwo obyczajów jest tym, co, szczególniej w wiekach średnich, zmusza do prawdziwego „związku cnoty” — obok równie straszliwej przesady w tym, co stanowi wartość człowieka. Walcząca „cywilizacja” (oswojenie) potrzebuje żelaza i tortur wszelkiego rodzaju, aby się ostać przed straszliwością i drapieżnością natury.
Tutaj pomieszanie jest zupełnie naturalne, chociaż wywiera wpływ najgorszy: to, czego ludzie, posiadający moc i wolę, mogą wymagać od siebie, stanowi miarę tego, co sobie przyznawać mogą. Natury takie są przeciwieństwem występnych i nieochełznanych, chociaż w pewnych okolicznościach popełniają rzeczy, dla których człowiek lichszy byłby przekonany o występność i nieumiarkowanie.
Tutaj nadzwyczaj szkodzi pojęcie o „równości ludzi wobec Boga”; zabroniono postępków i sposobu myślenia, które, same w sobie, należą do prerogatyw ludzi silnych i udanych — jak gdyby one same przez się nie były godne człowieka. Osławiono wszystkie tendencje ludzi silnych, wystawiając jako normę wartości środki zabezpieczające najsłabszych (przeciw najsłabszym również).
Pomieszanie zachodzi tak daleko, że właśnie największych wirtuozów życia (których panowanie nad sobą stanowi najostrzejsze przeciwieństwo z występnymi i nieochełznanymi) piętnowano najgorszymi wyrazami. Jeszcze dziś mniema się, że należy potępiać jakiegoś Cezara Borgię; jest to po prostu śmieszne. Kościół wyklinał cesarzy niemieckich dla ich występków: jak gdyby jakiś mnich lub kapłan miał prawo zabierać głos także w tym, czego taki Fryderyk Drugi może żądać od siebie. Don Juana wysłano do piekła: jest to bardzo naiwne. Czyście zauważyli, że w niebie brak zgoła ludzi interesujących?... To tylko wskazówka dla kobietek, gdzie najpewniej znajdą swe zbawienie... Jeśli się pomyśli cokolwiek konsekwentniej i krom tego z pogłębionym wniknięciem w to, czym jest „człowiek wielki”, wtedy nie będzie ulegać żadnej wątpliwości, że kościół wszystkich „ludzi wielkich” wysyła do piekła — że walczy przeciw wszelkiej „wielkości w człowieku”...
426.
Przede wszystkim, moi panowie cnotliwcy, nie macie wyższości nad nami: chcemy nauczyć was pięknie skromności: nędzne to samolubstwo i przebiegłość doradzają wam waszą cnotę. I jeślibyście mieli więcej siły i odwagi, nie zniżylibyście się w ten sposób do poziomu cnotliwych zer. Robicie z siebie to, co możecie: po części co musicie — do czego was wasze warunki zmuszają — po części co wam sprawia przyjemność, po części co wam się wydaje pożytecznym. Lecz jeśli czynicie tylko to, co jest zgodne z waszymi skłonnościami lub czego od was wymaga konieczność, lub co wam korzyść przynosi, nie macie prawa ani chwalić się, ani być chwalonymi... Jest się z gruntu maleńkim rodzajem człowieka, jeśli się jest tylko cnotliwym: nic nie powinno pod tym względem w błąd wprowadzać! Ludzie, pod jakimkolwiek względem wybitni, nie byli nigdy takimi osłami cnotliwymi: ich instynkt najwnętrzniejszy, instynkt ich quantum231 mocy, nie wychodził w ten sposób na swoim: kiedy tymczasem wasza minimalność mocy nic wam nie ukazuje bardziej roztropnym niż cnotę. Lecz wy macie za sobą liczbę: i o ile chcecie tyranizować nas, chcemy walczyć z wami...
427.
Dziś rozpowszechniła się w społeczeństwie wielka ilość względności, taktu i oszczędzania, uprzejmego powstrzymywania się przed cudzymi prawami, nawet przed cudzymi pretensjami; wiele znaczy pewnego rodzaju życzliwa ocena instynktowna ludzkiej wartości w ogóle, wyrażająca się w zaufaniu i kredycie wszelkiego rodzaju. Szacunek dla ludzi — i nie tylko dla ludzi cnotliwych — jest, być może, pierwiastkiem, który nas najsilniej dzieli od chrześcijańskiego oceniania wartości. Odczuwamy sporą dozę ironii, kiedy słyszymy, iż jeszcze głoszą moralność, poniża się w naszych oczach i staje komicznym, kto moralność głosi.
Ten liberalizm moralny należy do najlepszych oznak naszego czasu. Jeśli spotykamy wypadki, gdzie go brak stanowczo, tedy wydaje się nam to jakby chorobą (Carlyle w Anglii, Ibsen w Norwegii, pesymizm schopenhauerowski w całej Europie). Jeśli cokolwiek może pogodzić z naszą epoką, to wielkie quantum232 immoralności, na które ta sobie pozwala, nie myśląc z tego powodu o sobie gorzej. Przeciwnie! Cóż bowiem stanowi wyższość kultury nad brakiem kultury? Odrodzenia np. nad wiekami średnimi? Zawsze tylko to jedno: wielkie quantum immoralności, na które sobie ono pozwala. Stąd z koniecznością wypływa, czym wszystkie szczyty rozwoju ludzkiego muszą się przedstawiać oczom fanatyków moralności: jako non plus ultra zepsucia (przypomnieć sobie należy sąd Savanaroli o Florencji, sąd Platona o Atenach Peryklesowych, sąd Lutra o Rzymie, sąd Rousseau o społeczeństwie wolteriańskim, niemiecki sąd contra Goethe).
428.
Unaturalnienie człowieka w wieku XIX (wiek XVIII jest wiekiem elegancji, subtelności i sentiments généreux233). Nie „powrót do natury”: bowiem nie było nigdy ludzkości naturalnej. Scholastyka wartości nienaturalnych i przeciwnych naturze jest regułą, jest punktem wyjścia; do natury przychodzi człowiek po długiej walce — nie „wraca” nigdy... Natura: tzn. ważyć się na to, żeby być niemoralnym jak natura.
Jesteśmy grubsi, prostsi, pełniejsi ironii względem uczuć szlachetnych, nawet jeśli im ulegamy.
Naturalniejszym jest nasze społeczeństwo wyborowe, społeczeństwo ludzi bogatych, bezczynnych: poluje się wzajem na siebie, miłość płciowa jest rodzajem sportu, dla którego małżeństwo jest zarazem przeszkodą i powabem; konwersuje się i żyje dla przyjemności; najwyżej ceni się zalety cielesne, jest się ciekawym i odważnym.
Naturalniejszym jest nasze stanowisko względem poznania; posiadamy libertinage234 ducha przy całej niewinności, nienawidzimy gestów patetycznych i hieratycznych, cieszymy się rzeczami najbardziej zakazanymi, zaledwie byśmy interesowali się poznaniem, gdybyśmy na drodze ku niemu mieli się nudzić.
Naturalniejszym jest nasze stanowisko względem moralności. Zasady zostały ośmieszone; nikt już nie pozwala sobie mówić bez ironii o swym „obowiązku”. Lecz ceni się uczynne i życzliwe usposobienie (upatruje się moralność w instynkcie i lekceważy resztę. Krom tego kilka pojęć punktu honoru).
Naturalniejszym jest nasze stanowisko in politicis: widzimy zagadnienia mocy, quantum235 mocy przeciw innemu quantum. Nie wierzymy w prawo, które nie opiera się na mocy, pozwalającej je przeprowadzić: wszystkie prawa odczuwamy jako zdobycze.
Naturalniejszą jest nasza ocena wielkich ludzi i rzeczy: namiętność poczytujemy za przywilej, nic nie wydaje się nam wielkim, jeśli nie zawiera w sobie wielkiego przestępstwa; wyobrażamy sobie wszelką wielkość jako stawanie poza moralnością.
Naturalniejszym jest nasze stanowisko względem moralności: nie lubimy jej już gwoli jej „niewinności”, „rozumu”, „piękności”, uczyniliśmy ją porządnie „diabelską” i „bezmyślną”. Lecz miasto nią pogardzać za to, czujemy się z nią odtąd bliżej spokrewnieni i spoufaleni. Nie aspiruje ona do cnoty: szanujemy ją za to.
Naturalniejszym jest nasze stanowisko względem sztuki: nie wymagamy od niej pięknych kłamstw, ułudy itd.; panuje brutalny pozytywizm, który konstatuje, nie wzruszając się.
In summa236: są po temu oznaki, iż Europejczyk wieku XIX mniej się wstydzi swych instynktów; uczynił znaczny krok ku temu, żeby bez goryczy przyznać się przed sobą do swej bezwzględnej naturalności, tzn. swojej niemoralności: przeciwnie, czuje się dość silnym, żeby ten tylko widok móc znieść.
W pewnych uszach brzmi to, jak gdyby zepsucie poczyniło postępy: i pewna to, że człowiek nie zbliżył się do „natury”, o której mówi Rousseau, lecz posunął się o krok dalej w cywilizacji, której ten nienawidzi. Okrzepliśmy: znowu zbliżyliśmy się do wieku XVII, szczególniej do smaku z ostatnich lat jego (Dancourt, Le Sage, Regnard).
429.
My „obiektywni”. Nie jest to „współczucie”, co nam otwiera wrota do najdalszych i najbardziej obcych sposobów istnienia i kultury; lecz nasza dostępność i brak uprzedzeń, które właśnie nie współczują, lecz przeciwnie cieszą się tysiącami rzeczy, wobec których dawniej cierpiano (oburzano się lub poruszano, lub spoglądano wrogo i chłodno). Cierpienie ze wszystkimi odcieniami jest obecnie dla nas interesujące: lecz przez to nie jesteśmy bardziej współczujący z pewnością, nawet jeśliby widok cierpienia wstrząsał nami do głębi i łzy wyciskał: w każdym razie nie ożywiają nas wskutek tego uczucia bardziej uczynne.
W tej dobrowolnej chęci wnikania we wszelkiego rodzaju niedole i występki staliśmy się mężniejszymi i silniejszymi, niż był wiek XVIII; jest to dowodem wzrostu naszej siły (zbliżyliśmy się do wieku XVII i XVI). Lecz jest to głębokim nieporozumieniem poczytywać naszą „romantykę” za dowód „wypięknienia duszy”. Pragniemy silnych sensations, jak ich pragną wszystkie epoki i warstwy grubsze. (Należy to przecież wyodrębniać od potrzeby neurasteników i décadents: u tych jest tutaj potrzeba pieprzu, nawet okrucieństwa.)
My wszyscy szukamy stanów, w których moralność burżuazyjna nie ma nic do powiedzenia, tym mniej kapłańska (każda książka, w której unosi się jeszcze cokolwiek zapachu księżego lub teologicznego, sprawia na nas wrażenie godnej litości niaiserie237 i ubóstwa). „Dobrym towarzystwem” jest to, gdzie w gruncie nie interesuje nic prócz tego, co w społeczeństwie burżuazyjnym jest właśnie zabronione i ma złą opinię: tak samo rzecz się ma z książkami, muzyką, polityką, oceną kobiety.
430.
Wartości przemieniać — czymże to jest? Muszą już istnieć wszystkie ruchy spontaniczne, nowe, przyszłe, silniejsze: tylko pozostają jeszcze pod fałszywymi nazwami i ocenami i jeszcze same sobie nie uświadomiły się.
Śmiałe uświadomienie sobie i przytakiwanie temu, co jest osiągnięte — uwolnienie się od rutyny starych ocen wartości, które nas pozbawiają godności w tym, cośmy urzeczywistnili najlepszego i najsilniejszego.
431.
Należy bronić cnoty przed kaznodziejami cnoty: są to najgorsi jej wrogowie. Albowiem głoszą oni cnotę jako ideał dla wszystkich; odejmują cnocie powab rzadkości, powab tego, że jest nie do naśladowania, wyjątkiem i nieprzeciętnością — jej urok arystokratyczny. Należy również stawić czoło idealistom zatwardziałym, którzy gorliwie tłuką we wszystkie garnki i są zadowoleni, iż dźwięczą pusto: co za naiwność żądać wielkiego i rzadkiego i brak tego stwierdzać z gniewem i pogardą dla ludzi! Jasne np. jak na dłoni, że małżeństwo warte tyle, ile ci, co je zawierają, tzn. na ogól będzie czymś opłakanym i nieprzyzwoitym: żaden ksiądz, żaden burmistrz nie zdołają uczynić z niego nic innego.
Cnota ma przeciw sobie wszystkie instynkty człowieka przeciętnego; jest ona niekorzystna, nierozsądna i odosabnia; pokrewna jest namiętności i trudno przystępna dla rozumu; psuje charakter, głowę, zmysł — wciąż mierząc miarą średniej dobroci człowieka; wywołuje wrogość względem porządku, kłamstwa, jakie ukrywa się w każdym porządku, instytucji, rzeczywistości — jest najgorszym występkiem, jeśli się ją sądzi według szkodliwości skutków w działaniu na innych.
Poznaję cnotę po tym, że 1) nie żąda, żeby ją uznawano, 2) iż nie przypuszcza wszędzie istnienia cnoty, lecz właśnie czegoś innego, 3) iż nie cierpi z powodu nieobecności cnoty, lecz przeciwnie uważa to za stosunek hierarchiczny, dzięki któremu w cnocie jest coś do uczczenia; nie udziela się, 4) że nie prowadzi propagandy... 5) że nie pozwala nikomu czynić się sędzią, ponieważ zawsze jest cnotą dla siebie, 6) że właśnie czyni zawsze to, co zresztą jest zakazane: cnota, jak ja ją pojmuję, jest właściwym vetitum238 w łonie wszelkiego prawodawstwa stadnego, 7) mówiąc krótko, iż jest cnotą w stylu Odrodzenia, virtù, wolną od moralizny cnotą....
432.
Kierunek nazywający się „idealizmem” i niechcący pozwolić mierności, żeby była miernością, i kobiecie być kobietą. Nie uniformować! Zdać sobie sprawę, jak drogo opłaca się cnotę: i że cnota nie jest czymś przeciętnie pożądanym, lecz szlachetnym szaleństwem, pięknym wyjątkiem, który posiada przywilej silnego napięcia...
433.
Jakimkolwiek by był dziwaczny ideał, do którego się dąży (np. jako chrześcijanin lub jako „duch wolny”, lub jako „immoralista”, lub jako „państwowiec niemiecki”), nie należy wymagać, żeby to było ideałem: albowiem w ten sposób pozbawia się go charakteru uprzywilejowanego, prerogatyw. Należy posiadać go dla wyróżnienia się, nie zaś dla zrównania się.
Jakże się dzieje mimo to, że przeważna239 liczba idealistów natychmiast czyni propagandę dla swego ideału, jak gdyby nie mieli prawa do ideału, jeśliby go wszyscy nie uznali? To czynią np. wszystkie owe śmiałe kobietki, które pozwalają sobie na uczenie się łaciny i matematyki... Co zmusza je do tego? Obawiam się, że jest tym instynkt stadny, obawa przed stadem: walczą o „emancypację kobiety”, ponieważ pod formą działalności szlachetnej, pod sztandarem „dla innych”, najprzebieglej przeprowadzają swój mały separatyzm prywatny...
Przebiegłość idealistów, żeby się podawać tylko za misjonarzy i „przedstawicieli” ideału: „przeobrażają się” dzięki temu w oczach tych, co w bezinteresowność i heroizm wierzą. Tymczasem: prawdziwy heroizm polega nie na tym, że się walczy pod sztandarem poświęcenia, oddania, bezinteresowności, lecz że się zgoła nie walczy... „Takim jestem; takim być chcę: niech was diabli wezmą!”.
434.
W końcu, cóż osiągnąłem? Nie ukrywajmy przed sobą tego najdziwniejszego rezultatu: udzieliłem cnocie nowego powabu — działa jako coś zakazanego. Ma ona przeciw sobie naszą najsubtelniejszą lojalność, została upeklowana w „cum grano salis240” naukowego wyrzutu sumienia; idzie od niej woń staroświecczyzny i autentyczności, tak iż w końcu wabi tylko i zaciekawia ludzi wyrafinowanych; jednym słowem działa jak występek. Dopiero kiedyśmy we wszystkim rozeznali kłamstwo, ułudę, otrzymaliśmy znowu pozwolenie na ten najpiękniejszy fałsz, fałsz cnoty. Nie ma już takiej instancji, która by nam jej miała prawo zabronić: dopiero kiedyśmy wykazali, że cnota jest formą niemoralności, jest ona znowu usprawiedliwiona — zostaje podporządkowana i przyrównana ze względu na swoje znaczenie zasadnicze, uczestniczy w zasadniczej niemoralności wszelkiego istnienia — jako najwyższa forma zbytku, najbardziej zadzierająca nosa, najdroższa i najrzadsza forma występku. Wygładziliśmy jej zmarszczki i obcięli habit, uwolniliśmy ją od natarczywości nazbyt wielu, odjęliśmy idiotyczną sztywność, oczy szklane, sterczącą fryzurę i hieratyczną muskulaturę.
435.
Cnota nie znajduje już wiary obecnie, jej siła przyciągająca znikła; chyba że musiałby ktoś znowu wprowadzić ją na rynek jako niezwykłą formę awanturniczości i rozpusty. Wymaga za wiele ekstrawagancji i ograniczoności od swoich wiernych, żeby nie miała obecnie mieć sumienia przeciw sobie. To prawda, że dla pozbawionych sumienia i skrupułów może to być właśnie jej nowym urokiem: odtąd jest ona tym, czym nigdy dotychczas jeszcze nie była, zmazą.
436.
Czy zaszkodziłem przez to cnocie?... Nie więcej niż anarchiści panującym: dopiero kiedy zaczęto do nich strzelać, siedzą znowu mocno na swych tronach... Bowiem zawsze tak bywało i będzie: nie można lepiej dopomóc sprawie, niż prześladując ją i szczując wszystkimi psami... To — uczyniłem ja.
437.
Książęta Europy powinni w rzeczy samej zastanowić się, czy mogą się obyć bez naszego poparcia. My immoraliści — jesteśmy obecnie jedyną potęgą, która nie potrzebuje żadnych sojuszników, żeby osiągnąć zwycięstwo: dzięki temu jesteśmy najsilniejsi między silnymi. Nie potrzebujemy nawet kłamstwa: jakaż potęga zresztą może się obyć bez niego? Za nas walczy silna pokusa, najsilniejsza być może jaka istnieje — pokusa prawdy... Prawdy? Kto kładzie mi w usta to słowo? Lecz ja wyjmuję je z powrotem: lecz ja gardzę dumnym słowem: nie, my nie potrzebujemy nawet i tego, i bez prawdy nawet doszlibyśmy do mocy i do zwycięstwa. Urok, który walczy za nas, źrenica Venus, która nawet naszych wrogów czaruje i oślepia, to jest magia krańcowości, pokusa, którą wywiera wszystko, co jest krańcowe: my immoraliści, my jesteśmy najkrańcowsi...