255.

Rozmowa o muzyce. — A: Cóż pan sądzi o tej muzyce? — B: Pokonała mnie, nie mam nic do powiedzenia. Słuchajmy! Oto zaczyna się na nowo! — A: Tym lepiej! Teraz kolej na nas ją pokonać. Rad bym powiedzieć panu kilka słów o tej muzyce. I zarazem zwrócić uwagę pańską na dramat, którego przy pierwszym słuchaniu może pan nie chciał widzieć. — B: Owszem! Mam dwoje uszu i więcej, jeżeli tego potrzeba. Niech pan przysunie się bliżej! — A: To jeszcze nie to, co on chce nam powiedzieć, dotychczas jeno przyrzeka, iż powie coś, coś niesłychanego, jak widać z tych oto gestów. Gdyż są to gesty. Jak on daje znaki! Jak się prostuje i rozkłada ramiona! Zda mu się teraz, iż nastał moment najwyższego napięcia: jeszcze dwie fanfary i roztacza oto swój temat, świetny i strojny, niby dźwięczący drogimi kamieniami. Czy to piękna kobieta? Czy piękny rumak? Dość, że spoziera z zachwytem dokoła, gdyż ma zebrać spojrzenia zachwytu — dopiero teraz podoba się mu jego temat w zupełności, teraz staje się pomysłowy, porywa się na nowe i śmiałe rysy. Jak on swój temat uwypukla! Ach! Czy pan uważa? — Zna się nie tylko na pięknie, lecz i na upiększaniu! Wie, co to jest barwa zdrowia i umie nią się popisać — jest subtelniejszym znawcą siebie, aniżeli przypuszczałem. A teraz nabrał przekonania, iż przekonał swych słuchaczy, błyska swymi pomysłami niczym najważniejszymi rzeczami pod słońcem, bezczelnie wskazuje palcem na swój temat, jak gdyby świat był go niegodzien. — Ha, jak on nie dowierza! Bylebyśmy tylko nie poddali się znużeniu! Więc grzebie swą melodię pod słodyczami — odwołuje się nawet do naszych pośledniejszych zmysłów, by nas podniecić i w ten sposób znów ujarzmić. Słyszy pan, jak wyczarowuje żywiołowość gromkich i burzliwych rytmów! A kiedy zauważył, że te nas przejmują, dławią i omal druzgocą, odważa się znowu wpleść swój temat w zamęt żywiołów i śmie wmawiać w nas, na poły ogłuszonych i wstrząśniętych, że to wstrząśnięcie i ogłuszenie nasze jest następstwem jego czarodziejskiego tematu. I odtąd wierzą mu już słuchacze: z pierwszym dźwiękiem odzywa się w nich wspomnienie owego wstrząsającego rozhuku żywiołów — to wspomnienie wychodzi tematowi na dobre — nabrał uroku „demoniczności”! Co to za znawca duszy! Ujarzmia nas fortelami trybuna ludowego. — Ale muzyka milknie! — B: I dobrze, że milknie! Gdyż słuchać dłużej słów pańskich, to nad moje siły! Wolę sto razy ulec złudzeniu, aniżeli wzorem pańskim poznać raz prawdę! — A: Oto, co chciałem od pana usłyszeć. Podobnie jak pan myślą obecnie wszyscy najlepsi: cieszy was to, że pozwalacie się łudzić! Wnosicie wymagania niewybrednego i pożądliwego słuchu, nie powodujecie się przy słuchaniu sumieniem artystycznym, swą najsubtelniejszą rzetelność gubicie po drodze! I psujecie tym sztukę oraz artystów! Ilekroć składacie dłonie do oklasków, a usta do pochwalnych okrzyków, tylekroć w swych rękach macie sumienie artystów — i biada, jeżeli oni zauważą, że nie umiecie odróżnić muzyki niewinnej od muzyki winnej. Nie rozumiem bynajmniej przez to „dobrej” i „złej” muzyki — zarówno pierwszą, jak drugą spotyka się w obu dziedzinach! Niewinną muzyką jest dla mnie ta, która li tylko o sobie myśli, w siebie wierzy, zapatrzona w siebie o całym zapomina świecie — to mimowolny odzew najgłębszej samotności, co do siebie mówi o sobie i zgoła już nie wie, że gdzieś tam istnieją słuchacze, efekty, nieporozumienia i niepowodzenia. — A na ostatek: muzyka, którą co tylko słyszeliśmy, jest właśnie owej niezwykłej i szlachetnej miary, zaś to wszystko, co o niej powiedziałem, było zmyślone — proszę mi zatem przebaczyć moją złośliwość, jeżeli pan przebaczyć może! — B: Ach, więc i pan lubi muzykę? Godzien pan tedy dostąpić odpuszczenia wielu grzechów!