496.

Prześwietlający wzrok. — O „geniuszu” dałoby się najsnadniej mówić u takich ludzi, u których, jak u Platona, Spinozy i Goethego, duch z charakterem i temperamentem w luźnym jeno zostaje związku niby uskrzydlona istota, co łatwo się od nich odłączyć i następnie wysoko ponad nie wzbić się może. Wbrew temu o swym „geniuszu” rozprawiali najgoręcej tacy właśnie ludzie, którzy ze swym temperamentem nie rozstawali się nigdy, i potrafili dać mu najuduchowieńszy, najgórniejszy, ba, w pewnych warunkach kosmiczny nawet wyraz (jak na przykład Schopenhauer). Ci geniusze nie mogli wzlatywać ponad siebie, ale sądzili, że znajdują, odnajdują siebie wszędzie, dokąd jeno skrzydła ich poniosą — jest to ich „wielkością”, jakoż istotnie może być wielkością! — Inni, którym miano geniuszów słuszniej się należy, mają czysty, prześwietlający wzrok, co nie począł się, jak się zdaje, z ich temperamentu i charakteru, lecz niezależnie od nich, co najczęściej w łagodnej z nimi sprzeczności, na świat niby na boga jakiegoś spogląda i boga tego miłuje. Jednakże i oni nie posiedli wzroku tego od razu: istnieją przygotowawcze stadia i szczeble patrzenia, a komu szczęście sprzyja, ten znajduje w porę także nauczyciela czystego patrzenia.