1838

Prawdziwy subiektywizm jest właściwie tylko pewnym rodzajem obiektywizmu. Rozszerza on świat, wyrażając zjawiska, które mogą się zdarzyć tylko w kole pewnej określonej natury ludzkiej.

Poezja ma oddziaływać tylko jako całość i tylko na całość człowieka, takiego człowieka, u którego wszystkie siły i organy znalazły już punkt centralny.

Obraz bez tytułu nie jest przeto obrazem bez sensu. Prawdziwy poemat nie ma nic wspólnego z tak zwaną myślą, która zawsze wyraża tylko pewien stosunek między przedmiotami, a nie najwewnętrzniejszy rdzeń samego przedmiotu. Idea poetyczna jest cudownym produktem pewnego poglądu na życie, i taki dopiero poemat jest skończony, który udostępnił duszy ów pogląd.

Tylko oddziaływanie na wewnątrz, oczyszczenie i uszlachetnienie duszy zależy od woli ludzkiej — nie wpływ na świat i życie. Człowiek jest toporem wzniesionym przez niewidzialną dłoń — toporem, który sam siebie ostrzy. W tym samym sensie można by powiedzieć: złe czyny spełnia człowiek sam, dobre spełniają Bóg i natura przez niego. To wszystko jest prawdą tak dalece, że właśnie najwięcej oddziaływa człowiek tym, co z niego nieświadomie promienieje.

Nawet wielki czyn objawia się człowiekowi na modłę poetyckiej idei.

Nam, ludziom, musi prawdę zastąpić punkt, do którego dotrzeć zdołamy.

Zdrowy człowiek znajduje o wiele łatwiej właściwy stosunek do natury niż do sztuki.

Cierpienie jest tajemnym pozdrowieniem, którym się dusze porozumiewają.

Natura człowieka i los człowieka, oto dwie zagadki, które dramat usiłuje rozwiązać. Różnica między dramatem starożytnych a dramatem nowożytnym polega na tym: starożytni chodzili po labiryncie losu z pochodnią poezji, my, nowsi, staramy się naturę ludzką w każdej postaci lub nawet przedrzeźnieniu sprowadzić do pewnych wiecznych i stałych rysów. W ten sposób dla starożytnych było środkiem to, co jest dla nas celem, i na odwrót. Zresztą jest dla dramatu obojętne, do którego z tych dwóch celów się dąży, byleby się dążyło poważnie i z godnością, gdyż obydwa zawierają się w sobie nawzajem. Fatum Greków nie miało oblicza, było straszną tajemnicą nawet dla bogów; los nowożytnych jest cieniem Boga, Niepojętego i Nieodgadnionego.

W polemice nie tyle chodzi o żołnierzy, co o ich uzbrojenie.

Pierwszy rzut, zwłaszcza w liryce, nie stawia grubych granic, ale zatacza niewidzialne koła, poza które już wyjść nie można.

Człowiek jest tak próżny, że chełpi się nawet cierpieniami. Już Biblia mówi: kogo Pan kocha, tego karze. Z jakąż przyjemnością opowiada niejeden o swej chorobie! Lecz przynajmniej rany są orderami, którym się jeszcze najłatwiej przebacza śmieszność.

Są cierpienia, podobnie jak i radości, które odczuwa tylko człowiek pospolity.

Im indywidualniejszy jest jaki utwór, tym pewniej posiada obok sensu indywidualnego także sens ogólny, niejako alegoryczny — w tym wyższym znaczeniu — które kształtów nie tylko nie wyklucza, lecz owszem, stawia je za warunek.

Wszelkie indywidualizowanie prowadzi do formy wiecznej, wewnętrznej, której pokostem tylko jest forma zewnętrzna, a tylko ze skończonej formy wypływa wyzwolenie. Przez wyzwolenie rozumiem akt odłączający niejako utwór od jego pępowiny, albowiem utwór musi zawsze tkwić w subiektywnych potrzebach, jeżeli nie ma być zimny.

Każdy błąd jest zamaskowaną prawdą.

Gdyby w sztuce rzeczywiście chodziło tylko o mądrą ideę i o żywe jej wyrażenie przez ilustrujący ją obraz, a nie o wcielenie, to skądże by na przykład tragedia grecka brała swą godność i znaczenie? Jej podstawową ideę wypowiedzieli już filozofowie w sposób dosyć dostojny i wysnuli ją aż do ostatecznych granic, zanalizowali aż do nerwów i serca; czemuż jednak zamiast poprzestawać na samym ziarnie, wolimy rozgryzać łupiny, w które je schowali Ajschylos, Sofokles i Eurypides?

W nocy miałem sen szczególny z tego powodu, że się u mnie tak często powtarza. Śniło mi się, że mam pomysł do wiersza. Pomysł podobał mi się bardzo: chodziłem jak zwykle szybkimi krokami po pokoju tam i na powrót i przystępowałem czasem do stołu, aby zapisać powstające wiersze. Im bliżej byłem przebudzenia (czułem to dokładnie, choć bez uświadamiania sobie), tym mniej byłem z wierszy zadowolony, i w końcu wydawało mi się, jakoby cały pomysł nic nie był wart. Zastanowiłem się nad nim raz jeszcze i w tej samej minucie, w której przekonałem się o jego nicości, zbudziłem się, od razu zapomniałem zupełnie pomysł, który mnie dopiero co tak żywo zaprzątał. — Wątpię, czy w ogóle można rozprawiać o snach, gdyż moim zdaniem sny nigdy nie przechodzą do świadomości w czystej formie, bo albo wcale do niej nie pasują, albo przez sam akt obudzenia mieszają się do nich obce pierwiastki i zmieniają je zupełnie. Atoli często już miewałem wrażenie, jak gdyby dusza we śnie posługiwała się inną miarą i wagą dla rzeczy, które wewnątrz i zewnątrz niej zachodzą; jest ona czynna w dawny sposób, ale nie tylko w innych materiałach i elementach, lecz także, jeżeli wolno użyć tego wyrażenia, według innej metody. Przeszkody, z którymi na jawie nawet w myślach nie walczymy, rozwiewają się we śnie w puch za dmuchnięciem ust; o marności, których na jawie nie zaszczycilibyśmy nawet omijaniem, rozbija się we śnie cała nasza siła. — Tak samo jest z rzeczami wewnętrznymi; jestem na przykład przekonany, że nie dlatego bynajmniej zbudziłem się, jakobym rzeczywiście zmiarkował, że mój pomysł poetycki nie ma wartości, a więc jakoby czynność mej duszy nagle stanęła; raczej jestem pewny, że poetycka czynność mojej duszy zastygła wskutek owych szczególnych odruchów świadomości, jakie zawrze poprzedzają przebudzenie się i napawają nas nieufnością do sennych widziadeł. One to, niby nagły przeciąg zimnego powietrza, zabiły zarodek życia owego subtelnego pomysłu, tak że pomysł ów został sparaliżowany, ponieważ się zbudziłem. Nie wierzę, by mnie zrozumiał ktokolwiek, kto sam czegoś podobnego nie doznał, a przecież jest mi to jasne, jak dwa a dwa jest cztery. Co prawda są także sny innego rodzaju: buntujące się tylko przeciw pozytywnym zasadom życia, które każdy może sobie pomyśleć inaczej, nawet na jawie, bez najmniejszego skutku; są może nawet ludzie, którzy tylko takie sny mają, i to są wieczni filistrzy.

Gdyby człowiek postanowił spisywać wszystkie swoje sny bez różnicy i — bez względu, wiernie i obszernie, i z dodatkiem komentarza zawierającego wszystko, co by mógł sam w swoich snach wytłumaczyć na podstawie wspomnień z życia i lektury — byłby to wielki dar dla ludzkości. Lecz w dzisiejszej dobie ludzkości nikt tego zapewne nie uczyni; próbować tego w ciszy dla siebie samego miałoby także pewną wartość6.

Nie ma nic tak głębokiego i wielkiego, pod co nie można by podłożyć myśli zupełnie ordynarnej i codziennej. To jest powodem przedwczesnego rozumienia bez zrozumienia.

Najwięcej działa sztuka tylko wtedy, gdy nie jest gotowa; na spodzie musi jeszcze pozostać jakaś tajemnica, choćby nawet tkwiła w ciemnej sile słowa rozwiązującego zagadkę. W liryce jest to jasne; czym jest romans, poemat, jeżeli nie jest nieskończony, jeżeli z rozwiązania jednej zagadki nie wypływa nowa zagadka? Dlatego nie należy do sztuki dydaktyka ani moralistyka, ponieważ wyklucza dalsze rozdwajanie się idei i nic nie może zrodzić jak tylko samą siebie. Ale i w noweli, i w powieści za wielka ilość światła jest niebezpieczna.

Satyra, która nie pochodzi od najswobodniejszego umysłu, jest jeszcze przykrzejsza niż pedanteria.

W wielkie niebezpieczeństwo popada człowiek, gdy swoje jednostronne doświadczenie czyni jedynym miernikiem swych sądów i jedyną zasadą swych czynów. Z tego punktu widzenia trzeba by przedstawić na przykład mizantropa.

W nocy, we śnie, postanowiłem umrzeć za kogoś, prawie w ten sam sposób, w jaki się postanawia w czyimś zastępstwie przejść przez ulicę. Było tak, jakbym nie wiedział, co znaczy umierać.

Poezja wyrażenia znajduje zawsze o wiele więcej wielbicieli niż poezja idei. A przecież jest ona niczym.

My, ludzie, jesteśmy już tak stworzeni, że mamy skłonność do zaznawania grozy i przeczuć; stąd niewątpliwie wolno poecie posługiwać się także motywami z tych ponurych dziedzin. Ale musi mieć dwie rzeczy na względzie. Po pierwsze tu najmniej wolno mu puszczać się na dowolności, gdyż wtedy stałby się niesmaczny. Uniknie tego, wsłuchując się w głosy ludu i podań i tworząc tylko z pierwiastków uświęconych przez te oba czynniki, które już od dawna wypatrzyły w naturze wszystkie rzeczywiście straszne ustronia. Po drugie musi się strzec wymyślania tworów fantastycznych, obchodzących tylko jednego człowieka, na przykład tego, który w jego poemacie dlatego ma z owymi postaciami do czynienia, aby w ogóle był pretekst do wprowadzenia ich. Tylko taki stwór może napoić grozą, który mógłby i mnie gdzieś prześladować; tylko takiego kręgu duchów się boję, przed którego wirem nie jestem bezpieczny.

...Ostatni potomek rodu, który całe życie poświęca na sporządzanie drzewa genealogicznego7!...

Radości, których człowiek nie pojmuje, wywierają na nim wrażenie czegoś upiornego.

Czy może istnieją błędy mające sześć tysięcy lat, to znaczy takie, którym wszystkie duchy, nawet największe, były kumami? Od odpowiedzi na to pytanie mógłby zależeć los świata.

Sądzę, że największą przeszkodą do wstąpienia w złoty wiek prawdziwej wolności jest to, że nie byłby on takowym dla bardzo wielu ludzi. Gdyby bowiem indywidualność miała pole do popisu, zaczęto by od niej czegoś wymagać.

Pomnij, że kłamstwo kosztuje cię nie tylko jedną prawdę, ale prawdę w ogóle.

Nie pomoże to nic mówić o rzeczach boskich i najwyższych, choćby anielskimi językami. Musi się je przedstawiać, tzn. dawać im życie. A to się stanie tylko wtedy, gdy wyrosną z ziemi, pomimo jej zacieśnień, w jędrnych, silnych kształtach i przyjmą się w niej.

Niektórzy ludzie ubóstwiają tylko to, co mogą zniszczyć.

Życie ma tylko ten cel, że człowiek ma poznawać swoje siły, braki i potrzeby. To przynajmniej jest jedynym celem, który się rzeczywiście zawsze osiąga, bez względu na jakość życia.

Filistrom to powinno szczególnie przyjść na myśl, że sztuka chce nie tylko pracować, ale i jeść, to znaczy, że chce, tak jak człowiek, uczynić coś nie tylko dla świata, lecz i dla siebie.

Odczuciu prawdziwej liryki przeszkadza głównie to, że na pozór daje ona zawsze coś starego, zwykłego, już dawno znanego. Jakże na przykład można by odeprzeć recenzenta, który by przecudną pieśń Uhlanda: Łagodne wstały powiewy potępił mówiąc: — Cóż tu innego powiedziane, jak nie to, że wszystko na świecie się zmienia, złe na dobre, dobre na złe, a któż o tym nie wiedział? A tego widocznie nikt nie wie, jak szczytna radość budzi się w duszy, jaka otucha przejmuje człowieka, gdy w jasnym świetle ukaże mu się nierozdzielna harmonia między wiecznymi, fundamentalnymi uczuciami we własnym wnętrzu a zjawiskami przyrody. A myśli — no, myśli są nowe na półtorej godziny.

Człowiek może nagle dożyć dnia lub chwili, która mu rozjaśnia całą jego przeszłość.

Nie można wypowiedzieć prawdy bez oclenia jej błędem.

Triumfem twórczości byłoby narysować dwa charaktery, jeden przez drugi, jak się w sobie wzajemnie odbijają, nie spostrzegając tego.

Zło jest dlatego tak zgubne, że sprzeciwiając się porządkowi świata i rdzennym potrzebom natury nie ma żadnej konsekwencji.

Upór jest najtańszym surogatem charakteru.

Wszelka poezja uczucia musi być poezją indywidualną. Myśl bowiem jest własnością powszechną i w przeciwstawieniu do uczucia tym mniej ma wartości, im bardziej przypomina grunt, na którym wyrosła.

Wszelkie zainteresowanie się sztuką polega na uczestnictwie w cudzym bytowaniu.

Pewne chwile zasiewają w sercu tylko ziarno radości, dziś dają tylko lekki ból, a właściwe swoje znaczenie i bogactwo objawiają dopiero w pryzmacie wspomnienia. Może niejedna z tych chwil ma związek z godzinami czekającymi nas dopiero za grobem.

Wielu ludzi jest ciągłymi schematami, które wypełnia pierwszy lepszy przypadek.

Nie ufam żadnej tak zwanej nowej prawdzie, która nie wywiera na mnie takiego wrażenia, jakobym ją już dawno przeczuwał.

Wiersz, w którym wprawdzie uczucie jest szczere, ale nie forma, jest także tylko robotą. Chwila prawdziwego natchnienia stapia oboje. Niewart nic wiersz, który człowiek obdarzony smakiem może sobie inaczej pomyśleć, niż poeta go stworzył.

Maniera poetycka Heinego (szczególnie nowsza) jest wytworem niemocy i kłamstwa. Dlatego że jego zagmatwane stany uczuciowe nie mogą się skrystalizować w jednym stanowczym uczuciu albo że brak mu odwagi i siły, by przetrwać konieczny ku temu wewnętrzny proces, rzuca pochodnię dowcipu w stający się świat i spala go za nic, bez żadnej formy i rezultatu. Na taką zaś apoteozę przez całopalenie można się tylko wtedy zgodzić, jeśliby ze stosu wzleciał feniks; tego jednak u Heinego nie ma, pozostaje tylko proch i popiół, którymi igra swawolny wiatr.

Dzień majowy jest kategorycznym imperatywem radości.

Niewinność jest budzącą się zmysłowością, która siebie samej nie rozumie.

Większość ludzi nie odczuwa wcale potrzeby zdawania sobie sprawy ze swych stanów; chcą się tylko przez nie przecisnąć jak przez chorobę. Życie nie daje im żadnych doświadczeń, jest dla nich tylko ciągłą ucieczką z więzienia do więzienia, i zaiste uczyniliby oni najlepiej, przyzwyczajając się do pierwszego lepszego z tych więzień, bo wtedy mieliby przynajmniej stanowisko, z którego by mogli oglądać życie dobrze lub źle.

Utwór powinien być równocześnie indywidualnym i mieć ogólne znaczenie. Pozorne przeciwieństwo: jakże to się wyrównywa? Przez pogląd poetycki, którego wynikiem jest to, co bym nazwał ideą poetyczną. Jednostka jest dalekowidzem, który przybliża rzeczy.

Fantazję można znieść tylko w towarzystwie rozumu.

Tacyt jest jedynym szczerze rzymskim pisarzem: wytworem tych wszystkich okropności, o których daje świadectwo, feniksem Rzymu.

Ostatni cel: czy człowiek może go mieć na oku?

Czy nie lepiej, żeby na razie cel najbliższy uważał za ostatni?

Natura dała człowiekowi siłę woli, aby sobie sam pomógł, jeżeli ona go kiedy w połowie drogi porzuci.

Starożytni znali tylko noc i dzień, my znamy tylko zmierzch. We wszystkich naszych stosunkach pokutuje romantyczna miłość dwojga osób, prowadząca do urzeczywistniania ideału, ale nie do spłodzenia dziecka. Wolimy cień rzeczy niż rzecz samą, wystarcza nam przeczucie zamiast wiedzy.

Ostatecznie człowiek istnieje tylko przez swoje potrzeby.

Są ludzie, przed którymi nie można się zwierzyć z żadnego bólu bez natychmiastowego rewanżu z ich strony.

Nadzieję wiecznego trwania zasadza ludzkość głównie na znaczeniu, na niewyczerpanej treści wielkich ludzi. Na odwrót jednak są także ludzie, których roszczenia do nieśmiertelności opierają się tylko na roszczeniach całego rodzaju ludzkiego.

Pierwsza miłość szalona, chociaż przemija bez śladu i przejawia się śmiesznie, jest przecież najpoważniejszą rzeczą w całym życiu; nic przynajmniej — i w tym tkwi gorzka ironia — nie napina wszystkich sił człowieka tak do ostateczności, jak ona.

Postawić wroga w taką sytuację, żeby mógł wykonać jakiś szlachetny czyn, do którego nie dorósł, albo raczej zaniechać go.

Projekt prawa, wedle którego każdy bogaty, który sam na swój majątek nie zapracował, musiałby nieraz bić się na śmierć i życie o ten majątek, z każdym, kto by za to chciał gardła nadstawiać.

Każdy człowiek posiada wszystkie zdolności, powinien jednak kształcić tylko najwybitniejsze. Tu tkwi przyczyna, dlaczego wielu dąży tak uparcie do nieosiągalnego celu: bo nie są na zupełnie fałszywej drodze.

Często wydaje się, jakby w człowieku podczas zaspokajania cielesnej potrzeby budziła się jakaś wyższa potrzeba duchowa. Z pewnością jest zmysłowość klawiaturą ducha.

...Drzewo ze złotymi jabłkami, które w chwili jego dojrzenia dostają skrzydła i wzlatują w niebo...

Jest kwestią, czy kiedykolwiek możemy się dowiedzieć zupełnie nowej prawdy, takiej, o której już od początku nie mielibyśmy przeczucia. Dla mnie jest niewątpliwe, że to się nie stanie, bo się stać nie może, gdyż bez najzupełniejszego koła wszystkich prawd istnienie człowieka nie da się wcale pomyśleć: wymaga ono koniecznie takiej atmosfery.

Kto mógłby istnieć, gdyby myślami i uczuciem nie wysterczał w inny, wyższy świat? A przecież: iluż ludzi istnieje tylko dlatego, że tego nie czynią!

Artysta widzi właściwie zawsze tylko obrazy rzeczy, a nie rzeczy same. Dlatego jest w tym poniekąd słuszność, że życie postępuje z nim zwykle gorzej niż z innymi; nieświadoma refleksja, która po cichu wszystko, cokolwiek się zdarzy, czyni przejawem nieskończoności — łagodzi więcej, niżby się zdawało.

Człowiek nieświadomie dla siebie samego rości sobie prawo tylko do takiej dozy szczęścia, na jaką zasługuje; liczy się ciągle z losem. Dlatego też wyższy człowiek jest niezdolny do uciechy, która jest tylko odczepnym dla niezamożnego wierzyciela.

Gdy szlachta znajdzie w kanalii coś godnego czci, podnosi ją do swego koła przez nadanie jej szlachectwa. Kanalia nie powinna by na to pozwolić.

Szczególna, że właśnie rzeczownik gatunkowy: człowiek, stał się obelgą. Tak samo i psa nazywa się tylko w gniewie: bestią.

Człowiek lubi eksperymentować ze sobą, zamiast się spokojnie rozwijać. Może to do czegoś doprowadzić, ale jest niebezpieczne.

Człowieka, który stoi pod pręgierzem, nie obrzucaj zgniłymi jajami i nie wołaj: to grzesznik! Przeciw komu on zgrzeszył, jak nie — przeciw grzesznikom? Gdyby miał rozum dość bystry, może by rzekł, że zgrzeszyć można tylko przeciw grzesznikom. A wtedy twoja grzeszność będzie przyczyną jego grzechu.

Jeżeli mali ludzie chcą przedstawić obiektywny stan jakiejś rzeczy, powstaje zawsze upiór albo karykatura.

Słaby talent jest zawsze bodaj drabinką sznurową, prowadzącą do poznania w rzeczach sztuki. Wielu jednak woli z niej zrobić powróz i udusić nim rozum, aby dalej bez przestanku partaczyć.

Nie długością ramienia — dalekością wzroku niech człowiek mierzy swe szczęście.

Obfite źródło komizmu tkwi w dążeniach ludzi, mających cele wbrew przeciwne tym, do jakich by dążyć powinni.

Niektórzy bohaterowie polityczni dlatego napychają się cnotą, aby później kazać sobie tym więcej zapłacić za grzech.

Są poeci, którzy myśl czynią tematem dla uczucia, i inni, którzy o uczuciu rezonują.

Wyrażenie pokrewnych myśli przez pokrewne dźwięki jest czymś cudownym i wywołuje wrażenie jakby przedustawnej harmonii między formą a treścią, a więc tego, o co w poezji idzie jedynie i przede wszystkim. Stąd wielkie znaczenie rymu.

Że tak mało pisarzy ma styl, to pochodzi z ich niemocy poświęcenia pobocznych celów, bliższych i drobnych, dla ostatniego wysokiego celu, w ogóle z ludzkiej zachcianki, żeby za każdym krokiem osiągać jakiś cel.

Gdy człowiek upuścił jakiś przedmiot, ma zwyczaj podniósłszy bawić się nim, aby pokazać, że chwilowa niezręczność może iść w parze ze zręcznością. I w dziedzinie moralnej jest tak samo.

Nikt nie ogarnia żywiołu, w którym żyje, lecz żywioł ogarnia jego.

Najlepszą stroną religii jest ostatecznie to, że rodzi kacerzy.

Filozofia jest wyższą patologią.

Nauki przyrodnicze są miarą postępów ludzkości, zna ona siebie tylko o tyle, o ile zna naturę.

Człowieka, który ma smak, trudniej nawet oszukać niż kogo innego, gdyż zdoła on odróżnić szczery głos natury od naśladowanego. Każdy bowiem, kto nie daje własnego serca, posługuje się mniej lub więcej dobrą twórczością poetycką.

Byłoby lepiej pamiętać w życiu często o rachunku, który mamy na tamtym świecie zdać pewnym ludziom, niż o rachunku przed Panem Bogiem. Historycy powinni by to uwzględniać.

Wobec wielkich postaci historycznych zajmuje się czysto subiektywne stanowisko.

W nocy śniło mi się, że miałem dobry pomysł, zaraz jednak przypomniałem sobie, że to sen, i powiedziałem: patrz, ten pomysł przecież jest coś wart, to nie zwykłe dziwaczne widziadło senne, zapamiętaj go sobie! I zdawało mi się, że wkładam jakiś znak dla pamięci do książki, którą przed zaśnięciem czytałem. Jestem zresztą przekonany, że pomysł był istotnie doskonały, bo formalnie oceniałem go.

Natura niszczy spokojnie i obojętnie swoje najpiękniejsze wytwory; budzi to przeczucie jej niezmierzonego bogactwa, niezachwianej pewności i nieodwołalnego celu.

Ból życia! Tego słowa najwięcej się nadużywa. Ten tylko może mówić o bólu życia, komu życie z góry zupełnie uniemożliwiono, komu z życia skręcono rzecz, której nie może użyć, a przecież nie śmie odrzucić. Utrata jakiegoś jednego dobra nie wytwarza jeszcze bólu życia.

Można się wyzwolić z więzienia i wyszedłszy na wolność, paść martwym.

Pedantyzm tkwi w sercu, nie w duchu.

Szczery komizm jest prawdziwy, to jest, oparty na naturze, a jednak nie można sobie pomyśleć w naturze praw ani warunków, które by go wywoływały i umożliwiały. W tym też leży pikanteria komicznego wrażenia.

Jest to wnioskiem rozumu, nie tylko fikcją poetycką: gdy szczerze kochasz, musisz być wzajemnie pokochanym. Bo natura oblicza zawsze jedną siłę ze względu na drugą. O tym można by napisać powieść.

Ma się jedno z najdziwniejszych uczuć, gdy się nagle po długim czasie znajdziemy w tym samym stanie, tym samym miejscu, przy tej samej czynności; budzi to przedsmak zarazem śmierci i wieczności.

„Chcę o tym pomyśleć!” Jeżeli nie chodzi o zwykłe stosunki między rzeczami, brzmi to tak samo niedorzecznie jak: „chcę na ten temat odczuwać!”.

Są czyny, których się żałuje, nim jeszcze się je popełni, a przecież się je popełnia.

Kto chce odbyć podróż do gwiazd, niech nie szuka towarzystwa.

Jeżeli cię wabi ognik, idź za nim. Zabrniesz w bagno, to przecież jakoś wybrniesz; a jeżeli nie pójdziesz, przez całe życie będzie cię prześladowała myśl, że może to była twoja gwiazda.

Kto w sztuce nawet bez szczególnego talentu naprzód postępuje i nigdy nie staje, kto poważnie stara się opanować to, czego się można nauczyć, ten od czasu do czasu może stworzyć coś przyjemnego. Bo to, co w sztuce jest rzemiosłem, stoi przecież nieskończenie wyżej niż wszelkie inne rzemiosło.

Literaci młócą pustą słomę i biorą zapłatę jak najemnicy.

Człowiek, a przede wszystkim artysta, któremu zależy na prawdziwym wykształceniu, nie powinien zapominać, że duch pracuje bardzo często po to, aby siebie samego wyżywić i orzeźwić, że rodzi wiele owoców, które sam chce spożywać i których mu nie można odbierać na deser dla kogo innego.

Siedzieć dalej — to zaiste jedyna rada, aby nie upaść.

Każdy dopuszcza się świętokradztwa na pięknie, gdy je przedstawia.

Szczególnie tragicznym rysem życia jest to, że kto karze zbrodnię, najczęściej sam przez to staje się zbrodniarzem.

Jedna jest tylko droga do bóstwa: przez czynność ludzką. Z Odwiecznym wiąże nas nasza najlepsza siła, najwybitniejszy talent, którykolwiek nam dano, i tylko o ile ten talent kształcimy, tę siłę rozwijamy, zbliżamy się do stwórcy i wchodzimy w stosunek do niego. Wszelka inna religia jest oparem i czczym pozorem.

Kto nie trudził się nad zrozumieniem tego pierwszego życia, niech się nie spodziewa, że zajdzie daleko w poznawaniu drugiego. Bóg daje ludziom tylko nogi, nie szczudła.

Czy jaki człowiek może odczuwać, że napawa drugich tylko wstrętem i grozą?

Zdaje mi się, że tylko grzesznicy muszą grzech najbardziej nienawidzić. Bóg nie może nimi tak gardzić jak człowiek.

Każde dzieło sztuki musi być bezgraniczne (pod względem treści) i ograniczone (pod względem formy).

W zakresie komizmu jest technika nieregularna, niejako nieporządna, właśnie najlepsza. Ponieważ bowiem komizm osiąga znaczenie tylko jako całość, a w szczegółach daje tylko rzeczy błahe i pospolite, przez traktowanie prawidłowe powstałby nieprzyjemny kontrast.

„Wielki mąż, ale mały człowiek!” Frazes. Przypuszcza się zwykle, że wielkie przymioty muszą zneutralizować małostkowość i podłość, albo odwrotnie. Jest to piękny błąd, ale błąd. Małostkowe właściwości mogą bardzo dobrze istnieć obok wielkich.

Wielka siła zapowiada się uczuciu człowieka jako brak, póki się nie rozwinie.

Sny o treści zgoła nowej lub nawet fantastycznej nie są w moich oczach tak ważne jak te, które zabijają zupełnie poczucie teraźniejszości i wloką człowieka na powrót do więzienia jakiegoś dawno minionego stanu. W tamtych bowiem działa ta sama władza, na której opiera się sztuka i wszystko, co się zbliża do sztuki, a więc władza wyobraźni; tu zaś widzimy szczególną, zagadkową siłę, która człowiekowi jego samego kradnie i posąg już wyciosany znowu w bryle marmuru zamyka.

Właśnie ten, kto ma język najlepszy, musi milczeć.

Bóg udziela się tylko uczuciu, nie rozumowi; rozum jest jego przeciwnikiem, bo nie może go uchwycić. To wyznacza rozumowi rangę.

Całe życie jest strawną sprzecznością.

Zajmując się filozofią, człowiek najłatwiej traci to, co by chciał przez nią osiągnąć.

Wielkie talenty pochodzą od Boga, małe od diabła.

Myśleć i przedstawiać — dwie różne formy objawienia. Myślenie ma do czynienia z bezgranicznością, zachowuje się jednak wobec niej jak świadome naczynie i dlatego jest ograniczone. Przedstawienie wydobywa w formie ograniczonej coś nieograniczonego; dlatego z biegiem czasu przezwyciężono wszystkie systemy filozoficzne, ale ani jednego dzieła sztuki.

Sztuczka często skutecznie stosowana w krytyce: szeroko wywodzić, że rzecz nie ma się tak a tak, a pomijać kwestię, czy rzecz istotnie tak się mieć powinna.

Zadaniem poezji jest przedstawić to, co konieczne i nieuchronne, w najpiękniejszych obrazach, to jest takich, które ludzkość mogą pogodzić z jej losem.

Nowe błędy — nowe życie! (Motto do nowego zeszytu „Dzienników”).

W niedzielę szesnastego września, zaraz po obiedzie, otrzymałem list od brata z zawiadomieniem, że moja matka, Antje Małgorzata z Schubartów, zmarła o drugiej godzinie w nocy z trzeciego na czwarty. — Była to dobra kobieta i zdaje mi się, że jej dobre i mniej dobre przymioty wplotły się w mój charakter; mam tę samą co ona skłonność do pasji, do wybuchów gniewu i tę samą zdolność przebaczania i zapominania wkrótce krzywd wielkich i małych. Chociaż mnie nigdy nie rozumiała i na swoim stopniu duchowym zrozumieć nie mogła, musiała mieć przecież zawsze przeczucie mego najgłębszego jestestwa, bo ona to wciąż gorliwie broniła mnie przed napaściami ojca, który (ze swego stanowiska słusznie) widział we mnie tylko wyrodne, nieużyteczne, a nawet złośliwe stworzenie — i raczej sama znosiła twarde ciosy, na których zaiste, w najdosłowniejszym znaczeniu, nie zbywało, byle mnie nie dać. Jej tylko zawdzięczam, że nie poszedłem na parobczaka, jak to było ulubionym planem mego ojca każdej zimy; wskutek mojej wrażliwości byłoby mnie to doszczętnie zrujnowało już w zaraniu młodości; jej tylko zawdzięczam, że mogłem regularnie chodzić do szkoły i pokazywać się publicznie w sukniach czystych, choć połatanych. Dobra, nieustannie o swoje dzieci zatroskana matko, byłaś męczennicą, a ja nie mogę dać sobie świadectwa, żebym dla polepszenia twego losu chociaż tyle uczynił, ile leżało w moich, co prawda mizernych, siłach! Możliwość twojej tak wczesnej śmierci była czasem myślą dla mego ducha, lecz nigdy uczuciem dla serca; mierzyłem twoje stany moją miarą i często nie czyniłem nic, skoro nie mogłem uczynić wszystkiego. Gdy byłem jeszcze bliżej ciebie, bywałem nieraz względem ciebie szorstki i twardy; ach, i serce bywa czasem tak obłąkane jak duch, grzebałem w twoich ranach, bo ich nie mogłem uleczyć, rany twoje były mi przedmiotem nienawiści, bo przez nie odczuwałem swoją niemoc. Przebacz mi to, czego źródła teraz zapewne głębiej przenikasz niż ja, i przebacz mi także, że uwikłany w plątaninie mego własnego ja i nieufny względem każdej nadziei, wróżącej mi światło w duszy i wolną rękę na zewnątrz, nie mogę twojej śmierci ani opłakiwać, ani nawet odczuwać. Ta nieczułość jest mi nowym dowodem, że śmierć właściwa, śmierć jako niszczycielka nie może naturą człowieka wstrząsnąć ani jako wyobrażenie, ani jako uczucie i że dlatego też jest ona niemożliwa; gdyż wszystkie możliwości są w głębi naszej duszy zarysowane i rozbłyskują natychmiast w kształty, ilekroć jakieś zdarzenie, jakiś przypadek potrąci o ciemną sferę, w której spoczywają. Zresztą będziesz miała i żal, i łzy, skoro tylko znowu będę samym sobą, a twój cichy obraz w całym majestacie macierzyńskim będzie stał zawsze przed moją duszą, łagodząc, kojąc, zachęcając i pocieszając. Gdy pomyślę o tobie, o twoich ustawicznych cierpieniach, to każdy ciężar, nałożony na mnie przez los, wyda mi się lekki w porównaniu z twoim; gdy sobie przypomnę te twoje ubogie radości, w których jednak twe serce tajało z łagodnego szczęścia, nie będzie mi się nigdy wydawało, żem próżen radości. I tak jeszcze poza grobem będziesz mi matką; przebaczysz mi, a ja ciebie nigdy, nigdy nie zapomnę!

Człowiek powinien siebie zawsze uważać za eksperyment natury.

Dzięki ludziom cnotliwym schodzi cnota na psy.

Jeniec jest kaznodzieją wolności.

Poezja liryczna ma udostępnić sercu ludzkiemu jego najpiękniejsze, najszlachetniejsze i najwyższe uczucia. To jest najlepsza jej definicja.

Nigdy jeszcze nie odczuwałem zabójczości nudy tak silnie jak teraz. Tak jest: my, ludzie, należymy do siebie wzajemnie i im więcej kto ma w sobie, tym mniej nadaje się do samotności. Na puszczy stałby się największy ateista świętym, już choćby dlatego, aby mieć towarzystwo. Śmierć właściwie nie pożera człowieka, ona go tylko ukradkiem nadgryza; teraz wydaje mi się, jakby żuła ze mnie cząstkę jak z gorzkiego migdału.

...Odświeża to we mnie dawne postanowienie, by prowadzić regularny i wyczerpujący dziennik. Głębokie słowo powiedział Goethe: stany przepadają bezpowrotnie; a właśnie w stanach odbija się najjaśniejszymi refleksjami wewnętrzny człowiek. Człowiek objawia się tylko między dwiema granicami, jest to strumień dający się ująć tylko za pomocą brzegów. Nie powinno się tedy zaniedbywać trudu troskliwego opisywania tych brzegów.

Już to jest dowodem nieśmiertelności, że człowiek jest zdolny do każdego stanu i potrzebuje każdy wzbudzić w sobie i wypróbować, a tymczasem na całe życie zamknięty jest w tym jednym, właśnie istniejącym, historycznym człowieku, a nawet w nim się rodzi, tak że człowiek historyczny już od razu wpiera się w jego ciało i krew. Studiowanie historii nie wynagradza braku rozmaitości stanów; może ono (ku udręce człowieka) rozwijać jego życie wewnętrzne, a zaiste jest jeszcze kwestią, czy istnieje czyste, tzw. świadome życie wewnętrzne, gdyż nieświadome nie jest życiem, lecz pożywą8 życia.

W życiu nie da się nic a nic odrobić: ani praca, ani radość, nawet żal może przyjść za późno. Każda chwila ma swoje szczególne, nieodparte żądania. Sztuka życia polega na zdolności przekreślania w samą porę resztek przeszłości.

Głównym zarodkiem mego nieszczęścia jest mój talent poetycki. Jest on za wielki, abym go mógł stłumić, za mały, aby mi się pielęgnowanie go stosunkowo opłaciło. Muszę jednak dodać, że ten fatalny mój stosunek do mego talentu jest tylko skutkiem bezdroży, jakimi szło moje życie. Czuję aż zanadto wyraźnie: dźwignie, za których pomocą mógłbym wprawić w ruch moje siły, są złamane; jestem o wiele bogatszy, niż uda mi się to kiedykolwiek pokazać. Ten tylko, kto jest w podobnym położeniu, może odczuć, co to znaczy. To jest prawda, na wiecznego Boga, to prawda, niczego nie jestem tak pewny, jak tego. Tak jest zapewne człowiekowi, który utracił nogę; gdy siedzi lub leży, czuje w sobie pewną siłę chodu i nie drży przed żadną metą, ale gdy wstanie, kuleje i naraża się nawet na śmiech. Tak jest: słońce świeci człowiekowi tylko raz, w dziecięctwie i wczesnej młodości. Jeśli się wtedy zagrzeje, nie będzie mu nigdy zupełnie zimno, a ziarna w nim tkwiące rozwiną się, wydadzą kwiat i owoc. Tieck mówi gdzieś w tym samym sensie: tylko kto dzieckiem był, staje się mężem; zadrżałem, gdym to pierwszy raz czytał, zmora, która okrada moje życie, otrzymała nazwę. Jak ponure, jak opustoszałe były moje lata dziecięce! Mój ojciec właściwie mnie nienawidził, a i ja nie mogłem go kochać. On, niewolnik małżeństwa, żelaznymi łańcuchami przykuty do nędzy, nie w mocy mimo największe wytężenie sił wyzwolić się z tego jarzma i posunąć się choć o krok dalej, nienawidził jednak i radości; droga do jego serca była przed nią zarosła ostami i cierniami, więc nie mógł jej także znieść na twarzach swych dzieci, wesoły, wyrywający się z piersi śmiech był w jego oczach zbrodnią, urąganiem jemu, chęć zabawy uważał za lekkomyślność, nicpoństwo, niechęć do grubej pracy ręcznej, za wrodzone zepsucie, za powtórny grzech pierworodny. Mnie i brata nazywał swoimi wilkami; nasz apetyt psuł jemu apetyt, rzadko kiedy wolno nam było zjeść kawałek chleba bez słyszenia wyrzutów, że nań właściwie nie zasługujemy. Mimo to był mój ojciec (nie napisałbym tego, gdybym o tym nie był jak najgłębiej przekonany) dobrym, wiernym, pełnym dobrej woli człowiekiem; ale ubóstwo zajęło miejsce jego duszy. Bez szczęścia nie ma zdrowia, bez zdrowia nie ma człowieka!

Przykro jest musieć walczyć z zewnętrznymi trudnościami i poświęcać im połowę duchowej siły; ale najprzykrzejsze jest to, że człowiek, który się znajduje pod takim przymusem, sam dla siebie jest zawsze niejasny, że nie może nigdy wiedzieć, czy w sytuacjach bez wyjścia działa w nim jego pierwotne, niesfałszowane ja, czy też jego wypaczony stosunek do świata. Niejasność w tym względzie może doprowadzić do rozpaczy; przyzwyczaiłbym się do każdego, najwstrętniejszego zjawiska, jakie by się z mego wnętrza wynurzyło, gdybym mógł sobie powiedzieć: i w takiej postaci musiałeś pewien czas istnieć, jeżeli w ogóle miałeś istnieć; lecz myśl: to nie twoja własna choroba, to obcy jad cię zeszpeca, ta myśl jest straszna, tym straszniejsza, że może być zupełnym złudzeniem.

Śniło mi się raz w dzieciństwie, że widzę Boga; do nieba wysoko uwiązana była lina, na której końcu usiadłem i huśtałem się. Z wielką trwogą wzlatywałem w obłoki i chciałem zawsze wyskoczyć, ilekroć lina znowu dotknęła ziemi, lecz nie miałem odwagi. Pamiętam jeszcze jak najdokładniej wszystkie wrażenia; zdaje mi się, że widzę jeszcze czerwone kamyczki, które zauważałem na ziemi, ilekroć musnąłem ją wzrokiem. Innym znów razem, może przedtem albo w tym samym czasie, zdawało mi się, że widzę „naszego Pana Boga” (wyrażenie moich rodziców) w naszym domu, a mianowicie (śmieszne to, lecz prawdziwe) w osobie czeladnika stolarskiego, który przyszedł do mojego ojca. Spytałem potem matki: — nieprawdaż, to był „nasz Pan Bóg?” — i dostałem od niej odprawę; ale pamiętam tylko fakt, nie to, com przy tym myślał lub odczuwał. Czeladnik ów miał kurtkę z niebieskimi i białymi paskami.

Ludzie fabrykowani przez miernych, choć rozumnych poetów różnią się tym od ludzi rzeczywistych, że mają wgląd w samych siebie, że wiedzą, czym są i dlaczego co czynią, podczas gdy ludnie żywi są szczęśliwi, jeżeli choć trochę wiedzą, kim byli i dlaczego coś uczynili. I to wprawdzie musi być w utworze poetyckim pokazane, a ponieważ wszelkie opisywanie i eksplikowanie jest śmiercią poezji, musi być pokazane często właśnie za pośrednictwem przedstawionego człowieka, ale prawdziwy poeta osiąga ten cel całkiem innymi środkami. Posługuje się tajemniczą mocą słowa, słowo zaś jest wprawdzie produktem charakteru i sytuacji, ale jeszcze bardziej odsłania człowieka, który je wypowiada, niż rzecz, którą oznacza.

Modlitwa Pańska jest cudownym wyrazem najgłębszego stanu duszy ludzkiej, gdyż powstała z wahania się między własną siłą, która chce się natężać, a wyższą potęgą, którą poryw uczucia przyzywa. Na jak boskiej wyżynie stoi człowiek, gdy modli się: „i odpuść nam nasze winy, jako i my odpuszczamy naszym winowajcom”! Samodzielny, swobodny stoi wobec bóstwa i własną ręką otwiera sobie piekło lub niebiosa. A jak wspaniałe jest, że z tego dumnego uczucia rodzi się tylko najczystsze westchnienie pokory: „i nie wódź nas na pokuszenie”! Można powiedzieć: kto tę modlitwę szczerze odmawia, kto ją głęboko odczuwa, i o ile to w ludzkiej niemocy, według niej żyje, ten jest już wysłuchany, musi być wysłuchany. „Amen” wypływa bezpośrednio z samej modlitwy; w ten sposób jest ona dziełem sztuki w najwyższym znaczeniu.

Myśl o grzechu pierworodnym jest najnaturalniejszą myślą człowieka. Jak często czyni człowiek coś, czego już podczas czynu i przed nim żałuje; jak często woła: fe! pluje w szklankę, a przecież ją wychyla. Najważniejszym zadaniem zresztą byłoby wykazać osobiste, indywidualne potrzeby we wszystkim, co z biegiem czasu stało się ogólną wiarą, niezbitym na pozór dogmatem; tylko w ten sposób można by osiągnąć niejaką swobodę poznania. Na tej drodze robi się najdziwniejsze odkrycia, na przykład, że płaszcz Boga złatany jest z szlafroka człowieka i z kostiumu upiorów jego sumienia.

Człowiek nie może nigdy uczynić nic pospolitego, może tylko myśleć i odczuwać pospolicie. Działalność jego jest tylko materiałem, na którym próbuje się jego dusza.

Sądzę, że porządek świata, zrozumiały dla człowieka, byłby dla niego nieznośniejszym niż niezrozumiały. Tajemnica jest właściwym jego żywiołem, chce on coś widzieć, lecz nie wszystko; a gdy widzi wszystko, mniema, że nie widzi nic.

Gdyby zło nie musiało się kiedyś przerobić na dobro, mogłoby mieć takie same prawa do istnienia jak dobro. Nie godzi się ono tylko dlatego z porządkiem świata, że nie zostaje tym, czym jest.

Pewną oznaką samopoznania jest, jeżeli się w samym sobie odkrywa o wiele więcej błędów niż w innych.

Znośnym czyni życie to, że cierpienia luzują się.

Nie mieć czegoś — czy to grzech? Na przykład nie mieć uczucia ani serca. Mamy o ludzkiej naturze (i to jest piękne) tak dobre mniemanie, że się nam zdaje, iż tak szlachetnych ingrediencji nikt nie jest pozbawiony, widocznie sam je zniszczył i zgasił. Człowiek bez uczucia, który przeczuwa, jakim jest...

Jest to rzeczą godną uwagi, a niezaprzeczalną, że poprawa idei religijnych szła ręka w rękę z korzyścią ludzkości.

Nie chcę, aby uznano moje piękno i doskonałość, chcę tylko, aby uznano piękno i doskonałość w ogóle. Wtedy bowiem znajdzie dostęp i wszystko to, co ze mnie dobrego płynie, i dlatego wolno mi bez egoizmu boleć nad tym, jeżeli coś, co mi się uda, istnieje tylko dla mnie, nie także dla drugich.

Myślenie nie jest, jak pierwej sądziłem, darem powszechnym, ale jest szczególnym talentem. Ja tego talentu nie mam, ale go przeczuwam, i stąd też pochodzi, że nigdy nie jestem z siebie zadowolony, gdy piszę jaki artykuł. Chcę chodzić, a mogę tylko robić skoki, chcę we wszystkim zaprowadzić jasny ład i związek, a mogę rozedrzeć tylko tu i owdzie zasłonę okrywającą prawdę. Prawdziwe myślenie jest produktywne jak każda twórcza, pierwotna siła; nie myśli jeszcze ten, kto tu i owdzie za pomocą operacji rozumowej obali jakiś błąd, na to wystarczy tylko mierzyć, ważyć i porównywać. Każdy wielki myśliciel posiada z pewnością własną metodę myślenia, choć może jej sobie nie uświadamia.

Szczęście wypłatałoby mi najgorszego figla nie wtedy, gdyby zupełnie nie przyszło, lecz gdyby przyszło za późno; bo pozbawiłoby mnie nawet dobrze zasłużonego napisu na grobie. Biedne drzewo, słońce zaczyna cię kokietować, gdy korzenie już zmarzły. — Podły kikucie — woła przechodzień, lornetując je podczas spaceru — czemu nie zielenisz się, gdy wszystko naokoło zielone? — Zresztą, cóż jest najstraszniejsze? Nie to, że świat może zapaść w gruzy, lecz że może tak w ciszy zniszczeć!

Późniejsze sądy Goethego o autorach i książkach nie są sądami jego żołądka, lecz podniebienia.

Kiełkowanie i gnicie są siebie bliskie, są nawet często tym samym.

— Zróbcie nowy wynalazek — woła Rahel — stare są już zużyte! — Boję się tylko, że stoimy już u granic naszego dowcipu i jesteśmy wszyscy dojrzali do nieba, co notabene byłoby czymś najgorszym. Nasze życie stało się zbyt wewnętrznym; bez cudu nie może się zwrócić na powrót na zewnątrz. Do czego doprowadzi to ciągłe odzwierciedlanie i szpiegowanie własnej duszy? Nawet nie do błędu, co najwięcej do rozpaczliwego przeczucia naszej własnej okropnej nieskończoności, do punktu, w którym zastępuje nam drogę nasze własne „ja” jako najstraszniejsze widziadło. Co prawda, głód i nasycenie zlewają się tu w jeden moment, gdyż nie możemy stawiać nowych pytań, nie osiągnąwszy wprzód nowego poglądu; ale to znaczy przecież wydobywać prawdę torturą i soku życia używać za nawóz dla drzewa poznania. Bo jest ogromna różnica, czy człowiekowi zadaje pytanie świat, przypadek, los, czy on sam siebie pyta. Można sobie samemu stać się obcym, to jest odwrócone szaleństwo i ostatnia, to jest najgłębsza, przepaść, w którą wpaść można.

Im dłużej się żyje, tym mniej się wie, dlaczego się żyje.

Jeżeli się ma wszędzie przyjąć ducha, musi się go przyjąć i w człowieku. — A przecież byłoby możliwe, że to, co w wyższym sensie nazywa się duchem: rozświetlająca iskrą, która nam otwiera obce światy, właśnie ponieważ z obcych światów pochodzi, tylko nas odwiedza, lecz w nas nie mieszka. Może ją tylko przyciągamy, jak żelazo przyciąga iskrę fizyczną, piorun; może jesteśmy jej warsztatem dla wykucia wielkich rzeczy, warsztatem, który się żarzy i błyszczy od siły jej płomieni, sam nie mając żadnego znaczenia. Wszak prawie bez śladu mija wszystko, co się na pozór duchowo przeżyło; wszak nieraz później nawet się nie pojmuje pewnych stanów, w których i przez które przedtem się żyło.

U wielu ludzi odrobina rozsądku jest tylko ubogim kagankiem, który nie oświeca nic, jak tylko ich własną nędzotę.

Nasza poezja niemiecka nie ssie z piersi natury i życia, lecz z jakiegoś wrzodu.

Szczególny to, lecz dający się wytłumaczyć błąd, że dotychczas nie uważałem swego życia za nic i dlatego tylko mało uwagi mu poświęcałem. A ono przecież jest i pozostanie zawsze rzeczą główną, warunkiem, granicą mego ja.

Nie trzeba nigdy porzucać zamiaru poprawienia się, nawet gdy się już dawno stoi na punkcie, na którym się poprawić nie można.

Człowiek jest kontynuacją aktu stworzenia, wiecznie stającym się, nigdy niegotowym tworem, który nie dopuszcza do zakończenia, zastygnięcia i zastoju świata. Ogromną doniosłość ma to (ta myśl naprowadziła mnie na myśl poprzednią), że wszystko, co istnieje jako ludzkie pojęcie, nie zawiera się w naturze w formie całkowitej i skończonej, lecz tylko cząstkowo, a wszystko, co w naturze istnieje jako rzecz skończona i całkowita, usuwa się spod pojęcia ludzkiego, nie wyjmując własnej natury człowieka. I tak wiemy i określamy, czym jest prawo i bezprawie, cnota i niewinność (gdyśmy ją stracili!), ale nie wiemy, czym jest życie itd. Gdzie nam dano poznanie, tam natura potrzebuje naszej pomocy.

Miejsce i źródło naszej choroby musi się stać także miejscem i źródłem naszego ozdrowienia.

Gdy się jest chorym, żyje się z samym sobą na stopie wojennej, duch wcale się nie lituje nad ciałem, owszem, darzy je pogardą i nienawiścią. W tym, zdaje się, ma podstawę uwaga Bornego: „Nadużycia zmysłowe są częściej skutkiem niż przyczyną skołatania cielesnego”. Duch nie chce grać roli dozorcy chorego, robi cherlakowi na przekór i pobudza go do rzeczy, których biedaczysko wytrzymać nie może.

Niech sztuka pokazuje nie to, co człowiek robić powinien, lecz co i jak robić może.

„Forma jest wyrazem konieczności!” powiedziałem w pewnej recenzji. To najlepsza definicja! Materiał jest zadaniem, forma rozwiązaniem.

Ból uważa się zawsze tylko za atak na życie, za pauzę w życiu. A przecież on sam jest życiem, chce żyć. Dlatego właściwie kończy się radość, skoro ból raz duszę ludzką opanował.

Proza przedstawia to, co się przemyślało, poezja to, co się przeżyło. To główna różnica.