1843

Niektórzy poeci mogą zawsze pisać. Tak jest, podobnie jak można zawsze myśleć, póki się nie zna właściwych problematów myśli i wesoło przeskakuje ponad przepaściami, w które inni wpadają.

(Na widok padającego śniegu) Tylko póki nie jesteśmy jeszcze tym, czym być mamy, jesteśmy czymś indywidualnym, podobnie jak płatek śniegu tylko dlatego jest płatkiem śniegu, że nie stał się jeszcze wodą.

Są egoiści, którzy nie wyglądają poza swoje koło i mniemają, że działając tylko dla swego koła przez to samo są czynni i dla całego świata. Ci są najgorsi, bo nawet świadomość nie stawia im granic. Zresztą człowiek jest z konieczności egoistą, bo jest punktem, a punkt zagłębia się sam w sobie.

W młodości i w najwcześniejszym dzieciństwie przechodziły otaczające mnie rzeczy prawie we mnie samego. Jak błogo mi było, gdym wykonywał pierwszy rysunek u mego nauczyciela rysunków, Hardinga. Ogród, dzionek jesienny, za furtką stała dziewczynka. Zdawało mi się, że furtka, którą namalowałem, musi się otworzyć, skoro tylko narysuję dziewczynkę. Całe to uczucie żyje jeszcze we mnie, ale jak je wyrazić! Także noc, kiedy razem z synem malarza do późna czytaliśmy Lenorę Bürgera. Rozkosz, rzewność, życie, śmierć, wszystko naraz prauczucie! — Jak mój ojciec zmiął pożyczony mi przez Hardinga rysunek (winogrona), bo gniewał go czas na to użyty; i jak się wstydziłem powiedzieć malarzowi, że to ojciec zrobił, i od niego burę dostałem za nieuwagę.

Jeżeli człowiek nie ma stracić ochoty do życia, musi czuć w sobie nadmiar sił, musi je posiadać w ilości przewyższającej konieczną potrzebę. Z tego powodu przede wszystkim powinno by się unikać nadużyć, gdyż one pochłaniają ów nadmiar, dzięki któremu fontanny namiętności biją tak wesoło, a życie ciągle ma urok.

Mówi wprawdzie Klopstock: — nieśmiertelność to wielka rzecz. — Lecz to nieprawda. Drugi świat poza ponurym grobem niewart funta kłaków, jeżeli mamy tam zachować pamięć choćby o jednej naszej poetyckiej czy heroicznej psocie na tym świecie; pod tym względem Szekspir stoi na równi ze swoim pucybutem. Napoleon za ostatnim swoim podoficerem. Życie jest dobrem największym, a szczytem tego dobra jest spokojny, czysty rozwój.

Poezja jest molochem, trzeba jej ofiarować cały las, a jedyną nagrodą jest to, że wolno spalić się w jego rozżarzonych ramionach!

Umarły wywiera na tym, kto mu się przypatruje, wrażenie takie, jakby sam był śmiercią — jakby powieki jego mogły się podnieść i spoza nich mogła wypaść strzała; poza jego zamkniętymi powiekami widzi się śmierć z napiętym łukiem.

Próżność nie opuszcza nawet samobójcy. Nikt się nie powiesi, kto się jeszcze może zastrzelić.

Jak bardzo natura związana jest z indywidualizacją form i jak siły twórcze zawsze płyną tylko w jednym kierunku, to pokazuje się szczególnie w tym, że nie stworzyła ani jednej rośliny o podwójnych owocach, na przykład wiśni z winogronami, lilii z różami. Do bajki: cud-drzewo ze wszystkimi kwiatami i owocami.

Bajka: Chłopczyk maluje piękny ogród, a w nim dziewczynkę; w chwili gdy właśnie narysował klamkę, nagle otwiera się furtka na papierze, drzewa zaczynają szumieć, źródła tryskać, dziewczynka przystępuje do niego i mówi: — wyzwoliłeś nas przez to, że w tobie ożyliśmy tak, jakeśmy istnieli. — Tak samo można by wyzwolić całą przeszłość i powołać do nowego życia.

Istnieje pewien przeklęty sposób mówienia prawdy; można na przykład o wielkim bohaterze powiedzieć, że nie umie tańczyć, a o wszystkich innych jego właściwościach zamilczeć. Tę metodę szczerości stosuje się często przy omawianiu dzieł poetyckich, podciąga się je pod jedyną kategorię, do której nie należą, i wydaje się wyrok.

Grzesznicy przeciw estetyce są gorsi od grzeszników przeciw moralności, bo ci ostatni mają przynajmniej jakieś pojęcie o idei, którą obrażają, a tamci nie.

Liryka jest żywiołowością poezji, bezpośrednim połączeniem podmiotu z przedmiotem.

Potężne wrażenie dramatyczne powstaje wtedy, gdy motywy dramatu pchają sprawę ku jasno określonemu, dla widza lub czytelnika wyraźnemu celowi, a potem nagle oprócz tego celu osiągają jeszcze zupełnie inny cel, niespodziewany i nieprzeczuwany. Lecz tylko geniuszowi uda się taki podwójny cios czy grom, odskakujący wstecz, talent będzie się starał skombinować zajścia zewnętrzne tam, gdzie właśnie trzeba było odsłonić wewnętrzną głębię.

Dramat jest żywym ogniem w pośrodku historycznych zwalisk, ogniem, który przetapia zastygłe masy i nawet śmierć przywraca do życia.

Czy rozbitek kocha belkę, którą tak kurczowo obejmuje?

Zgrzytanie ziarn pod kamieniem młyńskim a zgrzytanie człowieka pod kołami wozu fortuny: czyż to nie wszystko jedno?

Nasienie zwierzęce zawiera bez wątpienia najwięcej życia; mimo to jednostka męska nie może go udzielić jednostce żeńskiej do zasymilowania, lecz tylko do wytworzenia nowej istoty. Każde indywidualizowanie się jest zamknięte, ześrodkowane dookoła punktu.

Nie ma właściwie nic pedantyczniejszego, jak popisywać się w towarzystwie zaletami ducha.

Życie jest straszliwą koniecznością, którą trzeba przyjąć w dobrej wierze, ale której nikt nie rozumie, a sztuka tragiczna, która niszcząc życie jednostkowe na rzecz idei zarazem wznosi się ponad to życie, jest najjaśniejszą błyskawicą świadomości ludzkiej, nie może jednak nic oświetlić, czego równocześnie nie spali. — Sztuka tragiczna wyrasta jedynie z takich oto rozważań jak dziwny, tajemniczy kwiat z cieniów nocy, bo podczas gdy poezji lirycznej i epicznej wolno czasem igrać pstrymi bańkami zjawisk, poezja dramatyczna musi mieć zawsze na oku podstawowe stosunki, w których obrębie każde poszczególne istnienie powstaje i ginie, te stosunki zaś — gdy uwzględnimy ciasny widnokrąg ludzki — są potworne.

Niejedną rzecz, którą się odrzuca bez powodu, trzeba studiować, a potem — ma się już do tego powody.

Wszystkie nauki idą szczególną drogą. Bardzo często, gdy się mniema, że się wyciągnęło ostateczne rezultaty, zdobyło się tylko nowy, co prawda o wiele bogatszy alfabet i tak dalej.

Już do pojęcia charakteru potrzebna jest idea. Tylko idea stanowi o różnicy między dramatycznymi charakterami a figurami. Ma to znaczenie nawet w zakresie komizmu. Falstaff jest charakterem komicznym. Dlaczego? Bo ma świadomość swej niezależności od wpływów natury, którym się poddaje.

Dlaczego napoczęcie przez robaka czyni owoc dojrzałym?

Jeżeli się małpę obnosi na tarczy, cóż jej z tego? Tłum, który ją wyniósł, dostrzega jej ogon, gdy dotychczas mogła jeszcze udawać człowieka.

Nic nie ma wstrętniejszego nad obraz cnoty w pospolitej duszy.

I w słowie należy szanować niewinność; kto je gwałci, może z nim spłodzić bękarta, jakiego zechce.

Cały pochód historii nie jest wyrównywaniem się krańcowości, lecz raczej powolną wędrówką od jednej krańcowości do drugiej i na powrót.

Całe życie jest daremnym wysiłkiem jednostki, by znaleźć formę; przeskakuje się wciąż z jednej formy w drugą i widzi, że każda jest albo za ciasna, albo za szeroka, aż wreszcie, zmęczywszy się eksperymentowaniem, poprzestaje się na ostatniej, która nas dusi lub rozrywa.

Szczytem twórczości Szekspira jest Lir. Nie pojmuję, dlaczego się wyżej stawia Hamleta. Hamlet jest testamentem Szekspira w tajnym języku; sztuka pisana jakby w grobie; ma się wrażenie, jak gdyby umarły jeszcze raz wstawał, sięgał w swoje wnętrzności i robaki, toczące to pielęgnowane niegdyś starannie ciało, rzucał w twarz nam, pełnym życia ciekawskim, rozpaczliwe, straszne pożegnanie ze światem, w chwili gdy się już doń tyłem odwracał i przepadał w nicości. Ale Lir jest tryumfem nad tymi cierpieniami, które później — jak się zdaje — tak zwyciężyły poetę, że zrzekłszy się walki z nimi, już tylko krzykiem wydanym w Hamlecie chciał sobie ulżyć. Lir jest jedynym dziełem, które można postawić na równi z Antygoną, ponieważ, tak jak ona, odsłania w imponujący sposób moralne korzenie świata przez skoszenie pokrywającego je chwastu. Także i pod względem formy Lir jest jedyny i niedościgniony zwłaszcza w tym, że — czego, jak mniemam, dotąd nikt nie zauważył — Goneryla i Regana, na pozór wcielone demony, przecież właśnie przez charakter Lira są nie tylko usprawiedliwione, lecz nawet wyjaśnione; widzimy, że tak popędliwy ojciec musiał spłodzić właśnie takie chytre, zimne dzieci, które się go tylko boją, a gdy obawa ustaje, tracą wszelki stosunek do swego rodzica i uważają go raczej za wroga niż za pokrewną istotę, a zmuszane dawniej do zaparcia się swego „ja” wobec niego, teraz już tylko swoje „ja” mają na względzie, gdy on im wchodzi w drogę. To jest właśnie mistrzostwo formy, że poeta rysuje nam dawnego Lira przez dzisiejszego obłąkańca i przez to zarazem odsłania nerwy i tętnice córek.

Forma: licha tama między strumykiem a morzem, które starają się ją rozerwać.

Ludzie wynaleźli wiele dziwacznych cnót, lecz najdziwaczniejszą jest skromność. Zero mniema, że stanie się czymś, jeżeli się przyzna: — jestem zerem!

Kto wierzy w szczęście, ma szczęście.

Jest głupotą żądać od poety tego, czego nawet Bóg nie daje: pogodzenia i wyrównania dysonansów. Ale za to można żądać, aby dał dysonanse te, a nie utknął w środku między przypadkiem a koniecznością. Ma on prawo doprowadzić do zaguby każdy charakter, ale musi nam zarazem pokazać, że ta zaguba jest nieunikniona, ustanowiona podobnie jak śmierć przez sam fakt urodzenia się. Jeżeli świta choćby najlżejsza nadzieja ratunku, poeta jest fuszerem. Z tego stanowiska jednak wypływa jeszcze wyższa piękność i całkiem inna do niej droga niż ta, którą uwielbiał Goethe.

Jak wytoczona krew nie jest człowiekiem, tak samo ujęta w sentencje treść myśli nie jest poematem.

Gdyby rzeźbiarz zamiast rzeźbić i oddać w marmurze obraz swej wyobraźni wołał: — O jakiż piękny! jakiż wspaniały! — wyśmialibyśmy go; ale miernym poetom wciąż się jeszcze na to pozwala.

Maks, mój luby, uśmiechnięty aniołek o głębokich, niebieskich oczach i słodkich, jasnych włosach, jest trupem. Oto leży jego loczek przede mną, to wszystko, co mi po nim zostało. O, gdy sobie pomyślę, że to dziecko, na które każdy z wyjątkiem mnie, jego ojca, wielkiego poety — bo niech i to będzie napisane! — patrzył z rozkoszą i zachwytem, tak było piękne i miłe, że to dziecko teraz gnije, że je robaki jedzą, to chciałbym sam być robakiem, aby przynajmniej jako obrzydliwe zwierzę mieć w nim ten swój udział, którym jako człowiek, jako ojciec gardziłem. Mógłbym połknąć ten lok, mógłbym zrobić coś jeszcze gorszego, spalić go, bo nań nie zasługuję! O, mój Maksiu, nie krąż naokoło mnie ani minuty, zostań przy matce, pociesz ją, ulżyj jej bólowi przez twą tajemniczą bliskość, jeżeli możesz — tylko nie mojemu, nie mojemu! „Ja się tylko schowałem, szukajcie mnie, a ten mnie nigdy nie znajdzie, kto mnie za mało kochał!” Oto pociecha, która brzmi ku mnie z wieczności. Widzę cię, dziecko, ty słodkie, rozkwitające życie, jak podczas obiadu siedziałeś przy swoim małym stoliku, kiwałeś ku mnie główką i mówiłeś: „I ja wina!” — i czekałeś, czy dla ciebie kroplę zostawię. A twarzyczka, ta słodka, słodka twarzyczka — o Boże, o Boże! Postawiłeś anioła przed moimi drzwiami, a on uśmiechnął się do mnie i spytał: „czy mnie chcesz?”. Nie powiedziałem: „tak!”, ale on wszedł do mnie, bo myślał: „... przypatrz mi się tylko, a potem to już mnie zatrzymasz...”. Ale rzadko kiedy myślałem o nim co innego, jak tylko to jedno: jak go tu wyżywić! i to tchórzostwo oślepiło, stępiło mnie względem szczęścia, które trzeba było tylko objąć, aby mieć skarb po wszystkie czasy. Wtedy go Bóg odwołał, a on nie poszedł chętnie, bo miał matkę, która w zamian za ojca podwójnie matką mu była. Teraz nie pomogą ani skargi, ani łzy! O tak, to prawda, że drżę przed przyszłością, że nie wiem, skąd wziąć kawałek chleba, że drżę bardziej niż żebrak przy drodze, bo boję się zostać tym, czym on już jest. Ale przecież powinienem się był zdecydować na najgorszą ostateczność, choćbym go miał z żebraniny utrzymywać i kij żebraczy w spuściźnie mu zostawić, wtedy bym przynajmniej nie potrzebował się wstydzić przed każdym robotnikiem, który koło mnie przechodzi z potem pracy na czole, mógłbym teraz spokojnie powiedzieć: „Bóg dał, Bóg wziął, niech imię Boże będzie pochwalone!”. A jak często byłem surowy, okrutny względem dziecka, gdy mi moje ponure myśli przerywało rzewnie niewinną pustotą! O żebym się był nigdy nie narodził! To westchnienie wyrywa mi się z głębin duszy! A co wycierpiała Eliza! Jaki mi list napisała! Tak nie pisze żaden bohater! Ten spokój przejmuje mnie grozą! Boże, Boże! Powinieneś był jej zostawić to dziecko, gdyś widział, jak cierpiała! A ja nie miałem ani najlżejszego przeczucia — wesoło mi wprawdzie nie było, ale przecież pracowałem, pisałem swój dramat, może nawet pyszniłem się jaką udatną sceną w tej samej chwili, kiedy dziecko ze śmiercią walczyło. Raz podali mu mój portret, a on, słodki, chwycił go żywo i przycisnął do ust gorących, i całował, i znowu całował. Ach, bo cała miłość matki w nim mieszkała, tom zauważył. O drogie, ukochane dziecko! Gdybym mógł przynajmniej twój obraz w sobie wywołać! — Nie, nie mogę, nigdy nie mogłem. Wszechmocny Boże! Ona! Ona! Gdyby i ona umrzeć miała, gdybym nie mógł naprawić tego, w czym ją skrzywdziłem, gdybym jej nie mógł dać przynajmniej mego nazwiska, bo nie mam nic innego, to niechby żal za nią wysuszył mi ducha aż do ostatniej myśli w mózgu i niechbym potem żarł trawę jak zwierz. Pioruny wiszą nade mną, a mnie jest tak, jakbym już był trafiony, chociaż drżę przed tym. A tu przychodzi do mnie mój przyjaciel i mówi: „Uspokój się pan, pomyśl, coś winien sobie i światu!” ...Sobie! Chyba tyle, żeby siebie we wszystkich głębiach rozgrzebać i rozgryźć, póki ostatni ząb się nie stępi. ...Światu! Być człowiekiem, nie takim, który siebie za pomocą tego, co nazywają siłą i talentem, wywyższa ponad proste, odwieczne prawa moralne, ale takim, który stoi tam, gdzie wszystkie noże pierś przeszywają. O, nie wmawiam w siebie, żebym mógł przez ból cokolwiek odpokutować, ale nigdy także nie wmówię w siebie, że nieczułość jest siłą i że panuje się nad sobą, gdy się roni łzy do szklanki, liczy je i mówi: — już dosyć, teraz oszczędzaj oczu, bo mógłbyś oślepnąć, a wtedy będziesz potrzebował przewodnika i staniesz się światu ciężarem. Przestań!

Można by ziemię całą obsiać oczyma jak perłami, gdy się zliczy, ile w niej już oczu rozsypało się w proch. I twoje cudne, błękitne oczy, moje dziecko!

Żywioł rewolucyjno-anatomiczny, który nowsi Francuzi bez wątpienia mają w swoich utworach, musi być w wielkich dziełach poetyckich nie tylko poruszony, lecz i przezwyciężony, mogą nawet istnieć dzieła, które zawierają to przezwyciężenie już w założeniu.

„Wielbię Boga za to, że mnie stworzył!” Masz do tego większą przyczynę niż ktokolwiek inny, gdyż czynił to z pewnością ze wstrętem.

Najwyższą formą jest śmierć, ponieważ krystalizując żywioły w postać, kończy ich przelewanie się przez siebie, które było właśnie życiem.

Pojednanie w dramacie: uleczenie rany przez dowód, że była dla spotęgowania zdrowia konieczna.

Czysto ludzki ból powstający z płonnych wysiłków, by znaleźć w życiu jakiś punkt wyjścia, uważa się często za kurcze ambicji, która by się gwałtem chciała rozszerzyć ponad swoją miarę; i to nawet często u człowieka, który ma skłonności w obydwu kierunkach.

Charaktery Goethego, zwłaszcza Faust, różnią się tym od szekspirowskich, że krańce występują w nich jedne obok drugich, a nie jak u Szekspira — jedne z drugich, przez wzajemny wpływ. Sądzę, że to stanowi w ogóle o różnicy między naturą epicką a dramatyczną, przyjąwszy równą miarę zdolności.

Każdy oszust w Paryżu, który wpycha cudzoziemcowi lichy towar jako dobry itp., traktuje go z taką miną, jakby chciał powiedzieć: „Za to przecież daję ci Paryż w dodatku!”.

Z tego, że spodziewamy się wyższego życia, że czujemy potrzebę nieśmiertelności, bynajmniej nie wypływa dowód jej istnienia, gdyż potrzeba ta nie wskazuje na nic obcego, jeszcze nieznanego i nieposiadanego, co by się zapowiadało przez instynkt, ale tylko na to, że chcielibyśmy temu tu życiu udzielić wiecznej trwałości i najwyższego napięcia.

Szczególna rzecz, jak często ludzie myślą, że działają, gdy tylko cierpią, i skoro tylko miażdży i niszczy ich jakiś potężny cios, roją, że zostali dopiero teraz stworzeni.

Byłoby może lepiej, gdyby człowiek zajmował się dziejami swojej natury niż dziejami swych czynów.

Często, gdy się widzi rzecz doskonałą, przychodzi na myśl, że się ją już widziało, a jeżeli jest nowa, dziwimy się, bo właśnie powinna być stara. To pochodzi stąd: wydaje się ona czymś tak koniecznym dla świata, że się wcale nie rozumie, jak świat kiedykolwiek mógł się bez niej obejść.

Podobnie jak rozum, „ja”, czy jak to nazwać, musi się stać mową, a więc rozpaść się na słowa, tak samo bóstwo musiało się stać światem i rozmaitością jednostek.

Jeżeli się czegoś bardzo gruntownie nienawidzi, nie wiedząc czemu, można być pewnym, że cząstkę z tego ma się we własnej naturze.

Trudno sobie pomyśleć uświadomioną nieśmiertelność jednostki, bo jedno z dwojga: nuda albo wstręt musiałyby jej zohydzić takie istnienie in infinitum. Nawet wtedy, gdyby jej siły poznawcze i twórcze nie podupadały, lecz wciąż rosły, rzut oka wstecz na tyle przezwyciężonych stanowisk musiałby zawsze ducha zniechęcać do ostatniego, właśnie zdobytego stanowiska i napawać go zwątpieniem, że to tylko stacja dla wypoczynku, a nie cel — i w ten sposób już sama możliwość stopniowania wykluczałaby możliwość dojścia kiedykolwiek do zadowolenia z siebie. Natomiast bez świadomości można się tą szopką zabawiać długo.

Ludzie chcąc siebie wzajemnie pocieszyć po stracie kochanych osób czerpią argumenty pocieszające zwykle z atrybutów nicości: „on już nie cierpi, nie może mu się stać nic złego” itd. Jest to absurd bezprzykładny. Atoli bardzo realny jest taki stan, w którym zaczyna się nicości zazdrościć jej atrybutów.

Nie mam nic przeciw cytowaniu poetów, ale nie tak, jak teolodzy cytują Biblię albo prawnicy corpus juris. Któryż poeta nie wzdrygnie się, gdy czyta: „...Szekspir mówi, Goethe mówi, że... itd., a z tego wypływa, że... itd.”. Jeżeli poeta jest prawdziwym poetą i jeżeli jego siła nie leży wyłącznie w kuciu aforyzmów i sentencji, będzie wypowiadał idee zawsze tylko dialektycznie, i to w tym sensie, w jakim cały świat i życie są dialektycznymi, gdyż każde zjawisko bezpośrednio i samo przez siebie wywołuje swoje przeciwstawieństwo. Jeżeli się na przykład Szekspira powoła na świadka nicości życia, a nie doda się, że on na innym miejscu z równą powagą mówi o wysokiej i jedynej wartości życia, to skrzywdzi się go tak, jakby się skrzywdziło filozofa, gdyby się z jego dzieł przytoczyło jakieś zdanie tylko w połowie, na przykład do „ale”, które je rozcina i ogranicza, i na podstawie tej połowy chciało wysnuć jakiś wniosek. Poezja jest życiem, nie myśleniem, przeoblekaniem szat, nie skalpowaniem, i im więksi poeci, tym mniej stanowczo będą według swego subiektywnego pociągu stawali po prawej lub lewej stronie. Tylko połowiczni poeci nie wiedzą nic o walkach, jakie każdy głębszy człowiek musi w sobie staczać, choć nie osiąga nigdy rozstrzygnięcia takiego jak przy grze w szachy, i tylko oni z zimną krwią zarzynają na ołtarzu swego tzw. ideału jego przeciwieństwo, które w nich naturalnie nigdy nie żyło, lecz było tylko schematem i cieniem, a nawet powalonej ofierze nie szczędzą kopnięcia w dodatku. Prawdziwy i cały poeta dochodzi wkrótce do przeświadczenia, że ideał i jego przeciwieństwo, światło i cień, nie wykluczają, lecz wywołują się wzajemnie i że tylko w pierwszych stadiach rozpadają się daleko, później jednak przenikają w siebie wzajemnie w nader niepokojący sposób. U dramatycznego poety rozumie się to samo przez się i wielu to zapewne przyzna, choćby sobie nawet nie dość wyraźnie zdawali sprawę z przyczyn takiego postulatu; obowiązuje on jednak każdego poetę, bo każdy jest wobec idei tym, czym dramaturg wobec swoich charakterów. To jednak wcale nie znaczy, żeby jako człowiek błąkał się bezradnie wśród różnych krańcowości.

Komentarz. „Nebukad Nezar16 — żarł trawę”. To można rozumieć symbolicznie: był amatorem sałaty i za to okrzyczano go wariatem. Tak muszą pokutować wielkie duchy, które robią nowe odkrycia dla pożytku ludzkości!

Piękność jest w świecie sztuki tak samo niewygodna, jak cnota w świecie rzeczywistym.

Na scenie powinny być zawsze najmniej dwie osoby. Monologi zaś są w dramacie dopuszczalne tylko wtedy, gdy w jednostce zarysuje się dualizm, tak że te dwie osoby ukrywają się niejako i walczą z sobą w piersi jednego człowieka.

Idee moralne są dietetyką wszechświata.

Czy człowiek przezwycięża swój smutek po drogich osobach dzięki sile ducha, czy dzięki słabości serca? Sądzę, że w takich wypadkach egoizm, tj. popęd samozachowawczy, wszechświata i egoizm jednostki idą sobie wzajemnie na rękę, a ogólne poglądy i idee zaczerpnięte u źródła tego wszechświatowego egoizmu dlatego tylko stają się udziałem jednostki i wzmacniają ją powoli, abyśmy jako cząstki żyli i działali, póki całość świata ma z tego korzyść.