SCENA 1

Judyta i Mirza przy krosnach.

JUDYTA

Cóż, Mirzo, mówisz o mym śnie?

MIRZA

Mnie żal,

Że nie chcesz słuchać, co ja mówię.

JUDYTA

Szłam

Wciąż bez wytchnienia gdzieś w bezbrzeżną dal,

Lecz nie wiedziałam, co mnie parło tam.

Stanęłam... myślę... i zdawało mnie się

Że grzech mnie straszny na swych skrzydłach niesie.

— „Dalej!” — coś we mnie zawrzało jak grom,

I poszłam dalej.

MIRZA

Dajże pokój snom!

Przechodził tędy Efraim, Judyto,

A miał twarz smutną i minę przybitą.

JUDYTA

Idę i zaszłam na górę wysoką.

Zawrot mnie ima19, dumą pała oko,

Gdy na wyżynach tych stoję, bo zważ:

Słońce mi sąsiad i patrzę mu w twarz.

Wtem się otwiera pod stopy20 mojemi

Czarna i dymna a głęboka przepaść!

Wstecz iść nie mogę ni dostać na ziemi,

Więc się mocuję, ażeby w nią nie paść.

„Boże!” — zawołam w strachu, co mnie gnębi,

„Tu jestem!” — mile ozwało się w głębi.

Skoczyłam... miękkie przyjmują mnie dłonie,

Zda się, na czyimś że spoczęłam łonie;

Nie widzę, kto jest, a błogo mi, błogo!

Lecz ciężę nadto, czuję, że nie mogą

Unieść mnie jego ręce; ulżyć radam,

Ale daremnie; coraz głębiej spadam,

Płacz jego słyszę przez zamglone zmysły,

I łzy gorące na twarz moję trysły.

MIRZA

Judyto, powiedz, czemu ja daremnie

Zawsze wspominam ci o Efraimie,

Który w narodzie ma Dzielnego imię?

Nie słuchasz...

JUDYTA

Wstręt mężczyzni budzą we mnie.

MIRZA

Byłaś zamężną...

JUDYTA

Mąż mój nie miał żony.

MIRZA

Jak?

JUDYTA

Tajemnica...

MIRZA

Mąż twój...

JUDYTA

Był szalony.

MIRZA

Ja, stara sługa twoja, moje dziecię.

Gdyby tak było, spostrzegłabym przecie.

JUDYTA

Muszę tak mniemać, Mirzo; gdyby nie to,

Byłabym sama straszliwą kobietą.

Wszak lat czternaście miałam, gdy mnie żoną

Do Manassesa domu prowadzono.

Towarzyszyłaś mi z ojcem do proga,

To wiesz, jak ciężką była moja droga,

Jak straszną dla mnie była ta godzina!

Dusiło w piersiach, pot spływał obficie.

Raz się zdawało, że zamiera życie.

To znów, że życie właśnie się poczyna.

Stanęłam w domu, wyście pożegnali

Mnie, pozostałam. Lecz posłuchaj daléj.

Przybył Manasses. Ja zadrżałam cała.

Matka dziwactwa jakieś wyprawiała,

Szepnęła swoje nam błogosławieństwo

I wreszcie znikła; a z nią moje męstwo:

Widok mężczyzny drętwił we mnie siły.

Noc była i trzy światła się paliły.

Chciał jedno zgasić. Mówię: „niech się pali!”

„Dziecko!” rzekł. Światło zagasło wśród nas:

Lecz myśmy jakoś na to nie zważali.

Szedł mnie całować: drugie światło wraz

Zagasło samo. Przerażenie nasze

Zgadujesz. „Trzecie — rzekł — ja sam zagaszę.”

I zgasił. Lśniła twarz miesiąca21 blada.

„Jak w dzień cię widzę;” do mnie on powiada.

Zbliża się... zadrżał... i coś go oniemia;

Stanął jak wryty. Zda się, czarna ziemia

Wychyla rękę doń i z całej siły

Ciągnie go w swoje bezdenne mogiły.

Jam się zmieszała — Wołam go: „pójdź do mnie!”

On zaś nie słyszał, patrzył nieprzytomnie;

Nie mnie on widział, choć byliśmy sami:

Odszedł od okna i oczy zakrywa.

Więc coś strasznego widział miedzy nami...

Tak, coś obcego widział...

MIRZA

Nieszczęśliwa!

JUDYTA

Cichy płacz zdjął mnie, krew biła do głowy;

Ręce wyciągam doń, ale daremnie:

On stał w modlitwie odwrócon ode mnie.

Serce me stygło i tak mi się zdało,

Jak gdybym weszła w obce sobie ciało...

Aż sen na skronie zstępował łaskawie.

Czułam, jakobym dopiero na jawie

Żyć poczynała. Usnęłam. Nad ranem,

Gdym się zbudziła z sercem skołataném,

Byłam tam sama i w szacie dziewicy.

Spotkałam męża, wychodząc z świetlicy,

I jego matkę, która w modłach cała

Ponuro, drwiąco na mnie spoglądała.

On to dostrzegłszy, z zapłonionym czołem

Rzekł głośno, gniewnie: „ona jest aniołem!”

Zbliżył się, chcąc mnie pocałować: alem

Cofnęła usta. On odstąpił z żalem,

Potrząsnął w sposób osobliwy głową

I spojrzał, jakby miał na ustach słowo,

Żem w jego oczach usprawiedliwioną.

Pół roku odtąd byłam jego żoną.

po długiej pauzie:

Zwałam się żoną...

MIRZA

A on?

JUDYTA

Chodził ze mną,

Mieszkał i jadał, ale to daremno!...

Czy wpośród ludzi, czyśmy byli sami,

Wciąż coś strasznego stało między nami,

Coś nieznanego. Czasem jego oko

Wpiło się we mnie dziko i głęboko,

Z wyrazem takim, że drętwiałam cała;

Ten wzrok w me serce wdzierał się jak strzała,

I taki wtedy ból imał to serce

Żem sobie nieraz: ja jego uśmiercę!

Mówiła w duchu. — Trzeci rok upływa,

Jak on zachorzał, wracając ze żniwa,

I umarł. Widząc go w ciężkiej chorobie,

„Nie, on nie umrze” powtarzałam sobie,

„W grób tajemnicy z sobą nie poniesie!”

Więc na odwagę zdobyłam się raz.

Schylona nad nim, mówię: „Manassesie,

Co w tę noc ślubną weszło między nas?”

Podniósł powiekę przez śmierć ociężałą,

Raz jeszcze na mnie zwrócił wzrok rozumny...

Drgnęłam: bo w górę tak unosił ciało

Jakby umarły iście wstawał z trumny.

„Tak, rzekł, ja teraz powiedzieć ci muszę;

Oto...” Nie skończył i wyzionął duszę,

I tajemnica legła przy nim w grobie.

I jaż to nie mam wyobrażać sobie

Żem obłąkana, jeżeli przestanę

Mniemać22, że on miał zmysły obłąkane?

MIRZA

Dreszcz mnie ogarnia.

JUDYTA

Jeżeli zasiędę

Do mej roboty, układam lub przędę,

Wszak widzisz nieraz, zamyślam się, tonę

W modlitwie, zmysły moje odrętwione;

Wzruszoną jestem, a zdam się spokojną:

I przez to ludzie zwą mnie bogobojną.

Ach! Ja nie mogę określić ci ściśléj:

Modlitwa dla mnie samobójstwem myśli.

Uciekam w boskość, zamykam się w niebie;

Aby żyć, Mirzo, ja zabijam siebie!

MIRZA

odstępując

Coś podobnego gdyby na cię padło

Raz kiedy jeszcze, podstąp pod zwierciadło.

Przed blaskiem wdzięku i młodością twoją

Pierzchną te widma, co cię niepokoją.

JUDYTA

Ty po swojemu sądzisz.

MIRZA

Jestem szczera.

JUDYTA

A znasz ty owoc, co się sam pożera?

Czy młodość, piękność, może ci być drogą,

Gdy młodą, piękną nie masz być dla kogo?

MIRZA

Któż ci zabrania dziś, za wspólną zgodą,

Być komuś jeszcze i piękną i młodą?

Wszak do wyboru stoić młodzież cała.

JUDYTA

Widzę, żeś zgoła23 mnie nie zrozumiała,

Bo moja istność24 pod ciała urodą

To owoc w pięknej zatruty łupinie:

Kto go skosztował, szaleje lub ginie!