SCENA DZIEWIĄTA
Księżniczka Eboli sama, odurzona, bezprzytomna, po odejściu Księcia biegnie za nim, usiłując go przywołać.
EBOLI
Książę!... choć słówko jeszcze!... Książę! Słuchaj!... Nieba!
Odszedł!... On mną pogardza! Tegoż jeszcze trzeba!...
Oto stoję w okropną samotność strącona —
Odepchnięta!...
upada na krzesło — po chwili
Nie!... tylko przez jakąś zwalczona
Rywalkę! Kocha... wyznał; więc nie ma wątpienia.
Lecz kto jest ta szczęśliwa? Tyle bez przeczenia
Można wiedzieć, że kocha miłością wzbronioną.
Boi się ujawnienia. Okrywa zasłoną
Swą namiętność przed królem. Czemuż przed tym skrywa,
Który by rad ją widział?
Czyliż podejrzywa
Rywala w swoim ojcu? Zalotne zamiary
Królewskie gdym zdradziła, zdał się być bez miary
Wesoły i szczęśliwy... Jakże się to stało,
Że w nim cnoty surowej uczucie zniemiało
Tu właśnie? Cóż mu zjedna zdrada odsłoniona
Króla względem królowej, która...
Zatrzymuje się nagle, uderzona jakąś myślą — jednocześnie zrywa z piersi szarfę, którą oddał Carlos, przypatruje się jej z pośpiechem i poznając, woła
O szalona!
Teraz na koniec!... Gdzież mnie zmysły opuściły?
Teraz się oczy moje nagle otworzyły.
Nim monarcha ją wybrał, miłość ich łączyła
Już od dawna! A bez niej jam nigdy nie była
Dlań widzialna. Ona to była domniemaną,
Gdziem ja się tak bez granic sądziła kochaną?
Oszustwo bezprzykładne!... A jam mu tak szczerze
Wyznała moją słabość!
po chwilowym milczeniu
Ja w siłę nie wierzę
Miłości bezwzajemnej! Ległoby w tej próbie
Kochanie bez nadziei.
Lekceważyć sobie
To, za czym najświetniejszy król goni daremnie!
Zaprawdę — serce, które kocha bezwzajemnie,
Takich ofiar nie niesie.
Jakże były wrzące
Te usta w pocałunku! Jak serce bijące
W łonie, co mnie tuliło! Próba nazbyt śmiała
Wierności romantycznej, gdyby ta nie miała
Wspólnością być krzepiona.
I klucz w dobrej wierze
Przyjmuje, sądząc, że go z rąk królowej bierze.
W olbrzymi krok miłości skorą wiarę daje.
Na schadzkę staje... staje... rzeczywiście staje!
Wierzyć w żony Filipa czyn taki szalony
Jak mógł, gdyby do tego nie był ośmielony.
To jasne! Do jej ucha przystęp więc znajduje.
Kocha! Nieba! Ta święta ziemską miłość czuje!
Jak przebiegła!
Ja drżałam w głębi mej istoty
Przed straszliwym a wzniosłym obrazem twej cnoty.
Górowała wyższością — gasłam w jej świetności.
Zazdrościłam spokoju jej cudnej piękności,
Tego spokoju duszy wyniosłej, a który
Nie zaznał żadnej burzy śmiertelnej natury!
Spokój więc był pozorem! Pragnęła ucztować
U dwóch stołów i cechę boskości zachować
W masce cnoty, spod której zarazem, zuchwała,
Po zbrodnicze zachwyty tajemnie sięgała!
Wolnoż jej to? Kuglarce, czyliż to ujść może
Bez pomsty, bo się mściciel nie zjawia? O Boże!
Nie! Na to nie pozwolę! Ile serce zdoła,
Tylem ją uwielbiała. To o pomstę woła!
Niech o tym król się dowie, jakiego ma wroga,
po chwili namysłu
Król! Słusznie... to do ucha jego pewna droga.
Oddala się.