SCENA SZÓSTA

MARKIZ

patrząc za odchodzącym ze zdumieniem

Byłożby to podobnym? Czyżby tak być miało,

Żebym go nie znał jeszcze albo znał tak mało,

Żem skazę w jego sercu pominął baczeniem?

On — swego przyjaciela krzywdzi podejrzeniem!

To potwarz! Cóż mi zrobił, że go kalam plamą

Tak nikczemnej słabości? Ja grzeszę tą samą

Nieufnością, o którą jego winię. Zdumieć

To go mogło — przyznaję, bo czy mógł zrozumieć

Taką skrytość niezwykłą w swoim przyjacielu?

Nie mogę ci oszczędzić cierpień; i w tak wielu

Troskach dręczę twą duszę!

Król z całą ufnością

Zwierzył mi tajemnicę najświętszą. Wdzięcznością

Spłaca się taką wiarę.

Czy w mej gadaninie

Znalazłby ulgę? Gdy mu cierpień nie przyczynię

Zamilczeniem — a raczej, oszczędzić ich mogę?

Po cóż próżno w uśpionym mam rozniecać trwogę,

Ukazując mu chmurę nad głową wiszącą?

Dosyć, gdy mu w cichości tę burzę grożącą

Rozwieję. A gdy rychło ocknie się z uśpienia,

Niebo będzie już jasnym.

Oddala się.