SCENA IV
Pokój w domu Millera.
Miller. Żona. Ludwika. wchodzą.
MILLER
szybko chodząc po pokoju
Wszakże przepowiadałem.
LUDWIKA
z niespokojnością idąc za nim
O czym? — Ojcze! O czym?
MILLER
rzucając się na wszystkie strony
Mój surdut niedzielny — prędko — muszę go uprzedzić. Białą z manszetkami koszulę. Zaraz tak myślałem.
LUDWIKA
Na imię Boga! Co?
ŻONA
Cóż się stało? Cóż się stało?
MILLER
Perukę do fryzjera — co się dzieje? idzie przed lustro i broda moja na palec już długa. Co się dzieje? — co się dziać będzie? — chcesz wiedzieć, ty ścierwo krucze — oto diabeł wyleciał, i wicher cię porwie!
ŻONA
Patrzajcie! Zaraz wszystko na mnie spaść musi.
MILLER
Na ciebie? — a na kogóż innego ty głupi pysku petliczy29. Dzisiaj rano z twoim szatańskim paniczem — czyżem zaraz nie mówił? — Wurm wszystko wypaplał.
ŻONA
Co? — ach! — jakże możesz wiedzieć?
MILLER
Jak mogę wiedzieć? — ot tam, pod drzwiami, stoi pachołek ministra i pyta się o muzykusa.
LUDWIKA
Ach! Ja śmierć czuję.
MILLER
I ty także, z twymi oczami niezapominajkowymi! śmieje się Prawda to jednakże: komu diabeł chce jajo w komorze posadzić, niechaj się piękna córka urodzi — ot czarno na białym.
ŻONA
Skąd wiesz, że to się Ludwiki dotyczy? Może cię księciu kto rekomendował i do dworskiej orkiestry chcą ciebie zamówić.
MILLER
biegając za laską
Ach! żeby cię siarczany deszcz Sodomy napadł — tak! do orkiestry, gdzie ty, kuplerko, dyszkantem wyciągniesz, a moje sine plecy będą kontrabasem. Rzuca się na krzesło. Ach — Boże na niebie!
LUDWIKA
jak śmierć blada pada na krzesło
Ojcze! Matko! Dlaczego taki strach mnie przejął?
MILLER
porywając się z krzesła
Ale niechże mi ten gryzmoła raz pod ręce wpadnie — toż mi będzie skakać — na tym czy na tamtym świecie — ja mu ciało i duszę w kosteczki połamię, dziesięcioro przykazań i siedm próśb ojczenaszu i wszystkie księgi Mojżesza, proroków na skórze wypiszę, tak że sine plamy przy ciał zmartwychwstaniu jeszcze widać będzie.
ŻONA
Klnij i hałasuj, to diabła nie wygna. Dopomóż, święty synu Boży. Co począć w tej bidzie? gdzie rady poszukać? Mówże, ojcze Millerze!
Biega po pokoju, głośno łkając.
MILLER
Zaraz idę do ministra — ja tu sam otworzę gębę, sam będę oskarżać. Wiedziałaś przede mną, trzeba było ostrzec, a dziewczyna by pewnie przekonać się dała. Był czas — ale nie! — coś się złowić, coś się udrzeć dało. Nawarzyłaś piwa. Pilnujże teraz skóry twej kuplerskiej, żryj, coś nagotowała. Ja pod rękę zabieram Ludwikę i marsz przez granice!