SCENA II

Okolica nad Dunajem.

Rozbójnicy obozem na wzgórzu pod drzewami, konie pasą się w dolinie.

KAROL

Tu się muszę położyć. Rzuca się na ziemię. Członki jakby poodbijane, język suchy jak czerep. Szwajcer odchodzi niepostrzeżony. Chciałem was prosić o garść wody z tego potoku; aleście wszyscy na śmierć pomęczeni.

SZWARC

I wino co do kropli poszło w nasze gardła.

KAROL

Patrzcie, jak się pięknie zboże układa! Prawie się łamią drzewa pod błogosławieństwem swojem117. Winna latorośl pełna nadziei.

GRIM

Rok obfity.

KAROL

Myślisz? Byłby choć raz na świecie pot opłacony. Raz? Ale grad nocą spaść może i wszystko w niwecz obrócić.

SZWARC

To bardzo podobne. Wszystko może przepaść na kilka godzin przed żniwem.

KAROL

A ja ci mówię, że wszystko przepadnie. Czemuż by miało się udawać człowiekowi w tem118, co ma z mrówką wspólnego — a chybić tam, gdzie do bogów podobny? Może to granica jego przeznaczenia.

SZWARC

Tego nie wiem.

KAROL

Dobrześ powiedział, a lepiej uczynił, jeśliś nigdy wiedzieć nie pragnął. Bracie! widziałem ja ludzi: ich pszczole troski i ich zamiary olbrzymie; ich boskie plany i ich mysią pracę, dziwne uganianie się za szczęśliwością; — ten biegowi swojego konia zaufał, drugi wierzył w węch roztropny osła swojego, trzeci w własne nogi. Widziałem tę pstrą loterię życia, gdzie niejeden swoją niewinność i swoje niebo stawia, żeby złapać numer wygrywający — same zera wyszły, wygrywającego numeru nie było. Jest to widowisko, mój bracie, co ci łzy do oka sprowadza, w tej samej chwili, gdy boki do śmiechu łaskocze.

SZWARC

Jakże tam wspaniale słońce zachodzi!

KAROL

Utopiony w widoku.

Tak umiera bohater! godnie uwielbienia!

GRIM

Zdajesz się mocno wzruszony.

KAROL

W dziecinnym jeszcze wieku była myśl moja ulubiona, jak słońce żyć i umierać jak słońce. Z tłumionym bólem. Ale to dziecinna myśl była.

GRIM

Tak sądzę.

KAROL

Wsuwając na twarz kapelusz.

Był czas... Zostawcie mię, towarzysze!

SZWARC

Moor, Moor! Cóż u kata? Jak on lice zmienił!

GRIM

Do wszystkich diabłów, co mu takiego? Czy nie zasłabł?

KAROL

Był czas, żem zasnąć nie mógł, gdym wieczorny pacierz zapomniał odmówić...

GRIM

Czyś szalony? Dziecinnym myślom dajesz nad sobą przewodzić?

KAROL

Opierając głowę na piersiach Grima.

Bracie, bracie!

GRIM

Cóż bo, nie bądźże dzieckiem, proszę cię...

KAROL

Bogdaj bym był, bogdaj bym był znowu!

GRIM

Pfuj, pfuj!

SZWARC

Rozwesel się! Patrz na ten krajobraz malowniczy, na ten wieczór rozkoszny.

KAROL

O przyjaciele, świat ten tak piękny!

SZWARC

No, toś dobrze powiedział.

KAROL

Ziemia tak wspaniała!

GRIM

Prawda, prawda! Tak to dobrze!

KAROL

A ja tak obmierzły na tym pięknym świecie — a ja potwór na tej wspaniałej ziemi.

GRIM

O biada, biada!

KAROL

Moja niewinność, moja niewinność! Patrzcie! wszystko idzie, żeby się przeglądać w cichym promieniu wiosny: dlaczegóż sam jeden z uciech nieba muszę wysysać piekło? Tak wszystko szczęśliwe spokojem, tak wszystko zbratane! Cały świat jedną rodziną, a tam w górze jej ojciec — nie mój ojciec! Ja jeden wypchnięty, ja jeden wyrzucony z szeregu tych czystych — nie dla mnie nazwisko dziecięcia, nie dla mnie kochanki wzrok tęskny, nie dla mnie, nie dla mnie uścisk przyjaciela wiernego. Dziko się poruszając. Otoczony zbójcami, gadzinami zasykany; przykuty do zbrodni żelaznym łańcuchem — chwiejącym krokiem na trzcinie występków, wśród kwiecia szczęśliwego świata pędzę do grobu zaguby, wyjący Abadonna119!

SZWARC

Do innych.

Do niepojęcia120! Jam go tak nigdy nie widział.

KAROL

Boleśnie.

O, gdybym mógł wrócić do matki żywota, gdybym żebrakiem mógł się narodzić. Nic więcej nie pragnę, o Boże! Niech będę jak ten najemnik: zamęczę się pracą, ażby mi krew po skroniach ciekła — byle rozkosz jednego tylko snu kupić, szczęśliwość jednej łzy tylko.

GRIM

Do innych.

Cierpliwości — paroksyzm się zwalnia.

KAROL

Był czas, że mi łzy tak łatwo płynęły. — O wy, dni ciche, o zamku ojca mojego, wy zielone, zachwycające doliny — wy wszystkie rajskie obrazy mojego dzieciństwa — czy już do mnie nigdy nie wrócicie, nigdy nie przyjdziecie szmerem swym drogim chłodzić pierś palącą? Płacz ze mną, przyrodo! nie powrócą nigdy do mnie, nigdy nie przyjdą szmerem swym drogim chłodzić pierś palącą. — Przeszły, przeszły niepowrotnie!

SZWAJCER

Z wodą w kapeluszu.

Pij, kapitanie — jest tu wody dosyć, i zimna jak lód.

SZWARC

Pokrwawiony jesteś — cóżeś zrobił?

SZWAJCER

Głupiec; żarcik, co ledwie że mi dwóch nóg i jednej szyi nie kosztował. Gdym pędził po wzgórku piaszczystym nad brzegiem rzeki — szu! ziemia usunęła się pode mną i ja z nią dziesięć reńskich stóp121 do przepaści — padłem jak długi, a przywołując pięć zmysłów swoich — patrzę — aż najjaśniejsza woda wytryska spod kamienia. Mam dosyć na ten raz, pomyślałem sobie, za mój koziołek — kapitanowi smakować będzie.

KAROL

Oddając kapelusz, ociera twarz Szwajcera.

Inaczej nie widać by było tych blizn, któremi122 czescy jeźdźcy czoło twe nakarbowali123. Woda twoja dobra — blizny ci do twarzy.

SZWAJCER

Ba! jeszcze jest miejsca na jakie trzydzieści.

KAROL

Tak, dzieci! gorące to było popołudnie i jeden tylko człowiek zabity. Mój Roller padł piękną śmiercią. Wystawiliby mu pomnik marmurowy, gdyby nie za mnie był zginął. Przestańcie na tem. Ociera łzy. Wieleż nieprzyjaciół zostało na miejscu?

SZWARC

Stu sześćdziesięciu huzarów, dziewięćdziesięciu trzech dragonów, koło czterdziestu strzelców — ogółem trzystu.

KAROL

Trzysta za jednego! każdy z was do tej skroni może prawo rościć. Odkrywa głowę. Tu wznoszę mój sztylet; na śmiertelną duszę moją — nigdy was nie porzucę.

SZWAJCER

Nie przysięgaj! kto wie, może jeszcze szczęśliwym być możesz i przysięgi żałować.

KAROL

Na zwłoki mojego Rollera! nigdy was nie porzucę.

Kosiński wchodzi.

KOSIŃSKI

Do siebie.

W tej okolicy, mówiono mi, że go spotkam. Hej — hola! Co to za twarze? Mieliż124 by — co? gdyby to ci sami — to oni, to oni! pójdę zapytać.

SZWARC

Ostrożnie! Kto idzie?

KOSIŃSKI

Moi panowie, darujcie! nie wiem, czy dobrze czy źle trafiłem?

KAROL

Któż mamy być, jeśliś dobrze trafił?

KOSIŃSKI

Męże125!

SZWAJCER

Czyśmy to okazali, kapitanie?

KOSIŃSKI

Mężów szukam, co śmierci w oczy patrzą i niebezpieczeństwu jak wężowi ułaskawionemu dozwalają igrać przy sobie; mężów, co wolność cenią wyżej niż cześć i życie; których samo imię raduje biednych i uciśnionych, zastrasza najodważniejszych, a tyranów bladością powleka.

SZWAJCER

Do Karola.

Chłopak podoba mi się. Słuchaj, przyjacielu; znalazłeś swoich ludzi.

KOSIŃSKI

Tak sądzę i mam nadzieję, wkrótce ich braćmi nazwać swoimi. Możecie mi zatem właściwego bohatera pokazać — gdyż szukam waszego kapitana, wielkiego hrabiego Moora.

SZWAJCER

Podając mu rękę z zapałem.

Kochany chłopcze — my się tu tykamy126.

KAROL

Zbliżając się.

Czy znasz kapitana?

KOSIŃSKI

Ty nim jesteś! w tej postawie... któż cię widział i śmiał szukać innego? Spozierając długo na niego. Zawszem pragnął poznać ów wzrok obalający męża, co na gruzach siedział Kartaginy — teraz już nie pragnę.

SZWAJCER

Chwacki chłopak!

KAROL

I cóż cię do mnie sprowadza?

KOSIŃSKI

O kapitanie! mój los więcej niż okropny. Mój okręt się rozbił na tym burzliwym świata oceanie; patrzeć musiałem, jak wszystkie nadzieje mojego życia przepadły — i nic mi nie zostało, tylko męczeńska pamięć straty. — Ona by mię127 do szaleństwa zawiodła, gdybym czynami na innej drodze nie usiłował jej zatłumić.

KAROL

Znowu skarga przeciwko Bóstwu. — Mów dalej.

KOSIŃSKI

Byłem żołnierzem — nieszczęście i tam mię ścigało. Popłynąłem do Indii Wschodnich — mój okręt rozbił się o skały. — Wszędzie zawiedzione zamiary! Słyszę na koniec wszerz i wzdłuż o czynach twoich — o twoich rozbojach, jak je nazywają, i przybyłem tu o trzydzieści mil, z silnem128 postanowieniem służenia pod tobą, jeżeli moją służbę przyjąć zechcesz. Proszę cię, dostojny kapitanie, nie odprawiaj mnie.

SZWAJCER

Hejże ha! Otóż nasz Roller tysiąc razy wynagrodzony. To całą gębą brat rozbójnik dla naszej bandy.

KAROL

Jak się nazywasz?

KOSIŃSKI

Kosiński.

KAROL

A więc, Kosiński, czy wiesz, żeś lekkomyślny i lekkomyślnie stawiasz krok swojego życia, jak jaka nierozważna dziewczyna. Tu ani piłek rzucać, ani kręgli nie będziesz zbijał, jak sobie wyobrażasz.

KOSIŃSKI

Wiem, co chcesz mówić. Prawda, że tylko dwadzieścia cztery lat liczę, ale widziałem już szable migające i słyszałem gwiżdżące kule.

KAROL

Czy tak, paniczu? Toś się na to sztuki bojowej wyuczył, żebyś podróżnych za talar rozbijał albo kobietom rozpruwał brzuchy? Idź, idź! Uciekłeś od matki dlatego, że ci rózgą pogroziła.

SZWAJCER

Cóż bo u kata, kapitanie! Co sobie myślisz! Chceszże129 tego Herkulesa odprawić? Czy on nie wygląda, jakby zamierzał Marszałka Saskiego łyżką drewnianą za Ganges zapędzić?

KAROL

Dlatego że ci się twoje błazeństwa nie udały, przychodzisz tu i łajdakiem, rozbójnikiem chcesz zostać? Zabójstwo, chłopcze! rozumiesz ty to słowo? Idziesz spać spokojnie, gdy główki makowe pozbijasz — ale zabójstwo na duszy swojej nosić...

KOSIŃSKI

Za każde zabójstwo na twój rozkaz popełnione odpowiem śmiało.

KAROL

Co? takeś już zmądrzał? Ośmielasz się człowieka pochlebstwami zjednać? Skąd wiesz, że ja strasznych snów nie miewam albo że na łożu śmierci nie zblednę? Czyś już wiele nabroił, za co by cię do odpowiedzialności można pociągnąć?

KOSIŃSKI

Wprawdzie bardzo mało — jednakże ta podróż do ciebie, szlachetny hrabio!

KAROL

Twój nauczyciel musiał ci historię Robina do ręki wsunąć — powinni by takich nierozważnych łajdaków na galerach okuwać. Ta powieść musiała ci dziecinną wyobraźnię rozpalić, zarazić cię szaloną żądzą zostania wielkim człowiekiem. Czy cię nie łechce czasem imię i sława? Chcesz za rozboje kupić nieśmiertelność? Pamiętaj, żądny chwały młodzieńcze! Dla rozbójników nie zielenieją wawrzyny! Nie ma wieńca za zwycięstwa zbójców: ale klątwy, niebezpieczeństwa, śmierć i hańba. A tam na wzgórzu czy widzisz szubienicę?

SZPIGELBERG

Z nieukontentowaniem, przechadzając się.

Jakże to głupio, jak obrzydliwie, niedarowanie głupio! To nie jest sposób. — Inaczej ja się brałem!

KOSIŃSKI

Co może zastraszyć tego, co się śmierci nie lęka!

KAROL

Brawo, nieporównanie! Widać, żeś się gracko sprawował w szkole, żeś się Seneki na palcach wyuczył. Ale mój przyjacielu, podobnemi130 sentencjami cierpiącej natury nie przegadasz i nie stępisz nigdy ostrych strzał boleści. Namyśl się dobrze, synu! Biorąc go za rękę. Patrz, ja ci radzę jak ojciec, poznaj wprzód głębokość przepaści, nim skoczysz do niej. Jeśli cię do świata choćby jedna tylko radość powoływała — mogą przyjść chwile, kiedy ty się ockniesz — a wtenczas... może już za późno będzie. Wstępując tu, wychodzisz z koła ludzkości — albo wyższym musisz być mężem, albo szatanem. Jeszcze raz, mój synu, jeśli ci skądkolwiek jedna iskierka tli jeszcze nadziei, to opuść ten straszliwy związek, co tylko rozpaczą się trzyma albo stoi rozrządzeniem wyższej mądrości. Można się omylić, wierz mi, można to za moc duszy uważać, co w końcu niczem nie jest, jak tylko — rozpaczą. Wierz mnie, mnie! i spiesznie stąd odejdź.

KOSIŃSKI

Nie, już się nie cofnę. Jeśli cię prośby moje nie wzruszają, to wysłuchaj dziejów mego nieszczęścia — a wtenczas sam sztylet wetkniesz mi do ręki, wtenczas... Usiądźcie tu na ziemi i posłuchajcie uważnie.

KAROL

Dobrze, posłucham.

KOSIŃSKI

Wiedzcie więc, żem szlachcic czeski i po wczesnej śmierci mego ojca znacznej posiadłości dziedzic. Okolica rodzinna była mi rajem, bo miała anioła, dziewicę ozdobną wszystkimi wdziękami młodości i czystą jak światło nieba. Ale komuż ja to mówię — słowa moje przejdą mimo uszów waszych — wyście nie kochali nigdy, nie byli nigdy kochani.

SZWAJCER

Powoli, powoli! na kapitanie wszystkie ognie wystąpiły.

KAROL

Przestań! Innym razem posłucham — jutro, niezadługo — albo jak krew obaczę.

KOSIŃSKI

Krew, krew — posłuchaj dalej, krew całą ci duszę napełni. Nie była ze szlachty: Niemka, ale jej widok topił wszystkie przesądy szlacheckie. Z bojaźliwą skromnością przyjęła pierścień oblubieńczy, a za dwa dni miałem swoją Amalię do ołtarza zaprowadzić. Karol powstaje. Wśród upojenia czekającej na mnie szczęśliwości, wśród przygotowań ślubnych, odbieram rozkaz przez umyślnego wysłany, stawienia się u dworu. Przybyłem. Pokazano mi listy najwystępniejszej treści, jakoby moją ręką pisane. Uniosłem się nad złośliwością — odebrano mi szpadę; rzucono mnie do więzienia — wszystkie zmysły straciłem.

SZWAJCER

Tymczasem — lecz dalej! wiem naprzód, co będzie.

KOSIŃSKI

Leżałem tam cały miesiąc i nie wiedziałem, jak to wszystko zaszło. Trapiłem się o Amalię, która każdej chwili męki śmiertelne o los mój cierpieć musiała. Na koniec jawi się pierwszy minister dworu, winszuje mi cukrowanemi słowami wykrycia mojej niewinności, czyta dekret uwolnienia i oddaje szpadę. Lecę co prędzej w tryumfie do mego zamku, w objęcia mojej Amalii. — Zniknęła. Porwano ją o północy, nikt nie wiedział gdzie, i żadne jej więcej oko nie spotkało. Hej, łysnęło mi we łbie jak od pioruna; pędzę do miasta, śledzę na dworze — wszystkich oczy, jakby korzeniem przyrosły do mnie; nikt nie chciał powitać. W końcu dostrzegłem ją przez tajemne kraty w pałacu — rzuciła mi liścik.

SZWAJCER

Czyżem nie odgadł?

KOSIŃSKI

Śmierć! piekło! szatani! Stanąłem jak posąg! Dano jej do wyboru: albo patrzeć na śmierć moją, albo zostać księcia kochanką. W walce między cnotą a miłością — miłość rozstrzygnęła i... Ze śmiechem. — byłem wybawiony.

SZWAJCER

Cóżeś uczynił?

KOSIŃSKI

Stanąłem, jakby wszystkie pioruny we mnie uderzyły! Krew, była pierwszą myślą — i krew, ostatnią. Z pianą na ustach biegnę do domu, wybieram najostrzejszą szpadę i z nią jak strzała do domu ministra — bo on to był tym piekielnym swatem. Musiano mię postrzec na ulicy, bo skorom wszedł na schody, wszystkie drzwi zamknięto. Szukam, pytam: pojechał do księcia, odpowiadają — i tam lecę; tam go nie widziano. Wracam, wybijam drzwi, znajduję, chcę właśnie... ale pięciu czy sześciu służących napada na mnie z tyłu i wydzierają szpadę.

SZWAJCER

Uderzając nogą o ziemię.

I nic nie oberwał? i tyś z próżnemi odszedł rękami?

KOSIŃSKI

Byłem ujęty, zaskarżony, kryminalnie badany, haniebnie — zważcie tylko — przez szczególną łaskę haniebnie wygnano mię131 z granic państwa. Moje dobra w darze dostały się ministrowi; moja Amalia w szponach tygrysa boleścią trawi swe życie, a moja zemsta wygłodzona zginać się musi pod jarzmem ucisku.

SZWAJCER

Powstając i ostrząc szpadę.

Jest tu woda na nasze młyny, kapitanie! znajdzie się coś zapalić!

KAROL

Który dotychczas w żywych poruszeniach przechadzał się, zwraca się nagle do rozbójników.

Muszę ją widzieć. Na nogi! zbierać się! zostajesz, Kosiński. Śpiesznie do marszu!

ROZBÓJNICY

Jak to? dokąd?

KAROL

Dokąd? kto pyta dokąd? Żywo do Szwajcera. Zdrajco, chcesz mię zatrzymać? Ale na zbawienie!...

SZWAJCER

Zdrajca ja? Idź w piekło, ja pójdę za tobą!

KAROL

Duszo braterska, pójdziesz za mną! Ona płacze, ona płacze, ona na śmierć rozpacza. Na nogi, prędzej! Wszyscy! Do Frankonii. Za dni ośm132 musimy tam stanąć.

Odchodzą.