SCENA II

Sala z obrazami familijnymi.

Karol. Amalia wchodzi.

AMALIA

I jesteś hrabia pewny, że między tymi obrazami jego wizerunek poznasz?

KAROL

Niezawodnie. Jego wizerunek zawsze żył we mnie. Oglądając obrazy. To nie ten.

AMALIA

Nie. — To ojciec rodu hrabiów tego domu; szlachectwo otrzymał od Barbarossy, któremu służył na wojnie przeciw rozbójnikom morskim.

KAROL

I to nie ten — i ten nie — ani tamten — nie ma go między tymi.

AMALIA

Jak to? Przypatrz się lepiej! Sądziłam, że hrabia go znałeś.

KAROL

Lepiej nie znam ojca swojego! Tu brakuje łagodnego na ustach uśmiechu, po którym między tysiącem poznać by go można — to nie on.

AMALIA

Zdziwiona jestem. Jak to po ośmnastu133 latach niewidzenia, i jeszcze...

KAROL

Prędko i z przelotnem zarumienieniem się.

To on jest!

Stoi przed obrazem nieporuszony.

AMALIA

Doskonały człowiek.

KAROL

Zatopiony w obrazie.

Ojcze, ojcze, przebacz mi! — Prawda, doskonały człowiek! Ociera sobie oczy. Boski człowiek!

AMALIA

Zdajesz się, hrabio, dla niego wiele mieć uczucia.

KAROL

O, doskonały człowiek — i miałby już umrzeć?

AMALIA

Umarł, jak umierają wszystkie nasze radości. Bierze go za rękę. Kochany hrabio! pod tem słońcem nie dojrzewa żadna szczęśliwość.

KAROL

Prawda, wielka prawda — ale czyż już doznałaś pani tego smutnego doświadczenia? Więcej jak dwadzieścia trzy lat mieć nie możesz.

AMALIA

A już doznałam. Wszystko żyje, żeby w smutku znowu umierać. Przywiązujemy się, a zyskujemy tyle jedynie, żeby potem z boleścią znowu wszystko utracić.

KAROL

Już pani utraciłaś?

AMALIA

Nic. Wszystko!... Nic. Chcesz iść dalej, panie hrabio?

KAROL

Tak śpiesznie? Czyj to obraz tam, po prawej ręce? Zda mi się jakaś twarz nieszczęśliwa.

AMALIA

Ten obraz po lewej jest dzisiejszego dziedzica. Chodźmy, chodźmy!

KAROL

Ale po prawej ręce?

AMALIA

Hrabia nie chce iść do ogrodu?

KAROL

Ale ten obraz po prawej ręce? Ty płaczesz, Amalio?

Amalia szybko wychodzi.

KAROL

Sam.

Kocha mię! kocha! Cała jej istota burzyć się poczęła — łzy na licu zdradziły. Ona mię kocha! Nędzny, i tyś na to zasłużył u niej! Czyż nie stoisz jak skazany przy śmiertelnym klocu rusztowania? Nie jestże134 to sofa ta sama, gdzie u jej szyi niewinną poiłem się rozkoszą? Nie sąż135 to ojczyste komnaty? Przed obrazem ojca. Ty, ty — płomienne ognie biją z twojego oka, przekleństwo, przekleństwo, rozpacz! Gdzie jestem? Noc przed oczyma — postrachy Boga! — ja to, ja go zabiłem.

Wybiega.

FRANCISZEK

Sam.

W głębokiem zamyśleniu.

Precz z tym obrazem! precz, lękliwy niewieściuchu! Czego drżysz i przed kim? W czasie tych kilku godzin pobytu hrabiego, czyliż mi nie jest tak, jakby szpieg z piekła skradał się za mymi krokami? Ja go znać muszę! Coś jest wielkiego i widzianego często w jego dzikiej, od słońca opalonej twarzy — za każdem spojrzeniem dreszcz mię przejmuje. I Amalia nie jest obojętna dla niego! Czyż nie błądziła po tym łotrze jakimś lubym, tęskliwym wzrokiem, którego tak skąpi dla całego świata! Widziałem, jak jej ukradkiem parę łez do wina upadło, które on poza mną tak chciwie sączył ustami, jakby kieliszek chciał połknąć zarazem. O, tak! widziałem, w zwierciedle136 widziałem — ot na te oczy moje. Hola, Franciszku! Obejrzyj się! Tu potwór jakiś wyziera brzemienny zniszczeniem! Ogląda uważnie obraz Karola. Jego długa, łabędzia szyja; jego czarne, iskrzące się oczy — hum! hum! jego ciemne, zwieszone, gęste brwi! Gwałtownie odskakując. Złośliwe piekło! tyż137 mi przysyłasz to przywidzenie? To Karol! Wszystkie jego rysy stają przede mną w żywych kolorach. On to, chociaż przebrany! On to, on! Piekło i potępienie! Szybko przechadzając się. Na to żem moje noce marnotrawił, poznosił skały i zasypywał przepaście? Na to żem buntowniczo walczył przeciwko wszystkim instynktom ludzkości, żeby u samego celu błędny włóczęga moje sztuczne gmachy rozwalił? Z wolna! z wolna! jeszcze się moja praca nie skończyła — przecie i bez tego już brnę po uszy w śmiertelnych grzechach. Byłby nierozum wstecz płynąć, gdy już brzeg tak daleko za mną pozostał. O powrocie ani myśleć. Łaska Pańska chwyciłaby żebraczego kija, zbankrutowałoby nieskończone miłosierdzie, gdyby mi moje winy przebaczyć chciało. Naprzód więc, jak mąż powinien! Dzwoni Niechaj się połączy z duchem ojca i przychodzi! Drwię z umarłych. Daniel, hej Daniel! Co to jest? — i tego już przeciw mnie zbuntowali! pogląda tak tajemniczo.

Daniel wchodzi.

DANIEL

Co rozkaże mój pan!

FRANCISZEK

Nic. Precz, napełń ten kielich wina, tylko spiesznie. Daniel odchodzi. Czekaj, starcze, ciebie ja złowię; w oko spojrzę tak osłupiałem okiem, że ugodzone sumienie na twarz ci wystąpi bladością! Musi umierać! Kloc to, co swoje dzieło do połowy doprowadzi, a potem zostawia i bezczynnem okiem gawroni138, czekając, jak to dalej pójdzie. Daniel z winem. Postaw tu! Patrz mi dobrze w oczy! Jak ci drgają kolana, jak się trzęsiesz cały! Wyznaj, starcze, coś uczynił?

DANIEL

Nic, łaskawy panie, jak Bóg żyw i biedna dusza moja!

FRANCISZEK

Wypij to wino! Co? ociągasz się? Mów prędko, co do wina wrzuciłeś?

DANIEL

Ratuj, Panie Boże! Co? ja do wina?

FRANCISZEK

Truciznę do wina wrzuciłeś! Czyś nie pobielał jak śnieg? Wyznaj, wyznaj, kto ci podał? Nieprawdaż, hrabia ci podał?

DANIEL

Hrabia? Jezus Maria! Hrabia mi nic nie podał.

FRANCISZEK

Chwytając go za piersi.

Ja cię tu zduszę, aż posiniejesz, siwy ty kłamco! Nie? a cóżeście tam mieli z sobą: on i ty, i Amalia? coście tam szeptali bez ustanku? Mów, zaraz, co za tajemnice, co za tajemnice powierzył tobie?

DANIEL

Bóg wszechmogący zna139, że mi żadnych tajemnic nie powierzał.

FRANCISZEK

Będziesz przeczył? Co za intrygi ukartowaliście, żeby mię z drogi sprzątnąć? Nieprawdaż, chcieliście mię śpiącego zadusić? Przy ogoleniu brody gardło poderżnąć? Otruć mię w winie albo czekoladzie? Mów, mów! W rosole chcieliście wieczny sen mi podać? Wyznaj natychmiast, wiem wszystko.

DANIEL

Bóg niech mnie opuści w nieszczęściu, jeżeli wam co innego mówię jak prawdę najczystszą.

FRANCISZEK

Na ten raz przebaczę; ale on musiał ci pewnie wetknąć worek z pieniędzmi, ścisnąć rękę silniej, jak zwyczaj — tak na przykład jak się ściska starego znajomego?

DANIEL

Nigdy, panie!

FRANCISZEK

Musiał ci mówić — ot tak, że cię już znał dawniej? żeś go poznać powinien? że kiedyś zasłony z oczów twych opadną —? że — jak to, o tem ci nigdy nie mówił?

DANIEL

Najmniejszej rzeczy.

FRANCISZEK

Że go pewne okoliczności wstrzymują; że często przybierać trzeba maskę, żeby się do nieprzyjaciół swoich przybliżyć; że się zemści, najokropniej się zemści?

DANIEL

Ani słówka o tem wszystkiem.

FRANCISZEK

Jak to, nic a nic? Przypomnij sobie. Musiał ci mówić, że starego pana dobrze, bardzo dobrze znał; że go kocha, nadzwyczaj kocha, jak syn kocha...

DANIEL

Coś podobnego, przypominam sobie, że z jego ust słyszałem.

FRANCISZEK

Blednąc.

Mówił to istotnie? Jak to, opowiedz — mówił, że moim jest bratem?

DANIEL

Uderzony.

Co, mój panie? Nie, tego nie mówił; ale gdy go panna oprowadzała po galerii obrazów, właśnie wtenczas prochy140 z ram zmiatałem — hrabia zamilkł przed wizerunkiem nieboszczyka pana, jakby piorunem rażony. Panna Amalia wskazała na obraz i rzekła: „Doskonały człowiek!” — Tak, odpowiedział on, doskonały człowiek! — i oczy ocierał.

FRANCISZEK

Słuchaj, Danielu — ty wiesz, żem zawsze dobrotliwym był dla ciebie panem; dawałem ci żywność i odzienie i chorą twą starość we wszystkich pracach oszczędzałem...

DANIEL

Niech wam Bóg za to nagrodzi, łaskawy panie! — ja też wam zawsze wiernie służyłem.

FRANCISZEK

Właśniem chciał to powiedzieć. Jeszcześ mi w życiu nie sprzeciwił się w niczem, bo znasz dobrze, żeś mi winien posłuszeństwo we wszystkiem, co nakażę.

DANIEL

Z całego serca we wszystkiem, co Boga i sumienia nie obrazi.

FRANCISZEK

Fraszki, fraszki! Czy się nie wstydzisz? Stary człowiek i bajkom nianiek dawać wiarę. Hej, Danielu, głupstwo powiedziałeś! Ja panem — Bóg i sumienie mnie tylko ukarzą, jeśli jest jaki Bóg i sumienie.

DANIEL

Załamując ręce.

Miłosierne nieba!

FRANCISZEK

Na twoje posłuszeństwo! — rozumiesz to słowo? na twoje posłuszeństwo, rozkazuję ci, żeby jutro hrabia nie liczył się pomiędzy żyjących.

DANIEL

Boże, ratuj! Dlaczego?

FRANCISZEK

Na twoje ślepe posłuszeństwo, pamiętaj, że ciebie pytać się będę.

DANIEL

Mnie? ratuj, Matko Boga! Mnie? Cóżem ja stary człowiek złego uczynił?

FRANCISZEK

Tu nie ma długiego namysłu — los twój w moich rękach. Czy chcesz życie swoje przemęczyć w najgłębszej wieży, gdzie głód cię zmusi kości własnego ciała ogryzać, a pragnienie krew wypijać swoją? czy raczej wolisz bez trudu kawał chleba pożywać i spokój mieć na starość?

DANIEL

Jak to, panie! spokój na starość i zabójstwo?

FRANCISZEK

Odpowiadaj na pytanie!

DANIEL

Moje siwe włosy, moje siwe włosy!

FRANCISZEK

Chcesz czy nie?

DANIEL

Nie — Bóg niech się zmiłuje nade mną!

FRANCISZEK

Chcąc wyjść.

To dobrze — będziesz go potrzebował.

Daniel zatrzymuje go i upada na kolana.

DANIEL

Miłosierdzia, panie! Miłosierdzia!

FRANCISZEK

Chcesz czy nie?

DANIEL

Łaskawy panie! Siedmdziesiąt i jeden lat nam dzisiaj — i ojca, i matkę szanowałem — nikt z moją wiedzą na grosz nie był ukrzywdzony i wiary swojej święcie i poczciwie się trzymałem — a w tym domu oto czterdzieści cztery lat służę i spokojnie końca swego czekam. — Panie, ach panie! Całując kolana. I ty mię chcesz ostatnią wydrzeć przy śmierci pociechę: żeby robak sumienia ostatniej modlitwy nie dał mi odmówić, żebym z okropną zbrodnią w oczach ludzi i Boga do grobu wstępował! Nie, nie, mój najdroższy, najlepszy, najłaskawszy panie — tego nie uczynisz, tego nie uczynisz siedmdziesięcioletniemu starcowi.

FRANCISZEK

Chcesz czy nie? na cóż ta gadanina?

DANIEL

Jeszcze gorliwiej od dziś usługiwać ci będę; żyły swoje jak nędzny rzemieślnik na śmierć w twojej służbie wysuszę — wcześniej wstawać, później kłaść się będę — ach! i w rannych pacierzach, i w wieczornych modlitwach nie zapomnę o tobie — a Bóg modlitwy starca nie odrzuci.

FRANCISZEK

Posłuszeństwo lepsze jak modlitwa. Słyszałeś kiedy, żeby kat się ceremoniował, skoro wyrok trzeba było spełnić?

DANIEL

Zapewne. Ale niewinnego zabijać, ale...

FRANCISZEK

Czy mnie tłumaczyć się przed tobą? Toż toporowi zapytywać kata, dlaczego tam, a nie tu rąbać? Patrzaj oto, jak łagodny jestem: przyrzekam ci nagrodę za to, coś mi z posłuszeństwa winien.

DANIEL

Ale ja myślałem, że swoją powinność spełniając mogę chrześcijaninem pozostać.

FRANCISZEK

Żadnych sprzeciwiań się! masz cały dzień do namysłu. — Rozważ jeszcze raz: szczęście albo nieszczęście — czy słyszysz? najwyższe szczęście, albo nieszczęście najostateczniejsze. Ja cudów dokażę w udręczeniach.

DANIEL

Po namyśle.

Wypełnię rozkaz, jutro go wypełnię.

Odchodzi.

FRANCISZEK

Sam.

Pokusa była za silna, a ten się pewnie na męczennika wiary swojej nie urodził. Zdrowia! — Panie hrabio! Podług wszelkiego podobieństwa jutro z Lucyperem zjesz wieczerzę. Cała rzecz jak o tem sądzić — a tylko głupi przeciw własnej korzyści sądzi. Ojcu, co może jedną butelkę wina nadto wysuszył, zachciewa się... i stąd się człowiek rodzi — a człowiek był zapewne ostatnią myślą przy całej tej herkulesowej robocie. Otóż i mnie się zachciało i stąd człowiek zdycha — bez wątpienia, tu jest więcej rozumu i rozgarnienia jak w tamtej pracy, żeby go spłodzić.

Urodzenie człowieka jest dziełem chuci zwierzęcej, jakiegoś przypadku: dlaczegóż w negacji jego narodzenia, jakieś ważne coś wystawiać sobie? Przeklęte głupstwo naszych mamek i piastunek, co naszą wyobraźnię przekręcają strasznemi bajkami i na naszych mózgach wyciskają obrazy ostatecznego sądu; tak, że przestrach mimowolny zimnym dreszczem członki nasze wstrząsa, najśmielszą odwagę zapiera, na budzący się rozum wkłada łańcuchy zabobonnej ciemnoty. Zabójstwo! i oto całe piekło furii wkoło tego słowa skacze! Natura jednego więcej człowieka zapomniała stworzyć; niemowlęciu pępka nie zawiązali — otóż i chińskie cienie zniknęły. Było coś, a jest nic — nie jestże to jedno, co było nic, i jest nic? a dla nic szkoda jednego słowa. Człowiek powstaje z błota, w błocie jakiś czas leży, błoto z siebie wyrzuca i na błoto kiśnie — aż kiedyś do podeszew prawnuka błotem się przyczepi. Tu koniec piosenki — błoto kołem ludzkiego przeznaczenia — a więc, szczęśliwej drogi, panie bracie! Moralista podagryczny, śledziennik sumienia niech tam wypędza pomarszczone niewiasty z publicznego domu albo lichwiarzów dręczy na łożu śmiertelnem — u mnie pewnie posłuchania nie otrzyma.

Odchodzi.