SCENA III

Inny pokój zamkowy.

Karol z jednej strony. Daniel z drugiej. Wchodzą.

KAROL

Gdzie jest panna?

DANIEL

Łaskawy panie, pozwól biednemu człowiekowi, żeby cię o jedno poprosił.

KAROL

Pozwalam chętnie. — Czego żądasz?

DANIEL

Niewiele i wszystko, tak mało — a jednak tak wiele; pozwól niech twoją rękę ucałuję.

KAROL

Tego nie będzie, poczciwy staruszku! Ściska go. Ty ojcem moim być możesz.

DANIEL

Twoją rękę, twoją ręką! proszę cię, panie!

KAROL

Tego nie będzie.

DANIEL

Muszę ją mieć! Porywa jego rękę, poziera141 na nią, a potem pada na kolana. Kochany, najlepszy Karolu!

KAROL

Zmieszany, upamiętuje się142 i obojętnie.

Przyjacielu, co mówisz? — ja cię nie rozumiem.

DANIEL

Tak! zapieraj się pan, udawaj! To pięknie, to pięknie! Toś to mój panicz najlepszy, najdroższy! — Miły Boże! że też ja stary człowiek takiej radości — Głupiec ze mnie, żeby zaraz panna nie... Ej ty Boże niebieski — to żeście, paniczu, przecie powrócili — a stary pan już w ziemi, a wyście znowu u nas... Co też za ślepy osieł ze mnie: Uderzając się w głowę. żeby też od pierwszego razu — ależ mój ty... komu by się śniło! Błagałem ze łzami — Jezu Chryste — a oto stoi żywiusieńki w starej izbie naszej!

KAROL

Co to za mowa? Czyś z nerwowej gorączki wyskoczył? Czy odgrywasz tu teatralne role na próbę?

DANIEL

Fe! bo fe! tak niepięknie ze starego sługi żartować! A blizna, he! może nie pamiętasz? wielki Boże, to żeś mi pan strachu napędził! Ja was tak zawsze kochałem, a tylko coście143 mnie zmartwienia nie nabawili! Siedziałeś na moich kolanach — he, może nie pamiętasz? ot tam w okrągłym pokoju — patrzajcie, i to byś zapomniał? — a kukułka, którąś lubił tak słuchać? kukułka rozbita, pomyśl pan sobie, w kawałeczki rozbita — stara Zuzanna upuściła na podłogę zamiatając pokój — otóż tak, siedziałeś pan na kolanach, a krzyczałeś: „Hoto to, konika mego!”. Pobiegłem za konikiem. Jezu Boże, i mnież było biegać? słucham — gorący pot polał mi się z czoła — krzyk płaczliwy wpadł do ucha: pędzę co tchu, a tu krew się leje, panicz na ziemię zleciał! Święta Matko Boża! jakby mi kto okropu144 gorącego zalał — ale to tak zawsze, kiedy obiema oczami dzieci nie doglądasz. Panie Boże! a gdyby oko wybił sobie — dobrze że rączkę tylko; ależ prawą rączkę. Przez całe życie, powiedziałem sobie, ani noża, ani nożyczek, ani nic ostrego nie dam dziecku do ręki. Szczęście, że pan i pani wyjechali z domu — tak, tak! Nauka na całe życie będzie — a nużbym służbę utracił, a nużby... niech ci Pan Bóg przebaczy, niedobra dziecino! Ale nu, chwała Bogu zagoiło się jakoś i tylko blizna na ręce została.

KAROL

Ani słowa nie rozumiem z tego, co mówisz.

DANIEL

Dobrze, dobrze, a wtenczas? ileż to razy ukradkiem podsuwałem wam to ciasteczek, to biszkopcików, to makaroników! Jam cię, paniczu, zawsze najwięcej lubił. A nie pamiętasz, coś mi tam w stajni powiedział, jakem cię na kasztanka starego pana posadził i pozwolił jeździć po wielkiej łące? Danielu, mówiłeś, niech no ja wyrosnę, i wielki będę, wezmę ciebie na rządcę i razem z sobą do karety posadzę. — Dobrze, powiedziałem i śmiałem się — jak Pan Bóg da życia i zdrowia, a starego sługi wstydzić się nie będziecie: to ot poproszę, żebyście mi darowali ten stary domek w wiosce, co już dobry czas pustką stoi — ja bym sobie dwadzieścia wiader wina sprowadził i szynkował na stare lata. Ehe, śmiej się, śmiej się, paniczu! Już wywietrzało z głowy — starego sługi nie chcesz poznać; witasz się jak z obcym, z ostrożnością... aleś ty zawsze mój złoty paniczyk — troszkęś sobie hulał, nie gniewaj się za to — bo też młodość to bujność — w końcu wszystko się naprawi.

KAROL

Rzucając mu się na szyję.

Tak, Danielu, nie chcę dłużej ukrywać! Jam twój Karol, twój zgubiony Karol! Co robi moja Amalia?

DANIEL

Płacząc.

Że też ja stary grzesznik jeszcze się tej radości...! Mój pan i władca żyje, moje go oczy widziały!

KAROL

I dotrzyma, co przyrzekł — weź to, poczciwy starcze, za tego kasztanka w stajni. Wciska mu ciężki worek do ręki. Nie zapomniałem ja starego sługi.

DANIEL

Jak to, co pan robi? To za wiele; pan się omylił.

KAROL

Nie pomyliłem się, Danielu! Daniel chce do nóg upaść. Powstań! powiedz mi, co robi moja Amalia?

DANIEL

Boska zapłata, boska zapłata, mój Jezuseńku. — Co, Amalia pańska? o! ona tego nie przeżyje, ona umrze z radości.

KAROL

Żywo.

Nie zapomniała mnie?

DANIEL

Zapomniała? Co też pan wygaduje? Pana zapomnieć? Trzeba było być, trzeba było widzieć, co ona wyrabiała, jak przyszła nowina, żeś pan miał umrzeć — a co dzisiejszy łaskawy dziedzic rozpuścić kazał...

KAROL

Co mówisz, mój brat?...

DANIEL

Tak, pański brat — pan teraźniejszy — pański brat — niech no, drugim razem, jak czas będzie, to więcej rozpowiem. A jak go czysto odprawiła: kiedy się co dzień umizgał do niej i na panią chciał wziąć do siebie. O, ja muszę pobiec, muszę pobiec, żeby jej zanieść nowinę.

Chce odejść.

KAROL

Stój, stój! nie trzeba, żeby wiedziała — nikt nie powinien wiedzieć; ani mój brat nawet.

DANIEL

Pański brat? nie, przez Boga, nie! On nie powinien wiedzieć — o, on nie, jeżeli tylko nie wie już więcej jak potrzeba. Ej, powiadam panu; są niegodziwi ludzie, niegodziwi bracia, niegodziwi panowie — ale ja za wszystkie skarby mego pana nie chciałbym niegodziwym być sługą. Stary pan miał was za umarłego.

KAROL

Co tam pomrukujesz?

DANIEL

A choćby i niepożądanie się zjawił — to przecie pański brat nieboszczyka pana jedyny dziedzic.

KAROL

Starcze, co tam mruczysz, jakby na twoim języku jakaś się zbrodnia kryła tajemnicza — na jaw nie chciała wychodzić: a jednak, wyjść by powinna? Mów wyraźniej.

DANIEL

Ale wolę stare swoje kości z głodu poogryzać, wolę z pragnienia własną krew spijać, niżeli obfitość zyskać zabójstwem.

Odchodzi szybko.

KAROL

Sam. Po długiem milczeniu.

Oszukany, oszukany! Błyskawicą przeszło po mojej duszy! Bezczelne podejścia! Wszechmocne niebo! Nie ty, ojcze! — bezczelne podejścia! Morderca, rozbójnik przez podejścia bezczelne! Oczerniony przed nim — listy moje pofałszowane, poprzejmowane. Serce jego pełne miłości — a ja potworny głupiec... Serce jego pełne miłości ojcowskiej... O hultajstwo, hultajstwo! Kosztowałoby mię upaść mu do nóg, jedną łzę uronić... O ja zaślepiony, zaślepiony, zaślepiony szaleniec... Byłbym szczęśliwy! — O łotrostwo, łotrostwo! Szczęście mojego życia po łotrowsku skradzione! W wściekłości rzucając się. Morderca, rozbójnik przez podejścia bezczelne! On się nie gniewał. W jego sercu ani myśli przekleństwa... O złoczyńca! Niepojęty, podstępny, obrzydliwy złoczyńca!

Kosiński wchodzi.

KOSIŃSKI

No, kapitanie, gdzie się podziewasz? Co to znaczy? Jak widzę, jeszcze dłużej chcesz tu pozostać.

KAROL

Żwawo! Siodłaj konie! Przed zachodem słońca musimy przejść przez granicę.

KOSIŃSKI

Żartujesz.

KAROL

Prędzej, prędzej! Nie baw się długo; rzuć wszystko i staraj się, żeby cię żadne oko nie postrzegło.

Kosiński odchodzi.

KAROL

Sam.

Uciekam z tych murów. Najmniejsza odwłoka mogłaby mnie w wściekłość wprowadzić, a on jest synem mojego ojca. Bracie, bracie! Zrobiłeś mię najnędzniejszym na ziemi — jam cię nigdy nie obraził; to nie po bratersku. Zbieraj owoce złości swojej w spokoju; obecność moja życia ci dłużej zatruwać nie będzie, — ale, przez Boga! to nie był czyn braterski — niech go ciemność zagasi na wieki i śmierć niech na świat nie dobywa.

KOSIŃSKI

Zjawia się znowu.

Konie posiodłane; możesz wsiadać, skoro się podoba.

KAROL

Natrętniku, natrętniku, po co tak śpiesznie? Czy już więcej nie mam jej obaczyć?

KOSIŃSKI

Zaraz odkiełznam, jeżeli zażądasz. Kazałeś mi śpieszyć się na łeb na szyję.

KAROL

Jeszcze raz — pożegnam tylko. Muszę truciznę tej szczęśliwości do dna wysączyć — a potem... Czekaj, Kosiński, dziesięć minut tylko, tam za dziedzińcem zamkowym — stamtąd popędzim.