SCENA VI
Zbyszko sam — później Hanka. Zbyszko chwilę stoi nieruchomy — potem wyciąga ręce leniwym, znużonym ruchem przed siebie — zwraca się do pieca — otwiera drzwiczki kopnięciem nogi, przysuwa sobie fotel — siada i siedzi tak spokojnie z papierosem przylgniętym do ust, z ręką opuszczoną na dół. — Światło czerwonawe go oświetliło. Jest znużony i smutny. — Drzwi się otwierają cicho, wsuwa się Hanka — widzi go — przybliża się — przyklęka i delikatnie, z jakąś psią pokorą, całuje go w rękę. — On głaszcze ją po głowie — czyni to machinalnie, nie patrząc na nią.
ZBYSZKO
No już dobrze... dobrze...
HANKA
Proszę pana... ja...
ZBYSZKO
Co? czego?
HANKA
Ja idę... tam, gdzie pan kazał.
ZBYSZKO
A... tak. Idź! idź!... A nie bój się — tylko mów śmiało i wyraźnie, jak i co.
HANKA
klęczy nieruchoma, otulona w fałdy chustki.
ZBYSZKO
No... czemu nie idziesz?
HANKA
A bo ja wiem — tak mi jakoś...
ZBYSZKO
Ach, nie marudź... idź... bo wrócą.
HANKA
wstając
Pójdę!
wychodzi powoli — słychać jak zatrzaskuje za sobą ciężko drzwi.