10. Strach paniczny Niemców szarpanych ustawicznie

I gdy widział na koniec cesarz, iż nic nie podoła ani orężem, ani groźbami, ani przekupstwem lub obietnic czczym dymem, tudzież że nie wskóra nic więcej, stojąc na miejscu dłużej, rada w radę ze swoimi, obóz zwinął i ku Wrocławiowi siłami całymi wyruszył, luboć337 i tam zaraz przekonał się dowodnie, co znaczy oręż Bolesława i jego umysł w tym boju, godzien podziwu. Albowiem w którą tylko stronę cesarz się obrócił, gdziekolwiek obóz zatknął lub stanął na wypoczynek, wnet Bolesława, rychlej lub później, miał w swym pobliżu, który mu usnąć bez trwogi nie dał na chwilę. Więc skoro z obozem swym dalej się puścił, takiegoż nieodstępnego w nim znajdował drogi towarzysza; niechże kto za jego szranki krok uczynił, zapomniał, którędy do szeregów swych miał wrócić. A gdy się nawet poczet liczniejszy niekiedy za żywnością lub paszą w głąb kraju wybrał i nieco dalej od swoich odstrzelił, tuż Bolesław między tymże i obozem niemieckim znaleźć się musiał, a bił, a trzepał, tak iż zamiast z łupami zagarnionymi wrócić bezpiecznie, oddział nieraz cały Bolesława stawał się zdobyczą. Stąd ową niemieckich wojsk mnogość takiej trwogi powszechnej nabawił, że Czesi nawet, choć to zawołani łupieżcy i zbójcy, woleli nie jeść i nie pić, byle go nie spotykać a pogromu takiego uniknąć. Żaden z nich za obóz nie wyszedł, żaden pachołek, jakkolwiek zbrojny, po trawę nie odważył się na pastwisko, żaden, powiedziałbym, odbyć potrzeby poza obrębem stacji wytkniętych i czat nie śmiał. Lękano się Bolesława we dnie i w nocy, każdemu tkwił ciągle w pamięci, Bolesławem nie śpiącym nigdy go nazywano. Byle lasek przy drodze, byle zarośl, straszono siebie: „strzeż się! Tam Bolesław!” Nie było miejsca, na którym by się nie domyślano bytności Bolesława. Tak ich utrudzał bezprzerwnie, to od czoła napastując, to od tyłu, sposobem wilczym urywając niektórych, to na przemian od boków, jeśli gdzie doskoczyć się udało. Tak ze zbroi co dzień rycerstwo niemieckie się nie rozbierając, na myśli wszędzie i zawsze miało tylko Bolesława. W nocy nawet, jak który blachą obciążon był żelazną, zasypiał stojąc lub czuwać szedł na czatach: do czujności pobudzały straże, dokoła namioty obchodząc, a przestrogi, a nawoływania: „Baczność! Straż pilna!” i tak bez końca. Zaczęli wreszcie sami siebie w pieśniach brać za cel urągania, a pod niebo wynosić dzielność Bolesława, jak w jednej z tychże, którą przytoczymy.

11. Pieśń Niemców na pochwałę Bolesława338

Bolesławie! Bolesławie!

Któż wyrówna tobie w sławie?

Gdzie kraj takie ma obrońce?

Nie zachodzi twoje słońce,

Ty sam nie śpisz, nasz sen płoszysz,

Tu pobijesz, tam rozproszysz:

Na przestrzeni, w polu, lesie,

Grom twój wszędzie trwogę niesie.

Tak dzień po dniu, od poranku

Po mrok nocny, bez ustanku,

Tylko czujność, tylko trwoga.

A nie postać twoja noga

Już na ziemi prawie miała?

Taka zawiść wciąż w nas pała!

Ty jak na złość, pan w przestrzeni,

A my, jakby uwięzieni.

Tym się królom władać godzi,

Co tak z garstką sprawnej młodzi

W pole ciągną zawsze skorzy.

W których siła tak się mnoży.

Cóż gdy wszystkich swoich zwoła,

Czy go cesarz zwalczyć zdoła?

Temu, temu panowanie,

Co za setki jeden stanie,

Z krwi szablicy339 nie ociera:

Na Pomorzu mir340 zawiera,

I nie wytchnął jeszcze z trudu,

Gdy w obronie swego ludu

Znowu obóz swój zatacza,

O swym szczerbcu nie rozpacza.

Lecz my dumni, my zuchwali,

Nas ta rączość jego pali:

Bo gdy zmiata on pogany,

My kołaczem w jego ściany,

Aż do zwalisk prawic domu.

Cóż tu hańby? Co tu sromu?

Przecież Pan Bóg litościwy;

Bo on toczy bój godziwy,

Ucząc pogan czystej wiary;

Więc tryumfów ma bez miary.

A nam Pan Bóg krwią to płaci,

Że się kąpiem we krwi braci.

12. Cesarz o pokój prosić zniewolony

Słysząc to niektórzy dostojnicy i poważniejsi wiekiem dziwili się wielce i mówili miedzy sobą: „Już też, gdyby mu wyraźnie Bóg nie pomagał, nigdy by takiego zwycięstwa nad poganami nie odniósł, ani nam tak mężnego czoła nie stawił. Lecz i to drugie przyznać potrzeba, że gdyby taką potęgą Bóg go nie uzbroił, w rozprawie tej z mocarzem, któremu pół świata dań niesie, nigdy by lud nasz dlań się nie zdobywał na takie pochwały”. Była w tym może atoli tajna myśl Boża, iż z cesarza chwałę przenosił na Bolesława, głos ludu bowiem, jak zwykle bywa, głosem jest Boga. To tylko nie ulega wątpliwości, iż lud ten, nucąc tak o nim, instynktu z niebios dowodził. Cesarzowi pieśń jego była w niesmak, więc bardzo często wzbraniał ją śpiewać; ale wynikał stąd właśnie skutek przeciwny, bo swym zakazem jeszcze do nucenia jej głośniejszego na przekór pobudzał. Widząc na koniec z wielolicznych przykładów, iż tylko tym wzbranianiem męczył lud daremnie, a woli boskiej oprzeć się nie zdoła, umyślił w duszy co innego i co innego uczynić postanowił. Musiało mu to przyjść na myśl, iż lud tak mnogi pod chorągwiami dłużej bez łupów żyć nie mógł, gdy tymczasem Bolesław jak lew ryczący wkoło nich obiegał. Konie padały gromadnie, ludziom dokuczał trud ciągły, bez możności wypoczynku i pożywienia stosownego; a nadto otaczały ich zewsząd wielkie gęstwy leśne, mnóstwo bagien niezbrodzonych, pomiędzy tymi nowa dokuczliwość od gryzących rojnie komarów; strzały też wroga polskiego były za ostre, chłopstwo z pałkami zajadłe, tak wszystko niemożliwym czyniło dopięcie zamiaru. Udaje zatem, jakoby ciągnąć chciał na Kraków, jednakże mniemając przez to zastraszać Bolesława, nie omieszkał doń orędowników wyprawić z wezwaniem do zawarcia zgody; to zaś poselstwo jego mówiło już tylko o daninie pieniężnej, o dostarczeniu żołnierza nie robiło wzmianki. Opiewał to właśnie przyniesiony przez nie: