DROGA LEŚNA NAD STAWEM
Woyzeck, Maria.
MARIA
Tam na lewo idzie się do miasta. Ciemno.
WOYZECK
Ty tu zostaniesz, Mario! Chodź, siądź sobie!
MARIA
Ale ja muszę iść.
WOYZECK
Nie schodzisz już sobie więcej nóg do krwi.
MARIA
Coś ty taki...
WOYZECK
Czy pamiętasz, Maryś, jak to dawno, odkąd się znamy?
MARIA
Na Zielone Świątki dwa lata.
WOYZECK
A jak myślisz, długo to jeszcze potrwa?
MARIA
Muszę iść przygotować wieczerzę.
WOYZECK
Zimno ci? A przecieżeś gorąca. Jakie gorące masz usta! Gorący twój dech dziewki! A przecież niebo bym dał za to i zbawienie wieczne, by móc cię nieraz jeszcze całować! Drżysz z zimna? Kto już zimny, nie czuje zimna. Już nie zmarzniesz od rosy porannej.
MARIA
Co ty gadasz?
WOYZECK
Nic.
Milczenie.
MARIA
Patrz, jak czerwono wschodzi księżyc!
WOYZECK
Jak żelazo we krwi.
MARIA
Co ci, Franek? Takiś blady.
Woyzeck zamierza się na nią nożem.
Franek, stój! Na miłość boską! Ratunku! Ratunku!
WOYZECK
przebija ją nożem
Masz! Masz! Nie chcesz umrzeć? Tak! Tak! — Ha, jeszcze drga, jeszcze nie? Mocniej. przebija ją jeszcze raz — Nie żyjesz? Umarła! Umarła!
Wypuszcza nóż i ucieka.