LXXXI

Słońce zachodzi, gęsty dym się kładnie,

Jak z wypalonych na poły wulkanów,

Nad tą przestrzenią dziwną, którą snadnie

Można by nazwać „salonem szatanów”.

Juana trwożny szacunek napadnie,

Choć to nie jego dom — owa Brytanów

Ziemia, mać synów, którzy wyrzezali

Połowę świata, pół przehandlowali.