LXXXV

Tak się rozeszli, każdy w swoją stronę. —

Baba Juana wiódł z sali do sali,

W kamienne ganki, galerie złocone

Aż do olbrzymiej bramy, co z oddali

Chyliła ku nim kontury zamglone.

Wokoło wiała woń róż i konwalii...

Jak gdyby weszli w kaplice zakonne,

Wszystko tam ciche, uroczyste, wonne.