XLIII
Więc końcem zimy w Londynie jest lipiec,
A czasem sierpień. W kalendarzach zamęt,
Z którego nic się nie potrafi wypiec.
Muzie zostawiam niebieski firmament
I ów słoneczny kaloryfer czy piec,
Bo barometrem moim jest — parlament.
Chociaż niejeden radykał nań gada,
Z jego się sesyj kalendarz układa.