II
Gdy Złotopiórcia skończyła czternaście lat, wydarzyła się rzecz bardzo osobliwa. Zaczęła oto tracić na wadze.
Choć niezmiennie była tą samą piękną, jasnowłosą dziewczynką, to z dnia na dzień stawała się coraz lżejsza.
Z początku wcale się tym nie przejmowała. Ogromnej radości dostarczało jej ześlizgiwanie się po gałęziach wysokich drzew i swobodne opadanie w dół niczym wiotka kartka papieru. Podśpiewywała sobie przy tym:
Piękna Złotopiórcia, choć chyba jeszcze tego nie wiecie,
wkrótce zostanie królową, więc ogłoście to w świecie.
Stała się z czasem tak lekka, że dziadek musiał obciążyć jej sukienkę czterema dużymi kamieniami, żeby przypadkiem dziewczynki nie porwał wiatr. Po niedługim czasie jednak kamienie już nie wystarczały i dziadek musiał zamknąć ją w domu.
— Złotopiórciu, drogie dziecko, ktoś musiał rzucić na ciebie urok!
Staruszek wzdychał strapiony, Złotopiórcia zaś nudziła się w zamknięciu.
— Dmuchnij na mnie! — jęła prosić dziadka.
Dziadek spełniał wówczas jej prośbę i wypychał ją siłą podmuchów ku górze. Ona zaś to opadała, to wzbijała się w powietrze, leciutka jak piórko.
Piękna Złotopiórcia, choć chyba jeszcze tego nie wiecie,
wkrótce zostanie królową, więc ogłoście to w świecie.
— Dmuchnij na mnie, dziadku!
I staruszek dmuchał mocno, a Złotopiórcia wznosiła się z lekkością aż po sam sufit.
Piękna Złotopiórcia, choć chyba jeszcze tego nie wiecie,
wkrótce zostanie królową, więc ogłoście to w świecie.
— Złotopiórciu, co śpiewasz?
— To nie ja. To cudzy głos we mnie śpiewa.
Złotopiórcia wiedziała, że przemawia przez nią jakiś przyjemny dla ucha, pochodzący z oddali głos.
Staruszek wciąż dmuchał i wzdychał:
— Złotopiórciu, moje biedne dziecko, przecież ktoś rzucił na ciebie urok!