Wiara, Nadzieja, Miłość

Nie dziwcie się, o bracia! że me młode pióro

Ciérpką i gorzką żółcią przesiąkło zawcześnie,

Że me wiérsze brzmią groźno, złowróżbo, ponuro,

I że na dziką nutę spiéwam moje pieśnie.

Źle brzmi śpiéwka miłosna, głos lutni pieszczony;

Nam słodszy głos rozpaczy niżeli nadziei,

Milsze dzikie okrzyki niż rozkoszne tony.

Co nam ducha ku niebu porywają z ziemi,

I unoszą w krainy jakieś niepojęte,

I igrają z duchami lekkimi, nikłymi.

Wszystkie widziadła życia mijały jak mara,

Na niebie mojéj duszy jasno mi świéciły

Trzy śliczne bóstwa: Miłość, Nadzieja i Wiara.

Jaśniała złotym blaskiem porannéj jutrzenki;

Zwodnica! strojna w gazę przezroczystych chmurek

Nęciła młode serce niebieskiemi wdzięki.

Złociła dnie żywota, poskramiała burze,

Karmiła moję duszę pociechą niebiana,

Stroiła me uczucia w wiecznie młode róże.

Strzegła mojego serca wśród walki żywiołów,

I gorycz z żywotnego wylawszy kielicha,

Prowadziła za rękę pomiędzy aniołów.

Wstąpiła w moje serce: Nadzieja pobladła,

Miłość mi spowszedniała jak powiędła róża,

I Wiara nie pomogła, zasłona upadła!

I nie długo poznałem, że wszystkie odmienne

Od tego, com przeczuwał uczuciem namiętném

I co mi malowały me marzenia senne.

I nie może się z naszą pobratać ziemskością;

Chyba że kilka westchnień i kilka sonetów

I kilka łez obłudnych chcesz nazwać miłością.

I dzisiaj można śmiało przyrównać z Nadzieją

O zaklętéj księżniczce cudowne powieści,

Co niańki dzieciom prawią a ludzie się śmieją.

Bo wyżółkłe oblicza i miedziane czoła

Wolą podłe, nikczemne, przeczołgać istnienie,

Niż ożywić swą duszę uśmiechem anioła.

Powitałem zniszczenie, burze i zawieje,

Odwagą’m się uzbroił na łzy i katusze,

A pożegnałem Wiarę, Miłość i Nadzieję.

Miłuję straszną burzę, walkę i cierpienie;

W niezagasłéj rozpaczy pokładam nadzieję,

A gwiazdą mojéj wiary zagłada, zniszczenie!

Kiedy nikczemność ludzi i życia poznałem,

Złotych urojeń szumnym wzgardziłem potokiem,

I z marzącego wieszcza cynikiem zostałem.