Chłopcy z ulic miasta
Chłopcy z ulic miasta
Ojciec Mańka i Felka jest już od roku bez pracy. „Fasują” bony, ale czy z tego można wyżyć? Żeby nie Maniek, który sprzedaje „Poranną” i Felek, który służy u jednej straganiarki, byłoby źle.
Matka Józka jest praczką, a ojczym robi w browarze. W domu jest co zjeść, ale na książki i na zeszyty ojczym nie chce dawać. Nie chce mu także niczego sprawić i matce nie pozwala. Więc Józek sprzedaje gazety, żeby sobie zarobić „na tę książkę czy bucik”.
Fed’kę macocha wygnała z chałupy i przyszedł do Lwowa „na służbę”. Sypia w piecu starej cegielni, myje ławki przekupkom na rynku, czeka przed dworcem na walizki — jak się da.
Pepi Glückauf ma tylko babkę. Babka martwi się bardzo, że „na to już przyszło”, że Pepi musi gazety sprzedawać. Bo oni są „z lepszej rodziny” i mieli własny domek za rogatką gródecką, a dziadek był kolejarzem. Kiedy Pepi wychodzi z domu, babka zawiązuje mu szalik naokoło szyi, żeby się nie przeziębił i zaklina go, by „nie zadawał się z łobuzami” i nie uczył brzydkich wyrazów.
A Kazik to nie ma nikogo na świecie, oprócz jakiegoś wujka w Glińsku, który „nie chce o nim nawet słyszeć”. Chłopcy mówią o Kaziku, że chodzi na „miaukoty”1, a nawet „na lewo”2, ale Kazik mówi, że to nieprawda.
Ciotkę Stefka zredukowali na poczcie i Stefek nie chodzi już do gimnazjum. Jest chłopcem na posyłki w jednym sklepie kolonialnym. Do świetlicy przychodzi, „bo można tu pożyczyć książkę i dowiedzieć się czegoś ciekawego”.
A Wacek jest łobuz — „zwyczajny łobuz”. Matka nie chce, żeby biegał z „Expresem”. Matka chce, żeby się uczył i na człowieka wyrósł. Ale Wacek lubi kino, czekoladę i papierosy.
Salek nie ma ojca, tylko sparaliżowaną matkę. Matka leży cały dzień sama, a ci ludzie, u których mieszkają kątem, „to są takie bez serca, że jej nawet tej szklanki wody nie podadzą”. Salek musi przed wyjściem zostawiać jej jedzenie przy łóżku. Salek sprzedaje „Poranną” i „Expres Wieczorny”, a oni mieszkają aż na Lewandówce3. Do domu nie może wrócić przed północą. Kupuje więc za pierwsze zarobione pieniądze, póki jeszcze sklepy są otwarte, duży bochenek chleba, czasem zaś trochę kaszy, herbaty czy cukru. A że nie może z tym przecie biegać po mieście, chowa to w sobie tylko wiadomej kryjówce, w śniegu, pod pomnikiem Mickiewicza.
Ale wszystkich chłopców niepodobna i tak wyliczyć, choć powinno się właściwie to zrobić, bo każdy jest inny. Są między nimi łobuzy i „porządni”, „miaukacze” i „honorowi”, pracowici i leniwi, uczciwi i „chodzący na lewo”.
Są tacy, którzy przychodzą do świetlicy tylko wtedy, gdy jest zimno albo gdy są głodni, i tacy, którzy czekają już na podwórzu na otwarcie i opuszczają świetlicę dopiero wieczorem. Tacy, którzy wpadają, by zmienić książki lub posłuchać pogadanki i tacy, których przyciągają tylko gry i zabawy. Był nawet jeden, który przychodził z powodu szuflady.
Zauważył, że w jednym stole jest pusta szuflada z kluczem i poprosił, żeby mu ją dać. Schował do niej zeszyt, sznurek, złamany scyzoryk, kawałek drutu i lankę. Zamknął ją na klucz i poszedł. I odtąd co dzień przychodził, sprawdzał, co w niej jest, zamykał i odchodził.
Widać, było mu przyjemnie posiadać własną szufladę...
Ale wszyscy chłopcy, wszyscy bez wyjątku, nawet ci najporządniejsi i najspokojniejsi brali udział w bójkach.
Bo z początku bójki wybuchały w świetlicy prawie codziennie.
I bito się nie „na żarty” i nie po to, żeby się „siłować”, ale — naprawdę.
Uderzano twardo, mocno, bezlitośnie. Pięścią w nos, głową o ścianę, kopnięciem w brzuch. I kiedy już jeden z chłopców leżał na ziemi, trudno było jeszcze oderwać od niego zwycięzcę.
Bito się pojedynczo albo grupkami: starsi z małymi, Polacy z Rusinami, Polacy i Rusini z Żydami, ci, którzy nosili czerwone czapki z tymi, którzy ich nie nosili. Rozmaicie.
Panna Joasia „dziwiła się bardzo”.
Panna Joasia „nie mogła tego zrozumieć”.
Przecież pojedynczo każdy z nich był bardzo „miłym” i „dobrym” chłopcem, nieróżniącym się niczym od wszystkich innych chłopców. Można z nim było pomówić o tym, jak powinno być urządzone życie w świetlicy, żeby wszystkim było dobrze i miło, i o „sprawiedliwości”, i o „braterstwie”, i o „koleżeństwie”. Ale wszyscy razem stawali się dziką i rozhukaną bandą, której nie można było poskromić inaczej niż siłą. I panna Joasia ze wstydem i żalem musiała przyznać, że o wiele więcej wpływu i posłuchu od niej miał pan Piotr, który nie mówił ani o koleżeństwie, ani o braterstwie, ale w krytycznych momentach chwytał zapaśników za kołnierze i tłukł ich o siebie tak długo, aż oświadczali, że „mają dość”. A wtedy orzekał: „Tak wyglądają dwa byki, które chcą się bóść”...
Panna Joasia była tym bardzo zrażona.
Ale panna Joasia nigdy nie sprzedawała gazet na ulicy.
Jeżeli zaś spojrzeć na te rzeczy z pewnego oddalenia — to cóż? Wydaje się nawet, że to dość wesołe zajęcie. Biegnie z paczką gazet i krzyczy sobie, ile dusza zapragnie, a po drodze to zaczepi kogoś wesołym lub zuchwałym żartem, to poślizga się po zmarzniętym rynsztoku, to wskoczy do tramwaju lub uczepi się dorożki.
Ale w rzeczywistości, ten „wesoły gazeciarz” nie jest wcale taki wesoły. Bo paczka gazet, którą niesie w ręku, ta paczka, tak lekka pozornie, gniecie nieznośnym ciężarem, jeśli pozostaje niesprzedana. Jego ochrypły krzyk staje się wówczas wołaniem rozpaczy i w późną noc, gdy przez ulice przewijają się nieliczni tylko przechodnie, zmarznięty, śmiertelnie znużony, zaczepia jeszcze:
— „Expres Wieczorny”!
Ale obok niego snuje się jak cień inny gazeciarz, który także „poluje” na ostatnich przechodniów.
Panna Joasia mówi — „koleżeństwo”.
Ale jeżeli gazety trzeba sprzedać i jeżeli tamten wchodzi ci w drogę? Najtrudniej to jest zawsze z tym koleżeństwem wtedy, kiedy na dwóch jest za mało chleba. I nawet w ogóle tam zaczyna się właściwie trudność.
— Bo niech pan sobie np. wyobrazi — tłumaczyli panu Stachowi starsi chłopcy — że na jednym rogu ulicy stoi ze swoimi pismami pan, a na drugim taki mały, sześcioletni miglanc4, okropnie zabawny w swojej czerwonej czapce z blachą.
I obydwaj sprzedajecie, on i pan — interes idzie.
Wtedy miglanc nie tylko panu nie przeszkadza, ale nawet śmieszy pana, a jeżeli jest zimno, to go panu żal i myśli pan: „biedny szkrab!”
A teraz wyobraź pan sobie, że tylko pan zarabia, a on nie. Mały jest i nie umie sprzedawać.
Stanął pod murem i maże się. Pewnie mu w domu skórę wygarbują. A pan sprzedał już tymczasem wszystkie swoje gazety.
Wtedy może nawet podejdzie pan do niego i wciśnie mu dziesiątkę w rękę: „na i nie becz!” A jeżeli jaki batiar5 będzie chciał go zaczepić, to go pan obroni.
No, jednym słowem, gdyby panna Joasia to widziała, miałaby się z czego cieszyć.
Ale przecież prawie zawsze bywa zupełnie inaczej: wszystkim jest żal dziecka i kupują tylko u małego. Kupują czasem nawet takie gazety, których nigdy by u dużego chłopca nie kupili. I nie tylko kupują, ale nawet dają napiwki.
A taki już jest „wypraktykowany”, że do każdego inne minki robi i inaczej oczkami zawraca. A kiedy ze sprzedanych gazet i napiwków uzbierał już tyle, że ma więcej, niż gdyby sprzedał wszystkie gazety, proponuje przechodniom:
— Dzisiejsza gazeta za 5 groszy! Niebywała okazja! Dzisiejsza gazeta za 5 groszy!
A pan stoi na swoim rogu zmarznięty na kość i schrypnięty od krzyku i — nic. Ani jednego pisma!
Wtedy, to już się panu nie będzie na śmiech, ani na czułość zbierało! Obejrzy się pan dobrze, czy jaki klient nie nadchodzi, da pan bachorowi w kark i: „won z mego rogu albo ci jeszcze lepiej przyłożę!”
A jak panu bardzo głód dokuczy i zmarzł pan, a nie ma pan pięćdziesięciu groszy na nocleg, to się jeszcze pan z nim pieniędzmi „podzieli”. A potem bachor się w świetlicy skarży, a panna Joasia się dziwi...
Młodsi zaś chłopcy to znowu tłumaczyli panu Stachowi tak:
— Taki starszy chłopak to myśli, że jemu trzeba we wszystkim ustąpić, bo przecież on większy i silniejszy. Wystarczy im się tylko przyjrzeć w świetlicy, a zaraz pan zmiarkuje, jaka jest ich sprawiedliwość.
Jeżeli jest jaka ciekawsza gra albo książka, to sobie zabierają, niby że dla małych za trudna. I nie daj Boże, żeby im ktoś co ruszył!
Ale jak mali dostali piłkę, to im odebrali i zrobili sobie z niej football.
Jak oni mają z panem pogadankę, to małych wyrzucają na podwórko — powiadają, że mali nic nie rozumieją, kręcą się i przeszkadzają.
Ale jak panna Ela opowiada małym bajki, to wszystkie stare draby przychodzą słuchać...
Więc na ulicy jest też to samo i jeszcze gorzej, bo tam nie ma komu nas bronić. A oni mówią sobie tak: „Na co takiemu miglancowi pieniądze potrzebne?” I zazdroszczą, że my więcej zarabiamy. A jak np. taki Antoś sam jeden cały dom karmi? Ojciec chory, matka bez pracy i dwoje zupełnie małych szkrabów. Pięć gęb na niego jednego — no?!
Albo z Rusinami czy Żydami... Gdyby gazety tak szły, żeby dla wszystkich było dość miejsca, to coby to komu szkodziło, że jakiś Moniek, czy Fed‘ko też z nimi po mieście lata? Ale jak jest tak trudno się wyżywić, to zaraz przychodzi ta złość, że niby skąd oni i jakie ich prawo? Nie może to taki „Iwan” na wsi siedzieć i krowy paść, a gnój rozrzucać? Albo taki „Icek” cebulami na Krakowskim handlować? To nie! Musi się im we łbach przewrócić i kariery zachciewać i taki „chłop z seła6” albo parszywy Żydziak pcha się dzisiaj „Wiek Nowy” i „Expres” sprzedawać! Tak ma się rozumieć mówią Polacy. Bo Rusini to powiadają, „że tych Lachów przydałoby się dobrze nauczyć” i że jak jeden Lach u nich we wsi tak się rozpychał, to go het spalili — zboże, chałupę — wszystko. A Żydzi znowu powiadają, że oni są zawsze i we wszystkim pokrzywdzeni i że nawet w świetlicy, gdzie niby to ma być równość i sprawiedliwość, oni dostają najmniej osłodzoną herbatę, najgorsze gry i nieciekawe książki...
Bo ta złość i gniew i gorycz, która jest w chłopcach w ciągu całego dnia, nie może się przecież tak zaraz rozproszyć na progu świetlicy. A zresztą może by się rozproszyła, gdyż każdy człowiek pragnie zaznać trochę spokoju, serdeczności i pogody, gdyby nie to... gdyby nie to... że w świetlicy jest tak ciasno.
W niewielkim pokoju tłoczy się przy stołach czterdziestu, a czasem i pięćdziesięciu chłopców. Toteż nie ma mowy o tym, by wszyscy jednocześnie mogli zasiąść przy stole i wypić herbatę, zorganizować jakąś wspólną zabawę lub otrzymać gry towarzyskie czy książki. Zawsze i o wszystko trzeba się pchać i wszystkiego domagać, a „frajer”, który nie umie energicznie puszczać w ruch łokci, nie dostanie niczego albo dostanie to, czego już inni nie chcieli. A przy tym, jeśliś jest rozdrażniony i bardzo zmęczony, i ciągle musisz przepychać się w tłumie, to mimo woli szturchniesz mocniej tego i owego łokciem. Ale tamci są wszakże tak samo jak i ty zmęczeni i rozdrażnieni, więc na pewno nie pozostaną ci dłużni i — bójka gotowa.
Panna Joasia „dziwiła się”, pan Piotr rozdzielał doraźne nauczki, ale pan Stach — rozumiał.
Pan Stach mówił tak:
— Widzicie chłopcy, ja przecież wiem, że to jest bardzo trudno, żeby między wami była zgoda. Jakżeż może między wami być zgoda, jeśli między o wiele od was mądrzejszymi i starszymi ludźmi jej nie ma? Bo wszakże oni, tak samo jak i wy, kłócą się ze sobą o róg, na którym mogliby sprzedawać swoje gazety i o prawa do tego rogu, i o warsztaty, i o miejsca w szkole i uniwersytecie, o wszystko. I nie rozumieją, że nie w tym jest przecież rzecz, żeby komuś odebrać chleb, ziemię czy naukę, ale żeby było dla wszystkich dość miejsca, pracy i światła w Ojczyźnie. Jednakże, moi chłopcy, to, co jest trudne, nie jest jeszcze niemożliwe. I to, że coś jest trudne, nie powinno was jeszcze zniechęcać. Kiedy opowiadałem wam o podróżnikach do bieguna albo o wielkich uczonych, którzy musieli zwalczać, nieraz z narażeniem swego życia, tysiące przeszkód, to nie tylko, że nie żałowaliście ich, ale mówiliście, że chcielibyście żyć tak jak oni. Bo przecież człowiek, prawdziwy, dzielny człowiek, nie chce mieć wcale łatwego życia: prawdziwy człowiek chce mieć piękne życie. A piękne życie, to jest takie, w którym się coś nowego zdobywa lub tworzy. Nie tylko dla siebie, ale także dla innych. Więc spróbujcie stworzyć sobie takie życie, żeby wam wszystkim było w nim jak najlepiej, jak najprzestronniej i jak najciekawiej. Ale tu nie wystarczy powiedzieć sobie tylko „koleżeństwo”, „zgoda”, „braterstwo”, „miłość”. Tu trzeba to życie tak urządzić, żeby koleżeństwo, zgoda, miłość i braterstwo były w nim możliwe. Więc zacznijcie na razie od świetlicy. Postarajcie się, żeby zapanował w niej taki porządek, by podział wszystkiego, co możecie w niej otrzymać, zależny był nie od siły, sprytu lub przypadku, by nikt w niej nie był krzywdzony. Urządźcie ją tak, żeby, mimo iż jest ciasna, można w niej było swobodnie bawić się, czytać i uczyć. Ja wiem, że to trudno. Ale w życiu jest też ciasno i trudno. Ja wiem, że trzeba się dla was starać o większą i ładniejszą świetlicę, ale jeśli nie można jej natychmiast zdobyć, to trzeba, żebyście nie nad tym myśleli, kogo można z ciasnego domu wyrzucić, ale nad tym, jak można w nim wszystkich najlepiej pomieścić. A gdy już to osiągniecie, to może pomyślicie także nad tym, jak zorganizować lepiej i mądrzej wasze życie poza świetlicą.
Tak mówił pan Stach, a chłopcy słuchali go uważnie. Niektórzy dlatego, że rozumieli, niektórzy dlatego, że pan Stach był ukochanym opiekunem świetlicy, który opowiadał chłopcom zachwycające historie o dalekich lądach i morzach, dziwnych zwierzętach, awanturniczych podróżach, nieznanych odkryciach, niebie i gwiazdach. Niektórzy zaś dlatego, że przyrzekł im tego właśnie dnia zabrać ich oglądać gwiazdy na Wysoki Zamek 7.
— Ach! Mój Boże! — powiedziała panna Joasia. — Że też pan się nie obawia iść na wycieczkę z taką bandą! Przecież oni na pewno pobiją się z dziesięć razy po drodze!
Ale pan Stach potrząsnął głową i uśmiechnął się trochę smutnie.
— Myli się pani, panno Joasiu — powiedział — ludzie nie kłócą się nigdy wtedy, kiedy patrzą razem w gwiazdy. Wtedy — nie.
Opiekunowie, pan Piotr i pan Piotruś
Opiekunów w świetlicy było siedmiu. I każdego lubiło się albo nie lubiło inaczej. Oni sami nie zdawali sobie z tego sprawy.
Panna Joasia np. sądziła, że chłopcy jej nie lubią i nie szanują, że ją okłamują i „robią jej na złość”. A chłopcy właśnie bardzo lubili pannę Joasię. Jeżeli zaś droczyli się z nią czasem lub opowiadali jej o sobie najdziksze i najnieprawdopodobniejsze historie, to przecież tylko dlatego, że panna Joasia — tak bardzo i tak szczerze się tym martwiła...
Chłopcy nie byli przyzwyczajeni do tego, żeby się ktoś nimi zajmował i przejmował.
„Złam kark!” — „Dość mam pysków do wyżywienia!” — „Nic ci nie będzie — co ma wisieć, nie utonie!” — oto były słowa, które dotychczas słyszeli.
A tu naraz przychodzi ktoś i — martwi się.
Martwi się, że się bijesz, że kaszlesz, że oszukujesz, że ci się palec obiera, że mówisz brzydkie wyrazy, że nie chcesz iść do łaźni, żeś otrzymał złą ocenę, że twoja matka jest chora, że nie masz butów albo książek.
Więc chłopcy po prostu nie mogą się nasycić tym zupełnie dla nich nowym objawem.
Przesadzają, a czasem nawet wymyślają dolegliwości, na które się skarżą, każą się prosić dłuższy czas, zanim zdecydują się umyć ręce lub zgodzą się łaskawie wziąć kartkę do łaźni czy do lekarza, opowiadają niestworzone historie o swoich przygodach lub wyczynach — przyjemnie jest, jeżeli się ktoś o nas martwi...
Za to z panną Elą to jest zupełnie inaczej, choć panna Ela sądzi, że nikt tak jak ona nie potrafi „trzymać chłopców w karbach, a mimo to żyć z nimi w przyjaźni”.
Prawda, że podczas jej dyżurów jest w świetlicy spokojnie i cicho i że panuje w niej ład i porządek, ale prawdą jest także i to, że chłopcy nie znoszą jej i nazywają ją między sobą „czarownicą” i „jędzą”. Boją się jak ognia jej napadów złości, zjadliwych docinków i szorstkiego, oschłego strofowania. A jednak w dnie jej dyżurów przychodzą wszyscy. Panna Ela posiada bowiem talizman, którym przyciąga ich z niepokonaną siłą: panna Ela opowiada bajki.
Ale opowiada tak, jak nikt prócz niej opowiadać nie potrafi. I kiedy chłopcy obsiądą ją czasem wieczorem w świetlicy, zawieszeni niemal oczyma u jej ust, a świetlica staje się nagle krainą czarów i dziwów, niezwykłych przygód i cudownych zdarzeń, to zapominają zupełnie o tym, że nie lubią panny Eli. Zdaje im się, że panna Ela jest wszystkim, o czym opowiada: więzioną księżniczką, leśną wróżką, królewną elfów, a nawet — szlachetnym rycerzem... I kiedy żegnają się z panną Elą, zapominają o całym popołudniu i pamiętają już tylko o bajce.
— Do widzenia panno Elu! — wołają. — Dziękujemy bardzo! Z nikim nie jest tak przyjemnie, jak z panią!
Panna Zosia z biblioteki jest miła, ale za to pan Janek jest nudziarz, bo chce, żeby koniecznie czytać „naukowe”.
Pana Leona znowu to chłopcy ani lubią, ani nie lubią.
Pan Leon przychodzi do świetlicy codziennie uczyć tych chłopców, którzy nie chodzą do szkoły, polskiego, geografii, arytmetyki i ruskiego. Przy lekcji nigdy się nie złości, ale też i nie opowie niczego zajmującego. I nawet geografia, którą się chłopcy najbardziej interesują, jest u niego szara i nudna.
Za to pan Stach... ale panu Stachowi to w ogóle nikt na całym świecie nie może dorównać! Każdy chłopiec wołałby być „posiekanym na kawałki”, nie jeść cały dzień, ba, nawet nie rozsprzedać gazet, niż opuścić pogadankę pana Stacha. Wobec pogadanek pana Stacha nawet bajki panny Eli wydają się nudne i jałowe.
Na pogadankach pana Stacha dalekie morza i lądy roztwierają przed nimi swoje niezmierzone przestrzenie, rośliny i zwierzęta, o których dotychczas nigdy nie słyszeli albo które znali tylko z obrazków, zdradzają im najtajniejsze dziwy swego życia, kropla wody staje się oceanem, pełnym niedostrzegalnych gołym okiem żyjątek, a maleńkie srebrne gwiazdki w górze olbrzymimi i tajemniczymi światami. Ale nie tylko to. Bo nawet rzeczy wszystkim dobrze znane i ciągle oglądane, a których istota pozostaje przecież tajemnicą — telegraf, kolej żelazna, telefon, samolot, radio, mówią nagle do chłopców nowym językiem.
A kiedy pan Stach opowiada im o tych wszystkich ludziach, którzy w ciężkim trudzie, a często z niebezpieczeństwem utraty stanowiska, szacunku, a nawet życia walczyli o to, by ludziom było lepiej, by więcej wiedzieli, by byli zdrowsi, mądrzejsi i szlachetniejsi, to chłopcom wydaje się, że w panu Stachu jest coś z tych wszystkich bohaterów nauki, o których mówi. I wpatrzeni w jego ciche i zamyślone oczy myślą, że tak właśnie wyglądali pewnie „tamci”. Tylko, że panna Ela jest w oczach chłopców tylko tak długo bohaterką lub bohaterem swojej bajki, dopóki ją opowiada, pan Stach zaś pozostaje nim nawet wtedy, gdy wespół z nimi układa gry lub sprząta świetlicę.
Może dlatego, że pan Stach ma i w życiu ten sam łagodny i mądry uśmiech i te same dobre, a przecież wyniosłe i nakazujące posłuszeństwo oczy, i ten sam, tak prosty i koleżeński, niemal poufały, a jednak zmuszający do bezwzględnego szacunku sposób obejścia.
A może dlatego, że w opowiadaniach pana Stacha jest coś o wiele trwalszego i mającego głębszy i mocniejszy związek z życiem niż w bajkach panny Eli.
Z panem Piotrusiem znowu to sprawa jest całkiem inna. Inna i wcale niełatwa, bo pan Piotruś jest co dzień inny, co dzień jakby nie ten sam. Są np. dnie, kiedy w ogóle nie ma pana Piotrusia, a jest tylko — pan Piotr. Chodzi po świetlicy surowy, poważny, rozdziela napomnienia, a czasem nawet i doraźne nauczki — urzęduje.
Aż tu nagle na drugi dzień wpada do świetlicy jak burza, z rozwianą czupryną i błyszczącymi oczyma, i od razu od progu chłopcy wiedzą, że wydarzył się jakiś radosny wypadek i że do świetlicy przyszedł znowu — pan Piotruś.
„Wypadek” zaś bywa rozmaity.
Raz — „Jest dziś takie słońce, chłopcy, ale to takie słońce, że zwariować można z radości!...”
A innym razem — „Jest wiatr, ale to taki wiatr, że może człowieka zanieść na koniec świata!...”
A czasem nawet — „Taki wspaniały deszcz!...”
I zaraz w świetlicy robi się tak wesoło, jak gdyby wraz z panem Piotrusiem przywędrowało do niej słońce i deszcz, i wiatr.
Pan Piotruś bowiem nie uznaje ani gier, ani zwykłych zabaw towarzyskich. Toteż w okresach, kiedy pan Piotruś nie jest panem Piotrem, kierownictwo świetlicy drży po prostu przed jego dyżurami.
— Chłopcy! — woła np. od progu — czy jesteście nędznymi mieszczuchami, czy też jesteście wolnym ludem Bandar Log?!
I chłopcy, którzy czytali z nim Księgę Dżungli Kiplinga i przeczuwają jakąś niezwykłą atrakcję, odpowiadają natychmiast chórem z radosną gotowością:
— Jesteśmy wolnym ludem Bandar Log!
— A więc tu, gdzie się znajdujemy, jest puszcza?!
— Tak! Tu jest puszcza! — ryczą chórem pełni radosnego przeczucia chłopcy.
A w pół godziny potem panna Joasia, wszedłszy do świetlicy, zastaje widok, który może zmrozić niejednemu krew w żyłach. Oto stoły do herbaty poustawiane są po dwa (jeden na drugim), na każdej zaś takiej piramidzie kołysze się, niby huśtawka, ławka (w wyobraźni chłopców — gałąź). Na każdej zaś takiej huśtawce wyprawia dzikie harce z wyraźną pogardą dla praw równowagi kilku chłopców, podczas gdy pozostali tańczą jakiś dziwny, dziki taniec, przerywany skokami, chodzeniem na głowie i koziołkami, przy czym ryczą z takim zapałem i dumą, jak gdyby byli gromadą prawdziwych małp:
Patrz jak bitne nasze rody8!
Jak dowcipne ich igraszki!
Rąk aż cztery, toć nie fraszki!
Dziw się, patrząc na ogony,
W łuk skręcone w różne strony!
Gniewasz się? At! Mniejsza o to!
My z ochotą
Ciągniem siebie za ogony!
Sam zaś pan Piotruś, siedząc na piecu, przygląda się temu z niekłamaną życzliwością...
Innym znowu razem pan Piotruś pozdrawiał chłopców z wytwornym wdziękiem, zamiatając szeroki krąg rondem swego kapelusza i pytał:
— Szlachetni panowie! Czyż doprawdy zwyczaj turniejów wygasł już na tym dworze?...
A otrzymawszy gorące zapewnienie, że „nic podobnego”, wyprowadzał ich na podwórze i urządzał zapasy na kule śnieżne, biegi, rzucanie oszczepem, który reprezentował kij wyciągnięty z miotły stróża, strzelanie z łuku (własnej pana Piotrusia roboty) oraz wiele innych niezmiernie ciekawych, ale cieszących się wyraźną antypatią dozorcy, lokatorów i gospodarza rozrywek...
Stosunkowo najmniej wrogów miały tzw. zabawy „historyczne”.
Czasem bowiem chłopcy odtwarzali opowiadane im przez pana Piotrusia sceny. Nie wzbudzało to wśród opiekunów takiego niepokoju, jak harce wolnego ludu Bangar Log, ale na niespodzianych gości wywierało częstokroć dziwne, a nawet piorunujące wrażenie.
Tak więc np. dozorczyni, wysłana do nas przez gospodarza po czynsz, przeraziła się niemało, gdy zobaczyła pod obydwiema ścianami sali spiętrzone ławy i stoły, a w „wąwozie” między nimi leżących pokotem na ziemi, z zamkniętymi oczyma chłopców.
— Co to jest?! — wyszeptała do małego Pepi Glückaufa przerażona kobieta.
— To Termopile! — odpowiedział Pepi, który stał z boku i przyglądał się temu z zazdrością. — Ja nie mogłem polec, bo jestem Persem!
Ale nieczuła na wzniosłą chwilę historyczną dozorczyni wzruszyła tylko z pogardą ramionami:
— I to ma być nauka! Świrki9! Jak Boga kocham: świrki! — mruknęła. A potem dodała już głośno i niezbyt uprzejmie — A gdzie tu jest jaki opiekun? Bo pan gospodarz powiedział, że nie będzie już dłużej czekał z czynszem i żeby mu zaraz zapłacić!
Pan Piotruś, który jako król Leonidas poległ wraz ze swymi rycerzami, podniósł się, spojrzał ponuro na zuchwałą babę, zakłócającą mu spokój wieczny, wspomniał na pustki w kasie świetlicy i odparł dumnie:
— Niech przyjdzie i niech weźmie!...
Jednakże w zabawach z panem Piotrusiem trzeba było bardzo uważać, aby nie przekroczyć pewnych granic, na które pan Piotruś był niezmiernie wrażliwy, gdyż wówczas pan Piotruś obrażał się na winowajcę. Pozostawać zaś pod ciężarem obrazy i żalu pana Piotrusia było stokroć gorzej i ciężej, niż być wyrzuconym z sali za kołnierz lub otrzymać porządnego szturchańca od pana Piotra.
Tak więc np. wolno się było siłować, ale nie wolno się było bić, a już pod żadnym pozorem nie wolno było silniejszemu chłopcu uderzyć słabszego.
Wolno było zakląć, ale nie wolno było nikogo „wyzywać”.
Wolno było wyprawiać najdziksze harce, ale nie wolno było ze złośliwym zamiarem narazić kolegi na najmniejsze choćby niebezpieczeństwo.
Kiedy np. przerażona panna Joasia usiłowała sprzeciwiać się „obyczajom wolnego ludu Bandar Log”, tłumacząc, że chłopcy mogą sobie porozbijać głowy, pan Piotruś wzruszał tylko ramionami i od powiadał obojętnie:
— Ach! Mój Boże! Na to są przecież chłopcami!
Ale gdy Janek podstawił nogę małemu Pepi Glückaufowi, „bo Pepi tak śmiesznie beczał, jak się rozciągał”, to pan Piotr nie rozmawiał z nim coś ze dwa dni, w ciągu których Janek nieszczęśliwy i zgnębiony włóczył się za nim krok w krok, zaglądając mu pokornie w oczy i powtarzając:
— Panie Piotrusiu! Już nigdy nie będę! Jak Boga kocham, że nie będę!
Czasem jednak zdarzało się, że pan Piotruś popadał w konflikt z panem Piotrem.
Myślę tu oczywiście o sprawie „Piotrówki” — zabawy, która stała się jego utrapieniem i przyczyną jego kompromitacji. Historia zaś jej była następująca.
Pan Piotr, wybrany przez chłopców prezesem samorządu świetlicy, miał ogromny kłopot z utrzymaniem porządku na bardzo nieraz gorących posiedzeniach. Wpadł więc na pomysł pomówienia z chłopcami o obyczajach panujących w parlamencie angielskim.
— W parlamencie angielskim jest zwyczaj — zakończył swe przemówienie — że jeśli speaker10 wstaje, to wszyscy posłowie muszą siedzieć. Zwyczaj bardzo mądry, gdyż w najgorętszej nawet kłótni, nikt nie może przeciwnikowi dać w zęby. A nie ma nic wstrętniejszego, niż jeśli ludzie próbują się przekonywać przy pomocy pięści. Proponuję więc, żeby i u nas zaprowadzić ten zwyczaj.
Chłopcy zgodzili się i odtąd na zebraniach panował wzorowy porządek. Jeśli tylko jakiś spór stawał się zbyt gorący, pan Piotr wstawał i spokój wracał. I nowe prawo wywarłoby zapewne zbawienny wpływ na życie świetlicy, gdyby nie to, że pewnego dnia Józka zaczęły nurtować teoretyczne wątpliwości: czy rzeczywiście, jeśli usiąść dobrze na stołku, „zaprzeć” się jak należy nogami i przechylić się (nie tracąc jednak równowagi) w bok, to — nie można?...
Z wątpliwości tych zwierzył się Frankowi i obydwaj postanowili spróbować.
Okazało się, że jeśli mieć11 poczucie równowagi, zręczność, wprawę i dobry „sztos12”, to nawet w parlamencie angielskim — można!
Wynik tego doświadczenia zelektryzował całą świetlicę, a w kilka dni później wszyscy chłopcy bawili się w nowo wynalezioną grę, zwaną „Piotrówką”. Skutki zaś tej gry były po prostu straszne: chłopcy posiniaczeni, z porozbijanymi nosami i podbitymi oczyma wyglądali jak inwalidzi wojenni, a w świetlicy — ani jednego całego stołka.
Pan Piotr zdawał w owym czasie jakiś egzamin i nie przychodził przez kilka dni do nas. Kiedy jednak wrócił, wszyscy opiekunowie powitali go wymówkami i zarzutami.
— To doprawdy wstyd i hańba, żeby opiekun wprowadzał do świetlicy podobnie dzikie, brutalne i niekulturalne zabawy!
— Czyście poszaleli?! — zawołał zdumiony pan Piotr — ja ich tego nauczyłem — ja?!
— Najlepszy dowód, że nazywają nawet tę grę „Piotrówką”.
Pan Piotr przypomniał sobie nagle swoją pogadankę o obyczajach w parlamencie angielskim i widocznie jakaś myśl zaświtała mu w głowie, bo urwał, poczerwieniał i jak burza wpadł do świetlicy.
— A łajdaki! A łobuzy! — zawołał już od progu. — To ja was uczę obyczajów parlamentarnych, a wy sobie z tego mordownię robicie?! Kto wpadł na ten pomysł, niech się natychmiast przyzna!
Józek westchnął ciężko, podrapał się w głowę i wysunął się z gromady.
Szczerość winowajcy ujęła pana Piotra, ale zapytał surowo:
— Czy ci nie wstyd, Józek, i czy nie uważasz, że zasłużyłeś na karę?
— Eh! Na jaką karę! Przecież ja chciałem tylko przeprowadzić doświadczenie, bo zaraz mi się zdawało, że w tym, co pan mówi, musi być jakiś szwindel13!
Pan Piotr poczuł się urażony.
— Co za szwindel? Z czym szwindel?!
— No z tym parlamentem i ze speakerem. Sam pan opowiadał, że Anglicy są tacy wysportowani, a tu nagle takiego głupstwa zrobić nie potrafią! Chociaż... może dorosłym jest trudniej... — i zerkając chytrze na pana Piotra dodał. — Mnie się na przykład zdaje, że pan by też nie potrafił!
— Potrafiłbym czy nie: nie twoja rzecz! — rozgniewał się pan Piotr. — To jedno wam zapowiadam, że jakbym was kiedy złapał na tej zabawie, to wasze niedoczekanie! I żebyście nie śmieli nazywać tej mordowni „Piotrówką”!
Ale że wątpliwości Józka ubodły go jednak, więc dodał jeszcze trochę zły, a trochę zaciekawiony.
— A co do tego, że dorosły by nie potrafił, to głupstwo! To byśmy jeszcze zobaczyli! Czy to znowu takie trudne?...
— A pewnie, że trudne! Zresztą... może pan przecież spróbować... Franek jest akuratnie pana wzrostu.
— Co takiego?! — oburzył się pan Piotr.
Ale podstępny Józek udał, że nie słyszy i westchnął znowu:
— Ale mnie się zda je, że nie potrafiłby pan!
Chłopcy zaś zaczęli mu przyświadczać.
— Ale! Gdzie tam! Dorosły tego nigdy nie potrafi! To nie jest zabawa dla pana...
I wtedy pan Piotruś zatriumfował nagle nad panem Piotrem.
— Dawać mi tu w tej chwili stołek! Franek! Siadaj!
Kiedy po kilku minutach panna Ela weszła do świetlicy, zastała pana Piotra i wszystkich chłopców zaabsorbowanych zakazaną grą.
— Panie Piotrze! — krzyknęła zdumiona i zgorszona.
Pan Piotruś opamiętał się natychmiast.
Stał przed panną Elą zmieszany i zgnębiony, jak schwytany na gorącym uczynku uczniak. I gdy chłopcy zobaczyli „swego” Piotrusia w tak upokarzającej sytuacji, zrobiło się im strasznie przykro i wstyd, bo poczuli, że właściwie to oni są tutaj winni. Nikt jednak nie wiedział, co zrobić i jak postąpić, żeby mu pomóc.
A wtedy najmłodszy ze wszystkich, siedmioletni Pepi Glückauf, który bał się zawsze jak ognia panny Eli, wysunął się niespodzianie naprzód i oświadczył odważnie, patrząc jej prosto w oczy:
— To nie jego wina! To ja go namówiłem!