Wspaniała zabawa

— Tak wspaniałej zabawy chłopcy nie pamiętali już od dawna.

Bo nawet zabawa z panem Piotrusiem miała zawsze jakiś ograniczony teren i możliwości i musiało się, gdzieś, w najgłębszym kąciku serca wiedzieć, że przecież to nie jest — „naprawdę”.

Terenem jednak tej zabawy stał się cały Lwów, udział zaś w niej przyjęło14 całe miasto!

Nudne i szare „codzienne” ulice zmieniły się nagle w pełną niebezpieczeństw i przygód dżunglę, a w dżungli polowały na siebie dwa plemiona czerwonoskórych: Polacy i Żydzi15... Na obydwa zaś plemiona polowało wojownicze i napastliwe plemię policji.

Co za możliwości!... Co za radość!... Co za nagła rozmaitość i barwność życia!...

Z ciemnej jaskini bramy przyczajony dowódca — Józek, patrzy w wyludnioną ulicę.

Każdy krok odbija się w jej ciszy groźnym, wprawiającym serce w rozkoszne drżenie echem.

Policja czy — „oni”?

Oni!

Krótki, urwany sygnał i cała gromada wypada z zasadzki!

„Wrogie plemię” rzuca się do ucieczki.

Nie! Nie ujdziecie tak łatwo! Oddział Józka jest tylko garstką w gromadzie bratnich oddziałów!

Krzyczeć! Bić! Gonić!

Ale oto przeciągłe gwizdki policyjne przecinają już ze wszystkich stron powietrze i nagle z prawa i z lewa (zupełnie jak w filmie!) wysypują się policjanci, a po bruku łomoczą (o rozkoszy!) kopyta konnicy!

Być ściganym przez konnicę!

Przez prawdziwą konnicę!

Chłopcy pędzą aż do utraty tchu, choć od dawna już nikt ich nie goni. Wydaje im się, że to i oni galopują na koniach. (Pochylają się w pędzie ku przodowi, mocno trzymają się w strzemionach, a niewidzialne rumaki niosą ich jak wiatr!...)

Są upojeni szczęściem.

Jaka szkoda, że Piotrusia nie ma tu z nimi! On także musiał dzisiaj dokonać niejednego wspaniałego czynu!

Ale — co to? Żydowski sklep, w którym zapomniano spuścić żaluzje! Nieobroniona forteca wroga!

Kamień!

Trrrach!... I cała szyba wylatuje z łoskotem głośnym jak wystrzał!

„Zuchy! To się dopiero nazywa robota!” — Słyszą za sobą głosy. Kilku młodych panów z laskami i zielonymi wstążeczkami w klapach. Wesołe, miłe twarze, serdeczne spojrzenia — sprzymierzeńcy.

Jeden klepie po ramieniu promieniejącego z zadowolenia Janka, drugi sięga do kieszeni:

— Poczekajcie! Dostaniecie coś za to!

Wyjmuje garść zielonych kokardek i przypina je wszystkim.

Chłopcy są olśnieni.

To prawie jak dekoracja wojskowa!

Co powie panna Joasia, co powiedzą opiekunowie, gdy zobaczą ich odznaczenia?! To dopiero będą zadowoleni!

Jeden tylko Józiek odczuwa na tę myśl lekkie ukłucie niepokoju.

Jakieś zdania nagle przypomniane... jakieś okruchy rzucanych co dzień myśli... Panna Joasia gładząca macierzyńskim ruchem włosy Salka...

Ale odsuwa to wszystko od siebie.

Nie chce po prostu o tym myśleć.

Czuje do tego obrzydzenie! Otrząsa się po tym, jak po emetyku16!

A zresztą — to wszystko się zmieniło!

To było przedtem!

Teraz nawet pan Stach myśli już na pewno inaczej!

Teraz — przekonali się!

Jeden z panów coś mówi, a Józek czuje, jak pięści jego zaciskają się kurczowo, krew tętni przyśpieszonym rytmem, a nienawiść do wrogów burzy się w nim i podnosi jak fala przesłania mu oczy czerwoną mgłą!

Nienawidzi ich! Nienawidzi tych nędznych tchórzy, tych lichwiarskich kupczyków!

To już nie tylko rozkosz bitki, krzyku i swobodnego rozmachu, ale rozkosz — zemsty!

Są mścicielami krzywd swego plemienia!

Mądrego, szlachetnego i mężnego plemienia, które nie pozwoli, by plemię pasożytów i śmierdzących pluskiew żywiło się jego krwią!

Nie! Nie pójdą dziś do świetlicy!

Trzeba do końca wyzyskać ten dzień walki, trzeba nasycić się jego niebezpieczeństwem i gorącym upojeniem zemsty! Trzeba jeszcze bić się, jeszcze krzyczeć, jeszcze niszczyć!

Kiedy wreszcie późnym wieczorem wpadają do świetlicy, są podnieceni, rozgorączkowani, żądni okrzyków podziwu i pochwał.

W maleńkim pokoiku, w którym zwykle przygotowuje się herbatę, siedzą opiekunowie. Przyszli dziś wszyscy, wszyscy oprócz Piotrusia.

Ale nie wyglądają na to, aby „wspaniała zabawa” przejmowała ich radością. A nawet twarze ich i postawa są tak szczególne, że chłopcy zatrzymują się w progu zdziwieni.

Pan Leon i panna Ela siedzą zgarbieni i ponuro wpatrzeni w ziemię, panna Joasia jest dziwnie rozgorączkowana, panna Zosia z biblioteki ma zapłakane oczy, a pan Stach stoi przy oknie, bębniąc w szybę, pogrążony w zamyśleniu.

Najdziwniejsze jednak ze wszystkiego jest to, że nikt nie zwraca się do chłopców, nikt ich nie pyta, gdzie byli, co robili i dlaczego tak późno przychodzą.

Nawet panna Joasia „nie martwi się”. Wskazuje tylko roztargnionym ruchem drzwi sąsiedniego pokoju i mówi:

— Wchodźcie chłopcy, zaraz będzie herbata — a potem dodaje z rozdrażnieniem — tylko nie hałasujcie i nie wbiegajcie tu co chwila, bo my jesteśmy zajęci!

Chłopcy są tak bardzo zaskoczeni tym niezwykłym przyjęciem, że tylko część ich, z nagła stropiona i przycichła, idzie za jej wskazówką. Reszta stoi stłoczona i jakby wyczekująca w drzwiach. Ale panna Joasia już o nich nie myśli. Zwraca się do pana Stacha i, kończąc widocznie jakieś zaczęte zdanie, mówi:

— Nie! Nie powinien był tego uczynić!

— Tak! — potwierdza panna Zosia. — Nie powinien był! Czyż kiedykolwiek spotkał się wśród nas z niechęcią, podejrzliwością czy uprzedzeniem do jakiegoś żydowskiego kolegi?! Albo czy robiliśmy jakieś różnice pomiędzy polskimi, żydowskimi lub ukraińskimi dziećmi?!

I czy można, a nawet czy wolno porzucać sprawę dlatego, że są tacy, którzy nienawidzą?!

— Ja bym nawet powiedziała, że to jest tchórzostwo! Tak! Tchórzostwo! — woła panna Ela.

— No „tchórzostwo” to już jest za wielkie słowo — odzywa się cicho pan Stach. — Piotruś jest bardzo wrażliwy i mocno odczuwa najdrobniejsze nawet ukłucie. A to, przyznajcie sami, nie jest już ukłucie, tylko pchnięcie nożem!

Na dźwięk imienia pana Piotra chłopcy drgnęli: czyżby Piotrusiowi stało się coś złego?! „Pchnięcie nożem”! Co to ma znaczyć?!

— Co jest z Piotrusiem?! Co jest z panem Piotrem?! Dlaczego nie ma pana Piotrusia?! — krzyczą przerażeni, tłocząc się wokół opiekunów.

— Nic... nic... dziś nie przyjdzie, bo jest trochę niezdrów — uspakaja ich pan Stach. — Idźcie do sali, chłopcy!

Ale inni opiekunowie nie zwracają na nich uwagi i sprzeczają się dalej ze sobą.

— A ja nie przestanę utrzymywać, że to jest tchórzostwo! — krzyczy panna Ela. — Bo po co tu jesteśmy?! Po co?! Żeby ich wychować na nowych, lepszych ludzi! Więc jeśli się ma taki cel, to nie wolno, jak Piotr, powiedzieć sobie, że wobec rozpętania nienawiści wszystkie wysiłki są próżne i porzucić towarzyszy! Nie wolno pisać, że ludzie to bydlęta, więc... Jak to tam jest w tym jego liście Joasiu?

— „Nie wrócę już do was...” — czyta matowym głosem trzymaną w ręku karteczkę panna Joasia — „...nie warto. Nic nie warto. Ludzie to bydlęta złe i okrutne, znajdujące rozkosz w dręczeniu i pastwieniu się. Kolega, którego szanowałem, uderzył mnie dziś w twarz. Widziałem, jak bito bezbronnych ludzi i jak niszczono stragany nędzarzy-przekupniów. Nie wiem, co jest w was samych i czy nasi chłopcy...”

— Nie teraz, Joasiu! — przerywa jej pan Stach.

Ale pan Leon, który spojrzał przypadkowo na chłopców, zrywa się nagle, jak ukłuty szpilką i woła:

— Co... Co wy tam macie poprzypinanego do kurtek?!

— To zielone wstążeczki! — mówi, wypinając dumnie pierś, Janek.

A Franek uzupełnia z nie mniejszą dumą:

— Dostaliśmy za wybicie szyby w tym wielkim sklepie na rogu Sykstuskiej: jeden pan, zdaje się akademik17, sam nam przypiął!

I oto staje się rzecz dziwna:

Wśród opiekunów zapanowuje martwa cisza. Taka cisza, że chłopcom robi się coraz bardziej nieswojo i markotno. I wśród tej ciszy panna Zosia wybucha naraz głośnym, dziecinnym płaczem i jak uderzone dziecko ucieka za przegródkę, gdzie stoi maszynka do herbaty i garnuszki. A tak zwykle spokojny i flegmatyczny pan Leon, cały czerwony z gniewu krzyczy:

— Zdejmijcie to natychmiast! Słyszycie?! Zdejmcie to natychmiast!

I zrywając pierwszemu z brzega chłopcu kokardkę depcze ją z wściekłością nogami.

Ale teraz chłopcy wpadają w gniew.

Poniewierać ich odznaki, które otrzymali za męstwo! Kazać je im odrzucać! Nie! Nigdy! Nie zdejmą tych kokardek!

Opiekunowie i chłopcy stoją naprzeciw siebie jak dwa wrogie obozy.

Ale wtedy pan Stach mówi do kolegów spokojnie i stanowczo:

— Zostawcie! To oni i tylko oni muszą sami zdecydować, czy chcą nosić tę odznakę!

A potem, zwracając się do chłopców, dodaje łagodnie:

— Wejdźcie do sali chłopcy. Chcę pomówić z wami.

Ale chłopcy po raz pierwszy patrzą na niego nieufnie i stoją oporni, ponurzy, zamknięci w sobie.

„Pomówić z nimi”... Wiedzą przecież dobrze, co teraz nastąpi! Jakże mogli o tym zapomnieć!

Znowu „miłość”, znowu „ludzkość” i znowu „braterstwo!”

Zawsze ta sama ckliwa rozlazłość, ta sama tchórzliwa obawa przed czyimś bólem, to samo babskie, płaczliwe niedołęstwo!

Józek czuje nieomal uczucie mdłości, podchodzące mu do gardła.

A pan Stach mówi o „krzywdzie”.

I Józek wie, że pan Stach ma słuszność, ale ta świadomość drażni go tylko i gniewa.

Bo czyż tu w ogóle chodzi o „słuszność” albo o to, żeby komuś nie stała się „krzywda”?

Czyż nad każdym bólem trzeba się tak rozczulać?

Józek nie umie tego wyrazić, ale czuje, że najważniejszy jest cel i walka. Wspaniała, męska, twarda i bezlitosna walka z obcym plemieniem! Wszystko jedno nawet, czy słuszna czy niesłuszna! Słuszne jest zawsze pójście ze swoją gromadą! Słuszna jest solidarność z nią — na śmierć i na życie!

I tam, na ulicy, Józek czuł to. Czuł to wszystkimi fibrami serca, wszystkimi mięśniami ciała! I wszyscy wokół niego czuli tak samo! I nie było pytań, wahań, rozterki, całej tej obrzydliwej słabości!

Ale tutaj są. Wyłażą ku niemu z każdego kąta. Podkopują jego poczucie zadowolenia i sprężystej, niezłomnej siły.

I kiedy Janek krzyczy panu Stachowi, że „wszyscy Żydzi są oszuści i złodzieje!”, to Józek nie doznaje wcale ulgi, tylko ma nie wiadomo dlaczego ochotę zawołać — „dureń”!

A jeszcze w dodatku ten list Piotrusia i te dziwne słowa panny Eli!

Ten list i te słowa, których Józek nie chce rozumieć!

I żeby zagłuszyć to wszystko, Józek woła nagle głośno i zuchwale, choć wie już dobrze, że to przecież nieprawda:

— Gdyby Piotruś tu był, to byłby z nami!

— Tak! Tak! — krzyczą chłopcy. — Gdyby Piotruś tu był, to sam by nam przypiął te wstążeczki!

— Piotruś?! — woła, drżąc z gniewu, panna Joasia. — Pan Piotruś nigdy już tutaj nie przyjdzie!

— Co?! Co takiego?! — Chłopcy patrzą na nią osłupieli i przerażeni.

Pan Piotruś już nigdy do nich nie przyjdzie?!

Nie! To nieprawda! Co mu się stało?! Dlaczego?!

— Dlaczego?! — krzyczy panna Joasia, która staje się nagle zupełnie niepodobna do siebie, dziwnie twarda, bezlitosna i jakby wyższa i starsza. — Dlatego, że to wyście go stąd wypędzili!

— Joasiu! — mówi pan Stach. — Joasiu!

Ale panna Joasia nie zwraca na niego uwagi.

— Wy i ci, którzy wam przypięli te wstążeczki! Pan Piotruś jest Żydem. Ale pan Piotruś wierzył dotychczas, że wszyscy ludzie są braćmi. Jest poetą i widział w marzeniu nowy, lepszy i piękniejszy świat. Kochał was. Poświęcał wam każdą wolną chwilę. Razem z nami wszystkimi walczył o nową, lepszą przyszłość dla was. Ale dzisiaj znieważono go. Sponiewierano go, słyszycie?! I widział, jacy źli, jacy okrutni są ludzie. I może przeczuł także, że wy, „jego chłopcy”, jego „wolny lud puszczy”, jego „rycerze Okrągłego Stołu”, przypniecie także zielone wstążeczki i będziecie cieszyć się, że oto możecie nareszcie bezkarnie niszczyć, bić i krzywdzić! I przestał wierzyć. Nie wierzy już wam, ani nam, nie wierzy nikomu, może nawet nie wierzy sobie. I nie chce już tu wrócić. Teraz już wiecie. Wiecie teraz?!

Chłopcy milczą oszołomieni, zdjęci grozą wobec tych okrutnych, niezupełnie zrozumiałych, i jakby, mimo wszystko, niezupełnie sprawiedliwych słów.

Właściwie wiedzieli, ale tak tylko jakoś „na wpół wiedzieli”, że Piotruś jest Żydem. Nie zastanawiali się jednak nigdy dotychczas nad tym i nawet jakoś „na śmierć” o tym zapomnieli.

I teraz nagle — Piotruś odchodzi od nich.

— Jezus Maria! — woła, chwytając się za głowę, Józek. — To nieprawda! To nie może być!

— I... i może go nawet zranili! — woła Fed’ko i wybiega ze świetlicy, a za nim wszyscy chłopcy.

Nie porozumiewają się ze sobą, ale wiedzą dobrze, dokąd biegną. Nie było wśród nich wszakże ani jednego, który by, siedząc na kulawym krzesełku w studenckim pokoiku pana Piotra i popijając herbatę zrobioną na żelaznym piecyku, nie opowiadał mu o jakimś swoim ciężkim strapieniu, na które nikt prócz Piotrusia nie może poradzić.

Ale mieszkanie pana Piotrusia jest daleko od świetlicy i zmęczeni całodzienną bieganiną chłopcy coraz bardziej zwalniają kroku.

Jest już późny wieczór i w oddalonej od śródmieścia dzielnicy gdzieniegdzie tylko błyszczą latarnie.

Opustoszałe wskutek rozruchów ulice mają wygląd dziwnie ponury.

Trzech konnych policjantów przejeżdża wolno, rozglądając się uważnie wokoło.

Zapodział się gdzieś i znikł bez śladu urok walki i przygody.

Krzyk jakiegoś napadniętego w bocznym zaułku przechodnia szarpnął chłopcami śmiertelną obawą.

Może ten przechodzień to Piotruś?! Może to Piotruś wyszedł na ulicę? I chłopcy rzucają się w tę stronę, ale nie ma już nikogo. Słychać tylko z daleka tupot nóg po bruku i widać jakiegoś człowieka, który trzymając się oburącz za głowę, wpada do bramy.

— Głupstwo! — usiłuje głośno sam siebie uspokoić Fed’ko. — Przecie Piotruś nie ma z tym nic wspólnego!

— Z czym? — pyta Kazik.

— No z tym oszukiwaniem, wyzyskiwaniem i w ogóle... Za co by go mieli napadać?

— A za co go rano napadli? — pyta Janek, a po tym dodaje ciszej. — A za co myśmy napadali?...

— To żeby ich wszystkich nauczyć! — usiłuje wytłumaczyć Franek. — Żeby raz na zawsze wiedzieli!

A wówczas Józek słyszy ze zdziwieniem, jak Janek powtarza słowa pana Stacha:

— No, to trzeba by także bić wszystkich Polaków i Ukraińców, jak się między nimi bandyta albo oszust znajdzie. A weź tylko gazetę do ręki, to zobaczysz, że się znajdzie.

— Ale sam przecież powiedziałeś panu Stachowi, że Żydy są złodzieje i zawsze tylko czekają, żeby katolika oszwabić! — mówi Kazik.

— To jest prawda... — przyznaje zmieszany Janek. — To jest prawda... Ale... są przecie i inni!

— Tak! — zgadzają się pośpiesznie chłopcy. — Nawet zupełnie inni!

— Można nawet powiedzieć — niepodobni do Żydów!

— No, a do kogo podobni? — rzuca szydersko, niespodzianie dla samego siebie Józek. — Do kogo jest podobny Piotruś?

— Jak to do kogo? — dziwi się Franek. — No... do Polaków.

— A czy ty między Polakami masz dużo Piotrusiów? Więc skąd ty możesz wiedzieć, że na przykład jakiś Żyd nie powie na pana Stacha: „To jest zupełnie inny Polak. On nawet nie jest podobny do Polaka. On jest zupełnie jak Żyd”.

— Także coś!

— Widzisz go, jaki się żydowski przyjaciel znalazł!

Ale Józek mówi tym samym szyderskim tonem:

— Nie zapomnijcie tylko Piotrusiowi wstążeczek pokazać: ucieszy się bardzo i zaraz z wami poleci do świetlicy!

— A ty nie zapomnij pyska zamknąć, bo ci go inni przymkną! — słyszy życzliwą odpowiedź.

Ale po drodze, nieznacznie i niespostrzeżenie, zielone kokardki znikają jedna po drugiej.

Na jakimś rogu, mały żydowski chłopczyk płacze głośno. Z nosa idzie mu krew, którą rozmazuje rękawem po całej twarzy, a obok niego leży wdeptany w błoto chleb.

Józkowi przypomina się Salek. On także wraca zwykle o tej porze z chlebem dla matki. Gdzież jest właściwie ten Salek? Nie widzieli go dziś od rana. I znowu czuje to samo szarpnięcie obawy. Widocznie tak jakoś, sam nie wiedząc kiedy, polubił tego Żydziaka. I znowu jakby bez udziału swej woli, niespodzianie dla samego siebie, pyta malca:

— Kto cię tak urządził, co?

Chłopiec zaczyna coś szwargotać w żargonie, zachłystując się łzami, ale nagle podnosi oczy na Józka i na skupioną wokół niego gromadkę, z okrzykiem przerażenia zasłania się ręką, jakby przed uderzeniem i rzuca się do ucieczki.

— A to durny! — mówi ze złością Józek i chłopcy idą w milczeniu dalej.

Głośno turkocząc toczy się powoli po bruku dorożka. Dwóch ludzi podtrzymuje trzeciego, którego głowa obwiązana jest białym bandażem. Dorożka znika na zakręcie.

— To jakiegoś akademika tak poharatali — objaśnia ktoś kilku zebranym gapiom. — Podobno wlazł między polską i żydowską bojówkę i chciał do zgody namawiać!

— Ale że miał odwagę, to miał! — opowiada jakaś starsza kobiecina. — Tu stoją, moja pani jedne, a tu jakby drugie z pałkami, a ten wlazł między nich sam jeden bez broni. Nie nosił kapelusza, a głowę to miał taką jak święty Jerzy na obrazie!

— Nie plotłabyś pani! Zdaje się, że to był Żyd!

— Żyd czy nie Żyd, dobrze mu tak! Niech nie pcha nosa między drzwi!

Józek czuje znowu, jak krew łomocze mu w skroniach, a serce rozszerza się jak wówczas, gdy słuchał z rana pana z zieloną wstążeczką, tylko jednocześnie — zupełnie inaczej.

„To jest właśnie ta sprawa, o której mówiła panna Ela — myśli w nagłym olśnieniu zrozumienia — ta ich »sprawa«! Sam jeden. Przeciw wszystkim. Nie z gromadą, tylko z Prawdą!”

A potem nie wiadomo dlaczego, przypomina sobie to, co pan Stach opowiadał kilka dni temu o Galileuszu18. Jakże to on wołał, sam jeden, ze swoją Prawdą wobec przemocy? A jednak się rusza! A jednak się rusza!

A potem nagle obraz tego rannego w dorożce i straszliwy, podnoszący włosy lęk:

— Piotruś! — krzyknął — Chłopcy! Przecież to musiał być Piotruś!

Biec za dorożką? Nie ma sensu! Trzeba do niego do domu! Jak najprędzej!

I znowu chłopcy biegną, ile sił i tchu starczy!

Co za straszny dzień!

Ale oto już brama domu Piotrusia. Dozorca próbuje im zagrodzić drogę:

— A to co znowu?! Dokąd to?!

Odpychają go bez ceremonii i pędzą na górę całą gromadą, aż schody dudnią.

Józek jest pierwszy. Drżącą ręką puka do drzwi.

Ale z wewnątrz nikt się nie odzywa.

Wtedy Józek puka mocniej i jeszcze mocniej, a wreszcie, w śmiertelnym przerażeniu, poczyna walić w nie pięściami, nogami, jak się da.

— Kto tam?! — Drzwi roztwierają się i staje w nich cały i zdrowy pan Piotruś.

I oto sam, nie wiedząc, jak do tego przyszło (bo przecież nie przywykł do takich czułości), Józek zawisł na jego szyi, a ramiona pana Piotrusia objęły go mocnym, braterskim uściskiem. Ale po chwili, odepchnięty przez innych już odleciał w bok i pan Piotruś znalazł się na schodach w stłoczonej wokół niego gromadzie, ściskających go chłopców. Nie mówił nic. Ani słowa. Tylko, gdy tak jeden po drugim brali go w ramiona, patrzył na nich dziwnie zmieszany, takim jakimś szczególnym wzrokiem, jakby ich widział po raz pierwszy. Kiedy jednak mały Pepi Glückauf, który nie mógł się do niego docisnąć, chwycił go za nogę i przytulił do niej swoją kędzierzawą główkę, pan Piotruś odwrócił się gwałtownie i plecy jego zadrżały, jak gdyby wstrząsnął nimi szloch. Ale że Piotruś był za duży, żeby płakać, więc powiedział tylko, nie odwracając się, głosem, który dziwnie się załamywał:

— No to... Co tu będziemy stali na schodach, chłopcy? Chodźcie do środka!

Weszli więc i tak szczelnie zapełnili pokoik pana Piotrusia, że szpilki nie było gdzie wcisnąć.

Pan Piotruś usiłował ich rozsadzić, zapalić maszynkę, wyjąć z szafki herbatę i szklanki. Krzątał się jednak tylko bezładnie, to tu, to tam, a wszystko leciało mu z rąk.

Ale Józek, który już od dłuższej chwili przyglądał się podejrzliwie tym praktykom, powiedział nagle surowo:

— Panie Piotrusiu! Pan dobrze wie, że myśmy nie przyszli tu na herbatę. Nie ma co sobie i innym głowy zawracać! Niech się pan ubiera i idziemy do świetlicy!

— Ale co znowu... co znowu... — zmieszał się pan Piotruś. — Ja się wcale nie wykręcam... ale dziś jest już przecież i tak za późno.

— Późno czy nie późno: idziemy! — powtórzył stanowczo i surowo Józek.

— Kiedy ja... kiedy widzicie, moi chłopcy... kiedy widzisz, Józek...

Józek postąpił krok ku niemu.

— Panie Piotrusiu! — powiedział. — Wie pan, co mówiła o panu panna Ela? Mówiła, że pan jest tchórz!

— Co?! — szarpnął się pan Piotruś.

Józek nie zwracał jednak na niego uwagi.

— Ja wtedy nie rozumiałem wszystkiego, co ona mówi i dopiero teraz... Pan zląkł się, że niby ludzie są niedobrzy, pan rzucił wszystko, pan się zamknął i pan powiedział sobie: „Niech się mordują, kiedy są takie bydlaki — a mnie co do tego?” No, ale mnie się wydaje, że taka rzecz to jest ucieczka. Bo przecie pan miał kolegów, z którymi pan razem szedł, no nie?!

Pan Piotruś patrzył chmurnie w ziemię.

— Ty tego nie rozumiesz, Józek! — mruknął. — Tamci, to garstka. Nic nieznacząca garstka!

Ale Józek uśmiechnął się szydersko:

— To jakoś nie tak pan nas uczył: Leonidas by tak nie powiedział!

— Józek! — krzyknął pan Piotruś.

I teraz chłopcy widzieli, że jest już bardzo zły.

— Ta wściekłeś się czy co? — szarpnął Józka za rękę Franek. — Cóż to, przyszedłeś tutaj Piotrusiowi przymawiać czy jak?!

Józek odsunął go.

— I jedno ja panu jeszcze powiem, panie Piotrusiu! Jakeśmy tu szli, to wieźli dorożką jakiegoś akademika, który rzucił się sam jeden między polską a żydowską bojówkę i wołał, że tak niby nie wolno, że tak się nie robi między ludźmi. Więc jak myśmy zobaczyli tego rannego, to myśleliśmy, że to pan i biegliśmy tu bez tchu, jak te wariaty! A teraz, to ja panu powiem, Piotruś, że ja bym wolał, żeby... żeby to pan był tym rannym tam!

Tego to już chłopcom było za wiele.

— Widzieliście no coś takiego!

On by wolał, żeby Piotrusia zranili!

Za siebie mów, nie za innych!

Jakeś taki19, to po coś tu z nami leciał, że mało nóg nie połamałeś?!

Ale pan Piotruś nie gniewał się.

Stał chwilę ze spuszczoną głową, podszedł do Józka, wyciągnął do niego rękę i powiedział cicho:

— Dziękuję ci, Józek.

A potem, nie podnosząc wciąż oczu:

— I wam wszystkim, moi chłopcy, i wam także! Bo, widzicie, muszę się wam do czegoś przyznać. Nie znałem was dotychczas. Nie doceniałem was. Sądziłem, że wy pierwsi, jak taka rzecz będzie na ulicy, że wy... wstyd powiedzieć! Przepraszam was! Przepraszam was, moi chłopcy!

Chłopcom wydało się nagle, że ziemia pali im się pod nogami. I gdyby pan Piotruś podniósł w tej chwili oczy, to może domyśliłby się czegoś, bo stali jak na rozpalonych węglach, czerwoni, zmieszani, nieprzytomni ze wstydu...

I już Janek chciał coś powiedzieć, do czegoś się przyznać, ale Józkowi wydało się nagle, że nie powinien do tego dopuścić.

Nigdy! Za żadną cenę!

Wydało mu się, że tu nie wolno ulżyć sobie wyznaniem, choć to byłoby może najłatwiej, bo oto Piotruś...

Więc krzyknął:

— No to jak iść, to iść! — i roztworzył drzwi.