Cygan
Miał dwanaście lat, ale nie wyglądał nawet na dziesięć. W zawodzie ulicznego grajka — rzecz bardzo korzystna. Im mniejszy bowiem i szczuplejszy jest chłopczyk, który, zagrawszy uprzednio na podwórzu kilka bardzo rzewnych melodii, zaśpiewa piosenkę o sierocie wypędzonej przez macochę lub żalącej się nocą na grobie matki, tym więcej zawiniętych w papierki groszaków sypie się z okien domów. Ale mimo swego „korzystnego” wyglądu nie zarabiał wiele. Było w jego smagłej cerze, ogromnych, posępnych lub bezczelnie natarczywych czarnych oczach i gardłowym głosie o cudzoziemskim akcencie coś obcego, coś niebudzącego ani współczucia, ani zaufania.
Czy był naprawdę (jak twierdził) sierotą, czy też przywędrował tu z jedną z tych kobiet, które wchodzą lekkimi, skradającymi się krokami (obejrzawszy się uprzednio ostrożnie, czy dozorcy nie ma w pobliżu) na kuchenne schody domu, by powróżyć służącym? Nie wiadomo. W każdym razie pewne jest, że, jeżeli nawet spotykał się gdzieś w nocy z matką, to przez cały dzień musiał się sam troszczyć o siebie. I to nie tylko o swe wyżywienie, ale i o obronę. Musiał być bowiem ciągle czujny, ciągle gotowy do ucieczki lub odparcia napaści. Był niby kanarek wypuszczony między wróble, dziobiące się wprawdzie między sobą o ziarno, ale zawsze gotowe do wspólnego zadziobania obcego przybysza.
Nie stawiał zresztą nigdy czoła w otwartej bójce. Wiedział przecież z doświadczenia, że każdy z jego współzawodników ma jakichś przyjaciół, jakiegoś „kindera”20, jakąś grupę, w której może znaleźć oparcie. On natomiast jest zupełnie sam.
A zresztą — skrzypce.
Każda bójka mogła narazić skrzypce. A skrzypce to był chleb, to była jak gdyby przepustka, ułatwiająca wślizgnięcie się tam, gdzie bez nich niepodobna by się dostać, to był wreszcie może — jedyny przyjaciel i ostoja. Jeśli nie zdołał uciec przed napastnikami, to ukrywał je na piersiach pod kurtką, garbił się, kurczył i poddawał cierpliwie plecy pod twarde, spadające na nie bezlitośnie kułaki21, byle tylko ochronić i obronić skrzypce.
Zresztą — był wesoły.
Głód, chłód i bicie przywykł znosić podobnie, jak się znosi zmiany pogody. Ludzie zaś nie byli dla niego kimś, od kogo można by oczekiwać opieki czy pomocy. Dzielił ich na zwierzynę, na którą się poluje, to jest tych, od których można coś dostać, zarobić czy wyłudzić, i na współzawodników w tym polowaniu, których trzeba starannie, czujnie omijać.
Jakim sposobem znalazł się pewnego dnia na progu świetlicy? Pewnie dowiedział się, że istnieje takie schronienie, że jest w nim ciepło i sucho i można się napić gorącej herbaty. A tego dnia padał od rana deszcz ze śniegiem, wiał przenikliwy wiatr i nigdzie niepodobna było zarobić ani grosza. Jego drżący z zimna głos nie docierał do mieszkań przez szczelnie zamknięte okna, a na ulicy przechodnie mijali go szybko, wtulając nosy w wysoko podniesione kołnierze palt. Na domiar złego bał się, że skrzypce zmokną i musiał okręcić je kurtką, a pod kurtką nie miał niczego prócz starej, podartej kamizelki.
Stanął więc w progu świetlicy, z której buchało światło, ciepło, wesoły gwar głosów i nęcący brzęk łyżeczek. Wahał się jednak jeszcze. Nie był widocznie przyzwyczajony do zbyt wielkiej serdeczności ze strony rówieśników.
Ale pan Piotruś dostrzegł go i powiedział:
— A co to za dureń stoi tam w drzwiach i zimna napuszcza?!
I od razu trzeba było zamknąć drzwi z tej albo z tamtej strony.
Przybysz zamknął je od wewnątrz. Stał jednak nadal w progu, wahający się i niepewny.
Na razie nikt nie zdawał się zwracać na niego uwagi.
Chłopcy, stłoczeni przy stołach, pili herbatę. Panna Joasia kręciła się między nimi, roznosząc chleb. Józek opowiadał jakąś „wspaniałą” historię o tym, jak zeszłego roku na Prima Aprilis rozsprzedał całą paczkę starych gazet jako dodatek nadzwyczajny. Historia była (jak wszystkie historie Józka) najoczywiściej zmyślona i chłopcy wiedzieli o tym, lecz mimo to zanosili się od śmiechu.
Przybysz stał wciąż w progu, oszołomiony ruchem, gwarem, ciepłem i światłem, niezdecydowany, czy nie umknąć, i przyciągany z niepokonaną siłą przez rozgrzany do czerwoności piecyk i stół z herbatą.
— Jesteś tu pierwszy raz? — zapytał nagle pan Piotr i słowa jego zwróciły na chłopca uwagę kilku siedzących przy stole gazeciarzy.
— O! Nowy! — powiedział Fed’ko.
— Patrz! Ma skrzypce! — zawołał Moniek.
A Janek poznał.
— Przecie to ten Cygan, co po podwórkach i na ulicy grał.
— Cygan! Cygan! — chłopcy zaciekawieni stłoczyli się wokół niego.
Cygan zorientował się natychmiast w położeniu: chwila była ważna i rozstrzygająca. Wiedział z doświadczenia, że teraz może z równym prawdopodobieństwem dostać w kark i „wylecieć” za drzwi, jak otrzymać chleb i herbatę.
Uśmiechnął się trochę zuchwale, a trochę obłudnie, pochylił się ku nim wdzięcznym i miękkim ruchem restauracyjnego grajka, wsadził skrzypce pod brodę i skoczna melodia jakiejś ulicznej piosenki popłynęła przez świetlicę.
Chłopcy zrozumieli!
Cygan przychodził do nich podobnie, jak przychodził na podwórza domów. Włóczęga do ludzi osiadłych. „Grajek” do wypoczywających po trudzie dnia pracowników. Oni byli przecież niejako gospodarzami tej jasnej i ciepłej izby, ludźmi posiadającymi stałe zajęcie, granatowe lub czerwone czapki z lampasami, jakichś gdzieś „zamieszkałych” rodziców, krewnych czy choćby znajomych.
I oto ten mały włóczęga przyszedł im zagrać. Wkupiał się niejako tą muzyką w ich łaski.
Popatrzyli po sobie z uśmiechem. Dobrodusznym uśmiechem ludzi zamożnych, zagospodarowanych i ostatecznie — „mogących sobie przecież pozwolić”...
I Janek, którego nie dalej jak wczoraj policjant wyrzucił z dworca kolejowego, gdzie zwykle sypiał, splunął teraz niedbale przez zęby i powiedział:
— Ta zostań u nas, jak chcesz! Ta nikt ci nie broni! A machnij no jeszcze tego sztajerka22!
Fed’ko zaś, który był jeszcze bardzo nieśmiały, bo niedawno przywędrował ze wsi i z tego powodu chłopcy wyśmiewali go, „nabierali” i nazywali „Iwanem”, dodał protekcyjnie:
— Miejsca dla ciebie wystarczy, nie bój się!
— Ny, czy my ci żałujemy ten kubek herbaty albo ten kawałek chleba? — uzupełnił Moniek, którego przez dłuższy czas chłopcy nie chcieli wpuścić do świetlicy, gdyż, jak twierdzili, „będą się brzydzili pić po Żydziaku”.
I podał Cyganowi kubek z herbatą i kromkę chleba.
Odtąd Cygan począł odwiedzać świetlicę.
Z początku tylko wtedy, gdy był mróz, śnieg lub deszcz, potem coraz częściej, a wreszcie stał się jej codziennym gościem.
Przychodził, a wraz z nim przychodziły jego piosenki.
„Szlagiery” uliczne, podsłuchane gdzieś u śpiewaków podwórzowych, huczne wiejskie tańce z przydrożnych karczem, rozlewne dumki ukraińskie, tęskne i dzikie pieśni cygańskie.
Napełnił świetlicę tą muzyką, przepoił ją niejako, przyzwyczaił ją do niej tak, że kiedy grał, nikt nie zwracał niemal na niego uwagi, ale kiedy przerywał, robiło się nagle nieprzyjemnie cicho. Rozdokazywani lub zajęci jakąś robotą chłopcy milkli i spoglądali na niego niecierpliwie.
Niespostrzeżenie weszło także w zwyczaj nucenie piosenek Cygana. Mruczało się je przy szachach, wyśpiewywało się w ich takt zadane lekcje, a nawet używało się ich jako pobudki, drażniącej przeciwnika, zamiast poprzedzających walkę wyzwisk lub triumfalnej fanfary obwieszczającej zwycięstwo.
Pewnego dnia pan Stach sprowadził do świetlicy jakiegoś starszego pana, który przysłuchiwał się dość długo grze Cygana, a potem powiedział:
— Czy chcesz się u mnie uczyć? Bo to, widzisz, nie jest jeszcze muzyka.
Cygan zastanowił się chwilę, po czym nagle podał mu skrzypce i powiedział:
— Niech pan zagra.
Pan roześmiał się, wziął skrzypce i zagrał. Melodia była jakaś obca, nic niemówiąca, pełna piskliwych, biegnących w górę tonów.
— No? — zapytał, oddając Cyganowi skrzypce.
Cygan wziął je, popatrzył na niego trochę obłudnie, a trochę drwiąco spod przymrużonych rzęs i odpowiedział:
— Nie. Z tej nauki to nic nie będzie.
Pan zaczerwienił się, odwrócił się gwałtownie i wychodząc, mruknął do pana Stacha:
— Nie warto. Zarozumiały, zepsuty i zmanierowany.
Ale chłopcy byli strasznie zadowoleni:
— A to go zmył!
Świetlica bowiem była dumna ze „swego” grajka.
Nie przeszkadzało to jednak temu, że Cygan zajmował w niej jakieś inne niż wszyscy chłopcy i dziwnie podrzędne stanowisko.
Nie był ani ich kolegą, ani towarzyszem, ani nawet — gościem.
Był „ich” grajkiem.
Nie znaczy to jednak wcale, by mu dokuczano lub krzywdzono go. Przeciwnie. Względem nikogo nie byli może chłopcy tak łagodni i uprzejmi jak wobec niego.
W ciasnej świetlicy kłócono się często, a nawet bito o miejsca. Zaledwie jednak Cygan stawał trochę onieśmielony i jakby wiecznie spłoszony we drzwiach, a już któryś z chłopców podsuwał mu stołek — niech sobie siądzie. Mało się to taki nałazi?...
Swojej kolejki przy herbacie nikt nie ustąpiłby koledze, ale Cyganowi pierwszy z brzegu podawał łaskawym gestem swój chleb i kubek z herbatą — „na, podjedz sobie”.
Nikomu jednak nie przychodziło nawet do głowy wciągnąć Cygana do jakiejś wspólnej zabawy, wdać się z nim w przyjacielską pogawędkę lub „spróbować na francuską”.
Czy zresztą sam Cygan odczuwał w jakiś bolesny sposób odrębność swego stanowiska, czy też był do tej odrębności przyzwyczajony? Nie wiadomo. W każdym razie pozostawał w świetlicy coraz to dłużej i stawał się co dzień weselszy, śmielszy i rozmowniejszy. Znikła gdzieś bez śladu płochliwość jego ruchów. Nie czekał już w progu na podsunięty mu stołek, ale lekko i zgrabnie wskakiwał na stół, jak wesołe i oswojone zwierzątko, które wie, że mu wiele wolno. Siadał na nim, pokazywał w uśmiechu swe białe, równe zęby i z miejsca zaczynał grać lub paplał coś (na co zresztą nikt nie zwracał uwagi) w swoim łamanym, chrapliwym języku, wybuchając co chwila śmiechem.
Coraz bardziej też zajmowało go, oprócz chleba i herbaty, życie świetlicy. Włóczył się po sali, stawał za plecami chłopców, przysłuchując się ich rozmowom i przyglądając grom, przerzucał książki i pisma i uśmiechał się do obrazków. Nie drzemał też już przy piecu podczas pogadanek, ale błyszczącymi z ciekawości oczyma wpatrywał się w pana Stacha.
A kiedy pewnego razu pan Piotruś przyniósł do świetlicy nowy obrazek i powiesił go na ścianie, Cygan, który stał przed nim długo i przypatrywał mu się z zachwytem, trącił nagle pana Piotrusia w bok i powiedział:
— Ładnie będzie teraz u nas, co, panie?
W tym to właśnie czasie świetlica otrzymała w darze ping-pong. Gra ta stała się od razu manią świetlicy i wyparła wszystkie inne gry. Chłopcy gotowi byli się w nią bawić od rana do wieczora. Jednakże ping-pong był tylko jeden. Ustanowiono więc „kolejki” i gracze musieli długo czekać, zanim zostali dopuszczeni do upragnionego stołu.
Pewnego dnia, właśnie kiedy Antek i Fed’ko mieli zająć swoje miejsca, Cygan odezwał się najniespodziewaniej swoim niskim, gardłowym głosem:
— Teraz jest moja kolej!
Chłopcy na razie osłupieli. Antek i Fed’ko uznali to jednak widać za dobry żart, bo wybuchnęli śmiechem.
Ale Cygan nie śmiał się wcale. Czerwony z gniewu odsunął od stołu Fed’ka.
— Teraz jest moja kolej! — powtórzył. — Moja i jego!
Każda para graczy rozporządzała tylko dwudziestoma minutami, poza które nie wolno było jej wykroczyć. Czas więc zużyty na spór z Cyganem był czasem niepowrotnie straconym. Toteż jego natręctwo rozgniewało Fed’ka.
— Twoja kolej! — zawołał. — Ty masz tu coś swojego! Zabieraj się, żebyś nie dostał, czegoś nie zgubił! Zabieraj się, mówię, i nie przeszkadzaj, pókim dobry!
Ale Cygan ani myślał ustąpić.
— To moja kolej! Ty będziesz potem, Fed’ko. To moja kolej teraz!
Fed’ko aż zatrząsł się z gniewu, ale niewiarygodne zuchwalstwo Cygana odebrało mu niemal mowę: ten łazęga, ten miukacz podwórzowy, chce jego, Fed’kę, w kolejce wyprzedzać! Nie, to się po prostu w głowie pomieścić nie mogło!
— Widzieliście no, moi kochani! — zwrócił się tylko do kolegów.
I dziwna rzecz. W mgnieniu oka, niby prąd iskry elektrycznej, gniew Fed’ka udzielił się całej świetlicy.
Gdyby Cygan poprosił Fed’kę lub któregokolwiek z nich: „dajcie i mnie się choć trochę pobawić!”, to na pewno każdy z nich ustąpiłby mu wspaniałomyślnie na parę chwil swojej rakietki. Ale żeby taki Cygan, taki włóczęga, przygarnięty przez nich z litości, dopominał się u nich, u swoich, można powiedzieć, gospodarzy jakichś praw! I żeby taki „pogan” pchał się do równości i do koleżeństwa z nimi!
Odżyły nagle drzemiące gdzieś w głębi serc wspomnienia Cyganek wypędzanych brutalnie, o ile nie przeszkadzał temu przesądny strach lub ciekawość, od progów najnędzniejszych nawet domów i sklepików.
Obozów cygańskich, którym wyznaczano we wsi pewne ściśle określone miejsce z surowym zakazem włóczenia się po chałupach.
Kradzieży, łotrostw i „uroków”, które składano na ich barki.
I oto — kolega się znalazł! O „swoją kolej” się upomina!
Posypały się jak grad wyzwiska, gwizdy uciechy, szyderskie okrzyki zachęty:
— Dobrze! Nie daj się, Cygan! Przecie tu wszystko twoje! Co będziesz takiego Fed’kę przed sobą puszczał!
Ale Cygan stracił nagle swoją zwykłą czujną ostrożność, swoje wyczucie każdego grożącego niebezpieczeństwa i trwogę przed każdym starciem. Stał naprzeciw nich i zachłystując się łzami, krzyczał, jak nieprzytomny, tupiąc nogami w prawdziwym szale wściekłości:
— To moja kolej! To była przecież moja kolej! — a potem jakby nagle przypominając sobie coś i wysuwając ostatni argument — I pan Piotruś przecież powiedział, że ja jestem... że ja jestem także... kolega!
I wtedy cała świetlica wybuchnęła śmiechem. Złym, szyderskim, smagającym jak bicz śmiechem. Chichotano, pokładano się, zanoszono się, po prostu „ryczano” ze śmiechu.
Cygan przestał płakać i krzyczeć.
Jego czarne oczy zwęziły się, ruchliwa smagła twarzyczka stężała, na dziecinnym czole wystąpiła podłużna ciemna żyła, a białe zęby błysnęły jak u wilczka. Jeden skok i — Cygan rzucił się na Fed’ka.
Rzucił się na niego, zapominając o wszystkim.
O tym, że jest mały i słaby, i o tym, że jest sam i że jest przecież — tylko Cyganem. Nawet o skrzypcach.
Ale wtedy... tak, wtedy rzuciła się na niego zgodnie, z rzadką naprawdę solidarnością, cała świetlica: Polacy, Rusini, Żydzi i nawet grzeczny i układny Niemczyk, mały Pepi Glückauf.
Nie. Właściwie nie bito go. Popychano go tylko pięściami, rzucano go sobie jak piłkę, bawiono się nim w ping-pong’a w jakiejś okrutnej pół zabawie, a pół bójce.
Była jednak w tej „grze” taka zacięta wściekłość, że pan Piotruś na próżno usiłował ich przekrzyczeć i utorować sobie drogę do Cygana przez skłębiony tłum chłopców.
W pewnej jednak chwili usłyszał coś, jak trzask drzewa i jęk pękających strun, a potem — krzyk. Krzyk tak straszny i tak nieludzki, że nie tylko pan Piotr pobladł i cofnął się, ale wszyscy chłopcy odskoczyli od Cygana przerażeni i w świetlicy zrobiło się nagle zupełnie cicho.
Cygan stał na środku pokoju sam.
Jego smagła, ściągła twarzyczka była teraz biała jak papier, a szeroko rozszerzone oczy wpatrzone z wyrazem tępego zdumienia i przerażenia w skrzypce.
Trzymał je w wyciągniętej przed siebie ręce, jak coś martwego, czego obawia się dotknąć.
A potem powoli, wciąż z tym samym wyrazem tępego zdumienia i grozy w oczach, zbliżył je do siebie i ostrożnie, jak gdyby dotykał ran, dotknął końcami drobnych, smukłych palców, zerwanych strun i strzaskanego drzewa. I nagle, z krzykiem straszniejszym jeszcze i bardziej przejmującym niż poprzedni, krzykiem, w którym brzmiały jakieś obce i nieznane wyrazy rozpaczy czy bólu, odrzucił od siebie skrzypce, uderzył głową w drzwi tak, że się przed nim roztworzyły i wypadł na ulicę.
Chłopcy i pan Piotr stali jak wmurowani w ziemię, nie śmiejąc odezwać się i poruszyć.
Pierwszy ocknął się Józek.
— Trzymać go! Trzymać! Nie wypuszczać! — krzyczał i rzucił się za Cyganem, a za nim cała świetlica.
Na próżno jednak rozbiegli się po wszystkich ulicach, na próżno zaglądali do bram, na próżno przetrząsali całą dzielnicę — Cygan zniknął, jak gdyby się w ziemię zapadł.
Wieczorem wrócili na herbatę zmęczeni i milczący.
Nikt nie żartował, nikt nie bił się, nikt nie kłócił się o drugą porcję chleba. Jedli w milczeniu, wpatrzeni ponuro w swoje kubki, od czasu do czasu zerkając tylko ukradkiem na pana Piotra, który siedział przy oknie z książką, nie zwracając na nich uwagi, jak gdyby ich w ogóle w świetlicy nie było, i — nic. Ani słowa. Jakby go zamurowało. Że aż nie wiadomo było, gdzie się podziać, że aż znieść tego nie było można!
Wreszcie Józek odważył się pierwszy.
— Panie Piotrusiu — powiedział.
— No? — zapytał obojętnie pan Piotr, podnosząc znad książki oczy chłodne i jakby nikogo niewidzące.
— Ile my mamy w naszej kasie?
— Koło 45 złotych.
— A... a czy za to można kupić skrzypce?
Wszyscy chłopcy drgnęli i nagle podnieśli oczy.
— Można — odburknął niechętnie pan Piotr.
— No to... — zawołał Moniek, który siedział skurczony nad swoim kubkiem i nie tknął nawet jeszcze chleba — no to... załatwione!
Ale pan Piotr spojrzał na niego z taką zimną pogardą, że Moniek skulił się jeszcze bardziej, jak pod uderzeniem pięści.
I odtąd chłopcy zaczęli czekać na Cygana. Właściwie nie mówiło się o nim wcale. Tylko kiedy przychodziła ta pora, o której zwykle wpadał do świetlicy Cygan, wszyscy podnosili głowy za każdym skrzypnięciem drzwi.
I nikt już nie nucił.
I nikt nie chciał bawić się w ping-pong’a.
Mijały dnie. Cygan nie wracał. Ale (dziwna rzecz) nie można się było do tej jego nieobecności przyzwyczaić.
W świetlicy było przecież niby tak ciasno i tłoczno, a jednak miało się ciągle wrażenie, że jego miejsce jest puste i że nikt nie może go zająć.
Było to tak, jak gdyby nagle wytworzyła się niczym niezapełniona próżnia. Bo niby krzyczą chłopcy, rozmawiają, sprzeczają się, ale poza tym wszystkim zamiast muzyki Cygana jest tylko dzwoniąca cisza.
Pewnego wieczoru w świetlicy było dziwnie szaro, smutno i nudno.
Padał taki sam deszcz ze śniegiem, jak wówczas, kiedy Cygan przyszedł do nas po raz pierwszy. Kilku chłopców przewracało, ziewając, stare pisma ilustrowane. Kilku grało w domino, ale tak jakoś niedbale i od niechcenia, nie patrząc niemal na kostki.
Pan Piotruś i Józek stali przy oknie.
Przez zamazane szyby ledwie było widać skrawek wciśniętego między mury kamienic podwórka. Ale oni stali już od godziny, jakby wyglądali kogoś, kto musi dzisiaj nadejść. Nikt jednak nie przychodził i wreszcie Józek nie mógł już dłużej znieść tego milczenia i wybuchnął:
— A przecież lubiliśmy go wszyscy!
— Tak! Wszyscyśmy go lubili! — zawołał Fed’ko i gwałtownie odsunął od siebie szachownicę.
Pan Piotruś uśmiechnął się blado.
— Tak. Lubiliście go. Póki nie poczuł się równy wam i bliski i nie zaczął się upominać o swoje prawa. To bywa, moi chłopcy, to bywa.
— Ale przecież on pierwszy zaczął! Przecież wszyscy mogą zaświadczyć, że pierwszy!
— No tak, moi chłopcy, no tak. Skrzywdzony zaczyna zawsze pierwszy.
Deszcz uderzał miarowo o szyby i ściekał po nich dużymi kroplami, roztapiającymi się w długie, srebrne strumyczki. A cisza w świetlicy dzwoniła natrętnie, dokuczliwie, nieznośnie.
I Józek czuł, jak pęcznieje w nim i rośnie bunt przeciw deszczowi, przeciw temu zamkniętemu w murach jak w studni podwórku, przeciw konieczności tego, co jest i co było.
Bo wszakże zawsze powinno być wolno (jeżeli się tego naprawdę chce) — wymazać!
— No dobrze! — zaczął niemal krzyczeć — No dobrze! Niech będzie, żeśmy go skrzywdzili. Ale dlaczego on nie przychodzi, jeżeli my chcemy naprawić?! Dlaczego jego nie ma?!
Pan Piotr milczał chwilę. Brwi miał ściągnięte, a oczy śmiertelnie smutne.
— Widzicie, moi chłopcy — powiedział cicho — najgorsze w życiu to jest właśnie to, że krzywdy nie można naprawić.
Prawie nigdy.