Dom
Jutro wszyscy chłopcy przyjdą do świetlicy na wilię23.
Będą pierogi, barszcz, śledzie, kutia24 z makiem i z miodem — wszystko, jak się należy. A stoły przykryje się białymi obrusami — tak!
Moniek i Salek też zostali zaproszeni.
— Przyjdźcie do nas na święta! — powiedział Stefek, a potem dodał uprzejmie, a nawet, można po wiedzieć, wytwornie — Będzie nam bardzo miło...
Salek zmieszał się i przestraszył, bo nigdy nie był „na katolickich świętach” i trochę się bał. Ale Moniek odpowiedział grzecznie, jak przystało człowiekowi obytemu w świecie, człowiekowi, który już z niejednego pieca chleb jadł:
— Dziękujemy bardzo. Wpadniemy chętnie, jeżeli tylko czas pozwoli. Dlaczego nie?...
Tego dnia panował bowiem w świetlicy nastrój wzajemnej życzliwości, a nawet kurtuazji.
Nikomu przecież nie chce się bić i kłócić, jeżeli w rogu pokoju stoi — choinka. Ich własna choinka. Dla wielu — pierwsza w życiu. Ozdoby na nią robiono całe dwa tygodnie. Leżą na szafie, w dużym, tekturowym pudle. Panna Joasia przystroi nimi choinkę przed samą wilią. Trzeba jeszcze tylko wyszorować świetlicę. Roboty jest dużo, przed północą się nie skończy. Ci chłopcy, którzy mają jakiś dom, nie mogą zostać, bo rodzice, krewni czy gospodarze nie pozwolą im na to. Zostaną więc ci, którzy nie mają nikogo, kto by się o nich niepokoił lub kto by nie życzył sobie być budzonym „po nocy” — ci, którzy wcale nie mają domu.
Jest ich sześciu.
Józek i Gawryłka z „Porannej”, którym czasem dozorca pozwala nocować na podwórku redakcji.
Kurt i Kazik, sypiający pod straganami.
Moniek z „Expresu Wieczornego”, mieszkający w pewnym starym, na wpół rozwalonym składzie (wchodzi się przez wybite okienko).
I wreszcie Franek, o którym nikt nie wie, co robi i gdzie się podziewa.
Panna Joasia zostanie z chłopcami. Przez ten czas, gdy będą szorowali, wypierze im na jutro koszule i załata kurtki. Bo cóż z tego, że byli w łaźni, kiedy koszule czarne jak święta ziemia? A potem chłopcy rozciągną się na ławach, z rana zaś panna Joasia, której pokoik mieści się obok świetlicy, wypuści ich tak, żeby stróż nie widział — gospodarz domu nie życzy sobie, by chłopcy nocowali w świetlicy.
Robota idzie wesoło i sprawnie.
Deski podłogi, ławy i stoły aż lśnią od czystości, a koszule, których niezwykła białość zadziwia ich właścicieli, wiszą już rzędem na długim sznurku przeciągniętym przez świetlicę.
Panna Joasia kazała zapalić w piecu, żeby chłopcom nie było zimno i teraz wszyscy siedzą przed ogniem.
Na piecyku gotuje się duży garnek mamałygi ze skwarkami, pachnie choinką, panna Joasia pochyla głowę nad stosem kurtek, a odblaski ognia pełzają po jej jasnych włosach.
Jest dziwnie radośnie i świątecznie. Noc zaś, która nadejdzie, nie będzie dla chłopców nocą niepokoju, nocą ciągłego czuwania, czy nie słychać kroków policjanta, czy nie błyska światełko lampki elektrycznej i czy nie spędzą cię brutalnie z legowiska zdobytego z trudem25. Ciche ściany, bezpieczne i chroniące, odgrodzą ich dzisiaj od świata.
I nagle Janek mówi:
— A u mnie w domu, w mojej wsi, to nie robi się na święta kutii, tylko kluski z makiem i z miodem i racuszki na oleju.
— A u nas znowu — mówi Kurt — na naszej kolonii, bo my jesteśmy z Niemców, to na Boże Narodzenie piecze się gęś z jabłkami i te pieczone jabłka to tak pachną, ale powiadam wam: pachną!
— Na wilię: gęś?! — gorszy się Janek.
— Cóż? — łagodzi Kazik. — Co kraj to obyczaj. A u nas znowu to chodzą kolędnicy. Ale nie takie jak we Lwowie z papierową szopką, ale poprzebierane. Jeden za Heroda, a inni znowu za diabła, śmierć, trzech króli, rycerzy. A z nimi chodzi taki jeden przebrany niby za Żyda z workiem i wszystko, co im dadzą, do tego worka ładuje.
— A to i u nas także!
— I u nas!
— A jak ja byłem takim pędrakiem, to się strasznie bałem tego diabła, co z kolędnikami chodzi. I jak tylko kolędnicy we drzwi, to ja zaraz do matki i głowę w spódnicę!
— A ja to się zaraz na łóżko wdrapywałem i hyc pod pierzynę!
— A u nas — powiedział trochę nieśmiało Moniek — to też jest takie święto, co się przebierają i ono nazywa się: purym.
— No — zdziwił się Kazik — a za co wy się możecie przebierać?! Przecie nie za Żydów?!
— Dlaczego my się mamy przebierać za Żydów? My mamy swoje króle i proroki. A oprócz tego w moim miasteczku to chodzi z nimi taki jeden, co jest przebrany za niedźwiedzia. I jak ja byłem mały, to ja się go też bałem i też się chowałem do matki pod pierzynę.
Ale kasza już jest gotowa i panna Joasia zdejmuje garnek z pieca.
— Tylko w czym ja ją wam dam, chłopcy? — kłopocze się. — Bo łyżki to mam, ale tylko jeden talerz. Może będziecie jedli po kolei, albo może — nałożę wam do kubków od herbaty?
Chłopcy spoglądają po sobie i jedna i ta sama myśl olśniewa ich nagle.
— Nie, proszę pani! Nie! — woła Janek. — My z garnka, wszyscy razem!
— Ale co znowu! — protestuje panna Joasia. — To widzicie, chłopcy, nie jest ani zdrowo, ani ładnie, bo...
Chłopcy jednak nie dają jej skończyć.
— Niech nam pani pozwoli! Raz chcemy zjeść nie jak w głodnej kuchni26, po ludzku, z jednej miski: jak w domu!...
I panna Joasia nie mówi już nic. Nie sprzeciwia się. Stawia pośrodku garnek, tak jak u nich w chacie stawiano miskę i rozdaje im łyżki. Po kolei, uważając, żeby się „nie podjadać”, zanurzają chłopcy łyżki w kaszy.
Nie trącają się, nie śmieją się, nie przekomarzają jak w świetlicy.
Jedzą poważnie, po gospodarsku, w milczeniu.
Panna Joasia patrzy na ich skupione twarze i uśmiechnięte, szczęśliwe oczy i myśli, że pewnie w tej chwili ani jeden z nich nie pamięta głodu, sieroctwa, bicia — wszystkiego, co ich wyrzuciło w świat. Widzą tylko — dom. Cichy i bezpieczny jak przystań. Swój własny. Inny od wszystkich innych. Jedyny na Ziemi.
Tylko Franek nie uśmiecha się.
Patrzy ponuro w ogień.
Milczy.