Franek orze
Kiedy pewnego razu zapytano Franka, czym chciałby zostać, odpowiedział ponuro, patrząc spode łba:
— Bandytą.
Pan, który zadał owo pytanie, a który był przypadkowym gościem w świetlicy, aż pobladł z wrażenia...
Joasia — nie.
Mimo to poczuła dziwne ściśnięcie serca. Rozumiała bowiem dobrze, że taka odpowiedź znaczy:
„Powiem ci coś takiego, żeby cię szlag trafił i żebyś się tu więcej nie pętał! A wara ci od tego, czego ja chcę!”
Była bowiem w tym chłopcu straszliwa nienawiść przeciw losowi i ludziom i wiecznie czujna nieufność, i ogromna skrytość serca.
Jednej tylko pannie Joasi, może dlatego, że była jeszcze taka młoda, udawało się czasem szczerzej porozmawiać z Frankiem, niejako „dotrzeć do niego”.
Opowiedział jej, jak to, gdy nie miał jeszcze dwunastu lat, „wyrzuciło go” w świat z rodzinnej wsi. I o tym, jaka była ich chata i ile rosło śliwek, a ile gruszek w sadzie i że jedna jabłoń wcale nie rodziła, i o psie, i o krowach, o całym obejściu, o wszystkim...
A potem także o tym, jak żebrał, mył ławki przekupkom, sprzedawał gazety — o dalszym „przeklętym” życiu.
— Będzie jeszcze wszystko inaczej, zobaczysz Franku! — mówiła panna Joasia.
Ale Franek potrząsał tylko głową.
Nie. Nie wierzy. Nic się już nie zmieni. Tamci — to co innego. Są jeszcze mali, może się czego nauczą. Zresztą oni są z miasta i dobrze im w mieście. Ale on...
Kiedy zaczęliśmy mówić z chłopcami o działce ziemi, którą Towarzystwo Ogródków Działkowych da świetlicy, Franek wzruszał tylko ramionami.
Ziemię w dzierżawę takim ulicznikom kto da! Już lecą! Żeby tylko butów nie pogubili!
Mimo to, choć pozornie nieufnie i niechętnie, przysłuchiwał się chciwie wszystkiemu.
I wreszcie pewnego dnia raczył niedbale zapytać, gdzież to nam „te posesje” wydzielają i czy można aby „te dobra na Księżycu” obejrzeć?
I owszem — poszedł z panną Joasią.
A kiedy stanęli na przeznaczonej dla świetlicy parceli, wziął garść ziemi w ręce, rozgniótł ją w palcach i nawet, zdaje się, powąchał, a potem skonstatował łaskawie, że „choć to je ugór, ale ziemia dobra — tłusta”!
— A widzisz! — powiedziała panna Joasia.
Ale okazało się, że triumfowała za wcześnie. Franek bowiem rozejrzał się uważnie i nagle zapytał surowo:
— A gdzie są paliki?!
— Jakie znowu „paliki”?
— No przecie te, co pokazują odkąd ta działka jest nasza, niby świetlicy.
Panna Joasia wyjaśniła, że działka nie jest jeszcze odmierzona i że dopiero w tych dniach...
Ale Franek pokiwał tylko głową nad jej bezgraniczną naiwnością i poszedł, zostawiając ją głęboko upokorzoną i wściekłą.
Z sennym też i umyślnie tępym wyrazem twarzy słuchał, gdy panna Joasia mówiła później o tym ich przyszłym wspólnym gospodarstwie.
O tym, jak to będą wszyscy pracować dla wszystkich, dla tego wspólnego, gromadzkiego dobra i jaka to musi być u nich zgoda i wzajemna pomoc, i szacunek, i zaufanie, żeby ich działka wszystkim świeciła przykładem.
Nie brał też nigdy udziału w dyskusjach chłopców, którzy już się za czuby często brali, sprzeczając się nie tylko o to, czego i ile będzie się siać, lecz nawet o to, czy obsadzą altankę powojem czy dzikim winem...
A kiedy panna Joasia zagadnęła go wprost o przyczynę tej obojętności, odparł:
— My tu baju baju, a miasto taki ziemi nam nie da! Ja będę gadał, jak zobaczę odmierzoną parcelę i paliki!
Ale tu już Janek, który chłonął każde jej słowo, nie mógł wytrzymać z tej irytacji:
— A cholera by cię wzięła z tymi palikami! Ta zdurniał chłopak czy co?! Przecie ci powiedziała pani, że za parę dni się odmierzy!
Ale Franek uśmiechnął się tylko krzywo i burknął:
— Jak się odmierzy, to się będzie gadać!
Więc pan Stach pokiwał głową i powiedział:
— Źle to jest, Franku, że tobie tak się o te paliki rozchodzi. Bo widzisz, jaka to jest ta ziemia, którą dostaniecie? Gminna ziemia, całego Lwowa, gromadzka. I to sobie jeszcze musisz rozważyć, Franek, po co Towarzystwo Ogródków Działkowych tę ziemię chce uprawiać. Oto widzisz chce, żeby ta ziemia, na której są teraz tylko cuchnące śmietniska, stała się parkiem dla dzielnic nieposiadających ogrodów. Taka dzielnica żółkiewska27 na przykład: brud, smród, prawdziwa zaraza. Robotnik, gdy wróci po pracy, a wyjdzie przed dom, łyku świeżego, ożywczego powietrza złapać nie może. W pyle, gnoju i zaduchu bawią się dzieci i wyrastają na ludzi chorych i złamanych. Więc nasze miasto pragnie, by nie tylko każdy człowiek mógł mieć kawałek ziemi, a na niej jarzyny, kwiaty i drzewka owocowe, ale żeby z tych działek powstał park, w którym wszyscy ludzie mieliby trochę zieleni, kwiatów i nieba.
A potem, rozłożywszy jakiś plan, pokazywał:
— Bo to widzicie, chłopcy, będzie tak: tędy będą szły drogi między działkami, a tu będzie duży plac dla zebrań działkowców i zabaw, a tu znowu pływalnia.
Drogi wysadzi się drzewami owocowymi i te drzewa będą sobie stały na wiosnę takie białe i kwitnące, a pomiędzy nimi będą biegały dzieci. A przed altankami, tonącymi w zieleni dzikiego wina, róż lub kwitnącego groszku, usiądą sobie wieczorem po pracy ich ojcowie.
Ale to wszystko musi być zrobione wspólnymi siłami działkowców.
Każdy z nich będzie pracował nad karczowaniem ugorów, każdy z nich nie tylko swoją działkę uprawi, ale weźmie udział w ogólnej pracy dla wspólnego dobra i wedle jednego wspólnego planu. Bo rozumiecie, że jeżeli te wszystkie działki mają razem tworzyć wspólny park, to każdy nie może siać i sadzić na swojej wszystkiego, co mu się podoba. Ot, tędy np. przechodzi przez wszystkie działki droga i ta droga ma być obsadzona czereśniami. Więc każdy musi ten kawałek drogi, który do jego działki przylega obsadzić drzewkami.
A tu znowu działki otaczają placyk zabawowy. Naokoło zaś tego placyku ma iść kwiatowa rabata; wszyscy więc, których działki do niej przylegają, muszą je obsadzić kwiatami: rozumiecie?
— Co nie mamy rozumieć! — powiedział Józek. — A gdzie jest ta nasza działka?
— O tu — i pan Stach pokazał na mapie działkę oznaczoną czerwonym krzyżykiem.
Chłopcy pochylili się wszyscy nad stołem, wpatrzeni w ten mały odcinek planu, pełni jakiegoś dziwnego wzruszenia i dumy.
— Teraz — powiedział Stefek — wygląda pan jak generał pokazujący plan bitwy, a my jak oficerowie sztabowi.
— Bo też — roześmiał się pan Stach — to jest tak nawet po trosze naprawdę. Ten mały odcinek to jest plac boju, na którym świetlica musi wygrać swoją walną bitwę. A te sąsiednie odcinki o tu, widzicie, z prawa i z lewa, to nie jakaś „ziemia obcych ludzi”, ale bratnie placówki tych wszystkich, którzy ramię przy ramieniu z wami będą walczyć o piękno i zdrowie naszego miasta. No więc jak, Franku, czy są naprawdę takie ważne te „paliki”?
Franek patrzył pochmurnie w ziemię.
— A bo, proszę pana, ja zrozumiałem, że to, co pan mówi, jest dobre. Ale tak mi się jakoś zdaje, że ta ziemia to nie będzie taka zupełnie nasza, że nie będziemy na niej tak zupełnie gospodarzami.
— Dlaczego, Franku?
— A bo, widzi pan, np. te kwiatki, co to nimi trzeba każdą działkę obsadzić, albo ten kawałek drogi, który każdy musi przez swoją działkę przeprowadzić... Nie o to, żebym nie chciał, ale co mi ma kto na mojej ziemi rozkazywać?!
— Widzisz, Franek, — tłumaczył pan Stach — to jest tak, że jak się chce, żeby na świecie było dobrze, to trzeba zawsze z tego swojego prawa gazdowania trochę ustąpić: trudno. Ale za to zyskuje się inne, większe gospodarstwo. Bo przecież stajesz się jakby współgospodarzem całego tego obszaru. A przez to znowu, że na nim pracujesz, bierzesz udział w pracy dla całego miasta. I jesteś nie tylko jego robotnikiem, ale i świadomym, zmieniającym jego oblicze i wygląd gospodarzem.
Franek westchnął ciężko.
— To jest prawda. Ja nie mówię, że nie. Ale ja bym chociaż chciał wiedzieć, odkąd dokąd będzie ta moja praca i ja bym chciał, żeby tej ziemi, na której my będziemy robili, było jak najwięcej. Bo jak to będzie taki mały kawałeczek, co go wcale nie widać, to ci sąsiedzi powiedzą: tylu chłopaków, a patrzcie, co zwojowali! A oprócz tego, to jak ja nie mam swojego pola odgrodzonego, to ja nie mogę wierzyć, że to już jest murowane, że to nie jest tylko taka... „pogadanka”...
I Franek dalej odnosił się do całej sprawy nieufnie.
Dopiero kiedy panna Joasia zamówiła już chłopa z pługiem i z broną, Franek nagle spoważniał: sprawa zaczęła nabierać w jego oczach ciężaru i wagi...
Pług i brona... Tak, teraz można się było naprawdę z tym liczyć...
I ku zdumieniu wszystkich oświadczył:
— Ale z tym chłopem, to ja już sam pójdę. Wiadomo, jak to się robi na cudzym...
Dzień był pogodny i jasny, choć trochę chłodny.
Wbrew swemu zwyczajowi Franek nie puszczał po drodze pary z ust, choć go panna Joasia kilka razy zagadywała. Odmrukiwał tylko z grzeczności ni to ni owo. Na rogatce spotkali się z chłopem i z inżynierem z Towarzystwa Ogródków Działkowych. Jednakże na parceli nie było wbitych „palików”, a inżynier oznaczył przestrzeń jakimiś starymi, znalezionymi na pastwisku blaszankami.
Nie widziało się to jakoś Frankowi. Zapytał jednak z głupia frant:
— No, a jak nie utrafimy i ździebko więcej się zaorze?
Inżynier uśmiechnął się lekko:
— Nie będziemy się przecie wadzili o jedną skibę — powiedział. — Ale nie wiem, czy i tyle w jeden dzień zrobicie, a jutro już się dokładnie odmierzy.
Franek gwizdnął tylko, roześmiał się szelmowsko i huknął na chłopa:
— Od początku zaczynamy czy od środka?
A potem przykazał twardo już i bez śmiechu:
— A bierz głęboko!
I poprowadził konie.
Pług zarył się w ziemię.
Czarne skiby odwalały się jedne za drugimi.
Tłuste, białe pędraki wypełzały zdziwione z ziemi.
Wrony kołysały się w bardzo bladym, trochę przemarzniętym błękicie nieba i spadały za pługiem, żerując.
Opodal stała gromadka bab i dzieci i przyglądała się oraczom w niemym podziwie.
Wreszcie jedna z kobiet powiedziała:
— Patrzcie no, patrzcie, moi ludzie! Jak tylko pamiętam było tu pastwisko, a teraz będzie pole...
A potem dodała z nabożną powagą:
— Zawsze co pole, to: pole!...
Ale Franek nawet nie drgnął.
Szedł bez czapki, spokojny i jak gdyby nagle wyższy, z twarzą nie tą samą, całą stężałą w skupieniu.
Panna Joasia poczuła się nagle dziwnie onieśmielona i zbyteczna.
Jak gdyby tylko Franek i ta ziemia należeli do siebie, a ona, jego opiekunka, która przecie zawsze dotychczas nim kierowała, której się we wszystkim słuchał i radził, była tu obca i niepotrzebna.
Więc żeby jakoś uratować sytuację, krzyknęła na Franka:
— Ażebyś mi tu cały dzień nie pracował o głodzie, tylko tak jak ci powiedziałam, o dwunastej przyszedł do mnie na obiad!
Ale Franek wzruszył ramionami:
Tracić czas na bieganie na obiad, kiedy inżynier powiedział wyraźnie:
„Nie będziemy się przecie wadzić o jedną skibę!”
Ale — co się tam kobieta, choćby i opiekunka, może rozumieć na gospodarce!
Nie odwrócił więc nawet głowy, tylko przykazał krótko, po gospodarsku!
— Obiad to mi ta już tu przyniesiecie!
Pannę Joasię aż zatchnęło.
Stała przez chwilę nieruchomo, patrząc na niego w niemym zdumieniu.
Ale Franek nie zwracał na nią uwagi. Franek, ten chłopak, który jeszcze wczoraj czuł się bezdomny i samotny, szedł teraz przez swoje i gromadzkie pole, poważny i dostojny, prowadząc — pług.
Więc panna Joasia zawróciła pokornie i poszła do domu przygotować dla niego strawę.
Ale po drodze stanęła raz jeszcze i popatrzyła za nim.
Wiatr rozwiewał lekko jego brązową czuprynę, która wydawała się teraz w słońcu miedziano-złota. Twarz miał jakby zastygłą w uniesieniu, a pospolite rysy nabrały dziwnej szlachetności.
I nie wiedząc sama dlaczego, Joasia zawołała ku niemu radośnie:
— Franek! Franek!
Ale Franek nie słyszał.
Orał...
„Fraternitas” — planeta braterstwa
Zdaje mi się, że ani jeden z uczonych europejskich nie wie, gdzie znajduje się planeta „Fraternitas”.
Odkrycie klubu gazeciarzy lwowskich pozostało dotychczas obce astronomii, a co więcej, uczeni nie podejrzewają nawet, że w naszym systemie planetarnym istnieje pewne niedopatrzenie karygodne i wysoce niepokojące.
Historia odkrycia, o którym chcę tu opowiedzieć, jest następująca:
Około roku 1932, każdy przechodzień zdążający wieczorem ulicami Lwowa, mógł z łatwością zaobserwować wzrost zainteresowań astronomicznych w tym mieście. Niedaleko bowiem lokalu, w którym mieścił się klub gazeciarzy, a często i na innych ulicach, można było spotkać o tej porze grupki chłopców od lat ośmiu do osiemnastu, stojących z zadartymi głowami i wskazujących sobie z namaszczeniem: Wenus... Mars... Jowisz... Saturn... Syriusz... Spica28... Wega...
Ciekawy przechodzień, który zatrzymałby się przez czas dłuższy przy takiej grupce, mógłby nadto usłyszeć rozmowy o tym, czy możliwe jest skonstruowanie własnymi siłami „prawdziwej” lunety, oraz o tym, że aeroplan29, balon i kula armatnia są „do niczego”, jeśli chodzi o podróż na Marsa, natomiast pocisk rakietowy załatwi tę sprawę w niedługim już zapewne czasie. A wówczas... a wówczas... kto wie, czy nie będzie potrzebnych kilku dzielnych i nielękających się niczego chłopców, którzy wylecą w przestworza jako pierwsi podróżnicy? Gdyby zaś nawet tacy chłopcy nie okazali się potrzebni, to przecież każdy z nich potrafiłby już sobie dać radę: „Ta joj! Ta żeby już tylko była ta rakieta!”...
I rzeczywiście, gdyby profesor Opel skonstruował w r. 1932 swój pocisk rakietowy i gdyby uczynił to we Lwowie, to mogę z niezachwianą pewnością twierdzić, że w czasie swej międzyplanetarnej podróży odkryłby pod ławkami cały klub gazeciarzy szwarcujących się na Marsa na gapę...
Winien zaś wszystkiemu był, oczywiście, pan Stach.
Nie można przecież nie zapalić się gorącą i nienasyconą ciekawością i żądzą poznania, słuchając, jak w olbrzymim bezmiarze świata rodzą się ze słońc planety, jak rozżarzone światy stygną miliony lat, jak pojawia się na Ziemi pierwsze życie, jak pierwszy człowiek, bezbronny i nieświadomy wobec natury i żyjący życiem drapieżnego zwierzęcia, powoli podnosi głowę, uczy się wytwarzać coraz to doskonalsze narzędzia, zdobywa coraz to nowe wiadomości, aż wreszcie, po milionach lat rozwoju, sięga zuchwałą myślą aż w niebo, mierzy przestrzenie wszechświata, bada istoty i drogi wirujących słońc, dalekich planet i ich księżyców.
— Bo pomyślcie tylko! — wołał pan Stach. — Księżyc, glob najbliższy Ziemi, oddalony jest od niej o 380 000 km! A człowiek zna nie tylko jego drogi, góry i doliny, ale nawet istotę budowy! Cóż zaś dopiero powiedzieć o dalszych planetach i gwiazdach?
A przecież te wszystkie planety to tylko planety naszego systemu słonecznego, wszechświat zaś jest nieskończony.
I pan Stach opowiadał o ludziach, którzy narażając się często na utratę stanowiska, szacunku, a nawet życia, służyli wiedzy i prawdzie, rozszerzali nasz widnokrąg, zdobywali dla nas nieskończoność wszechświata.
Czy jest więc w tym coś dziwnego, że każdy z chłopców pragnął zostać jednym z tych bohaterów nauki, że marzył o tym tak gorąco, jak inni chłopcy marzą o tym, by zostać Tomem Miksem30 lub choćby Kusocińskim31?
I nie tylko marzył o tym, ale starał się do tego przygotowywać, gdyż, jak się z rozmów z panem Stachem okazywało, słuchanie pogadanek nie stanowiło jeszcze dostatecznego przygotowania w tym kierunku... Trzeba się było wielu jeszcze rzeczy nauczyć i lekcje pana Leona, który miał dotychczas po trzech, czterech słuchaczy, poczęły się nagle cieszyć niezwykłą frekwencją.
Jeżeli pragniemy czegoś bardzo mocno i dążymy do czegoś wytrwale, to prawie zawsze marzenie nasze choć w części zostaje spełnione.
I wprawdzie (przynajmniej dotychczas) ani jeden z naszych chłopców nie został Kopernikiem, Keplerem czy Galileuszem, to jednak naszej świetlicy przypadł w udziale zaszczyt uczynienia pewnego spostrzeżenia, które było może wprawdzie spostrzeżeniem natury formalnej, ale niemniej, jak to się niebawem okaże, niezmiernie ważnym.
Oto pewnego dnia, podczas wykładu pana Stacha, Józek zapytał znienacka:
— Proszę pana, a... ziemia? Zapomniał nam pan powiedzieć, jak się nazywa ziemia.
Chłopców ogarnęło nagłe podniecenie:
— Tak! Tak! Że tez nikomu nie przyszło to dotychczas na myśl! Jak się nazywa ziemia?!
— Jak to, „jak się nazywa Ziemia”? — zdziwił się pan Stach. — No, Ziemia, to jest przecież... Ziemia...
— Dobrze, że „ziemia”. Ale to nie jest nazwa! Mars jest także ziemią! Ale im chodzi o nazwę. Bo jeśli np. Wenus nazwali tak ludzie dlatego, że świeci jasnym i pięknym blaskiem, a Wenus to bogini piękności, to jak nazwali ziemię, swoją ziemię, swoją własną planetę?!
Patrzyli na niego pełni gorączkowej ciekawości.
Pan Stach był po raz pierwszy zupełnie zmieszany i stropiony. Dłuższą chwilę milczał.
— Bardzo mi przykro, moi chłopcy, — powiedział wreszcie — ale Ziemia... hm... Ziemia... nie posiada nazwy.
— Nie posiada nazwy! Ależ to coś niesłychanego! Coś zupełnie nieprawdopodobnego! Coś, w co po prostu niepodobna uwierzyć!
Józek spojrzał nawet podejrzliwie na pana Stacha i powiedział surowo:
— Czy pan jest tego aby pewny?! Bo jeżeli pan tylko nie wie i blaguje, to niech się pan lepiej od razu przyzna!
A Janek dodał pojednawczo:
— Przecie każdemu może się zdarzyć... zapyta się pan jutro swego profesora na uniwersytecie i powie nam...
Ale pan Stach aż uderzył się w piersi z przejęcia i zapewnił uroczyście:
— Jak Boga kocham, że Ziemia nazwy nie posiada!
— Ale dlaczego?! Dlaczego?! Przecież to się w głowie nie mieści! Dlaczego ci uczeni jej nie nazwali?!
— Czy ja wiem? — powiedział zawstydzony pan Stach. — Czy ja wiem? Może zapomnieli? Uczeni są, jak wiadomo, trochę roztrzepani...
— Ładne „roztrzepanie”! Po prostu bagatelka! Zapomnieć nazwać ziemię!...
Pan Stach usiłował usprawiedliwiać.
— Bo widzicie... może oni nie przywiązują takiej wagi do nazw... a przy tym, rozumiecie, oni ciągle byli na Ziemi, z Ziemi robili swoje obserwacje, więc...
Ale Stefek, ten, który chodził do gimnazjum i który najlepiej ze wszystkich chłopców umiał się wysłowić, oświadczył stanowczo:
— To jest przedkopernikowski punkt widzenia!
— Jak to? Co przez to rozumiesz? — zdziwił się pan Stach.
— A tak! Ziemia jest punktem pozornie nieruchomym, z którego się robi obserwacje i dlatego się na nią nawet nie patrzy. Ale niechby się przenieśli myślą na Słońce i stamtąd spojrzeli, to zaraz by im się przypomniało, że planeta krążąca pomiędzy Wenus a Marsem nie ma nazwy!
Pan Stach westchnął smutno.
— I to prawda! Pewne rzeczy są w nas mocno zakorzenione...
— No dobrze! — zawołał Józek. — Ale przecież nie może być, żeby nikt tego dotychczas nie spostrzegł i nie zwrócił im na to uwagi! Każdy człowiek ma swoje imię, ba, nie tylko człowiek, ale nawet zwierzę, które żyje z człowiekiem. Każdego psa, krowę, kozę: wszystko się jakoś nazywa. Nie tylko państwo, ale miasto, najdrobniejsza nawet wioska ma swoją nazwę. A niektórzy, jak wybudują sobie willę czy domek, to go też jakoś nazywają. A Ziemia, cała Ziemia, która jest przecież ojczyzną i domem wszystkich ludzi, nie ma imienia?!
— A jednak — powiedział pan Stach. — Wyście pierwsi zrobili to spostrzeżenie.
I wtedy nagle Józka olśniła pewna myśl. Zerwał się jak podrzucony sprężyną i cały czerwony z przejęcia zawołał:
— Ale w takim razie... ale w takim razie... to myśmy to odkryli i... i mamy prawo ją nazwać!
Świetlica znieruchomiała z wrażenia, a pan Stach odpowiedział po chwili:
— Tak, to nie ulega wątpliwości: macie prawo ją nazwać!
Trudno wyobrazić sobie entuzjazm, jaki wywołało jego oświadczenie.
Otrzymać prawo nadania nazwy całej Ziemi! Czyż nie jest to zaszczyt większy niż najwyższe odznaczenie naukowe?!
— Tak! — powiedział pan Stach. — Ale musicie zdać sobie sprawę, że ciąży na was wielka odpowiedzialność! To przecież nie byle co: nadać nazwę całej planecie! To nie dziecinna zabawka. Pomyślcie! Taka olbrzymia Ziemia, tyle krajów, tyle ludzi, tyle ras... a wy musicie nadać jej taką nazwę, żeby wszyscy ludzie byli z niej zadowoleni, żeby przyjęli ją jako swoją, a nie narzuconą sobie, bo wszakże Ziemia jest wspólną ojczyzną ich wszystkich!
Chłopcy spojrzeli po sobie zaskoczeni. Tak, w istocie, spadł na nich wielki zaszczyt, lecz i wielka odpowiedzialność.
Przez dłuższą chwilę w świetlicy panowała zupełna cisza.
Pierwszy przerwał ją Janek:
— No... — zaczął wahająco — istnieje przecież kometa Haley’a... więc może by...
— Co „może by”?! — przerwał z oburzeniem Józek. — Może nazwiesz ją „planetą Józka” dlatego, że ja pierwszy zauważyłem, iż nie posiada nazwy?!
Chłopcy wybuchnęli śmiechem, a Józek dodał jeszcze:
— Trzeba nie mieć oleju w głowie, żeby wpaść na taki idiotyczny pomysł!
— Bardzo słusznie — potwierdził Stefek — jeżeli już uczcić kogoś, to chyba nie siebie samego, ale swój kraj! Ja bym zaproponował, żeby nazwać ziemię „Planetą Białego Orła”. Przecież jeżeli może być „Wielki Pies”, to tym bardziej może być „Biały Orzeł”?
Wielu chłopcom podobała się ta myśl, ale Fed’ko powiedział:
— To nie jest sprawiedliwe. Skąd wiesz, czy inne narody się na to zgodzą?
— Mnie się też to nie wydaje słuszne, chociaż byłoby mi bardzo przyjemnie nadać całej ziemi taką nazwę — powiedział pan Stach. — Musimy przecież pamiętać o tym, że nazwa ta musi być jednakowo droga wszystkim narodom!
— Już mam! — zawołał Moniek. — To jest taka myśl, że sami zobaczycie, co to jest za myśl! Nazwijmy ją imieniem jakiegoś wielkiego człowieka, ale takiego wielkiego człowieka, żeby jego imię było znane i drogie na całej ziemi i żeby wszystkie narody uznały, że to jest największy człowiek na świecie!
Chłopcy zgodzili się, ale wybór okazał się bardzo trudny.
— Napoleon! — zaproponował Jasiek.
— Aj! Jakiś ty mądry! — sprzeciwił się Moniek. — Dlaczego on ma być drogi wszystkim na całym świecie?! Dla tych, których pobił, to on nie jest wcale drogi, nie bój się!
Zgodzono się po długich sporach, że tym wielkim człowiekiem, którego imię ma nosić cała Ziemia, nie może być ani wojownik, ani zdobywca, tylko ktoś, kto zrobił dla wszystkich narodów coś dobrego, ale to coś tak dobrego, iż wszyscy ludzie zgodnie uznają, że on właśnie jest najgodniejszy tego zaszczytu.
Posypały się imiona wielkich lekarzy, uczonych, artystów, odkrywców, wynalazców.
Ale nie było zgody.
Każdemu z chłopców wydawało się, że „jego” wielki człowiek jest „największy na całym świecie” i że to, co on zrobił, było najważniejsze dla ludzkości. Spór zaostrzał się coraz bardziej i byłoby może nawet doszło do bójki, gdyby nie interwencja pana Stacha, który powiedział:
— Moi kochani! Wydaje mi się, że od imienia jednego człowieka, choćby to nawet był naprawdę wielki człowiek, nie można nazwać całej Ziemi! Każdy z was ma swojego ukochanego bohatera. A wiecie dlaczego? Dlatego, że jest on uosobieniem wszystkich jego tęsknot i pragnień. Na przykład Józek chciałby być wielkim podróżnikiem i odkrywcą, więc zawołał „Amundsen!”, Maniek ma chorą matkę i wie, jaką usługę w jej chorobie oddał Roentgen, więc zawołał „Charles Vaillant32”, Janek chce się uczyć o gwiazdach, więc powiedział „Kopernik!”, Stefek pragnąłby zostać muzykiem, więc uważa, że Chopin. A jeszcze inni sądzili, że należałoby uczcić majora Reed’a33, Lindbergha34, Galileusza, Edisona, Mickiewicza, Gutenberga, Szewczenkę35. Jeśli zaś nawet taka mała świetlica nie może się zgodzić na wybór jednego człowieka, to co za kłótnie powstałyby dopiero na całym świecie!
Tak. Chłopcy musieli przyznać słuszność panu Stachowi. Ale... ale to nie rozwiązywało sprawy.
Pierwszy raz, odkąd świetlica świetlicą, panowała w niej tak długo głucha cisza. Chłopcy siedzieli pogrążeni w głębokiej zadumie, z głowami wspartymi na rękach i tylko Józek uderzał się od czasu do czasu pięścią w czoło, gdyż (jak twierdził) „w ten sposób przychodzą mu zawsze do głowy dobre pomysły”.
Ale „dobre pomysły” nie przychodziły i zrozpaczony Józek po jakimś piętnastym uderzeniu zawołał:
— Panie Stachu! Może ci uczeni wcale nie zapomnieli, tylko po prostu, tak jak i my, nie mogli niczego wymyślić?!
W tej chwili jednak drzwi świetlicy roztwarły się z rozmachem i nagle ukazał się w nich pan Piotruś, ciągnąc za rękę — Cygana!
Tak! To był Cygan! Nasz Cygan! Wyrywał się panu Piotrusiowi przerażony i dziki, jak małe leśne zwierzątko!
Gwiazdy, planety, nazwa dla Ziemi — wszystko to na chwilę zniknęło i rozproszyło się i cała świetlica z jednym okrzykiem radości, jak gdyby zwalił się z niej gniotący ją od kilku miesięcy ciężar, rzuciła się ku niemu.
Na próżno Cygan wyrywał się i usiłował uciekać.
Porwano go na ręce, podniesiono w górę, huśtano, całowano, wciskano mu cukierki, monety, obrazki, kolorowe papierki, a wreszcie postawiono go na stole, tak, żeby wszyscy mogli go oglądać... I wówczas Fed’ko, jak gdyby przypomniawszy sobie o czymś, pobiegł po ping-ponga i chciał się z nim bawić, zaraz, natychmiast... Ale inni także chcieli się bawić z Cyganem i zaczęto się już nawet sprzeczać o to, kto będzie pierwszy...
Cygan stał z początku cicho, przestraszony i oszołomiony. Ale powoli poczynał widocznie rozumieć, bo usta jego rozchyliły się w prześlicznym uśmiechu, ukazując białe jak perełki, drobne ząbki, a czarne oczy utraciły swój wyraz zuchwalstwa i przyczajonej ostrożności i stały się wilgotne i zarazem błyszczące jak gwiazdy.
I nagle Cygan pochylił się ku nam, ale już nie tym dawnym, uniżonym, lecz giętkim, wesołym i przyjacielskim ruchem powitania, wyrwał z kieszeni harmonijkę i — jak nie urżnie!
Święty Boże! Jakiś szał radosnego uniesienia ogarnął świetlicę! Chłopcy chwycili się za ramiona i tańczyli wokół stojącego na stole Cygana taką dziką, huczną i wspaniałą polkę, że aż się ściany świetlicy trzęsły.
Jeden tylko Józek nie tańczył. Od czasu przybycia Cygana stał nieruchomy, z zamglonymi oczyma, patrzący na to wszystko, co się dzieje, jak we śnie.
Ale choć nie bił się już w czoło, „dobra myśl” rosła w nim, dojrzewała i pęczniała, że mało nie rozsadziła mu głowy i piersi z radości!
Nie mógł jej tylko uchwycić, wyrazić, wyrzucić z siebie ostrożnie, a przezornie, tak, jak się wyrzuca babkę z piasku.
I nagle — już!
— Stać! Stać! — krzyknął, wskakując na stołek.
I muzyka urwała się, a wszyscy stanęli wpatrzeni w niego w oczekiwaniu, przeczuwając doniosłość chwili.
— Panie Stachu! Czy pan nie wie... czy pan nie wie... jak jest po łacinie „braterstwo”?
— Fraternitas.
— A więc: niech żyje „Fraternitas”, planeta braterstwa!
Przypisy:
1. miaukoty — w języku dzieci ulicy: żebranina. [przypis redakcyjny]
2. na lewo chodzić — kraść. [przypis redakcyjny]
3. Lewandówka — jedno z przedmieść Lwowa. [przypis redakcyjny]
4. miglanc — malec. [przypis redakcyjny]
5. batiar — andrus; [łobuziak; red. WL]. [przypis redakcyjny]
6. seło — wieś. [przypis edytorski]
7. Wysoki Zamek — góra zamkowa wraz z kopcem Unii Lubelskiej. [przypis redakcyjny]
8. Patrz jak bitne nasze rody (...) Ciągniem siebie za ogony! — Pieśń małp z Księgi Dżungli Kiplinga. [przypis redakcyjny]
9. świrk — w gwarze lwowskiej: wariat. [przypis redakcyjny]
10. speaker — marszałek sejmu. [przypis redakcyjny]
11. jeśli mieć poczucie równowagi, zręczność (...) — dziś raczej: jeśli się ma poczucie równowagi, zręczność (...). [przypis edytorski]
12. sztos (z niem.) — tu: cios, uderzenie. [przypis edytorski]
13. szwindel — oszustwo. [przypis edytorski]
14. przyjąć udział — dziś: wziąć udział. [przypis edytorski]
15. ulice zmieniły się nagle w pełną niebezpieczeństw i przygód dżunglę, a w dżungli polowały na siebie dwa plemiona czerwonoskórych: Polacy i Żydzi — mowa tu o rozruchach antyżydowskich, które wybuchły we Lwowie w listopadzie 1933 roku. [przypis redakcyjny]
16. emetyk — środek wykrztuśny. [przypis redakcyjny]
17. akademik — tu: student akademii, tj. uniwersytetu. [przypis edytorski]
18. Galileusz — wielki astronom włoski. Pracował dalej nad teorią Kopernika o ruchu Ziemi naokoło Słońca. Teoria ta uznana została wówczas za bluźnierczą. Zmuszony przez inkwizycję do odwołania swych „herezji”, jeszcze na łożu śmierci zawołał podobno: „Eppur si muove”: „A jednak się rusza!” [przypis redakcyjny]
19. Jakeś taki (daw.) — skrócone od: jak jesteś taki. [przypis edytorski]
20. kinder — w narzeczu uliczników lwowskich to starszy chłopiec wysyłający młodszych na żebraninę. Jego podwładni dzielą się z nim zarobkiem, a w zamian korzystają z jego obrony przed napastnikami. [przypis redakcyjny]
21. kułak — pięść; tu: cios zadany pięścią. [przypis edytorski]
22. sztajerek — taniec w metrum 3/4, pochodzący z regionów alpejskich, popularny dawniej w Polsce na ludowych, podmiejskich zabawach, wykonywany jak polka. [przypis edytorski]
23. wilia a. wigilia — dzień poprzedzający jakieś święto itp.; tu: dzień poprzedzający święta Bożego Narodzenia lub kolacja zwykle w ten dzień spożywana wspólnie. [przypis edytorski]
24. kutia — kasza z makiem i z miodem. [przypis redakcyjny]
25. niepokoju, nocą ciągłego czuwania, czy nie słychać kroków policjanta (...) i czy nie spędzą cię brutalnie z legowiska — przepisy policyjne nie pozwalają nocować na ławkach, na dworcu lub „na budowie”. [przypis redakcyjny]
26. głodna kuchnia” — w języku uliczników kuchnia dla bezrobotnych, jadłodajnia miejska. [przypis redakcyjny]
27. dzielnica żółkiewska — Dzielnica III Przedmieście Żółkiewskie, dawna dzielnica Lwowa; obecnie jej obszar należy po części do rejonu szewczenkowskiego i łyczakowskiego. [przypis edytorski]
28. Spica (łac., z gr. Stachys) — Kłos; najjaśniejsza gwiazda w gwiazdozbiorze Panny. [przypis edytorski]
29. aeroplan (daw.) — samolot. [przypis edytorski]
30. Mix, Tom, właśc. Thomas Edwin Mix (1880–1940) — amerykański gwiazdor z epoki filmu niemego i początków dźwiękowego, znany głównie ze swych ról w westernach. [przypis edytorski]
31. Kusociński, Janusz Tadeusz (1907–1940) — polski lekkoatleta, mistrz oraz rekordzista Polski w biegach średnich i długich; w 1932 r. złoty medalista olimpijski z Los Angeles w biegu na 10 000 m; w 1934 r. srebrny medalista pierwszych mistrzostw Europy na dystansie 5 000 m. [przypis edytorski]
32. Charles Vaillant — lekarz francuski, który stracił obie ręce, pracując przy roentgenie. [przypis redakcyjny]
33. Reed — jeden z bohaterów walki z żółtą febrą. [przypis redakcyjny]
34. Lindbergh, Charles — amerykański pionier lotnictwa, jako pierwszy przeleciał samotnie Atlantyk z Ameryki Północnej do Europy bez międzylądowań (1927). [przypis edytorski]
35. Szewczenko — poeta ukraiński, cieszący się wielką czcią wśród swego narodu. [przypis redakcyjny]