X
Było to wieczorem dnia czwartego Września 1819 roku, gdy pojazd Naomi wjeżdżał do Kopenhagi. Jakież tu było życie, co za ruch na ulicach, podwójnie rażące dla tych, którzy przybywali z prowincji. Nawet dawniej, kiedy niejednokrotnie już zwiedzała stolicę, nigdy w niej jeszcze nie widziała takiego ożywienia; wszyscy ludzie biegali, jakby krew w gorączce. Pojedyncze gromady ludu schodziły się na bocznych ulicach; zewsząd pędzili żołnierze, wysyłani z depeszami do letniego zamku królewskiego; wszystko razem dowodziło jakichś niezwykłych wypadków.
Naomi spuściła okienko w karecie i wyjrzała na zgiełkliwe tłumy. Ulica wschodnia, którędy droga ich prowadziła, cała napełniona była ludźmi; wszędzie słychać było dzikie okrzyki, brzęki tłuczonych szyb, nawet tu i owdzie wystrzały. Kareta musiała zjechać na boczną ulicę. Dwie damy w pewnym wieku, które z Fyonii razem z Naomi przyjechały do Kopenhagi, zaledwie już żyły z przestrachu.
— Cóż to jest? — zawołała z powozu Naomi, a w tej chwili latarnia uliczna całą twarz jej oświeciła. Jakiś człowiek z pospólstwa wpatrywał się w nią.
— Ona też należy do rodziny Mojżesza! — rzekł — pewnie to całe gniazdo żydów ucieka od nas co żywo!
— Hep! Hep!28 wrzasnęła rozjuszona zgraja, zbliżająca się szybko do karety; człowiek otworzył drzwiczki i zajrzał w środek, lecz Naomi w pierwszym, chwilowym zamieszaniu, przeciwległymi drzwiczkami wyskoczyła na ulicę. Tyczasem stangret zaciął konie i popędził z miejsca; kilku uzarów z dobytymi szablami wjechało między tłumy, w pośród których stała Naomi. Prędko też zebrała całą przytomność, zwolniła kroku i spuściła welon na twarz, chociaż nie wiedziała o niczym więcej, jak tylko że zebrało się nadzwyczajne zbiegowisko.
— Na miłość Boga, za mną! — szepnął tuż obok niej jakiś nieznajomy mężczyzna, uchwycił ją za rękę i wyciągnął z tłumu do najbliższej sieni.
— Tu już mała woda — rzekł — teraz popłyniemy przez podwórze, a potem panna będziesz bezpieczna, jak w komodzie swojej matki.
— Cóż znaczą te tłumy? — spytała Naomi.
— Dobierają się do krewnych panny! — odpowiedział nieznajomy i wymienił nazwisko rodziny, do której ona zdaniem jego zapewne należała i która cokolwiek była mu znaną. Podwórzem chciał ją następnie poprowadzić do mieszkania tych ludzi.
— Ja nie jestem żydówką! — rzekła Naomi:
— A więc, dalipan, flaga kłamie! — zawołał obcy. — Zresztą, i to prawda! toć widziałem, jak panna wysiadała z pojazdu! Ja się nazywam Piotr Wik, a okręt mój stoi w nowym porcie. Możesz mi się pani powierzyć bez obawy!
Naomi uśmiechnęła się. — Jużeśmy raz — rzekła — podróżowali z sobą z Szwecyi po lodzie.
— Ach prawda! oj! i wtenczas belek nie było pod wodą! — Więc witali się jako starzy i dobrzy znajomi.
Nazwała mu miejsce, gdzie na nią czekano i poszli jedną z mniejszych uliczek bocznych.
Dobre czasy dla szklarzy! — rzekł Piotr Wik — Tłuką szyby nie tylko u samych żydów. Najlepiej tym, co mieszkają na facjatkach, więc i ja tam mam moje kobiety, bom ich przywiózł aż dwie dla obejrzenia miasta, skoroć tu kilka dni zostanę. Chłopca wzięły z sobą; jaki on wyrosł duży, a jak już teraz ładnie rzępoli na skrzypcach! Ot tam na górze wszyscy siedzą! — i wskazał na jedną z oficyn obocznego domku.
— Czy to dziś w wieczór zaczęły się te rozruchy? — spytała Naomi.
— Tak jest! ale nie tak prędko ustaną. W Hamburgu rozpoczęli taniec, a stamtąd jak ognik przeszedł do nas; teraz mówią, że w porcie stoją dwa okręty z żydami, którzy tutaj niby chcą osiąść w mieście. Wszystko to kłamstwo, lecz jednak ludzie wierzą!
Kiedy jeszcze z sobą mówili, tłum ludzi z pobliskiego placu hurmem wpadł na uliczkę, gdzie się właśnie znajdowali i zatarasował im drogę. Piotr Wik przez chwilę stanął wątpliwy co czynić, — aż na koniec usłyszał biegającą, za sobą zgraję chłopców. Tuż obok leciały szyby.
Mnie się zdaje — rzekł — żeśmy z deszczu wpadli pod rynnę, z popiołu w sam środek ognia!
— Ależ jednak musimy wydobyć się! — zawołała Naomi.
— Tak jest, bylebyśmy kamieniem nie dostali po karku — odpowiedział Piotr Wik. —
— Mnie się zdaje, że nie wszystkie kamienie lecą z ulic. Toć tak wygodnie rzucać także kamykiem z okienka sąsiada; te burze lądowe daleko bywają gorsze od morskich! Mnie się zdaje, że najlepiej byłoby, gdybyś jaśnie panna na ten raz kontentowała się towarzystwem moich kobiet, a ja bym tymczasem wystarał się o najęcie karety.
Tłok ze wszystkich stron zwiększał się, gdyż małe zaułki, łączące główną ulicę z tą, przez którą właśnie przechodzili, były jakby kanałami dla ściągnięcia rosnącego tłumu.
— Gdybyś jaśnie panna chciała przytrzymać mnie za połę od surduta — rzekł Piotr Wik — to ja bym posłużył za latarkę! — i weszli na ciemne, wąskie schody. Zastukał do drzwi, a głos kobiecy zapytał go, kto by tam przyszedł. — To ja, ty gąsko! — odpowiedział Piotr Wik i weszli do małej izdebki.
Łucja stała ze świecą w ręku, a matka jej, w ubiorze na wpół wieśniaczym, razem z gospodynią i Krystianem siedziała przy skromnej wieczerzy.
— Zetrzyj kurz z krzesełka dla jaśnie panny! rzekł Piotr Wik, — teraz pójdę po statek! — i wybiegł znowu z pokoju, gdzie wzajemne zadziwienie z obu stron było jednakowo silne. Wszyscy troje tymczasem powstali, lecz jeszcze nie wymówili ani słowa.
Naomi przeprosiła za subiekcją i opowiedziała całą swoją przygodę, po czym dopiero i tamci stali się nieco rozmowniejsi.
Wszyscy bali się fatalnego rozruchu, głównie zaś Łucja, która pierwszy raz była w Kopenhadze, i która tak długo już cieszyła się na spodziewany pobyt w tej wspaniałej stolicy. Wdowa, u której mieszkały, była starą przyjaciółką matki Łucji, bo kiedyś podobno w młodości razem służyły we dworze. Piotr Wik zabrał je z sobą, a zarazem i Krystiana, gdyż cały jego pobyt w mieście miał trwać najwięcej dwa tygodnie, — jedna zaś połowa tego czasu już minęła.
Tak jak Paryż w dniach lipcowych mógł się wydawać spokojnemu mieszkańcowi północy, tak wydała się potulnym przybylcom z prowincji wzburzona Kopenhaga; ale jednak, ileż tu nagromadzonego przepychu i bogactwa, — wiedzieli nawet, że im to wystarczyć potrafi na przedmiot do rozmowy na całą resztę życia. Stajnie królewskie z filarami marmurowymi i sklepionym sufitem daleko były wyższe od wszystkich znanych im kościółków wiejskich; giełda ze wszystkimi sklepami, które wyraźnie tworzyły dwie ulice, była jakby małym miasteczkiem pod dachem. Widzieli całą rodzinę królewską płynącą przy odgłosie muzyki przez kanały do portu Frederiksberg; byli na okręcie liniowym, tak ogromnym i tak strasznym, że dopiero zobaczywszy go, można sobie było wyobrazić Arkę Noego, gdzie chowały się wszystkie gatunki zwierząt ziemskich.
O tym wszystkim dowiedziała się Naomi przez pewien rodzaj duetu opowiadawczego pomiędzy matką a córką, — matka jednakże miała pierwszy głos, przerywany jedynie pojedynczymi okrzykami ulicznymi, lub tętentem końskich kopyt w czasie przejazdu patroli; wówczas bowiem przeżegnywała się i ledwie donośnym głosem wybąkła: — Jezu Chryste! zlituj się nad nami! — Łucja nie mogła się wcale napatrzyć Naomi, o której Krystian tyle jej opowiedział.
Blisko godzina minęła, a Piotr Wik ciągle jeszcze nie wracał: pewnie trudno musiało być o powóz. Na ulicy wszystko już zdawało się spokojnym, a tu jeszcze czekano na próżno. Każdy turkot pojazdu zapowiadał im powrót zacnego kapitana, lecz wszystkie pojazdy przejeżdżały mimo. Nadaremnie też rozpoczynały nową rozmowę; jakoś nie szło, bo wszyscy mieli oczy niespokojnie wlepione we drzwi od sieni, którymi Piotr Wik miał wrócić, a nie wracał. Naomi czuła się nieswoją w małym ciasnym pokoju, pomiędzy obcymi ludźmi.
Stróż nocny zagrzechotał jedenastą, a oni jeszcze siedzieli samotnie.
— O Boże! westchnęła Łucja — aby go tylko nie zabili! alboż to trudno w takim zgiełku niewinnemu oberwać za winnego!
— Toć oni strzelają tylko prochem! — zawołała Naomi. — Zresztą ja się już nie boję i rada pójdę do domu, aby mnie tylko Krystian odprowadził.
— Nie! nie! — zawołały tamte kobiety — to być nie może! jeszcze trzeba poczekać.
Gospodyni dla przepędzenia czasu przyniosła talię kart.
— Ale żeby też Krystian zeszedł na dół i wyjrzał za nim! — rzekła Naomi. On był gotów i przyrzekł, że nie długo powróci.
— Na miłość Boską! tylko bądź ostróżnym — rzekła Łucja. — O! ja się tak boję o niego!
— Toć on dorosły mężczyzna! — odpowiedziała Naomi — a jeśli się nie mylę, on daleko od sieni nie odejdzie. — Rzeczywiście jednak tak nie było.
Teraz kobiety były same.
— Słyszycie! — zawołała Łucja — już znowu stróż nocny grzechocze. Ach! jak to straszno w takim dużym mieście! A ludzie mieszkają tak wysoko; jedna familia wyżej od drugiej! Dałby Pan Bóg, żebyśmy już tylko byli znowu w domu!
— Ależ tam tak nudno! — rzekła Naomi.
— O nie! — odpowiedziała Łucja. — W lecie, aby tylko pogoda, zawsze się jest na świeżym powietrzu, a w zimie zawsze jest nad czym dłubać. Aż mi tęskno teraz do dachu sąsiada i do krzywych jego okien, na które przez tyle lat nieprzerwanie patrzyłam z mej facjatki; — tak jest, aż mi tęskno, bo tam niczego się nie boję, jak tutaj. Wprawdzie tu z samego początku wszystko mnie bawiło, cały ten przepych, te bogactwa, — ale nawet, gdym to oglądała, doznawałam jakiegoś uczucia przykrego, że samymi tylko obcymi ludźmi jestem otoczona, że mnie żaden z nich nie zna, a ja dla nich wszystkich jestem zarówno obojętną. Dziwna to myśl, ale jednak prawdziwa!
Krystian tymczasem był na ulicy. Chwilowo wszystko ucichło; drzwi i bramy na rozkaz władzy były pozamykane, lecz przez okna wszędzie widać było światła, — znak, że jeszcze się ludzie nie pokładli. Każdy dom zdawał się niemym lunatykiem, w którego wnętrzu poruszało się całe życie myśli. Na sali tylko, gdzie pospólstwo hula nocami i tańczy, dziś już było ciemno; żaden promień światła nie wychodził na ulicę przez wyrznięte w kształcie serca otwory w okienicach. Krystian wspomniał matkę Małgorzatę. Piotra Wika nigdzie nie dojrzał, a u znajomego mu doróżkarza wszystko było zamknięte; nikt nawet nie otworzył, gdy zastukał do bramy. Smutna to więc była odpowiedź, z którą wrócił do czekających.
Naomi uchwyciła całe położenie ze strony romantycznej, jakoż jedyna to była strona cokolwiek znośniejsza. Łucja o mało co nie rozpłakała się.
— Jeżeli wujo nie wróci do dwunastej — rzekła — to zmiłuj się Boże, ale pewnie jakieś będzie nieszczęście!
— Pan Bóg dobry i łaskawy! — odpowiedziała jej matka i rozłożyła karty, żeby też zobaczyć, co one powiedzą.
— O matko! — zawołała Łucja — rzuć karty! mnie się zdaje, że to jakby bluźnierstwo, w taki dzień jak dzisiaj siedzieć nad kartami!
Już było trzy kwadranse na dwunastą; kobiety liczyły każde uderzenie zegaru. Tak samo jak ludzie na okręcie Kolumba, i one naznaczyły sobie pewien czas, po którym wszystka nadzieja już miała być straconą; tylko że tamci oznaczyli dzień, a one godzinę, bo dwunastą.
Tymczasem poczciwy Piotr Wik także liczył kwadranse, a nawet już przed dwiema godzinami; teraz poddał się pod nieuchronną konieczność, bo i zresztą znajdował się w licznym towarzystwie, do którego jednak pod żadnym względem nie można było zastosować słów Goethego:
«Dobrą kompanię widziałem, co zwykle się dobrą nazywa
Gdy w niej treści nie znajdziesz na żaden najmniejszy poemat.»
W samej rzeczy, trudno było towarzystwo to nazwać dobrem, lecz natomiast tym przydatniejszym być mogło dla poety, zwłaszcza romantycznego, gdyż składało się z pewnego rodzaju charakterów mieszanych, — jednym słowem, było to takie towarzystwo, jakie w czasie nocnych rozruchów policja zwykle zbiera na bruku. Wszyscy zgromadzeni tu byli w dużej przestronnej sali, we dnie zwykle używanej do inkwizycji; przez okienko nade drzwiami zachodziło do niej słabe światełko. Kilkadziesiąt ludzi ujętych tego wieczoru jako wichrzyciele spokojności publicznej, siedziało lub leżało w najrozmaitszych grupach.
— Prawo idzie swoim biegiem! — rzekł Piotr Wik. — Wprawdzie była to mała pomyłka, że i mnie tutaj zamknięto! ale cóż na to poradzić? Jutro wszystko się wyjaśni! — Pomyślał o swoich kobietach, o Krystianie i o Naomi, która czekała powozu! — Będzie ona musiała długo czekać! — Toć on dosyć wyraźnie powiedział wszystko uzarom, którzy schwycili go w tłumie, ale tym panom tak strasznie było pilno! Ani go słuchać nie chcieli! tak samo i wachmistrz nic nie zważał na jego gadanie! Ot! i wsadzili go do kozy i zasunęli na dwa rygle. Nie było co robić, chyba położyć się i przespać tę jedną noc; — jutro był pewien, że sobie wnet papiery wyklaruje.
Kiedy zegar wieżowy wybił dwunastą, Piotr Wik już spał snem spokojnym, gdy tymczasem w domu u niego już byli przekonani, że go spotkało jakie wielkie nieszczęście. Cóż tu było robić? Naomi pierwsza poddała się konieczności; oparła więc głowę o poręcz fotelu, a zmęczona podróżą wnet zasnęła. Wtenczas dopiero Łucja zaczęła rzewnie płakać, aż dopóki i jej sen nie zmorzył; — ale jej się nie śniło, jak Naomi, o dniach pogody w Fionii, o kurhanach rycerzy i o płynących w powietrzu obłokach, — jej się śniło o niespokojnym morzu, które przebyła, o niespokojnym mieście, w którym bawi, więc oddech jej był ciężki, a pierś jej podnosiła się, jakby w chorobie. Cicha, łagodna dziewczyna we śnie zdawała się obrazem namiętności, gdy tymczasem gwałtowna Naomi wydawała się stworzeniem pełnym słodyczy i spokoju. Krystian przyglądał się jednej i drugiej. Niespokojne sny, które siłą galwaniczną działały na Łucję, przypomniały mu owę noc przy źródle; — obawiał się o nią, czyli przez sen nie powróci czasem do owego dawniejszego stanu obłąkania. Aż przykro mu było patrzeć na nią.
Mimowolnie stanął tuż przy Naomi i w nią wlepiał swój wzrok, aż dopóki krew jego nie przeszła ogniem; jakiś gwałtowny instynkt, jakieś niepohamowane uczucia ciągnęły go, żeby usta swoje do jej ust przycisnąć. Przyglądając się jej, napoił się silnym jadem miłości. Ona siedziała niewzruszona; piękna głowa Meduzy nie przemieniła go w kamień, lecz owszem rozmiękczyła jego serce, gdy tymczasem Łucja przejmowała go przestrachem.
Świeca dopalała się, lecz on tego nie dostrzegł, aż dopiero gdy przed samym zgaśnięciem płomień na chwilkę mocniej się rozniecił.