XI

Dom barona, w którym mieszkała Naomi, był domem bardzo zamożnym; wszyscy w nim uchodzili za patriotów i wyrażali zdanie, że Naomi nie jest do swego kraju przywiązaną, jakkolwiek jaki Armand Carrel któregokolwiek kraju byłby ją niezawodnie uznał niezmiernie przydatną do służby, pod sztandarem wolności swego wieku. W domu tym czytano bardzo wiele, a jednak znajomość literatury ojczystej ograniczała się jedynie na doniesieniach w Gazecie Policyjnej i na oryginalnych komediach, które od czasu do czasu przedstawiano w teatrze, kiedy właśnie przypadł abonament familijny. Natomiast często można było słyszeć państwo baronostwo wołających w zachwyceniu nad jakim romansem angielskim: — Ah! que c’est superbe! chociaż romans ten nieraz daleko bywał lichszym od tego, co nasze własne wydaje piśmiennictwo. Nie pamiętano o tym, że wszystko na świecie podlega prawu natury, a zatem i poeta; sława jego nie zawisła od wartości jego dzieł, lecz od wielkości ojczyzny, która mnoży się przez własną jego wielkość, a trzeba wiedzieć, że kraj zawsze tu przedstawia liczbę dziesiętną. Rodzina baronowska była bardzo religijną, to jest lubiła chodzić do kościoła i słuchać kazań nadwornego kaznodziei. Przeciwnie Naomi najzupełniejszą była kacerką. Tak samo jak w naszych czasach artysta Adam odważył się, Panteon ozdobić statuami Woltera i innych wielkich geniuszów, zamiast pobożnymi obrazami ś. Genowefy i legend, tak i ona w świątyni swojej wiary zamieściła Sokratesa, Mahometa i Zoroastra. Uznawano wprawdzie, że Naomi jest piękną, ale bardziej jeszcze, że dziwaczną; widocznym było, że wszyscy znali jej pochodzenie, więc brakowało kilku zer do cyfry wewnętrznej jej wartości. Jednakże wszyscy byli dla niej niezmiernie grzeczni, z ową wykwintną lodowatą grzecznością, która tak w każdej rzeczy przebijała się, że właściwa oppozycya była niepodobną. Gdyby Naomi pochodziła ze sławnego rodu, możemy być pewni, że sama przywiązywałaby do niego niejaką wartość, boć w każdym razie jest to naturalną zaletą, urodzić się w familii, która zasługami swymi odznaczyła się przed innymi; w żadnym zaś przypadku nie byłaby poszła za przykładem owej szlachty, wspominanej nam przez historią, która pierwszą rewolucją francuzką natchniona do poświęceń, zrzekła się swych dyplomów i chciała być prostym mieszczaństwem. Teraz przeciwnie odwagę tych ludzi wynosiła pod niebiosa, dowodząc, że tym dopiero sposobem dowiedli prawdziwego szlachectwa swego ducha. Gdyby teraz stary Joel wszedł do sali, gdzie siedziała Naomi obok szlachetnie urodzonych panien, może by z pewną dumą, tamtym na przekorę, była przyznała się do dawnej z biednym żydem znajomości.

Pewien autor duński powiedział, że w Danii tylu jest kamerjunkrów, iż gdy Duńczyk przyjedzie do Hamburga, gdzie w hotelu nie znają jego godności, wówczas na chybi trafi tytułują go kamerjunkrem, a rzadko kiedy omylą się. Do domu baronostwa schodziła się tedy cała ta masa, a był pomiędzy nią jeden, którego ze względu na Naomi uważano zupełnie odmiennie od innych, bo urzędowym jej adoratorem, to jest, on ciągle powtarzał wyrażenia głębokich swoich uczuć, którym atoli ona ani razu nie chciała zawtórować. Był to Holzatczyk, a więc Niemiec, i to jeszcze duszą i ciałem; — ale, jak się wyrażała Naomi, za to nie można było ganić go, gdyż język, nie zaś granice polityczne, albo rzeki i góry, rozdzielają między sobą narody. Na północy Norwegia z Danią to rodzeństwo, Szwecya jest siostrą przyrodnią, Niemcy kuzynem, a Anglia jakimś niezmiernie dalekim krewnym.

Ojciec kamerjunkra niedawno doczekał się pięćdziesięcioletniego jubileuszu swej godności; zdaniem Naomi doczekują go się zwykle ci wszyscy, którzy się tym jedynie odznaczają, iż Pan Bóg nie chce ich przyjąć do swej chwały, — chociaż, prawdę mówiąc, podobne zdanie jest wielkim bluźnierstwem.

W Lutym przybyło z Szwecyi niemieckie towarzystwo sztucznych jeźdźców, którzy już w Maju wybierali się do Wiednia. Kamerjunkier wziął lożę i zaprosił do niej całą rodzinę. Szczególnie baronówna Emma passyami (jak się wyrażała) lubiła konie, jakoż co dwa tygodnie płaciła dwa talary, żeby się przejechać na spacer z berajterem królewskim; nikt tedy więcej od niej nie ucieszył się owym zaproszeniem. Duenną młodych panien, które kamerjunkier prowadził do swojej loży, miała być jego ciotka, hrabina Höhn, pod portretem której wybornie można było umieścić wyrazy Lesaża:

C‘est la perle des duègnes, un vrai dragon pour garder la pudicitè du sexe.

Kamerjunkier wiele mówił o przyjemności, jakiej spodziewał się z tego widowiska; wszystko bowiem, co widział w teatrze Kopenhagskim, daleko lepiej przedstawiono w Hamburgu, owym właściwym biegunie północnym cywilizowanej Europy.

Z jaką też szybkością przejeżdżał powóz przez pokryte śniegiem ulice! ileż tysięcy razy obracały się cztery jego koła, a wraz z nimi owo wielkie koło przeznaczenia! Ach! czemuż lepiej kareta nie załamała się w drodze, żeby się damy choćby najwięcej przelękły, a Naomi czemuż nawet nie złamała ręki albo nogi! Zapewne! byłoby to okropne nieszczęście! ale czy już kiedy kto słyszał, żeby jaki wypadek spotkał delikwenta, którego wiozą na rusztowanie, żeby na przykład oś pękła, albo konie jego wozu rozbiegły się?

Publiczność zgromadziła się nader licznie. Orkiestra grała jedną z owych lekkich, eterycznych melodyj, które za pierwszym razem sprawiają na nas wrażenie gustownie wystrojonej piękności, wchodzącej do sali balowej: wszystko w niej świeże, rozkoszne, nadpowietrzne; ale później — tak jest, później także podobne są do owej dziewicy po nocy przetańczonej.... cała w nich świeżość znikła bezpowrotnie.

Wyprowadzono prześliczne konie: w pierwszym kursie nie uczestniczyli jeszcze najcelniejsi członkowie towarzystwa, ale Naomi od razu poznała, że to ci sami jeźdcy, których widziała w Odensee; wzięła więc afisz i przeczytała imię Władysława.

Ta sama amazonka z powiewającym piórem i z chorągwiami w ręku stała już na galopującym koniu; Naomi zrazu myślała, że na chwilę tylko zamknęła oczy i prześniła krótki sen od ostatniego widowiska w Fionii: te same bowiem były ruchy tamtej, ten sam uśmiech do tej samej, co wówczas muzyki; a jednak amazonka od owej pory była już w Petersburgu i w Stockholmie i tego lata jeszcze, podług tejże muzyki, z tymiż chorągwiami, wystąpić miała przed poczciwą i wesołą Wiedeńską publicznością. — Ach! cóż to za życie szczęśliwe i ruchliwe! Jak to być musi pięknie, coraz to w innych obracać się krajach, coraz zobaczyć cóś nowego i nigdy nie wracać na długie zostanie! — Tak myślała Naomi i cała przejęta była uroczym widokiem.

Znowu trąby zagrzmiały i na pysznym karym koniu wjechał do szranków Władysław: kłaniał się na wsze strony zgromadzeniu, jak dziedzic wita swych wazalów. Ubiór jego był polski: karmazynowa rogatywka obsadzona była czarnym barankiem, spod którego lśniły jeszcze ciemniejsze, własne jego włosy; ślady dawnej słabości znikły zupełnie, ale jednak rumieńca na twarzy nie było, tylko jakaś cera brązowa zaległa na dumnych jego rysach; w ciemnych oczach widny był wyraz powagi i bystrej, a głębokiej myśli.

Zaledwie się pojawił, kiedy już przystojny, pełen siły młodzieńczej mężczyzna, zjednał sobie zajęcie całej publiczności. Widać to było i słychać w szemraniu podziwu, gdy tymczasem jego cała uwaga zwróconą była na konia i ni jedno spojrzenie nie padło na publiczność. Teraz objechał w dzikim szale całe szranki, wywijał w powietrzu ostrymi pałaszami i najśmielsze wykonywał skoki; wszystko zdawało się igraszką, jak gdyby on wraz z koniem swoje sztuki dla wzajemnej tylko pokazywali sobie zabawy. Jeździec objawiał śmiałość zastraszającą, gdy tymczasem jego zwinność i siła nadawały jej pozór żarciku. Patrzano na niego z tą samą spokojnością, z jaką patrzym na ptaka bujającego nad niezmierzoną przepaścią; wiemy bowiem, że siła skrzydeł nie zawiedzie go.

Nie jedna kobieta zakryła twarz rękoma, podczas gdy wielka masa przyklaskiwała jego zuchwalstwu. Naomi wychyliła się daleko za lożę; oczy jej zaiskrzyły się, on był pierwszym mężczyzną, na którego spoglądała z podziwem, pierwszym na którego spojrzała z uznaniem, że pod pewnym względem stoi wyżej od niej.

Po Władysławie inni jeszcze pokazywali swoje sztuki, lecz żaden już nie był tyle co on przystojny; on też zakończył widowisko przedstawieniem Mazeppy, który przywiązany do konia, z głową na dół spuszczoną, przelatywał wściekłym pędem przez szranki, tak jak ongi hetman kozaków pędził przez niezmierzone stepy.

Wieczór był cudowny; nawet kamerjunkier był zajęty i mówił tylko o dzielnym Władysławie. Całą noc prześniła Naomi o — Krystianie. — To mi też taki, o którym warto zaśnić! — pomyślała i nawet z rodzajem pewnej goryczy wspomniała przyjaciela swego dzieciństwa.

W kilka dni potem opowiadała baronówna Emma, że kilka dam z wyższego towarzystwa zamierza brać od Władysława lekcje jazdy konnej.

— I ja także! — rzekła Naomi, a ponieważ najstarsza córka domu należeć miała do tych lekcji, trudno było przystępu do nich odmówić energicznej Naomi. Kamerjunkier teraz już był zdania, że ten włóczęga zbyt wiele ma szczęścia.

Rok tysiąc osiemset dwudziesty obfitował dla Danii w różne wypadki: skarb państwa zachwiał się; doktor Dampe wraz z kilkoma niespokojnymi hersztami chciał zachwiać całą budową państwa; w rzeczach religijnych rozwinęły się spory, a każde stronnictwo zamierzało zachwiać stronnictwem przeciwnym; przy tak licznym i tak znakomitym zachwianiu, nie wspominamy już o sercach kobiecych, którymi zachwiał piękny Władysław, bo dla ogółu te serca są tym, czym są bańki wodne dla koła młyńskiego. Tymczasem Władysław znał tę swoją stanowczą potęgę, choć najmniejszego nie dawał znaku, że wie o niej w samej istocie. Przy lekcjach był on nauczycielem najbardziej ugrzecznionym, lecz zarazem najbardziej milczącym; wyrazy jego ograniczały się jedynie na rzeczach najniezbędniejszych do nauki; niekiedy tylko widziano uśmiech igrający na pięknych ustach, ocienionych ciemnym wąsikiem, a wówczas oczy jego zaiskrzały się. Baronówna Emma zrobiła uwagę, że w tym wyrazie cóś jest niedobrego, Naomi zaś, że dowodzi jakiegoś przytłumionego zmartwienia; jakkolwiek bądź, takim sposobem stał się dla nich nierównie więcej zajmującym, aniżeliby go uczyniła cała wymowa najsławniejszych mówców wszystkich czasów i narodów.

Żadna ze wszystkich uczennic nie dorównywała Naomi w zręczności i niezaprzeczonym talencie, ale żadna też poprzednio nie pędziła tak dziarsko jak ona, przez pola i lasy na nieosiodłanych, najognistszych rumakach.

Przodkowie nasi w wiekach średnich zapisywali swoje runy miłosne na jabłkach, a której się kobiecie takie jabłko dostało, ta zapłonęła ogniem gorącej miłości; ale runy podobne zapisać można na innych jeszcze przedmiotach: na czole, na uśmiechniętych ustach i w wyrazie dumnych oczów. Jedno uściśnienie ręki, jedno spojrzenie może stać się owym jabłkiem, z którego trafiona wysysa słodką i zjadliwą truciznę.

Kto po raz pierwszy kocha, ten patrzy na świat przez szkiełko pryzmatyczne: na każdym ostrym kancie, na każdej linii, spoczywa siedmiobarwna nadzieja. W ludzi powszednich wnika wówczas bożek poezji, a poeci śpiewają najbardziej natchnione swoje pieśni.

Dwudziesto-letni młodzieniec, który już zajmuje ośmnastoletnią dziewicę, za kilka dni niezawodnie stanie się przedmiotem jej miłości.

W połowie Kwietnia sztuczni jezdzcy występowali po raz ostatni. Jeszcze Cyrk nie był otwarty: w stajni stało dwóch koniuszych, zajętych ubieraniem koni; przy pięknym zaś ogierze, na którym zwykle jeździł Władysław, ujrzemy tego atletycznego, pięknego młodzieńca z śniadą cerą; krucze jego brwi zmarszczone były nad ciemnymi oczyma. Ubiór na nim był jeszcze zwyczajny: krótka kurtka i spodnie z jeleniej skóry, co jak ulane przylegały do każdego muszkułu. Lewa jego ręka spoczywała na karku bieguna i przez to występowała w korzystniejszym jeszcze świetle; była bowiem silną, a zarazem szlachetnego kształtu. Władysław czytał jakiś list, maleńki tylko świstek papieru, — lecz papier ten był różowy ze złoconym brzegiem, a na nim siedział jeszcze czerwony opłatek. Widocznie był to list od kobiety; — dlatego też może lekki uśmiech igrał na jego ustach.

Archeologowie nasi utrzymują, że w starożytności najcelniejsze utwory rzeźby bywały malowane. Na zarzut, jakoby przez kolory posągi te nabierały pewnej sztywności, wspólnej wszystkim figurom woskowym, odpowiadają oni, że zwykle figury woskowe nie bywają utworami sztuki, jeżeli zaś potrafią wznieść się do tej godności, wówczas kolory przyczyniają także znaczenia ich kształtom prawdziwie mistrzowskim. Nie wiemy, czyli ci panowie mają słuszność. — ale nam idzie tu tylko o myśl przez nich podaną. Wyobraźmy sobie tedy Apollina Watykańskiago, równie artystycznie powleczonego farbami, jak wyciosanego z marmuru, z cerą twarzy brązową, jak u Napoleona, z oczyma ciemnymi i wyrazistymi, jak u synów Arabii, a będziemy mieli istny wizerunek Władysława.

Było to, jak rzekliśmy, ostatnie przedstawienie sztucznych jeźdźców; publiczność hucznym oklaskiem powitała swego faworyta: rodzina barona miała dwie loże, w których oczywiście były także Naomi i baronówna Emma.

Przedstawiono scenę turniejów: Władysław, przybrany w zbroję rycerską, wjechał w szranki i kłaniał się lancą, a kłaniał się wprost do loży, w której siedziały dwie jego uczennice, Emma i Naomi. Emma zarumieniła się, — Naomi uśmiechnęła.

O! cóż to za noc pełna marzeń była dla rozmarzonej Emmy! Naomi zaś chyba następnej dopiero nocy uległa podobnym marzeniom, a zapewne bardzo długim, bo z rana już wybiła dziesiąta, kiedy jej jeszcze nie było przy śniadaniu.

Posłano służącą, by ją przebudziła, ale panny nie było już w sypialni, a natomiast znaleziono tylko bilecik od niej z przeproszeniem, że wieczorem odjechała do Fionii: nie prosty to był kaprys, jak się wyrażała, lecz nieuchronna konieczność, a następną pocztą miała bliżej jeszcze wyjaśnić cały ten wypadek.

Wiadomość ta przeraziła wszystkich; tegoż samego dnia wysłano list do starej hrabiny, donosząc jej o tak dziwnym odjeździe. Zresztą może nie było się czego niepokoić, gdyż nagłe powzięcie zamiaru i równie nagłe jego wykonanie zgadzało się najzupełniej ze znanym jej charakterem.

W parę dni nadeszła odpowiedź starej hrabiny, niezmiernie przestraszonej, bo ani na oczy nie widziała Naomi, nawet listu nie odebrała żadnego od niegodziwej tej dziewczyny.

Było to, jakeśmy powiedzieli, mniej więcej w połowie Kwietnia; czekano już nadejścia wiosny, czekano powrotu bociana — a tak! bociana! Cóż to za dziwny ptak ten bocian! Ile razy zawita do nas z krain południowych, tyle razy czujemy w sobie niepohamowany pociąg do podróży w te strony, skąd on wraca: ciepłe słońce wabi nas z pokoju; radzi byśmy zobaczyć, jakie są już pączki na drzewach i wychodzimy na ulicę; Kopenhagczyk idzie do portu i przypatruje się odjazdowi okrętów; statek parowy wyrzuca czarny dym w powietrze, koła szumią, a statek leci: jakaś rzewna ogarnia nas tęsknota, zaprawdę, dziwnie rzewna! Wprawdzie niejeden poczciwiec mówi: — Dalipan! mnie i tu nieźle, wcale nieźle! — ależ nie na to podróżujemy, nie na to nawet żyjemy żeby nam było nieźle, choć poczciwiec oczywiście tego nie pojmuje. Tymczasem statek parowy odpływa i wymija wspaniały okręt żaglowy.

Gutzkow powiada w swojej Wally29: „Umysły powszednie nic nie znają genialniejszego, nad wierne odrysowanie siebie samych, swojej ciotki, swego kota, szalu, drobnych sympatii i słabostek. — Niektórzy krytycy i literaci nie umieją gdzie indziej szukać natchnienia, jedno tylko w rzeczywistości. — Dzisiejsza poezja sama się zapładnia. Rzeczywistość żyje własnym, mieszczańskim i kipiącym tłuszczem.” — Dom barona mógłby nam w tej mierze niemało dostarczyć materiału, lecz my niekoniecznie potoczności szukamy w potocznym życiu i opuszczamy dlatego rodzinę, w której by czego innego nikt nie dopatrzył się.

Naomi odważyła się raptem odjechać; my pozwolimy sobie uczynić to samo i również opuścimy Kopenhagę, boć teraz wiosna, a statek parowy gotowy do podróży — tylko że nie odpływa do Fionii, nie będziemy więc mogli odwiedzić Krystiana, ani Łucji i innych tamtejszych naszych znajomych. I cóż to szkodzi? Dla samej oryginalności pojedziemy tym statkiem, toć się nam zawsze choć coś okroi, choć coś nas spotkać musi! Przyrzekamy tedy, że nie prędzej powrócimy do Danii, dopóki nie doznamy jakiej przygody, która by choć w części opłaciła nam podróż; jeśli zaś nic nas nie spotka, wtenczas już nigdy chyba nie wrócimy. Zresztą jednego znajomego, biednego krawca, ojca Krystiana, już mamy zagranicą; — może on właśnie w tej chwili zasyła swe pozdrowienie do Danii przez bociana, którego widok tak nas przejął do głębi.

Jesteśmy na pokładzie: statek parowy płynie.

Piosnka ludowa mówi:

«Co się w morzu ukryło,

Tego jakby nie było.»

Ale w samej rzeczy, bardziej jeszcze jakby nie było tego, co pływało jedynie na powierzchni. Skoro się zamknie bruzda, wówczas nie ma już śladu drogi, którędy przechodził okręt; inaczej, ileż by twarzy ludzkich wyjrzało spod szklistej fali, gdyby zwierciadlana powierzchnia trzymała każdy obraz, co się na niej odbijał! Ujrzelibyśmy wówczas także Władysława, ujrzelibyśmy dumną i piękną jego głowę. Wszak zaledwie dni parę minęło, odkąd z całą swoją trupą przepłynął tą samą drogą. Towarzystwo powiększyło się o jednego Duńczyka, młodziutkiego wyrostka, mającego co najwięcej z jakie lat piętnaście; lecz w każdym razie zdaje się, że na rozpoczęcie tego rodzaju zawodu artystycznego, wiek ten już nieco jest spóźniony. Wprawdzie członki jego były delikatne i giętkie, oczy wyrażały siłę woli, drobne wąsiki jakby mchem posypały się nad świeżymi ustami; — nazywano go panem Krystianem. Z paszportu dowiedziano się, że jest rodem z Fionii. Gdy się ich okręt zbliżał do brzegów Meklemburgskich, stał on na pokładzie z ręką opartą na ramieniu Władysława, — patrzał na północ, przez morze, owe nasze Alpy pływające, które nas dzielą od — wcześniejszej o dwa tygodnie wiosny.

Tak jest, o całe dwa tygodnie dalej posuniętą tu ujrzeli wegetacją drzew i roli, gdy opuściwszy statek rozpoczęli podróż lądową.

Młody Duńczyk wcisnął pocałunek na usta Władysława. — Twój! — zawołał — twój na zawsze!

A Władysław z uśmiechem odpowiedział: — Mój! Mój! — czy byłeś ty już kiedy na morzu? — A młody Duńczyk cały zarumienił się i przytulił twarz swoją do piersi Władysława, który mu oddał pocałunek.

— Mój — czy byłeś ty już kiedy na morzu? — Tak! gdyby fale umiały mówić, a my byśmy je rozumieli, niezawodnie dużo ciekawych usłyszelibyśmy historyek. Ryby wprawdzie wiedzą o wszystkim, — ależ ryby są nieme. Wszędzie widna mądrość w naturze! Ryby są nieme, żeby nie powtarzały tego, co plotą fale, a robaki w ziemi są nieme, żeby nie powiadały, jak umarłym nudno w ich grobach. — — I my też będziemy nimi, jeśli nas kto zapyta o wyjaśnienie powyższych kilku wierszy.

Towarzystwo wybrało najbliższą drogę, a zatem udało się do Hamburga nie przez Lubekę, lecz przez małe miasteczko Möln, sławne grobem, równie jak Werona i Assisi30, bo grobem Tylla Sowizdrzała. Mówią, że go pochowano z głową na dół spuszczoną; na grobowcu zaś wyciosano sowę i zwierciadło. Niegdyś stało tu drzewo, w które każdy wędrowny rzemieślnik wbijał gwóźdź, na znak pamiątki a razem słodkiej nadziei; w czasie wojny jednak drzewo to ścięto. Zresztą z Sowizdrzałem tak samo, jak z Homerem: powątpiewano o jego rzeczywistości i wyobrażano sobie, że jedna ta nazwa pokrywa kilka osób. Ale już dajmy temu pokój, a raczej przejdźmy się po mieście i poszukajmy naszego Sowizdrzała, bo Naomi.

Möln jest to staroświeckie i ciekawe miasto. Wchodzimy teraz w jedną z ciasnych jego uliczek, do domu o grubych murach i nielicznych, a wąskich oknach. W obszernej sieni widzimy pojazdy sztucznych jeźdców, bryczkę gospodarza i ogromny magiel; stół jest nakryty: wygląda tu tak, jak gdyby wszystkie izby całego domu, z wyjątkiem chyba sypialni, połączone były w tej jednej, zwanej sienią.

Po opuszczeniu statku, towarzystwo już odbyło podróż 6-milową i dlatego teraz nie żałowano sobie różnych wygód. Młody Duńczyk, którego zwali Krystianem, siedział w pośrodku między Władysławem a Józefiną, ową znajomą nam damą z powiewającym piórem i różnobarwnymi chorągwiami. Wszystko śmiało się i weseliło; nawet Władysław mniej był poważnym i ponurym niż zwykle, a dumny jego wzrok zdawał się dziwnie wyrazistym.

Pajac śpiewał niemieckie piosneczki i rozpowiadał o przysmaczkach wiedeńskich w najlepszym wiedeńskim dyalekcie, a gdy Duńczyk Krystian szepnął, że jest zmęczony i że rad by się poszedł przespać, pajac w głos się roześmiał, spojrzał na niego, kiwnął na Władysława i zaśpiewał znaną piosnkę Wiedeńską:

«Każesz mi kupować sennik!

Moja droga, cóż mi po nim?

Mój sen zawsze tylko jeden,

A co chcę, to wiem już o nim!»

Domyślny czytelnik już zapewne wie od dawna, że tym Duńczykiem Krystianem nie kto inny jest jedno Naomi; ale zanim nielitościwie ją potępi, niechaj pamięta, jakie było jej wychowanie, jakie otoczenie, jakie wreszcie pojęcie jej o świecie.

Była więc sama jedna z Władysławem.

— Uczyniłam dla ciebie wiele, bardzo wiele! — rzekła głosem tak rzewnym, jakiegośmy nigdy jeszcze dotąd od niej nie słyszeli. — Mógłżebyś kiedy o tym zapomnąć?

— Pewniebyś mi przypomniała! — odpowiedział z uśmiechem Władysław!

— Nie! nigdy! — wykrzyknęła Naomi — jakikolwiek byłby mój koniec. We wszystkim com uczyniła, była wolna moja wola; nie cierpiałam ludzi, między którymi żyłam, — nie miałam dla nich najmniejszego szacunku! Ciebie kocham! Mógłbyś mnie zabić, a jeszcze bym cię kochała! We krwi mojej jakby gorączka, — alem się nigdy jeszcze nie czuła tak szczęśliwą, jak teraz! Długie, jednostajne życie, tak zwane dobre życie, sprawia mi wstręt niesłychany. Lepiej żyć krótko, ale żyć!

— Niejedna już kobieta kochała mnie! — rzekł Władysław — mógłbym ci o nich arcyzabawne opowiedzieć historie! Cała płeć ta nie wiele co warta! aleś ty więcej mężczyzną niż kobietą i za to ciebie lubię! nawet cię kocham i mógłbym zostać zazdrosnym! Wad twoich jeszcze wprawdzie nie znam, lecz nim zajedziemy do Wiednia, już się zapewne bliżej poznamy wzajemnie. Piękną jesteś i gorącą, jak powinny być kobiety, a myśli miewasz takie, jak mężczyzna! — Pocałował ją w usta i w czoło. — Do mojej piersi przytulona, trzeba żebyś wierzyła w Madonnę i jej się pokłoniła!

Naomi objęła go za szyję i oddała miłosny pocałunek. — Twoja żona jakiś czas jeszcze musi nosić wąsy! — rzekła z uśmiechem. — Jako Duńczyk Krystian nie lękam się skakać na koniu. Ale zawsze ty większe ode mnie zrobisz szczęście; o mało co ci tego nie zazdroszczę.

— O! — zawołał Władysław — ja bym ci może nie darował, gdybyś większe zjednała sobie oklaski ode mnie!

Na korytarzu słychać było idących. — To goście na wesele! — rzekł gospodarz — jutro tu u nas w mieście wspaniałe ma być wesele. Są to jacyś państwo z Lubeki, a między nimi jest także kilku marynarzy.

Gdy później Naomi ze świecą w ręku przechodziła przez korytarz, nadszedł jeden z gości, niski, otyły mężczyzna z wesołym obliczem; pewnie i on cieszył się na jutrzejsze wesele. W ręku trzymał świecę i szedł wprost ku Naomi; w tym wietrzyk zagasił jego światło, lecz Naomi dosyć go widziała, by go poznać: był to Piotr Wik. Zapłoniła się po same uszy, lecz zaraz pocieszyła się tą myślą, że on jej niezawodnie nie poznał; jakżeby też wpadł na koncept, że jaśnie pannę z Kopenhagi widzi tu w poczciwej mieścinie Möln, w ubiorze berajtra z wąsami? — Prędko więc poszła do niego, zapaliła mu świecę i śmiało nawet odezwała się, że słychać po jego niemczyźnie, iż jest cudzoziemcem.

Piotr Wik roześmiał się i poufale poklepując ją po ramieniu, zawołał: — Dobranoc ci, bracie!