XII
Czy znasz ojczyznę Hindusów? Tam słońce pali gorąco, ale powietrze zwiewa chłód z lodowatych wierzchołków Himalai; woniejące lasy zapraszają do spoczynku; drzewa figowe schylają swe gałęzie ku ziemi, stąd znowu wypuszczają inne i tak formują altanę; palma kokosowa daje ci mleko, daktyl swój owoc, różnobarwne ptaki otaczają cię: purpurowe papugi złotawe nektarynie. Tu jest kraina kolorów! widzisz to po skrzydłach owadu, na liściach przepysznego kwiatu. Pieniąca się rzeka, gdzie rośnie lotus, świętą jest jak woda w chrzcielnicy. Ojczyzno Hindów! Cóż najwięcej, najwidoczniej wyłączną jest twoją własnością? Czy twoje niebo, czyli też ciche jeziora, w których antylopa i lampart gaszą swe pragnienie?
Tu, mówi podanie, był raj, z którego Adam i Ewa zostali wygnani; tu dziś jeszcze kwitnie raj, a ten jest zarazem ojczyzną wzgardzonych, nieszczęśliwych pariów. Dzikie hordy Mongołów wypędzają dzieci kraju. Pariowie dzielą losy Ahaswera. Egipcyanami, Tatarami, Cyganami i rozmaicie inaczej jeszcze nazwano lud ten wędrowny. Nawet na północ, na jałowe stepy Jütlandyi udają się potomkowie tych pariów: tu znani są pod nazwą Tatarów i kotlarzy. Pole zbożem obsiane jest ich namiotem w lecie, głęboka jaskinia ich leżą zimową. Potomkowie pariów nie mają swojej jamy, jak lisy, ani swojego gniazda, jak ptaki. W słoty i burze przebiegają jałowe stepy, gdzie jak zwierzęta, wydają na świat swoje młode. Miejsce urodzenia jest obowiązkowym miejscem opieki, — dla tego też wójci zwykle starają się ciężarne kobiety do sąsiedniej przeprowadzać gminy, — więc częstokroć z powiatu do powiatu przewożą biedną na nędznym wózku drabiastym, gdzie bez żadnego nawet ze słomy posłania rodzi dziecię do zguby przeznaczone. Zaledwie pierwsze jej siły wracają, kiedy już jej każą zrywać się i dziecko przewiązać na plecach; tak wsparta na kiju ciągnie wraz z mężem przez nagie stepy: wiatr zimny ostro dmie, niebo jest szare i wilgotne; ale ona lepszego nie zna losu!
Czy znasz ojczyznę Hindów? Tam słońce pali gorąco, ale powietrze zwiewa chłód z lodowatych wierzchołków Himalai; woniejące lasy zapraszają do spoczynku; drzewa figowe schylają swe gałęzie ku ziemi, stąd znowu wypuszczają inne i tak formują altanę; palma kokosowa daje ci mleko, daktyl swój owoc, różnobarwne ptaki otaczają cię: purpurowe papugi i złotawe nektarynie. To jest kraina kolorów! To jest ojczyzna Hindów!
Wzgardzony ten ród pariów znajdujemy na równinach Jütlandyi, równie jak pod murami Alhambry; lecz najliczniejsze ich gromady są w lasach węgierskich i na wielkich stepach. Tronem króla Cyganów jest omszony kamień obok kotła, w którym gotują kradzionego barana. Znużona wędrówką głowa pokłada się na wysokiej trawie, gdzie czarno-oka dziatwa igra z różnobarwnymi kwiatkami.
Żadna banda cygańska nie śmie wejść do stolicy cesarskiej, do Wiednia; lecz pojedynczych widać niekiedy przez ulice przekradających się, bardziej jeszcze strzeżonych z widoczną nieufnością, aniżeli biedni Słowacy, którym niewolno nawet przenocować w mieście. Najczęściej widać ich po przedmieściach, z których każde wielkością przewyższa właściwe, stare miasto Wiedeń.
W przedmieściu Mariahilf, skąd prowadzi aleja do Schönbrunn, w roku 1820, kiedy właśnie Naomi rozpoczęła to, co słusznie zwała swoją karierą, szło dwóch Cyganów, w zwykłych białych ubraniach, z wierzchu odzianych w płaszcze brązowe: jeden z nich był jeszcze młodzikiem, a na głowie miał szeroki kapelusz, jak go zwykle noszą Słowacy, którego brzegi wisiały mu na plecy i ramiona; drugi był znacznie starszy, chudy i wysoki, a głowę miał całkiem odkrytą. Jego gęste, czarne włosy, gdzieniegdzie jednak szpakowate, najlepszą były osłoną od palącego słońca. Szli teraz jedną z licznych bocznych uliczek, które z Mariahilf prowadzą do letniego pałacu Belwederskiego.
— Przedmieścia, gdyby chciały, porządnie mogłyby wziąć w kluby samo miasto! — rzekł młodszy. — Dzisiejszej nocy śniło mi się coś wybornego: że Mariahilf, Josephstadt i wszystkie trzydzieści cztery przedmieść wyruszyły w pochód przeciw Wiedniowi, któremu dowodziła wieża Św. Szczepana. Bili się tak, że aż białe i żółte pieniądze wpadały w nurty Dunaju!
— Pewnieś za dużo wypił mocnej wody! — rzekł stary. — Bądź ostrożnym, Czeklesie! nie opowiadaj nikomu o takich snach, bo mogliby podsłuchać cię ludzie, którym by się one wcale nie podobały. Zresztą jest też o czym śnić młodemu chłopcu! Tobie śnić o ładnych dziewczętach!
— I cóż, kiedy mnie się zawsze więcej śni o wojnie! — odpowiedział Czekles. — O! żebym mógł zostać żołnierzem! żebym mógł zaprezentować broń przed cesarzem Franciszkiem, naszym starym cesarzem Franciszkiem! Toć zdjął przede mną kapelusz, kiedym ja odkrył głowę; zdjął wyłącznie przede mną, bo nikt inny właśnie tamtędy nie przechodził: mnie więc jednemu ukłonił się. Zresztą sen mój, co prawda, był sobie wcale zabawny! Kościół ś. Szczepana ze swoim śpiczastym kapeluszem, był głównodowodzącym; miał on szerokie plecy i siłę ogromną; kolumna ś. Trójcy am Graben była jego buławą marszałkowską. Statua Cesarza Józefa na miedzianym swym koniu pędziła przez Kohlmarkt i ulicę Karyncką, zwołując wszystkie obrazy ze znaków sklepowych31, które też posłuszne podążyły za nią. Marmurowy rycerz z Volksgarten32 stanął na czele posągów z marmuru sprzed kościoła księży Kapucynów, które weszły na wały i na dach zamku cesarskiego, skąd przypatrywały się coraz bliżej nadciągającym przedmieściom. Dwie nawet wsie sąsiednie przyłączyły się, a była ciżba, daleko gorsza niż w Praterze w jaką publiczną uroczystość.
— Co też w takim jednym mózgu wszystko się nie zmieści! — zawołał stary. — Strzeż się pijaństwa, Czeklesie! Para z gorących trunków otacza nas kołem czarodziejskim, które z początku nieźle wygląda; ale jak tylko wypijemy kilka kieliszków, to się koło coraz mocniej ścieśni i oprzędzie nas, jakby siecią pajęczą i to już nam tylko pokazuje ze świata, co sami sobie wbijamy do głowy, w końcu zaś tak nas ze wszystkich stron opanuje, że już i członkami własnymi władać nie możemy: śpiemy więc, a wówczas para się rozchodzi, — lecz członki po przebudzeniu się naszym czują, że były związane, a rozum czuje że spał podczas uczty, tak iż nie jest w stanie zdać dostateczną sprawę z tego, co się stało podczas takiego spoczynku.
W czasie tej rozmowy żywo tymczasem szli naprzód; dopiero gdy doszli do ulicy Siennej, skąd widać już było zamek, graniczący z rogatką przedmieścia, zwolnili obadwaj kroku.
— Chciałbyś zostać żołnierzem, Czeklesie? — zapytał stary.
— Tak jest, tutaj w Wiedniu, przed zamkiem cesarkim chciałbym stać na warcie!
— Byłoby to życiem bardzo przykrym, mój Czeklesie! Zatęskniłbyś wnet za swobodą. W naszych nogach siedzi niepokój, tak samo jak pociąg do złodziejstwa w myszce pod dużym palcem naszej dłoni. A gdybyś później uciekł, toby cię powiesili bez pardonu!
— No i cóż! — wykrzyknął młodszy — czy mnie robaki stoczą, czy posieką kruki, to zupełnie jest dla mnie wszystko jedno. Zresztą, dla czegóż zaraz myśleć o najgorszym?
— Czy cię kruki posieką! — odpowiedział stary. — A wiesz ty, że to myśl wcale niegłupia! Wspaniałato musi być w kruczym żołądku trumna, — zawsze w podróży, tak jak nasi ludzie za życia! Nawet od młodego można się czegoś nauczyć! Przypomnę sobie twoje wyrazy, gdy powrócę do lasów węgierskich i usłyszę tam znowu śpiewy ptasie. Może też słyszałem już kiedyś kruka, w którego żołądku są oczy tego, com go najbardziej kochał. Wierzaj mi, Czeklesie! ognistszych oczów nad te, które miał syn mój Bela, póki życia mojego nie widziałem. Wszakżeś widział jego syna? Otóż Władysław wykapanym jest portretem swego ojca, tylko że krew jego dumniejsza i czarniejsza. Bela był lepszy od niego, choć go powiesili; przeciwnie na syna wołają: urra! kiedy pędzi na koniu i w sercu swoim nimi gardzi!
— Przecież i on porzucił swoje pokolenie! — rzekł młodszy.
— Ale jednak nie ma stałej siedziby — odpowiedział tamten — i większe odbywa podróże od nas; nawet przejeżdżał przez szerokie morze, które jest szersze od całych Węgier! Wyobraź sobie tylko, jaki to z tego Dunaj! Wszystkich cesarzy i króli, którycheśmy tu widzieli na kongresie, on w ich własnych teraz widział krajach. Daleko odlatuje jak ptak wędrowny, a we wszystkim co robi, szczęście miewa niezawodne.
W czasie tej rozmowy doszli przed sam front zamku, zwrócony ku całej szerokości placu, na którym żołnierze siedzieli w różnych grupach przy gawędce, a mieszkańcy miasta i liczniejsi jeszcze cudzoziemcy zwiedzali i opuszczali znajdującą się tu przepyszną galerią obrazów. Cyganie stanęli w milczeniu i przyglądali się budynkowi, który nie odznacza się właściwie niczym nadzwyczajnym; ale kto by znał wzrok starego, ten by zrazu poznał, że szuka kogoś przy oknach. Stanęli tedy przy otwartej furtce prowadzącej do ogrodu, lecz nie weszli do niej; w środku zaś przechadzali się ludzie między sztywno obciętymi alejami, owej wytresowanej naturze à la Louis Quatorze.
Całe pierwsze piętro ozdobione jest wybornym zbiorem malowideł, głównie szkoły niderlandzkiej. Tu bawiło w tym dniu wielu przyjezdnych, których jedna grupa podziwiała mistrzowskie obrazy płaskorzeźb Gherardina, druga znowu obfitość utworów Rubensa.
Jakiś młodzieniec z wąsikami, dość delikatnymi rysami i rozumnym wyrazem oczów, najwięcej ściągał na siebie uwagi pośpiechem, z jakim od jednego obrazu przechodził do drugiego, a następnie podziwiał, jak się zdawało, obszerny widok ponad ogrodem, skąd widać rozłożoną stolicę i góry węgierskie. — To któryś z jeźdźców z Prateru! — mówił każdy kto spojrzał na niego; my zaś wolimy od razu przyznać się, że to była Naomi.
W samej rzeczy, nie ciekawość oglądania obrazów sprowadziła ją do Belwederu; dlatego też oglądała je tak pobieżnie, a jedno tylko płótno zdawało się więcej nieco ją zajmować, jakoż do niego dosyć często wracała się. Był to Samson Van Dyka, którego zdradza Dalila, utwór prawdziwie niezrównany. Bolesne wymówki w spojrzeniu Samsona tak są po ludzku wyraziste, że je zrozumie każdy człowiek od brzegów Grenlandyi aż do Otahajty. Obojętność Dalily, zajęcie gospodyni — a tak! to prawdziwa rzeczywistość! Nie powiemy jeszcze, czyli naszą Naomi przyciągała sama tylko sztuka malarza, czy też przedmiot budził w niej tak pełne zajęcia wspomnienia. Co chwila szła do okna i wyglądała na plac, ale potem znowu wracała do Samsona Van Dyka; jakieś niespokojne myśli tłoczyły się w jej piersiach.
Kiedy znowu przystąpiła do okna, spostrzegła Cyganów i szybko opuściła salę, by zejść ze schodów na ulicę. Cyganie ją zobaczyli, lecz żadnego nie dali znaku, tylko zwolnili nieco kroku: Naomi poszła za nimi.
Tuż obok niskiego domku, od którego ścieżka prowadzi przez pole, stanął stary, na pozór dla zawiązania trzewika; młodszy poszedł naprzód. Naomi przystąpiła do Cygana i zaczęła z nim rozmawiać o Władysławie. Stary nic jej nie musiał powiedzieć pocieszającego.
— Kłamiesz! — zawoła Naomi.
— Kłamię! — odrzekł stary — toć on jest krwią z mojej krwi, ale w nim siedzi zły duch, który dużo mi sprawia zmartwienia. Władysław z pogardą pogląda dziś na swego dziadka i na całą swą rodzinę. Nie nienawidzi już tych, co jej nienawidzą. Powiedziałem mu prawdę, a bat jego czerwoną pręgę wybił na moich plecach. Tego mu nie zapomnę! Człowiek może zapomnieć o czystej, świeżej wodzie, którą się orzeźwił, lecz nigdy nie zapomni mętnej i bagnistej. Władysław może cię kochać dzisiaj, ale jutro już cierpieć cię nie będzie, a za to, że cię kochał, będzie cię dręczył! Już ja dobrze wiem, żeś ty nie mężczyzna! Dosyć mam doświadczenia, by wiedzieć o rzeczach przeszłych; przyszłości ci nie przepowiem, bo tej się łatwo można domyśleć. Miej na niego oko! a jeśli masz odwagę męską, tak jak męskie teraz nosisz ubranie, to go ukarz, jeśli możesz. Po tom cię właśnie tutaj przyzwał! Dziś wieczór możesz go znaleźć w Hitzing; toć i tam pełno pięknych kobiet!
— Ależ ja nie jestem kobietą! — rzekła Naomi. — Jesteś w błędzie! Władysław może być nie dobrym; ale niech sobie kocha kobiety, toć i ja robię tak samo! Nikt swojej młodości lepiej nie pragnie użyć ode mnie! a muszę ci nawet powiedzieć, że miewam niemało szczęścia.
— A jednak krew występuje ci na twarz! — rzekł stary Cygan. — Moje oczy nie mylą się, a słowa moje ugodziły cię w samo serce! — To powiedziawszy skinął głową i odszedł.
Z Placu Św. Piotra omnibusy jechały do Schönbrunn i do Hitzing. Naomi wsiadła do najpierwszego, który się jej nawinął. Śmiała się i żartowała z towarzyszami podróży, boć każdy na myśli miał tylko zabawę. Poczciwi Wiedeńczycy w zachwyceniu opowiadali o swoim dobrym cesarzu Franciszku, o kiełbaskach i kurczętach, o sławnych komikach sceny ludowej, — wszystko piąte przez dziesiąte, jak to zwykle się dzieje w Tohuwabohu33 konwersacyjnym. Naprzeciwko Naomi siedział jakiś młody artysta z miną niezmiernie wścibską, który słysząc po jej wymowie, że jest cudzoziemką, jako też przypomniawszy sobie, iż ją widział w Praterze, odezwał się do niej, że niezawodnie w Hitzing zastanie swojego pana, który tam bardzo często bywa. — Mego pana! — rzekła sama do siebie, a obcy wymienił Władysława. Dojechali do Schönbrunn, gdzie po ciemnych alejach przechadzał się syn człowieczy34 pełen tajemnych myśli, — gdzie Silvio Pellico, nie chcąc straszyć ludzi chorobliwą i bladą swą postacią, za nadejściem obcych zwykł się ukrywać między krzaki35. Ubogie dzieci biegły za powozem, rzucając w niego bukiety kwiatów, żeby dostać po parę krajcarów; artysta porwał bukiet i śmiejąc się rzucił go na kolana Naomi, która mimowolnie, chcąc go uchwycić, uczyniła ruch kobiecy, — on się uśmiechnął, a ona uczuła, że cała jej twarz jest jakby w ogniu.
Tuż pod Schönbrunn leży małe miasteczko Hitzing ze swoim kościołem i pięknymi willami. Muzyka hucznie grzmiała w kasyno, równie zwiedzanym wówczas jak dzisiaj, tylko jeszcze nie tak sławnym orkiestrą Straussa i Lannera. Mały, zacieśniony między domami ogród, ze swoim stawem zamulonym, tak samo jak teraz pokryty już był namiotami i stołami, tak samo tłumnie był nawiedzany przez publiczność.
Władysław siedział przy stole z dwoma młodymi dziewczętami, a obok nich usiadła Naomi, w której duszy snuły się ponure myśli Saula, lubo wesoła muzyka nie wywierała na niej wpływów uspakajających arfy Dawidowej. Melodie taneczne oddychały ruchliwą fantazją teatru ludowego, całym owym weselem z Schönbrunn i z Prateru; wszystkie serca śpiewały ochoczo:
«Es giebt nur a Kaiserstadt!
’S giebt nur a Wien36!»
lecz w oczach Naomi muzyka ta brzmiała odgłosem smutku i płaczu, i wiała na nią to chłodnym powietrzem z wilgotnych więzień Spielbergu, to parnym upałem z ołowianych dachów weneckich.
Władysław spojrzał na nią swoim wzrokiem dumnym i zuchwałym, — i ona spójrzała na niego; lecz udawali że się nie znają, a jednak jedno szło za drugim, jak cień idzie za ciałem.
Sprężystość myśli ludzkiej nie zna granic: jest ona niezmierzona, jak przestrzeń całego świata, którego obszerność astronomowie opisują nam jako nieskończoną. Bohaterowie w dziedzinie ducha rozszerzają jeszcze ten widnokrąg myśli, ale zarazem powiększają jej cierpienia, a zupełnie tęż samą własność mają także stanowcze chwile w życiu, które nas raz do nieba przenoszą, raz do piekła. Naomi patrzyła teraz oczyma Newtona, ale patrzyła w przepaść piekielną.
Gdy ze świeżego powietrza przeniesiono się następnie do salonu, Władysław i Naomi spotkali się w tańcu. Musiała tańczyć z damą, gdyż tego wymagał jej ubiór, a na ustach jego zaległ szyderczy uśmiech; wszakże nie przemówił do niej, ani ona do niego. Przy odgłosie wesołej muzyki obracała się jak drugi Ixjon na rozpalonym kole. Piersi jej wzdęły się, oczy zaiskrzyły, a Władysław zdawał się chłodnym, jakby jaka Turandot płci męskiej o dumnym, szyderczym uśmiechu. Ach! jakież męczarnie samemu sobie zadawać może serce ludzkie! Zawsze bije, zawsze nabiega krwią — bo to koniecznym jest do życia!
Władysław znikł w tłumie; na próżno wszędzie szukała go. Już było późno, ostatni omnibus odjechał do miasta, a tylko kilka jeszcze bryk chłopskich stało przed ogrodem. Jakiś pan z dwiema damami wsiadł do bryki, — tak jest, to on! poznała go! Szybko pobiegła za nim i jeszcze znalazła jedno miejsce, — konie ruszyły.
Przez ciemne drzewa świeciły światła z domków miasteczka Hitzing i z cesarskiego zamku w Schönbrunn; w bryce siedziało jeszcze kilka poczciwych rodzin mieszczańskich, które wesoło rozprawiały o czarodziejach i duchach, dobrze znanych Wiedeńczykom z tysiącznych krotochwil teatralnych i przytaczały dowcipy paradnego Kasperla i niezrównanego Pumpernickla.
Ach! jakże Naomi pragnęła urzeczywistnienia owych czasów czarodziejskich, o których mówili spokojni Wiedeńczycy! Jakżeby zaraz była użyła swej potęgi i przedzierzgła w kamienie Władysława i dwie jego towarzyszki choć jego tylko do połowy, bo głowa miała zatrzymać przytomność, serce dawne uczucia, żeby tym dotkliwiej wszystkie dręczyły go męczarnie.
Przy rogatce wysiedli z bryki. Władysław udał, że teraz dopiero spostrzega Naomi i objął ją rękami, tak że pewno na ramionach jej pozostały znaki z takiego uściśnienia. — Otóż i Krystian! — zawołał śmiejąc się — to i ty, widzę, szukasz różnych przygód! Tak, to lubię, mój chłopcze! Jakżebym cię mógł poklepać, jak popieścić, że choć raz tak samo robisz, jak my wszyscy! — i zaczął ją pieścić z gwałtowną rubasznością.
— Puść mnie! — zawołała — ja należę do kompanii! — i ze spojrzeniem wymówniejszem od wyrazów odwróciła się od niego; jednej z kobiet podała rękę, którą ta z chęcią przyjęła. Obca dziewczyna przemówiła do niej językiem nagiego grzechu, lecz policzki Naomi mocniej nie zapłoniły się, ani serce jej nie biło gwałtowniej, niż poprzednio.
W samym grodzie Wiednia kilka ulic połączonych jest z sobą przez przechodnie bramy i sienie pojedynczych domów: cudzoziemiec nie znający miejscowości, wstępuje na schodki i myśli że idzie na podwórze, aż tu ujrzy się nagle na wcale innej ulicy albo placu.
Władysław wszedł do takiego domu ze swoją towarzyszką: Naomi poszła za nimi.
— Gdzież się podzieli? — zapytała dziewczyny, z którą się sama pozostała.
Dziewczyna rozśmiała się i poprowadziła Naomi na wysokie schodki kamienne, lecz i tutaj nie było Władysława. Gdy doszły do drzwi bardzo świetnego na pozór mieszkańca, obca zadzwoniła.
— Gdzież się tamci podzieli? — zapytała Naomi.
— Oni są tam, a my tutaj! — odpowiedziała dziewczyna. Drzwi otworzyły się, a stara, porządnie ubrana kobieta, ze srebrnym lichtarzem w ręku, przywitała ich.
— Idź do diabła! — krzyknęła Naomi i zmieszana zbiegła ze schodów. Po świetle poznała, że ją ścigają, szybko więc wypadła na ulicę, lecz tu nie było nikogo. — Władysławie! — wybąknęła i przygryzła sobie wargi do krwi.
W pół godziny później była już znowu w swym mieszkaniu w Praterze. Władysław jeszcze nie wrócił; w ubraniu rzuciła się na łóżko, ale żadna łza nie pociekła z jej oka, żadne westchnienie z ust jej nie wydobyło się. W tym słychać było kroki; — przyszedł Władysław.
W milczeniu spoglądali na siebie.
— Pewnieś się doskonale ubawiła? — zapytał głosem złośliwym. Ona milczała i patrzyła na niego okiem dumnym i pełnym żalu; on szyderczo uśmiechnął się.
Wargi jej poruszyły się, jakby do mówienia — ale milczała.
— Czy widziałaś — rzekł — jak moja klacz, kiedy nie jest przywiązana w stajni, ze rżeniem biega za mną, ile razy koło niej przechodzę. Ona to robi z czystej miłości i za to pieszcząc klepię ją po karku. Ty także idziesz za mną, ale ty dla całkiem innych powodów, — więc miałbym prawie ochotę i ciebie tak poklepać, jakeś na to zasłużyła! — i porwał za szpicrózgę, leżącą na stole, machnął nią w powietrzu w tym kierunku, w którym siedziała Naomi, tak że koniec szpicrózgi dotknął się jej szyi.
To było ukąszeniem taranteli! — Z lodowatym wejrzeniem popatrzyła na niego przez chwilę: — Władysławie! — wykrzyknęła i wybiegła z pokoju.
Józefina spała.
Na ulicy wszystko było głucho i ciemno, daleko tylko dochodził jej uszu turkot ciężkiego pojazdu jadącego od Prateru. Niebo było zasiane gwiazdami. Wielka niedźwiedzica wskazywała na północ. Czy Naomi myślała teraz o domu, czy też myśli jej bawiły w budzie drewnianej przy synu pariów, przy dumnym Władysławie? Ani jedna łza nie pokazała się w jej oczach, ani jedno westchnienie z ust jej nie wyszło: — tak zamyślona i z wejrzeniem w gwiazdy wlepionym poszła kilka kroków naprzód. Tak samo Aryadna patrzyła w nurty morza, gdy przekonała się, że Tezeusz ją porzucił. Ten sam uśmiech był na twarzy Medei, gdy Jazona witała u Kreüzy.
Tej samej godziny, tej samej nocy, tylko że na samotnym gościńcu Zelandyi, dwoje innych oczów spoczęło na tychże samych gwiazdach ale z ową nadzieją i pociechą, z jaką Leander, wskoczył w nurty Oceanu i popłynął pod ogień, który na przeciwnym brzegu zapaliła jego Hero.
Na gościńcu zelandzkim jechał tej nocy Krystian sam jeden do Kopenhagi. Doszedł nareszcie do tego przekonania, że się u pana Knepusa wielkich rzeczy nie nauczy i że koniecznie musi pójść w świat, jeżeli zechce dojść do czegoś. Piotr Wik gniewał się na niego i mówił, żeby sobie popłynął na swoim osobnym morzu; Łucja płakała, ale postanowienie Krystiana było niezmienne. Wystarał się tedy o listy rekomendacyjne, a że między nimi jeden był do lokaja królewskiego, wiec marzył o wcale czym innym, niż o obietnicach i uściśnieniu ręki. Noc była letnia, piękna i spokojna, pocztylion trąbił, a odgłos trąbki jego odbijał się od pagórków Antworskowu. Jedna gwiazda szczególnie tak pięknie iskrzyła się: był to Łabędź, jak go zowią mieszkańcy południa. — To gwiazda mojego szczęścia! — pomyślał i zapytał sąsiada o nazwisko tej gwiazdy. — To kura wieczorna! — odpowiedział zapytany.
Krystian wspomniał o Naomi; — ona przeciwnie myśli swe wypuściła na wiatr, jak pszczoły, a one ssały gorycz z każdego kwiatu, co w ostatnich miesiącach wyrósł w jej sercu, i z każdego kwiatu zbierały truciznę.
Słuchała, bo zdawało się jej, że słyszy plusk fali Dunaju. Gwiazda spadająca przebiegła przestrzenie, tak samo jak kiedyś balony parowe przerzynać będą powietrze.
Wróciła znowu do domu, gdzie spał Władysław, — lecz została się w sieni i usiadła na ostatnim schodku; tu ręce położyła na poręczy, a głowę oparła na rękach. Tak drzémała, jak drzémie Arab wiedzący, że śmiertelny wróg jego śpi pod tym samym, co on namiotem; toć z sobą pili i jedli przy jednym stole, a gościnność jest świętą tarczą, która jednego broni od napaści drugiego. Podają sobie ręce, — śpią, ale ostatnią ich myślą jest: — spotkamy się w innym miejscu! — W synu pariów i w córce Izraela płynie krew Azji, w której gorące pali słońce.