Czwarta filiżanka czarnej kawy

W cudne, czerwcowe popołudnie pan Albin siedział przy staroświeckim kantorku, prezentującym swe niezliczone, bukszpanem wykładane szufladki skrytki i onyksowe64 kolumienki na tle jasnej ściany po staroświecku urządzonego pokoju.

Cisza wiejskiej niedzieli chodziła dokoła obszernego dworu niewidzialnymi stopami i kładła na wszystkim swe błogosławione, kojące dłonie. Przez otwarte na ogród okna, wlewały się fale mocnej, jaśminowej woni, zmieszane z rzeźwiącymi zapachami świeżo skoszonego siana.

Młody człowiek siedział, przechylony w tył fotelu, opierając głowę na splecionych ulubionym mu ruchem dłoniach.

Jego piękne, ciemnosiwe oczy wpatrywały się z jakimś dziwnie radosnym rozmarzeniem w zieloną kotarę drzew za oknem, przesłaniającą dalszy widok i dygocącą leciuchno pod pieszczotą nagrzanego powietrza.

Uśmiech wielkiej, skupionej szczęśliwości igrał mu na ustach.

Nagle, jakby przemocą, wyrwał się z zadumy i, przysunąwszy sobie arkusik listowego papieru, leżący na odchylonej klapie kantorka, zaczął pisać:

Mój drogi Zeniu!

Że też trzeba trafu, aby ta mania włóczęgowska, która się w Tobie już czas dłuższy przyczaiła, napadła Cię znowu właśnie teraz!

A tak spokojnie i przyjemnie siedziałeś sobie w Warszawie ostatnimi laty; tak drogie były te nasze pogawędki to u mnie, to w Twoim gabinecie, ach! zwłaszcza ta, kiedy to opowiedziałeś mi historię trzech filiżanek czarnej kawy, z których ostatnia takim piołunem65 napoiła Cię mój drogi, biedny Zeniu.

Wybacz, że trąciłem o tę strunę. Nie powinienem tego uczynić, zwłaszcza teraz, kiedy cała lira rozśpiewała się w mojej duszy... ale, może właśnie dlatego... Zresztą, sam nie wiem. Nie byłem nigdy mocny w ubieraniu moich myśli w listowne okresy i stąd to moje ogromne rozżalenia na tę Twoją Ahaswerusowską żyłką66, która cię gdzieś aż pod koła arktyczne zagnała i Bóg wie jeszcze, jak długo po świecie nosić będzie. I pojęcia nawet nie mam, kiedy Cię ten mój list dojdzie, choć go wysyłam pod pozostawionym mi adresem en tout cas67. To przecież nieznośne. Bo pisać muszę, a tak bym pragnął powiedzieć Ci to wszystko, co się obecnie w mojej duszy dzieje, ustnie... w dwóch słowach!

Ach! Ręczę, że nawet nie potrzebowałbym nic mówić, sam byś to od razu z moich oczu wyczytał.

Zeniu! Przyjacielu jedyny, najlepszy! Ciesz się wraz ze mną.

Jestem zakochany! — nie, to niedobrze rzecz maluje. Ja się kocham! I to jeszcze źle... Ja kocham!

Już nie szukam, nie doświadczam, nie waham się... kocham!

Pamiętasz, jak mi nie wtórowałeś, gdy złorzeczyłem... tamtej.

I jak zawsze miałeś słuszność; podwójną słuszność; bo naprzód świętą prawdą jest, że na tym świecie za wszystko płacić trzeba; a po wtóre przekonałem się, że ona (tamta ona) nie wyrządziła mi takiej niepowetowanej krzywdy, jak mi się wyobrażało.

Nie; to co zostawiła po sobie ta burza, która wskroś mego serca przeciągnęła, to nie było zniszczenie, to był tylko letarg; chwilowy zamróz uczuć i porywów, a ja go brałem za martwotę śmierci. Och! Zeniu, jakże ja się myliłem! Jakże ono cudnie roztajało, to moje zlodowaciałe serce!

Ale trzeba ci to wszystko jakoś po porządku opowiedzieć. Pamiętasz jak Twoja ironiczna opowieść zniechęciła mnie do wszelkiej matematyki życiowej, a nawet (co przed tobą zataiłem) i do samej idei obliczeń? Jeżeli przedtem łódź moja chybotała się bezradnie na pełnym morzu nieustalonej egzystencji, to po tak odstraszającym przykładzie bankructwa najniezachwiańszych (czy można użyć takiego superlatywu?) pewników znalazła się kompletnie bez steru i wiosła, a ten port małżeński, do którego tak ją wprowadzić pragnąłem, stracił w moich oczach urok rękojmi bezpieczeństwa i spokoju.

Wartoż68 zarzucać kotwicę — myślałem — aby ją nieprzewidziana nawałnica zerwała? To już lepiej zdać się na wolę wiatru i niech ją gna sam, gdzie chce. W takim usposobieniu przepędziłem cały post; zmuszając się do bywania po rautach, bo jakoś tak od razu zerwać z towarzyskimi obowiązkami nie mogłem. Ale spoglądałem spode łba na wszystkie panny, a im która uśmiechnęła się słodziej, tym bardziej mnie od niej odrzucało!

Oho! — mówiłem sobie — Nie złapiesz ty mnie w pułapkę anielskości; wiem, czym to pachnie!

W duszy byłem ci wdzięczny, a jednocześnie czułem jakiś żal, żeś mi ten kłębek Ariadny, którego chciałem się uchwycić, aby nie zabłądzić w labiryncie kobiecości, z rąk wytrącił.

Po twoim wyjeździe Warszawa tak mi obrzydła, iż przekawęczywszy69 jeszcze kilka tygodni, uciekłem przed zasadzkami zielonego karnawału na wieś do wujecznej ciotki, u której od wieków nie byłem, i która przyjęła mnie jak marnotrawnego syna. Bo ta najzacniejsza z bezdzietnych wdów, choć już staruszka, ogromnie lubi wkoło siebie ruch i życie; zawsze więc wyszpera jakąś panienkę, kuzynkę lub nie, którą sprowadza na czas pewien pod pozorem, aby ją wyręczała w gospodarstwie, w istocie rzeczy zaś dlatego, aby z nią jeździć w sąsiedztwa, bo starość — twierdzi ciotka — musi się zawsze jakąś młodością zastawiać, ażeby być pożądanym przybyszem i aby ta młodość ściągała jej nawzajem do domu gości z okolicy i była pretekstem do tańców i zabaw.

Jakoż zastałem i ja bawiącą już od kilku miesięcy pannę Klarcię (śliczne imię, prawda?), ale ciotka oświadczyła mi na wstępie, zanim ją jeszcze zobaczyłem, że choć się do niej przywiązała jak do żadnej, jest z niej zupełnie niezadowolona.

Panienka bowiem wzięła na serio swoją rolę wyręczycielki; wstawała raniutko, krzątała się po domu, po oborach, po kurnikach, odbywała konferencje z kucharzem, godzinami ginęła w lesie, skąd wracała objuczona dzbanami poziomek i koszami grzybów, natomiast oświadczyła wręcz, że na wizyty jeździć nie będzie, bo ją nowe znajomości nudzą, a gdy kto z gości zawitał, nie można jej było do salonu sprosić.

Słyszał kto coś podobnego — mówiła ciotka — dwadzieścia lat „temu”, i już ją nowe znajomości nudzą! I takie „to” dzikie! Gdy sama ze mną, śmieje się, dowcipkuje, rada życiu i światu, a niech tylko obcą twarz zobaczy, zaraz się nastroszy i jak mruk. Może ty ją rozkrochmalisz, choć wątpię; bo powiada, że specjalnie warszawskiej młodzieży nie cierpi.

A cóż jej warszawska młodzież zawiniła? — zapytał, śmiejąc się — Pewno brzydka, więc nie miała powodzenia i stąd ta ansa.

Ale ciotka zaperzyła się ogromnie.

Takżeś trafił jak kulą w płot — rzekła z urazą. — Brzydka! Żebyś tylko takie na tych tam waszych balach widywał. Z pewnością zakasowałaby wszystkie. I gdyby „to” nie było takie dzikie!

Wtem „dzikie” weszło, a raczej wpadło do pokoju (nie wiedząc jeszcze o moim przybyciu). Wiesz, Zeniu, gdym tylko ujrzał tę złotowłosą główkę, tę dziwnie gibką i ruchliwą postać, zaraz przyszła mi na myśl Twoja panna Barbara. Pamiętasz, jak mi się podobała z opowiadania. Ona z pewnością tak musiała wyglądać, jeżeli w ogóle była kiedy na świecie lub będzie równie urocza istota jak ta, którą od wczoraj mam rozkoszną pewność „moją” nazwać! Ach! Zeniu! Jaki ja jestem szczęśliwy!

I to się stało tak szybko! Tak niespodziewanie! Chociaż już od pierwszej chwili, gdym na nią spojrzał, gdym usłyszał jej głos — wiesz, jeżeli głos może być podobny do rosy, padającej na omdlały ze spiekoty kwiat, to jej głos jest taki — zrozumiałem, wyczułem, że coś się we mnie zmienia, coś się budzi. I co w tym najosobliwsze, to, że dotychczas nie wiem, co mnie w niej tak zachwyca: że nawet nie umiałbym Ci powiedzieć, czy jest piękna! Jest sobą, to mi wystarcza. Jest tym wszystkim, czego widocznie potrzebowała moja dusza; czego bezwiednie łaknęło moje serce, by zacząć na nowo żyć. Ona mnie nie oczarowała, lecz odczarowała ze złego uroku, jaki rzuciła na mnie tamta i pod jakim trwałem. Za jej sprawą wiem znów, co to jest miłość, co nadzieja, co wiara w przyszłość i za ten cud odrodzenia chciałbym tylko leżeć u jej drobnych stopek i całować je z wdzięcznością bez granic. Ach! Bo ja tak kisłem, Zeniu, tak nędznie marniałem! Nie myśl, żem tego nie czuł, żem Ci nie przyznawał racji, gdyś mnie do jakiejś pracy pożytecznej, do zakrzątnięcia się około tego szmatu ziemi, który mam po rodzicach, a który na łasce rządcy i ekonomów wegetuje, zapędzał. Ale, widzisz, jedne natury uszlachetnia cierpienie, a inne rozwija radość. Moja do tych ostatnich należy. Widocznie muszę być wielkim egoistą, ale nie takim znów zakamieniałym, żebym poza sobą już niczego więcej dojrzeć nie umiał. Bo to wiem, że gdy ukochane rączyny mojej Klary kielich szczęścia do ust moich poniosą, gdy z niego pić będę, moje ramiona potrafią otworzyć się dość szeroko, by nie tylko umiłowaną kobietę, lecz i inne piękne cele życia do piersi przygarnąć. No, zobaczysz, że twój apatyczny Albin jeszcze dzielnym stanie się człowiekiem.

Ale tymczasem, pozwól mi być zupełnym egoistą i mówić Ci tylko o sobie i o niej. Chociaż, Boże jedyny, jak mi to niedołężnie idzie! Jak to trudno martwym, papierowym słowem najlepszego nawet przyjaciela w głąb własnej duszy wprowadzić. I nawet nie będę próbował opisywać Ci świtania naszej miłości... O! Bo i ja jestem kochanym, Zenonie, bardzo, bardzo, nad zasługę kochanym. Nie, nie będę próbował: bo to by było zupełnie jak gdybym chwycił motyla całą garścią i takiego wymiętoszonego Ci posłał.

Nie mogę jednak przemilczeć pewnego szczegółu, bo on był istotnie ze względu na tę historię trzech filiżanek czarnej kawy, która mnie tak ostatecznie do małżeństwa i rozsądku zraziła, znamiennym. Oto, wyobraź sobie, kiedy to moje najdroższe stworzenie wbiegło do pokoju, nie wiedząc, że prócz ciotki jest tam jeszcze ktoś więcej, pierwsze słowa, jakie od proga z ustek jej padły, były:

— Ach! Cioteczko! Taka jestem zła! — i zabrzmiały mi w uszach jak najcudniejsza muzyka. Już z punktu byłem gotów klęknąć przed nią! Skąd ona mogła wiedzieć, jakim cudnym zmysłem przeczuć, że ja teraz jak ognia boję się... dobrej!?

Nie; ona tego wiedzieć nie mogła; mówiła co czuła, bo jest wcieleniem szczerości i prostoty. Może w tym tkwi jej największy czar. Albo ja wiem zresztą?

I potem często ta „złość” wracała na jej śliczne usteczka, a zawsze w taki sposób, że była jednym więcej ogniwem, które mnie do niej przykuwało. Bo zawsze była „zła” o coś, co świadczyło jaką piękną i czystą ma duszę.

Krótko mówiąc, Zeniu drogi, jestem najszczęśliwszym człowiekiem na ziemi. Miłość spadła na mnie znienacka jak sęp, ale ukwieca mi piersi jak róża...

Ślub nasz za parę tygodni... Po co zwlekać?... I tak, gdybym był w możności w tej chwili żałować czegoś, to żałowałbym tych lat, które zdała od mojej Klary przeżyłem. Teraz za to nie rozstaniemy się już nigdy, nigdy, nawet na jeden dzień. Klara w tym też do innych panien niepodobna, że nie dba o wyprawę, ani o urządzenie domu. Będziemy sobie razem słali gniazdko. I podróży poślubnej moje szczęście nie chce także. Zaraz po weselu, które się tu u ciotki cichutko odbędzie (Klarunia jest zupełną sierotą, co mnie cieszy, bo z nikim na świecie serca jej dzielić nie będę), pojedziemy do mnie na wieś... Ach! Jakim rajem stanie mi się teraz to wielkie, ponure dworzyszcze, które mnie zawsze taką melancholią i nudą napełniało!

Muszę już kończyć! Słyszę turkot powozu, którym panie moje pojechały na nieszpory; a jam został, aby pisać do Ciebie! Ach! Czemu ja pisać muszę! Czemu Ciebie coś po świecie pędzi, czemu nie możesz być świadkiem mego szczęścia? Jakiż idiota ze mnie! Tak mówię, jak gdyby to moje szczęście miało być czymś przejściowym... A ono przecież trwać będzie zawsze... zawsze... po ostatnie tchnienie mej piersi. Więc jeszcze się go napatrzysz! Prawda? Tylko im prędzej, tym lepiej. Ściskam Cię z całego, najwierniejszego Ci serca; a jeślim Ci był zawsze przyjacielem, to teraz w dwójnasób, bo gdyby nie te trzy filiżanki czarnej kawy... kto wie, jak byłoby się ułożyło życie moje. W błogosławionej chwili opowiedziałeś mi tę historię. I takim Ci wdzięczny; taki wdzięczny!... Jeszcze jeden uścisk.

Twój Albin

Jest godzina czwarta; ale krótki, grudniowy dzień uczynił z tej wczesnej pory zupełny wieczór.

W obszernej jadalni starego dworu, takiej co to karetą w cztery konie można by zawrócić, płonie wesoło ogromna, błyskawiczna lampa; a światło jej przez szklane frędzle jedwabnego, żółtego abażuru leje ciepłe strugi na rokokową porcelanę, stare, cenne kryształy i srebra stołowej zastawy, rozstawionej ze smakiem na śnieżnobiałym obrusie.

Pan Albin i jego żona kończą obiad siedząc naprzeciwko siebie przy zsuniętym na dwoje empirowym, okrągłym stole.

Stary służący, który jeszcze pana Albina dzieckiem pamięta, zmienia ostrożnie talerze, podaje półmiski, stąpając bez szelestu z wyrazem niemal ojcowskiego przywiązania na swej suchej, siwymi faworytami okolonej twarzy.

— Tutusiu! — odzywa się pani Albinowa.

— Co, Ptaszyno? — odpowiada pan Albin.

— Czarna kawa, jak zawsze w twoim gabinecie, prawda, Mziuta?

— Pytasz, Żongieleczku?

Z tej wymiany zdań poznać można, że młodzi małżonkowie znajdują się jeszcze w fazie specjalnego narzecza, poczerpniętego z zoologii, botaniki, mineralogii i dla nich jedynie zrozumiałych nazw i przydomków.

Zapewne, nadejdzie czas, kiedy zaczną sobie mówić po imieniu jak zwykli śmiertelnicy; dziś jednak, choć już kilka miesięcy upłynęło od ich ślubu, wydaje im się, że czas ten nigdy nie nastąpi.

— No, to chodźmy!

Pani Klara zrywa się od stołu. Gdyby była mniej zręczna, z pewnością zrzuciłaby coś i stłukła, lub rozdarła swój blado-niebieski, krepdeszynowy70 szlafroczek, tak bajecznie szybkie są jej ruchy. Pan Albin spogląda na nią z zachwytem. Ta jej nadzwyczajna żywość działa wciąż na niego elektryzująco. Nazywa ją też chętnie „Żywym Sreberkiem” lub „Rtęciątkiem”. I teraz też mówi.

— Tak Rtęciątku spieszno?

— A Nunce nie?

Młoda kobieta zarzuca mężowi obie rączki na ramię i przegina się zaglądając mu w oczy figlarnie. Pan Albin obejmuje w pół jej gibką kibić i tak przechodzą do gabinetu, gdzie obfity ogień na kominku, głębokie, miękkie fotele, puszysty dywan zaścielający całą posadzkę, i pozapuszczane u okien i drzwi grube portiery tworzą wymarzone zacisze dla poobiedniej sjesty. Na dworze śnieg pada gęsty i drobny, i wiatr poświstuje wśród bezlistnych gałęzi parkowych drzew, ale do tej jasnej, ciepłej ustroni żadne zewnętrzne odgłosy nie dochodzą.

Stary służący stawia na stole spirytusową maszynkę, śliczny serwisik do kawy na dwie osoby i zapaliwszy błękitny płomyk pod srebrną beczułką, wychodzi, dyskretnie drzwi za sobą zamykając.

Jeszcze portiera niezupełnie opadła, a już pani Klara siedzi na kolanach męża.

— Nareszcie! — szepcze, wtulając nosek w jego bujną czuprynę.

— Nareszcie! — powtarza pan Albin z najgłębszym przekonaniem i, odchyliwszy w tył złotowłosą główkę żony, wyciska na jej świeżych ustach długi pocałunek.

Można by pomyśleć, że byli rozłączeni lata całe. Tymczasem są wciąż razem pod tym starym dachem rodzinnego domu pana Albina. Ale w dzień on ma różne rachunki i korespondencje, i długie narady z rządcą na temat tych wszystkich ulepszeń, jakie z wiosną zamierza wprowadzić do gospodarstwa; ona krząta się po domu, odwiedza ochronkę, chorych we Wsi. Ta poobiednia godzinka jest ich wyłączną własnością i cieszą się nią zawsze jak dzieci.

— Kiciątko, nalej kawki — mówi pan Albin.

Ledwo to rzekł, już jedna z filiżanek, napełniona ciemnym, wonnym płynem, znalazła się w rączkach pani Klary pomiędzy ich młodymi twarzami. Oboje jednocześnie przykładają usta do jej brzegów i piją, patrząc sobie bliziuteńko w roześmiane oczy.

— Dobraaa? — pyta przeciągle pani Klara.

— Wyborna.

— Ale „inaczej” jeszcze lepsza.

— To prędko „inaczej”.

I znów usta ich łączą się ponad do połowy już wypróżnioną delikatną czareczką, która zaczyna leciutko dzwonić w paluszkach młodej mężatki.

— Boski napój! — odzywa się po długiem milczeniu pan Albin nieco zmatowanym głosem.

— Wiesz, Luńciuś — zaczyna pani Klara — taka jestem zła...

— Złotula moja! — wykrzykuje z zachwytem pan Albin. — I czego moje Zdzieblątko jest złe?... A to tak cudnie, gdy ono jest złe!

Wtem daje się słyszeć lekkie pukanie do drzwi.

— Co to znaczy? — dziwi się pan Albin, bo służba wie, że o tej godzinie nie wolno państwu przeszkadzać. — Kto tam?

— To tylko ja — odpowiada głos, którego brzmienie, acz stłumione fałdami portiery, nie pozostawia ani na chwilę w wątpliwości pana Albina. — Czy wolno?

— Zenio! — woła Albin, biegnąc ku drzwiom.

Wykrzyknikom, powitaniom, uściskom nie ma końca. Pan Albin, rozpromieniony, z dumą dopełnia prezentacji:

— Mój najlepszy przyjaciel! Moja ukochana żona!

Starszy mężczyzna ujmuje w obie dłonie podaną sobie rączkę; wyczuwa jej szczery, ciepły uścisk i, spojrzawszy w świeżą jak jutrzenka twarzyczkę, w czyste, błękitne oczy, nabiera przekonania, że jego młody przyjaciel nie pomylił się w wyborze.

— Aleś nam spadł, jak z nieba! — woła pan Albin. — Na taką zadymkę! Pewnieś zziębnięty?

— I głodny — dorzuca pani Klara. — Zaraz...

Ale pan Zenon zatrzymuje ją.

— Nie, nie, droga pani! Niczego mi teraz nie trzeba, prócz waszego towarzystwa.

— Napij się pan przynajmniej czarnej kawy — zaprasza pani Klara. — Gorąca.

— Oto czysta filiżanka: jakby czekała na ciebie — dorzuca pan Albin.

— Chętnie — odpowiada pan Zenon z uśmiechem. — Ale któreś z państwa nie dzieli widocznie mego amatorstwa do czarnej kawy?

— Dlaczego? — pyta pani Klara naiwnie.

— Bo widzę, że tylko jedna filiżanka jest w użyciu.

— Ach! Bo my... — zaczyna pani Klara i urywa raptem, oblewając się ponsem.

Pan Albin wybucha śmiechem.

— Bo my, Zeniu... — chce kończyć, ale młoda kobieta pośpiesznie zasłania mu rączką usta.

— Nie, Nunku! Wstydź się! Jak można!...

— Co my? Co my? — podchwytuje pan Zenon, wpół ubawiony, wpół jakby rozrzewniony, spoglądając na promieniejącą szczęściem parę.

— Bo my pijemy kawę zawsze z jednej filiżanki — wykrztusza pan Albin po przez paluszki żony.

— Brawo! — woła pan Zenon. — Brawo! To pozwólcież staremu usiąść tu, przy was, i bądźcie z nim, jak gdyby go nie było. Doprawdy, warto z tak daleka przyjechać, aby na coś podobnego popatrzeć. Niech żyje czwarta filiżanka czarnej kawy!