Ukłon
Cudny, wrześniowy dzień, jeden z tych, które w jakąś wyśnioną czarę piękna zamieniają Florencję i jej okolice, miał przed sobą nie więcej już jak godzinę życia.
Z wzniesienia, na którym stoi klasztor Franciszkanów w Fiesole, a nieco niżej kościół św. Aleksandra, słynny swymi piętnastu starożytnymi kolumnami i swoją bella veduta71 na całą dolinę Florencji i wynurzające się z poza Monte Albano szczyty Alp Apuańskich, zbiegało szybko dwoje młodych ludzi.
Spędzili większość dnia, błąkając się wśród starych, etruskich murów, strzegących tego dziwnie uroczego zakątka italskiej ziemi i chcieli jeszcze na zakończenie napaść oczy widokiem rozpoczynającej się glorii zachodu słońca, dla której taras owego kościoła jest takim właśnie nadzwyczajnym punktem obserwacji, teraz zaś śpieszno im było bardzo.
A choć w tym pośpiechu żadne z nich nie miało czasu na najprzelotniejszą nawet pantomimę miłosną, o! Z tych niesłychanie dyskretnych, po których jednak od pierwszego rzutu oka można w miejscach publicznych poznać młodą parę, odbywającą podróż poślubną, było w nich nie mniej coś nieuchwytnego, co świadczyło, że należą do tej interesującej kategorii turystów.
Trudniej przedstawiała się sprawa ich narodowości. Oboje byli kontrastowo dobrani, urodziwi i bardzo młodzi. Ona zwłaszcza, jasna blondynka, wyglądała prawie na pensjonarkę w swym krótkim, popielatym kostiumie i małym kapelusiku, omotanym popielatymi zwojami gazowego welona, którego pastelowy ton uwydatniał subtelnie świeżość ładnej, biało-różowej twarzyczki i błękit roześmianych, ciekawością i uciechą życia jaśniejących oczu.
Mężczyzna przedstawiał piękny, ale dosyć kosmopolityczny typ dobrze zbudowanego szatyna o znacznie jaśniejszym, mahoniowego odcienia wąsie i orzechowych oczach.
Że na dwoje mieli tylko jednego Baedeckera72, przeto nie mogli być Anglikami; że zaś tego Baedeckera wraz z jego okrywką niósł on, nie ona, to dowodziło jasno, że ojczyzną ich nie są Niemcy. Francuzi i Hiszpanie nie podróżują, mogli więc to być jedynie Słowianie.
Jakoż w połowie stromej i niewygodnej uliczki S. Francesco młodziutka kobieta, potykając się o jej śpiczaste kamienie, zawołała zdyszanym głosem po polsku:
— Spóźnimy się! Duśku! Zdaje mi się, że już słyszałam sygnał.
— Ależ nie, nie — uspokajał mąż. — Nie denerwuj się, Waluś!
— Przecież to ostatni tramwaj!
— I cóż stąd? Są tu hotele. W ostatecznym razie zanocujemy.
— Ach! Duśku! Jakże? Bez rzeczy? I w pensjonacie niepokoiliby się o nas. A to tacy dobrzy ludzie ci nasi patronowie73! Ja ich tak lubię.
— Ty wszystkich lubisz, kociaku — roześmiał się mąż.
— O! Wcale nie! — zaprotestowała z żywością, jak gdyby przeciwko ciężkiemu zarzutowi. — Wcale nie... Na przykład, te... okropne kobiety, które mi pokazywałeś! Mam do nich wstręt.
— A jesteś ich ciekawa! Ciągle się o nie wypytujesz!
— To swoją drogą! Ale ich nie cierpię. A ty jesteś brzydki, bo mi dokuczasz.
Tak przekomarzając się urywanymi zdaniami, wpadli na obszerny plac Mino przed katedrą i przebiegli wzdłuż szeregu straganów z wyrobami ze słomy florenckiej.
Wnet zawirowała dokoła nich żółta chmura woreczków, wachlarzy, ramek, lecz oni przedarli się mężnie przez ten zwał natarczywie zachwalanego i wpychanego im towaru.
Tramwaj istotnie tylko co miał ruszyć i jako ostatni w dniu był oblężony. Jedno wszakże miejsce u samego wejścia znalazło się niezajęte, a raczej miał je już zająć opasły, szpakowaty Włoch, lecz pan Dusiek tak zręcznie zamanewrował, że nim tamten namyślił się opuścić swe ciężkie kształty na ławkę, już siedziała na niej, wśrubowana do środka, pod jego ramieniem, młoda mężateczka.
— A ty, Duśku? A ty? — pytała niespokojnie.
— Postoję. Będę miał lepszy widok. Nie troszcz się o mnie, Kotula.
Uścisnął tkliwie jej drobną rączkę i cofnął się w głąb platformy, zapchanej już pasażerami. Konduktor w energiczny sposób spędził czepiających się jej rozpaczliwie maruderów, szarpnął za dzwonek i tramwaj zaczął łukowatymi zakosami spadać w dół po twardym jak granit gościńcu, którego mleczną białość zaróżowiła wychylająca się zza wzgórz albańskich łuna zachodu.
Tymczasem Włoch spojrzał na swe niedoszłe miejsce, jak kot odsądzony od mleka, a że na przeciwległej ławce, dzięki chudości zajmujących ją osób, widniał jeszcze jakiś skrawek wolnej przestrzeni, przylepił się do niej bokiem, po czym, odsapnąwszy, wydobył ohydne, włoskie cygaro i zapalił je z flegmą.
Tak się złożyło, że w tramwaju, zapełnionym samą miejscową publicznością, nikt na to nie zwrócił uwagi; lecz pani Walunia przycisnęła skwapliwie chusteczkę do swego małego noska i obejrzała się niespokojnie.
Widocznym było, że dym tego cygara jest jej wstrętnym i że szuka swego naturalnego opiekuna, aby ją z tego kłopotu wybawił.
Lecz naturalny opiekun był niewidzialny w tłoku platformy.
Natomiast zjawił się konduktor, odbierający bilety od pasażerów.
Młoda kobieta zdobyła się na odwagę.
— Panie konduktorze, czy to wolno palić w tramwaju? — zapytała bardzo dobrą włoszczyzną.
— Oczywiście, że nie — odparł prędko konduktor.
— A jednak ten pan pali...
Konduktor spojrzał.
— Pan nie ma prawa siedzieć w ten sposób z cygarem, czy bez — rzekł ostro. — Tu nie ma miejsca. Proszę wyjść na platformę.
Włoch, ociągając się, usłuchał, ale przy wyjściu obrzucił swoje vis-à-vis74 wprost nienawistnym spojrzeniem. Stanowczo miał pecha do tego popielatego kapelusika, który mu już po raz drugi krzyżował plany.
Za to serduszko czupurnej kobietki wezbrało dumą.
— Muszę opowiedzieć Duśkowi, jak sobie doskonale sama daję radę — pomyślała.
Radość ta jednak nie była długotrwała.
Włoch umieścił się tuż przy drzwiach i palił w dalszym ciągu swoje cygaro, co, jako stojącemu na platformie, było dozwolone, ale on pragnął się jeszcze zemścić. Zaciągał się więc, jak mógł najsilniej, po czym szybkim ruchem, wsadzając głowę do środka, puszczał kłęby dymu pod rondo biednego, popielatego kapelusika. Zabawka ta trwała czas jakiś, ku tajemnemu zadowoleniu pewnej części współjadących. Po akcencie poznali cudzoziemkę i cieszyło ich, że jednak rodak wziął górę.
Ona bowiem już nie protestowała. Gburowaty Włoch przejmował ją teraz lękiem. Znała porywczość męża i przewidywała, że jeżeli mu się poskarży, wyniknie z tego awantura. Milczała więc, krztusząc się i zasłaniając twarz chusteczką. Ale bladła coraz bardziej i zaczynało się jej robić istotnie słabo.
— Ach! Mój Boże! Byle tylko Dusiek nie zobaczył — myślała — byle nie zemdleć! Dusiek rozszarpałby tego obrzydłego Włocha.
W przeciwległym końcu tramwaju siedziało dwoje młodych ludzi. Przyszli wcześniej i zdobyli najlepsze miejsca, a teraz szeptali nieustannie, widocznie mając sobie ogromnie dużo do powiedzenia.
Już siadając, pani Walunia zauważyła tę parę, a i teraz oczy jej, choć załzawione od gryzącego dymu, mimowolnie zwracały się w ten kącik, gdzie bielił się pikowy, koronkami przybrany kostium młodej kobiety i pełznący po nim, niby szkarłatny wąż długi, pluszowy szal.
W ciągu dzisiejszej wycieczki do Fiesole dwukrotnie już widziała ona tę suknię i ten szal. Raz, na tarasie restauracji „Italia”, gdy jedli lunch, pisząc w przerwach pocztówki do kraju, drugi raz w drodze na Monte Ceceri.
Ani wtedy, ani potem nie mogła dojrzeć twarzy właścicielki tego stroju, domyślała się tylko, że musiała być młodą i piękną po sposobie, w jaki na nią patrzał i rozmawiał z nią jej towarzysz, jasnowłosy młodzieńczyk, typ delikatny, nerwowy, częstszy w północnych Włoszech, niżby się zdawać mogło tym, którzy powierzchowność synów Italii zwykli identyfikować z kruczymi włosami i bujną, zmysłową urodą.
Pani Walunia, sama pławiąc się w atmosferze miłości, odczuwała żywą sympatię dla wszystkich zakochanych. Zainteresowała się więc i tą parą już tam, na tarasie restauracji.
— To muszą być narzeczeni — zawyrokowała Duśka z powagą doświadczenia mężatki od dwóch miesięcy.
— Po czym to wnosisz, Waluchno? — zapytał mąż, znajdujący się jeszcze w tej fazie, w której naiwne uwagi żony nie wydają się brzęczeniem uprzykrzonej muchy, lecz czymś niesłychanie miłym i odświeżającym zblazowaną męską naturę.
Zamiast odpowiedzi pokazała mu oczyma stolik tamtych dwojga.
Odwrócona do nich plecami kobieta, trzymała szkarłatną, jak jej szal, różę o długiej łodydze i na przemian — to podnosiła ją do ust, to muskała nią rękę siedzącego naprzeciwko niej młodzieńca.
Było istotnie coś ogromnie dyskretnego w tej pieszczocie.
A potem, na Ceceri, gdy ich państwo Duśkowie spotkali, tworzyli jeszcze poetyczniejszy obrazek.
Ona, także tyłem do górskiej drożyny zwrócona, siedziała bez kapelusza na swym szkarłatnym szalu wśród oślepiająco białych kamieniołomów, którymi zabudowywa się cała Florencja i które tak słusznie noszą nazwę pietra serena75, a on stał nad nią z ogromnym pękiem tych maleńkich, drżących narcyzików, niby wonny, rozchybotany śnieg oblepiających skłony włoskich wzgórz, i sypał jej kwiaty na głowę. Coś mówił przy tym cicho, z przejęciem; a ona tę głowę, obciążoną bogactwem czarnych warkoczy, podnosiła ku niemu dziwnie zapatrzonym i zasłuchanym ruchem.
— A co, Duśku, widzisz — rzekła wtedy pani Walunia tryumfująco i dodała z lekkim wyrzutem: — Ty mnie już nie obsypujesz kwiatami! Ty już jesteś.... mąż!
On tego oskarżenia nie wziął zbytnio do serca, a że w tej chwili urwisty zakręt dróżki zasłonił ich, jak parawanem przed tamtą parą, więc otoczył ramieniem dziewczęcą kibić żony.
I rzekł:
— Za to obsypuję cię pocałunkami. Czy mój kociak wolałby kwiaty?
Pani Walunia jeszcze teraz w tramwaju rumieni się na wspomnienie niemej, a tak bardzo wymownej odpowiedzi, jaką to pytanie wywołało. Lecz wnet blednie straszliwie.
Nie! Nie wytrzyma dłużej! Stanie się z nią coś okropnego! O Boże! Byle tylko Dusiek...
W tym samym momencie kobieta w białej sukni, która od początku zajścia z Włochem rzucała na nią biedaczkę przelotne spojrzenia, pochyliła się ku swemu towarzyszowi i coś mu szepnęła.
Ten wstał natychmiast i podszedł do pani Waluni.
— Signora76 zechce usiąść tam. Będzie wygodniej — rzekł, wskazując opuszczone przez siebie miejsce.
Ona wstała skwapliwie, wyszeptała jakąś podziękę i przesiadła się na wpół oszołomiona z nieznośnym zawrotem w głowie.
Po chwili jednak, gdy ją świeże powietrze otwartego okna owiało, doznała ulgi i zwróciła się ku swojej nowej sąsiadce, która wciąż spoglądała na nią przyjaźnie.
— Jaka pani... jacy państwo dobrzy, — rzekła z wdzięcznością — ten szkaradny człowiek byłby mię uwędził na śmierć!
— Widzieliśmy to — odparła tamta. — To gbur. Takich tu wielu — dodała z jakąś ogromną goryczą i mówiła dalej: — Widzi pani, jak on tylko tam usiadł, ten zaraz się cofnął. Tacy są tylko z kobietami odważni. O! Ja ich znam.
I znowu mściwa gorycz zadźwięczała w jej głosie.
— Jestem cudzoziemka — rzekła pani Walunia, nieco zdziwiona — ale słyszałam zawsze o pani rodakach jako o pełnych galanterii dla dam.
Nieznajoma zaśmiała się krótko.
— Dla dam! — powtórzyła z nieujętą intonacją. — Dla dam!
— Zresztą towarzysz pani dał tego najlepszy dowód — ponowiła młoda mężatka. — Wszak, aby mnie obcej dopomóc, pozbawił się towarzystwa pani.
— O! Ja mu kazałam — odpowiedziała Włoszka — i tak byliśmy cały dzień razem. Fa niente77!
— To narzeczony pani? — zapytała z pewną nieśmiałością pani Walunia, czując dobrze niewłaściwość takiego pytania, skierowanego do osoby nieznajomej.
To też tamta wydała się tym jakby zaskoczona i zmieszana. Gwałtowny rumieniec oblał jej matowe policzki, w czarnych oczach mignął szczególny płomyk.
— Come78? — wykrzyknęła mimo woli; ale wnet, opamiętawszy się, pośpiesznie zaczęła mówić: — Tak; to mój narzeczony... Pobierzemy się jeszcze w tym roku... On jest jeszcze bardzo młody, bambino mio79, dwadzieścia lat; ale już na siebie pracuje. Ma posadę w banku. Na Nowy rok dostanie z pewnością awans. Wtedy się pobierzemy... Rodzice jego są bardzo zamożni, ale on nic od nich nie chce... Idzie o własnych siłach... mój narzeczony. I taki dobry z niego chłopiec. Pani nie może mieć pojęcia, jaki on dobry... delikatny...
— Z pewnością nie lepszy od pani — wtrąciła serdecznie młoda mężatka, którą opowiadanie Włoszki ujmowało swą szczerością, a zarazem w jakiś nieokreślony sposób dziwiło.
— Ja państwa widziałam we Fiesole — dodała — i od razu poczułam dla was wielką sympatię. Jakbym odgadła, że zaciągnę względem państwa dług wdzięczności.
Włoszka uczyniła niedbały, lekko trywialny, ruch ręką białą, wypieszczoną, ale nie rasową, przybraną obfitością mało wybrednych pierścionków.
— Fa niente! Fa niente! 80— powtórzyła. — Pani nas widziała? Ach, to był cudny dzień!... Cały na świeżym powietrzu; na wsi, na swobodzie!... Ja kocham wieś... Tak czysto, świeżo, tak przestrono... tak... ludzko! A miasta nie znoszę, nienawidzę!
— A jednak będzie pani musiała mieszkać w mieście — zauważyła pani Walunia z uśmiechem — skoro narzeczony pani jest urzędnikiem banku. Ja na odwrót przepadam za miastem, choć jestem dzieckiem wsi. Marzeniem moim było wyjść za mąż do stolicy. Ale serce wypłatało mi figla. Pokochałam ziemianina i, gdy teraz wrócimy z naszej podróży poślubnej, będę już zapewne do końca życia mieszkała na wsi! Cóż robić! Żona wszędzie musi iść za mężem. Takie już nasze przeznaczenie.
Rozgadała się, czując instynktownie, że w tym co mówi, jest coś, co sprawia szczególniejszą przyjemność jej sąsiadce, jakby ta, taka przecież zwyczajna rozmowa była dla niej pełną uroku nowością. Spostrzegła, zwłaszcza, że gdy wymawiała wyrazy „narzeczony”, „mąż”, „zamążpójście”, tamta przymykała z lekka oczy i, rozchylając usta, zdawała się wciągać w siebie te dźwięki, niby upajającą woń jakichś rzadkich kwiatów.
Dopiero przy ostatnich słowach sposępniała nagle.
— Nasze przeznaczenie! — powtórzyła, zamyślając się.
Pomiędzy delikatnymi łukami jej czarnych brwi zamyślenie to wyżłobiło pionową bruzdę; wyraz nieopisanej goryczy skrzywił prześlicznie zarysowane usta. Rzec było można, iż postarzała w jednej chwili o lat dziesięć!
Pani Walunia śledziła ją ciekawie swymi błękitnymi oczyma zaledwie zbudzonej do życia kobiecości. Nie mogła wcale zdać sobie sprawy, do jakiej sfery ta piękna osoba może należeć.
Ubiór jej był mieszaniną wytworności, dystynkcji i złego smaku.
Biały, pikowy kostium, doskonale skrojony, wykończeniem świadczył o robocie pierwszorzędnego krawca; natomiast kapelusz ogromny, czarny, ze wspaniałymi strusimi pleu-reuse’ami81 raził niestosownym na zamiejską wycieczkę rodzajem i zbytkiem, najbardziej zaś raziły klejnoty, którymi piękna Włoszka była literalnie obwieszona. Kolczyki, broszka, medalion, bransolety, breloki, łańcuszki, pierścionki, wszystko to połyskiwało i brzęczało za każdym jej poruszeniem; pani Waluni wydało się nawet w pierwszej chwili, że dostrzega złotą obrączkę, opasującą nogę Włoszki w kostce na ażurowej, jedwabnej pończosze; a wszystko to było ową tanią, pospolitą tandetą, którą tak obficie na użytek cudzoziemców produkuje florencka jubilerszczyzna.
Przy bliższym wpatrzeniu się ta blada, matowa, jak z alabastru wycięta, twarz nie sprawiała wrażenia tak młodej, jak na pierwszy rzut oka. Było w niej coś zmiętego; w kącikach ust karminowych krył się wyraz znużenia. Przepyszne, czarne oczy o ciężkich, posiatkowanych liliowymi żyłkami powiekach, raz po raz, jakby z nałogu, rzucały szybkie, ukradkowe spojrzenia na wszystkie strony i wnet kryły się pod długie, wywinięte rzęsy. Całość jednak miała ogromnie dużo wdzięku, szedł od niej jakiś niepojęty czar odrębności, jakieś szczególne połączenie gołębicy i kotki, słodkiej melancholii i efronterii.
Pani Walunia instynktownie wyczuwała te odcienie i była tak pochłonięta tą nową znajomością, tak przy tym uszczęśliwiona ze swojej łatwości prowadzenia rozmowy w języku włoskim, co jej się zdarzyło dopiero po raz pierwszy, bo dotychczas umiejętność tę mogła wypróbować jedynie na facchin’ach82 i obsłudze sklepowej, że prawie zapomniała o swoim Duśku.
On zaś stał już chwilę we drzwiach tramwaju i patrzył na nią. Zajście z grubym Włochem, palącym cygaro, uszło jego uwagi, dopiero gdy nastąpiła zamiana miejsc, zajrzał do środka i zobaczył żonę, gawędzącą już w najlepsze z piękną nieznajomą. Tadeusz, jak większość mężczyzn, mało się interesował szczegółami stroju kobiecego, nie poznał więc ani po szalu, ani po kostiumie jaskrawym, że ich właścicielka była tą samą, której plecy widział w restauracji i na Monte Ceceri. Teraz jednak, gdy ujrzał jej twarz en face83, musiała sprawić na nim jakieś szczególne wrażenie, bo ściągnął brwi i uczynił taki ruch, jakby chciał wejść do środka.
Wnet się przecież rozmyślił. Rozbawiony uśmiech zaigrał mu na ustach; w oczach błysnęły jakieś przekorne ogniki, jak u pustego chłopca, któremu się nadarza doskonały figiel. Wyraz ten dziwnie uwydatnił jego bujną, zdrową młodość, i gdy wreszcie pani Walunia spojrzała w jego stronę, musiała się aż uśmiechnąć, taki jej się wydał piękny i zachwycający.
Zaczęła też kiwać mu główką, pokazując białe ząbki i przybierając bardzo tryumfującą minkę. Włoszka spostrzegła go również.
— To mąż pani? — zapytała.
— Tak — odrzekła z dumą młoda kobieta.
— Piękny kawał mężczyzny — zauważyła tamta tonem znawczyni.
Określenie to po prostu zaskoczyło panią Walunię. Z rodzajem osłupienia wpatrzyła się w swoją sąsiadkę; wnet jednak przyszło jej na myśl, że może nie zrozumiała dobrze, lub że we Włoszech jest przyjęte, aby młode osoby, mające w dodatku narzeczonych, tak po taksatorsku zachowywały się względem powierzchowności obcych mężczyzn.
Lecz i nieznajoma musiała się spostrzec, że popełniła niestosowność. Gwałtowny rumieniec wytrysnął na jej blade policzki; niespokojne światełka zamigotały w czarnych oczach.
— Scusate, signora84 — szepnęła z pomieszaniem i, jakby chcąc zatrzeć niefortunne wrażenie, zapytała pośpiesznie:
— A państwo do jakiej narodowości należą? Wszak nie Anglicy i nie Niemcy?
— O, nie! — zaprzeczyła pani Walunia z jeszcze większą dumą. — My jesteśmy Polacy.
Włoszka ucieszyła się.
— Polacy! — powtórzyła z uśmiechem. — Ach! powinnam się była domyśleć! Tylko Polacy potrafią być tak sympatyczni. Znałam dwóch Polaków. Zupełnie byli inni.
— Doprawdy? — podchwyciła pani Walunia zaciekawiona. — Gdzie ich pani poznała? Jak się nazywali?... Może to moi znajomi?
Teraz Włoszka zmieszała się jeszcze bardziej niż poprzednio. Już nie tylko policzki, lecz cała jej twarz od hebanowej fali włosów nad czołem po koronkowy kołnierz pikowego żakietu stanęła w pąsach. Jej ciężkie, a jednak osobliwie ruchliwe powieki załopotały jak skrzydła schwytanego motyla; usta drgnęły i wnet zacisnęły się boleśnie.
— Ja... ja... nie wiem — wybełkotała po chwili, z widoczną trudnością. — To już dawno... Zapomniałam... Polskie nazwiska są takie dziwne.
Tymczasem tramwaj dobiegł do barriera della Querces.
Słońce zniknęło już zupełnie za szczytami. Szybki, górski mrok spadł na ziemię. W wagonach zapalono elektryczność. Wnet potem jasnowłosy młodzieńczyk, który ze swego miejsca nie przestawał wpatrywać się w swą ukochaną jak w tęczę, piastując na kolanach jej aksamitny, perełkami haftowany woreczek, wstał i zbliżył się do niej.
Zamienili kilka słów szeptem, uścisnęli się mocno za ręce, on oddał jej woreczek, szybko wyszedł na platformę i zręcznie w biegu wyskoczył.
Ona wiodła za nim oczyma, dopóki, przebiegłszy na chodnik, nie zniknął w bocznej uliczce, po czym westchnęła przeciągle i zamyśliła się, jakby zapomniawszy na chwilę o swojej sąsiadce, dla której ta drobna scena stała się znowu źródłem zdziwienia tak wielkiego, że nie mogła się powstrzymać, aby go nie okazać:
— Jak to? Narzeczony nie odprowadza pani do domu?
Włoszka podniosła na pytającą przygasłe spojrzenie.
— On?... Mnie!... — wyrzekła z roztargnieniem i ponowiła śpiesznie: — Och! To niemożliwe... Rodzice jego mieszkają w tych stronach. I bardzo nie lubią, żeby się spóźnił na obiad. A ja... mieszkam daleko...
— Tym bardziej mi przykro, że... — zaczęła pani Walunia, ale tamta nie dała jej dokończyć, czyniąc ten sam, co poprzednio trochę trywialny ruch ręką:
— To nic! To nic! Zobaczymy się znowu niezadługo i...
— I macie państwo przed sobą całe życie do spędzenia razem — uzupełniła pani Walunia z uśmiechem. — To jedno mnie też pociesza w tym, żem85 tak mimo woli popsuła państwu zakończenie wycieczki.
— Całe życie — powtórzyła Włoszka dziwnym głosem. — O! Tak signora, całe życie... Jakie to będzie piękne!
I raptem parsknęła śmiechem do urwanego łkania podobnym.
Teraz pani Walunia była już całkowicie stropiona. Ogarnęło ją poczucie, że stąpa po jakimś niepewnym gruncie, który wciąż zapada się pod nią. Ale dlaczego?
— Pani mi daruje — ozwała się nieznajoma po chwili milczenia — jestem czasem bardzo niemądra. Plotę sama nie wiem co. Ale to miasto tak na mnie działa. Och! To miasto!
I rzeczywiście, w miarę, jak tramwaj przebiegał coraz ruchliwsze ulice, dążąc w śródmieście, twarz jej posępniała i jakby starzała się w blaskach zapalanych latarni. Prowadziła wciąż rozmowę ze swoją sąsiadką, ale jakby zwalczając ogarniające ją roztargnienie, a ukradkowe spojrzenia, wybiegające spod jej powiek, stawały się coraz częstsze i coraz niespokojniejsze.
Pani Walunia nie mogła już tak szczegółowo śledzić tych zmian, gdyż zaczęło ją korcić niewytłumaczone zachowanie się męża. Chociaż w tramwaju czyniło się coraz przestronniej, a ona dawała mu znaki, aby usiadł przy niej, z widoczną chęcią przedstawienia go Włoszce, Tadeusz wstrząsnął tylko odmownie, głową i wycofał się zupełnie na platformę.
Tak dojechali do Piazza del Duomo86.
— Tu już kres naszej podróży — rzekła młoda kobieta, wstając. — Jeszcze raz dziękuję Pani z całego serca.
— Nie ma za co, nie ma za co — odpowiedziała Włoszka i dorzuciła ciszej, zmienionym głosem: — To ja raczej powinnam pani dziękować!
Oczy jej ze szczególnym wyrazem ogarnęły postać młodej polki. Mogło się wydać, że jej dziwnie ciężko rozstawać się z tą przygodną znajomą.
— Pani także wysiada? — zapytała pani Walunia.
— Tak. Tramwaj nie idzie dalej. I to także moje strony.
Mimo to nie ruszała się z miejsca.
Tamta wyciągnęła do niej rękę.
— Żegnam więc panią i życzę szczęścia na nowej drodze życia.
Oczy Włoszki zapłonęły błogością. Znowu wyglądała tak, jakby jakaś cudna muzyka pieściła jej uszy.
— Dziękuję, dziękuję bella signora87! — szepnęła.
Głos jej nieco chropowaty stał się w tej chwili przedziwnie miękkim i melodyjnym.
— Może się jeszcze kiedy spotkamy — dorzuciła pani Walunia serdecznie — Florencja taka mała, a my się wciąż włóczymy po ulicach.
Domawiając tych słów, uczuła, że ręka Włoszki, obejmująca wciąż jej dłoń, drgnęła gwałtownie, a na jej bladej twarzy wypiętnował się wyraz prawie przestrachu.
Nie zawtórowała życzeniu młodej Polki, przeciwnie, puściła szybko jej palce, szepcąc:
— Addio, signora, addio88!
Pani Walunia opuściła wagon niepowszednio zaintrygowana. U stopnia platformy czekał już na nią mąż i pomógł jej wysiąść. Spostrzegła, iż twarz drga mu od tłumionego śmiechu.
— Dusiek? Co ty wyrabiasz? — zapytała biorąc go pod rękę. — I czemu nie przyszedłeś, gdym kiwała na ciebie?
— Żebyś mnie przedstawiła twojej nowej przyjaciółce? — odpowiedział wciąż śmiejąc się. — Dziękuję uniżenie!
Raptem spoważniał.
— Wiesz, Waluchno, nie przypuszczałem, ześ taka pochopna do zawierania znajomości w tramwajach. To czasem może być niebezpieczne. Dobrze tu, gdzie nas nikt nie zna i — dodał z dumą — gdzie ja czuwam nad tobą...
— Ależ, Duśku, bo ty nie wiesz o niczym.
I zaczęła z wielkim przejęciem opowiadać mu swoją przygodę.
Słuchał uważnie, ale wprędce przerwał jej, pełen zapału obrońcy, któremu ta rola nie zdążyła się jeszcze naprzykrzyć:
— To łotr! Biedactwo moje! Czemuś mi nie powiedziała Waluto! Byłbym mu kości pogruchotał... Takie bydlę! On śmiał.
— Ja wiem, żebyś mu nie był tego darował... I dlatego właśnie... Ale słuchaj dalej.
Tym razem już jej nie przerwał, tylko uśmiechał się coraz filuterniej.
— Widzisz — kończyła tryumfująco — jaka to delikatna i dobra natura. Jakże miałam nie podziękować jej i nie porozmawiać.
— Zapewne... Ale...
— Tym bardziej, Duśku, że wzajemnie poczułyśmy do siebie jakąś sympatię. Bo nie umiem ci wypowiedzieć, z jaką ona przyjemnością rozmawiała ze mną.
— Wierzę... wierzę... Tylko czy ty wiesz, Waluś, kto ona?
— Jak to, kto ona? Alboż ty ją znasz, Duśku?
Spojrzała na męża zaniepokojona.
— Prawda, żeś ty już był we Florencji za kawalerskich czasów. A ona coś wspominała o dwóch Polakach znajomych... I tak się raptem zmieszała... Powiedz, może ty się w niej kochałeś?
Tadeusz parsknął rozbawionym śmiechem.
— Nie! Nie! Uspokój się mała zazdrośnico... Znam ją o tyle, o ile może ją znać z widzenia każdy kto wieczorami bywa na placu Wiktora Emanuela. Onegdaj nawet pokazywałem ci ją gdyśmy wracali do domu. Szła środkiem naszej ulicy. Pamiętasz? Tylko mój Dzieciuś ma trochę krótki wzrok. Widocznie to jej rewir.
Pani Walunia aż przystanęła:
— Duśku! Co ty mówisz? Przecież ona ma narzeczonego. Wychodzi niezadługo za mąż.
— Tak ci naopowiadała? Ach! Ty dzieciaku! Kocham cię jeszcze bardziej za tę twoją naiwność.
Pani Walunia obraziła się.
— Mój Duśku, bardzo cię proszę... Ja się właśnie umiem poznawać na ludziach. W domu wszyscy mi to przyznawali. I mama, i tatuś, i siostry... A przy tym to było takie widoczne, że oni się kochają!
— To jedno drugiemu nie przeszkadza.
— Duśku! Ty chyba żartujesz! Bo ja sobie wyobrażałam, że takie kobiety nie są zdolne kochać. A tamten?... On może nie wie, że ona... taka?
— Bądź spokojna. Wie doskonale.
— Jakże?... I mimo to?... Pamiętasz, tam na Monte Ceceri... jak jej sypał na głowę białe kwiaty. Wyglądali na taką poetyczną parę... Nic z tego wszystkiego nie rozumiem.
— Tym lepiej, Dzieciuś. — Nie zaprzątuj sobie tym głowiny.
— Ale kiedy mnie jej żal... Bo jeżeli on się z nią nie ożeni, a ona go kocha... Bo ona go bardzo kocha, Duśku. Przysięgłabym na to.
— Pocieszy się — odparł Tadeusz niedbale. — Zresztą, ręczę ci, że jej małżeństwo ani w głowie... Ot, tak. Plotła, bo jej to pochlebiano, że jej wierzysz.
— To zapewne dlatego nie odprowadzał jej do domu?... Wstydzi jej się. Prawda, Duśku?
— Bardzo możebne.
— Och! Biedna. Teraz już rozumiem, czemu tak posmutniała... Chociaż nie!... To niepodobna... Mnie by ostrzegł jakiś instynkt, jakiś wstręt, że to ”taka„. A to było przeciwnie... Nie! Duśku! Ty się chyba mylisz!
— No, no. Zobaczymy. Jeszcze ja ci ją pokażę.
W parę godzin później Tadeusz z żoną siedzieli przed wielką kawiarnią na placu Vittorio Emanuele, jak to bywało ich zwyczajem po zjedzeniu obiadu w pensjonacie.
Wieczór był prześliczny. Potoki księżycowego światła lały się z nieba; potoki przedrzeźniającej je elektryczności lały się z wielkich, lustrzanych okien kawiarni; a w tym podwójnym oświetleniu tonęły gęsto na asfalcie porozstawiane stoliki i pławili się obsiadający je goście. Muzyka wojskowa grała na placu; tłumy spacerujących przepływały jak gwarne i barwne fale, roznosiciele pism przenikliwymi głosami wykrzykiwali nazwy swoich dzienników. Dokoła stolików krążyły uśmiechnięte fioraje89 podsuwając gościom snopy róż i zaznaczając swe przejście smugą szkarłatu i woni.
Państwo Duśkowie byli w przepysznych humorach. Spotkali przypadkiem dobrego znajomego ze swoich stron, który był nawet drużbą na ich weselu i teraz siedzieli we trójkę przy jednym z najbardziej wysuniętych na plac stolików, jedząc granita90, wąchając róże i wybuchając co chwila tym łatwym śmiechem młodości i szczęścia, który tak prędko gubimy na gościńcu życia.
Rozochocony Tadeusz pomimo protestów pani Waluni opowiedział przyjacielowi jej dzisiejszą przygodę.
— I wyobraź sobie, Karolu — dodał z pewną przechwałką w głosie — że to moje anielstwo nie chciało wierzyć, jaka rybka ułowiła się w sieć jej niewinności.
— I jeszcze nie wierzę — odparła młoda kobietka energicznie potrząsając główką. — Zastanowiłam się nad tym i powtarzam. To niemożliwe! Dusiek się omylił!
On tymczasem aż podskoczył na krześle.
— No, to patrz, ty niewierna Tomassino! — zawołał.
Od środka placu, wprost na stolik, przy którym siedziało polskie towarzystwo, szły dwie kobiety, trzymając się pod ręce. Jedna wysoka, tęga blondyna zmysłowo tycjanowski typ: druga także wysoka, lecz kontrastowo smukła i kruczo-włosa. Ta druga... to była narzeczona z Fiesole.
Miała na głowie ten sam olbrzymi kapelusz z piórami i tylko pikowy kostium zmieniła na jedwabną, ostro cytrynowej barwy suknię, zdobną w błyszczące hafty i koronki. Wspaniałe boa z białych strusich piór otaczało jej obnażoną szyję; a z jego zwojów wychylała się jej ściągła twarz kamei, uróżowana, wyzywająco uśmiechnięta, niby ta sama, a przecież zupełnie inna. Obie szły elastycznym, rozchybotanym chodem, rozmawiając głośno z częstymi wybuchami śmiechu, i widoczną chęcią zwrócenia na siebie uwagi.
— I co powie teraz mój uparciuszek? — rzekł Tadeusz do żony.
Lecz ona nic nie powiedziała. Łyżeczka wypadła jej z ręki; różowe usta rozwarły się z lekka, a błękitne oczy z wyrazem zgrozy, zdumienia i wstrętu utkwiły w twarzy pięknej Włoszki.
W tej chwili spojrzenia ich spotkały się. I pani Walunia zobaczyła, jak tamta zbladła nagle pod różem, okrywającym jej policzki, jak ciężkie powieki, spod których wylatywały rakiety szybkich spojrzeń, opadły, łopocąc długimi rzęsami, a na ukarminowanych ustach zamarł banalny uśmiech, ustępując miejsca skurczowi nieopisanego bólu i zawstydzenia.
W momencie tym jakby zasłona jakaś rozdarła się przed oczyma pani Waluni. Ukazała jej się ta odwrotna karta życia, złożona z dziwnych powikłań i mętnych tragizmów, której istnienia nie domyślała się nawet ona, dla której białe było dotychczas na wskroś białym, a czarne na wskroś czarnym.
I oto sercem tej młodziutkiej istoty, szczęśliwej żony, czystej jak lilia kobiety, szarpnęła bezgraniczna, przemożna litość...
A gdy po chwili oczy tamtej podniosły się z wolna i spojrzały na nią trwożnie, jakby błagając o przebaczenie, ona uśmiechnęła się słodko i wobec tego całego wytwornego tłumu przesłała ulicznicy przyjazny ukłon swą złotowłosą główką.
Ale i z tamtą stało się coś dziwnego. Mogło się zdawać, iż niebo rozstąpiło się przed nią. Cudny wyraz zachwytu okolił jej usta, boleśnie przed chwilą skrzywione rysy, wyszlachetniały nagle, w oczach zamigotało i duże łzy, jak brylanty, zawisły na rzęsach.
I z tymi łzami, z wolna spływającymi na policzki, z całą przeistoczoną postacią, jakby kornie naprzód podaną, a jednocześnie z wyrazem nieopisanego tryumfu i uszczęśliwienia odkłoniła się młodej Polce.
Potem, szybko pociągnąwszy swą osłupiałą ze zdumienia towarzyszkę, zniknęła w tłumie.
Ale przy stolikach zauważono tę małą scenę i jakiś szmer rozszedł się dokoła. Oczy wszystkich gości zwróciły się na panią Walunię.
Tadeusz pochylił się ku żonie gniewny.
— Walo! Czyś ty oszalała?
Ona podniosła na niego promienne spojrzenie.
— Nie, Duśku. Tylko ta kobieta dała mi dowód takiej dobroci i delikatności uczuć, na jaki może nie zdobyłaby się niejedna z dam naszego świata. I dlatego nie mogę zapłacić jej za to niewdzięcznością i pogardą.
A widząc, że mąż wciąż siedzi zasępiony, położyła mu pieszczotliwie malutką dłoń na ręku i szepnęła miękko:
— Duśku! Najdroższy! Rozchmurz się. Ja cię tak bardzo kocham.
I Dusiek, jako będący w fazie, w której podobne dotknięcia i szepty posiadają władzę czarodziejskiej różdżki, nie tylko rozchmurzył się, ale wpadł w jak najlepszy humor.
Pod wpływem takiego nastroju zaproponował wspólną ”bumblerkę”91 z przyjacielem. Wzięli więc vetturę92, i pojechali na San Miniato i Plac Michel Angelo, by stamtąd popatrzeć przy księżycu na bajkowo uroczą panoramę Florencji.
A wracając wstąpili do pierwszorzędnej restauracji na kolację z Asti spumante93 i było już dobrze koło drugiej, kiedy wreszcie znaleźli się na swojej ulicy.
Noc, po ciepłym wieczorze uczyniła się, jak to często bywa we Florencji, bardzo chłodna. Tadeusz niepokoił się o żonę i co chwila poprawiał na niej troskliwie fałdy oszytej marabutami94 etoli, a ona tuliła się do jego boku i ten powrót pod wspólny dach, mający wnet osłonić ich pieszczoty i spoczynek, napełniał ich jakąś subtelną rozkoszą, którą oboje wyczuwali w sobie wzajemnie.
Ulica pięła się trochę pod górę i była w tej chwili zupełnie pusta.
Nagle, na środku jej, w pewnym oddaleniu, jakby spod ziemi ukazała się postać kobieca.
Widocznie musiała wyjść z jakiejś przecznicy i teraz zaczęła z wolna postępować naprzód z pochyloną głową, z rękoma zanurzonymi w kieszenie białego, trykotowego płaszcza, który obciskał jej smukłe kształty jak futerał.
Pomimo nowego przebrania, pani Walunia poznała ją natychmiast.
— To ona — szepnęła, pokazując ją mężowi.
— Może chcesz się z nią przywitać i zaprosić do nas na jutro na lunch? — zażartował Tadeusz.
— E, Duśku, daj pokój. Mnie jej żal. Ona musi być bardzo nieszczęśliwa. Patrz, jak wolno idzie, jaka zmęczona...
— Zwyczajnie, jak myśliwy, który się za zwierzyną nachodził — odparł Tadeusz niedbale.
Kobieta istotnie ledwo się wlokła. Jakiś niewidzialny ciężar zdawał się leżeć na jej ramionach i przytłaczać ją do ziemi.
Kroki idących trotuarem rozlegały się głucho w pustce pałaców, brzeżących obie strony wąskiej ulicy swą ponurą, minioną świetnością.
Ona jednak zdawała się ich nie słyszeć, tak samo, jak zdawała się nie widzieć, gdy tamci nadeszli i znaleźli się z nią na jednej linii. Tylko głowa jej pochyliła się jeszcze niżej, a ręce, zanurzone w kieszeniach, przycisnęły się instynktownie do bioder, jak gdyby uczuła raptem wielkie zimno.
Mimo to musiała ich poznać, bo zwolniła jeszcze kroku, a skoro ją minęli, szła za nimi wciąż w pewnym oddaleniu i przeprowadziła ich tak aż do drzwi wspaniałego ongi95 pałacu, dziś zamienionego na pensjonat, w którym mieszkali.
Nazajutrz pani Walunia otrzymała olbrzymi bukiet najpiękniejszych białych róż, konwalii i magnolii, związany białą, morową wstęgą, do której przypięty był liścik.
Na bileciku dużym, niewprawnym pismem czernił się napis: Alla bella e soave signora Polacca96, a wewnątrz tylko te słowa: ”W hołdzie i podzięce od tej, której się już nikt nie kłania”.