Akt drugi

Nad fiordem, otoczonym stromymi ścianami.

W pobliżu na pagórku, stary, zapadły kościół. Nadchodzi burza.

Tłum ludu: Mężczyźni, kobiety i dzieci grupują się częścią na wybrzeżu; nieco wyżej, w środku, na kamieniu siedzi Wójt; Pisarz pomaga mu przy rozdzielaniu zboża i artykułów spożywczych. W pewnym oddaleniu, otoczeni ludźmi, stoją Ejnar i Agnieszka. Na piasku, po odpływie, leży kilka łodzi. Brand stoi na pagórku kościelnym, ale tłum go na razie jeszcze nie widzi.

JEDEN Z MĘŻCZYZN

przeciska się przez tłum

Miejsca!

JEDNA Z KOBIET

Ja pierwsza — i mnie skoro46!

MĘŻCZYZNA

odtrąca ją

Precz stąd!

do wójta Mój worek!

WÓJT

Cierpliwości!

MĘŻCZYZNA

Na śmierć w domu się zapości

Moich czworo — nie! pięcioro...

WÓJT

żartobliwie

Co? Niełatwo lada komu

Liczyć, prawda?

MĘŻCZYZNA

Kiedy z domu

Wychodziłem, jedno prawie

Że konało...

WÓJT

do pisarza

Dać łaskawie

Listę.

do chłopa, przeglądając papiery

Odstąp... Oczywiście

Twe nazwisko też na liście?

Twoje szczęście, że się mieści...

do pisarza

A czy numer... tak... trzydzieści

Już otrzymał?... Bez hałasu...

Bez natłoku... dość jest czasu...

Jakub Śnieżek!

JEDEN Z MĘŻCZYZN

Tu!

WÓJT

Mój Kuba,

Taka, widzisz, jest rachuba,

Że na ciebie dziś przypada

Li47 połowa....

MĘŻCZYZNA

Trudna rada —

Mniej nas dzisiaj, wiem... ma żona

Zmarła w nocy...

WÓJT

Rzecz skończona. —

Skreślić!... Juści wszędzie nędza,

Nikt za mało nie oszczędza.

do oddalającego się

Jeno48 proszę pana Kuby,

Nie od razu w nowe śluby...

PISARZ

chichocąc

Hi! hi!

WÓJT

ostro

Cóż to?... Śmiechy z mojej...?

PISARZ

Wójt jegomość żarty stroi...

WÓJT

Mnie nie zbiera się na żart,

Lecz żart czasem tynfa49 wart!

EJNAR

wychodzi z Agnieszką spośród otaczającej ich grupy

Nie, ja tutaj nic nie zmienię!

Wypróżniłem już kieszenie —

Ot, przychodzę tu na brzeg,

Jak żebrzący jaki człek...

Mam zegarek, laski kawał...

WÓJT

Nikt by na was nie nastawał,

Jeno to, cośmy zebrali,

Nie zaważy zbyt na szali.

Drodzy moi przyjaciele,

Rzecz wiadoma, niezbyt tłusta

Idzie strawa w głodne usta

Z rąk, co same niezbyt wiele...

spostrzega Branda i wskazuje na niego

Witam, witam! Jeśli pana

Wieść tu gnała niesłychana,

Że to u nas głód się pleni,

Proszę sięgnąć do kieszeni...

Najdrobniejszy przyjmę datek!

To, co mamy, to ostatek...

A w dzisiejszej, panie, dobie,

Trudno już wymarzyć sobie,

By dwie rybki tysiąc luda

Nakarmiły... takie cuda...

BRAND

Przetysiączne ziarna kosze

Marnują się...

WÓJT

Bardzo proszę,

Słów nam tutaj nie potrzeba,

Nie zastąpią one chleba!

EJNAR

Nie wiesz, jak tu cierpiał lud...

Tu u nędznych domostw wrót

Grób przy grobie... trupy leżą...

BRAND

Tak jest, widzę klęskę świeżą...

Patrząc w tę pobladłą twarz,

Dłoń sędziego jawną masz!

WÓJT

Przecież serce masz, jak stal.

BRAND

wychodzi z tłumu i mówi z naciskiem

Tak, byłoby mi bardzo żal,

Gdyby wam życie tak powoli

Wlokło się w nędzy i niedoli.

Ta żądza chleba juści-ć we mnie

Nie szukałaby dziś daremnie

Jakiejś litości... Plemię człecze,

Gdy na czworakach tu się wlecze,

Juści-ć, że zwierzę w nim się budzi!

Pełznie, jak orszak pogrzebowy,

Juści-ć myśl łatwo im do głowy

Wpadnie rozpaczna, że z swej księgi

Bóg ich wykreślił już na zawsze.

Lecz On was kocha, coraz krwawsze

Zsyła wam troski i mitręgi.

Smaga was biczem poprzed grób,

Bierze, co wprzód nasypał w żłób.

KILKA GŁOSÓW

przerywając mu groźnie

Drwi z nas! A, sprawcie go50! Co prędzej!

WÓJT

Chleba zazdrości wam w tej nędzy?!

BRAND

potrząsa głową

Gdybym mógł w czym dopomóc wam,

Krew ja bym swą wytoczył sam,

Sam bym otworzył swoje żyły,

Gdyby przydatne na co były,

Ale bym jemu zadał kłam!

On chce was wyrwać z waszej klęski;

Naród prawdziwy, naród męski,

Choćby nieliczny, lecz niezgniły,

Wynosi z nieszczęść świeże siły!

Duch jego gubi się w przezroczu;

Na orlich lecąc skrzydłach, z oczu

Traci powszednich spraw osnowę...

Wola, podnosząc dumnie głowę,

Wie, że zwycięży jak najświetniej!

Lecz kogo ból nie uszlachetni,

Temu już nic z pomocy bożej.

JEDNA Z KOBIET

Za chwilę burza się rozsroży!

To, jego słowa ją przywiodły.

INNA

Zazna on niebios kar ten podły!

BRAND

Twój Bóg już cudów tu nie stwarza.

KOBIETY

Jest burza! — Burza!...

GŁOSY Z TŁUMU

Hej! Zbrodniarza

Ukamienować! Skłuć nożami!

Cóż on tu robi między nami?

groźny tłum gromadzi się naokoło Branda. Wójt wkracza między ciżbę. Od strony wsi nadbiega Kobieta, dzika, obdarta

KOBIETA

krzyczy w kierunku tłumu

Ratujcie, ludzie! W imię Boga!

W imię Jezusa!...

WÓJT

Skąd ta trwoga?

Co ci się stało? Mów, coć trzeba?

KOBIETA

Nie chcę pieniędzy, nie chcę chleba,

Rzecz stokroć gorsza od tych żądz!

WÓJT

Więc mów!

KOBIETA

Nie mogę! Gdzie wasz ksiądz?

WÓJT

Tego tu szukasz nadaremnie.

KOBIETA

Najnieszczęśliwszy człowiek ze mnie!

Ach, czemużeś mnie stworzył, Boże?

BRAND

zbliża się do niej

Ksiądz się tu przecież znaleźć może.

KOBIETA

chwyta go za ramię

Więc się ulituj, sprowadź, panie!

BRAND

Co stać się może, to się stanie.

Lecz naprzód powiedz...

KOBIETA

Tam — mój mąż...

Poza fiordem — —

BRAND

Co? Co?

KOBIETA

Wciąż

Nieustająca nędza w domu...

Troje dzieciątek... o dniu sromu51!

Czy on potępion? Nie! Nie!... Mów,

Że nie!...

BRAND

Ja słucham twoich słów.

KOBIETA

wskazując na piersi

Wyschnięte były do cna!... Rety!

Litości nie miał dla kobiety,

Ni człek, ni Bóg... Najmłodsze dziecię

Prawie konało... i tak, wiecie,

Nie mógł wytrzymać mąż ten mój

I zabił...

BRAND

Zabił?

LUD

przerażony

Dziecko?!... Stój!

KOBIETA

Wraz na nim grzech się pomścić miał,

Przyszła nań skrucha, przyszedł szał —

Na własne targnął się on życie!...

O, chodźcie ze mną! Zobaczycie!

Potrzeba mi pomocy waszej!

Złorzeczy życiu, śmierć go straszy...

Z trupkiem w objęciach, ach, bez końca

Wzywa szatanów!... Gdzież obrońca?

BRAND

do siebie

Tak, to jest nędza.

EJNAR

blady

Piekło czeka

Nieszczęśliwego tego człeka.

WÓJT

Urząd mój tutaj na nic!...

BRAND

krótko do tłumu

Łódź!

Kto płynie ze mną?

JEDEN Z TŁUMU

Myśl tę rzuć!

Przy takim wietrze? Pewna śmierć!

WÓJT

Naokół fiordu idzie perć52.

KOBIETA

Nie! Nie! Ta droga dzisiaj na nic,

Potok ją zalał!... Nie ma granic

Moje nieszczęście!

BRAND

Czółno daj!

JEDEN Z TŁUMU

To niemożliwe! Cały kraj

Zalała burza...

INNY

wskazując na przeciwległy brzeg

Stamtąd płynie

Ogromna fala... mgły jedynie,

Skały fiordu w dymie, w mgłach!

TRZECI Z TŁUMU

Strach na to wszystko spojrzeć — strach!

Proboszcz cię zwolni!...

BRAND

Grzeszny człek,

Gdy na śmiertelnym łożu legł,

Czekać nie będzie, aż się burzy

Moc uspokoi... Kto mi służy?

wskakuje do łodzi, naciąga żagiel

Statek ten można?

WŁAŚCICIEL

Można — przecie

Zostań!

BRAND

Kto zrzucić się odważy

Śmiertelny zewłok?

JEDEN Z TŁUMU

W czas ten wraży?

Ja nie!

INNY

I ja nie! Za nic w świecie!

KILKU

Któż by się tak narażać mógł?

Zguba niechybna!

BRAND

Tak! Wasz Bóg

Nie uratowałby nikogo!

Lecz mój wybawia!

KOBIETA

załamując ręce

O, jak srogo

Żyć! On tam kona!...

BRAND

z czółna

Jedna dusza

Gdyby zechciała siąść do łodzi,

Wylewać wodę z tej powodzi...

Juści, że nikt tu was nie zmusza,

Lecz było dość tu dzielnych ludzi,

Może się przecież ktoś potrudzi

I da co więcej — da mi siebie!...

KILKU

cofając się

Nie żądaj tego...

JEDEN Z TŁUMU

groźnie

Jest na niebie

Bóg, ty go nie kuś! Co za wiele,

To już za wiele!

KILKA GŁOSÓW

Na topiele

Ty się nie puszczaj!... Burza wzrasta!

INNI

Łańcuch się zerwał!...

BRAND

przytwierdził się osęką53 do gruntu i woła na kobietę

Hej! Niewiasto!

Chodź ty! Nie zwlekaj!

KOBIETA

cofa się

Ja — gdy drudzy...

Nie!

BRAND

Nie?

KOBIETA

Mam dziatki, proszę łaski!

BRAND

śmiejąc się

Oto widzicie, same piaski,

Na których gmachy swe stawiacie!

AGNIESZKA

z rozpłomienionym obliczem zwraca się do Ejnara, kładzie mu rękę na ramieniu i mówi

Słyszałeś?

EJNAR

On się nie ulęknie!

AGNIESZKA

Swój obowiązek spełnij pięknie!

Jest ktoś, co będzie godzien ciebie —

do Branda

On z tobą razem w tej potrzebie!

BRAND

Chodź!

EJNAR

blady

Ja?

AGNIESZKA

Poświęcam cię! Idź!... Siła

Ślepoty tej, co mnie raziła,

Już mnie opuszcza!

EJNAR

Nim cię znałem,

Poświęciłbym się sercem całym,

Sam, dobrowolnie... lecz w tej chwili...

Zbyt wiele byśmy poświęcili...

AGNIESZKA

drżąc

W tej chwili? — —

EJNAR

Tak jest... ja nie mogę!

AGNIESZKA

cofając się

Co powiedziałeś?...

EJNAR

Na tę drogę

Iść mi nie wolno!

AGNIESZKA

z krzykiem

Teraz, Boże,

Rozszalało się straszne morze

Pomiędzy nami!

do Branda

Ja przy tobie!

BRAND

Dobrze! Więc płyńmy!...

KOBIETY

z przerażeniem patrząc na wsiadającą

Jezu Chryste!

EJNAR

w największym przestrachu chce ją powstrzymać

Agnieszko!

TŁUM

przybiega

Zostać! Toć to czyste,

Straszne szaleństwo! Lepiej w grobie

Od razu...

BRAND

Powiedz, gdzie twój dom?

KOBIETA

pokazuje

Trzeba okrążyć skalny złom —

O tam! Ten czarny zrąb!...

łódź odbija od brzegu

EJNAR

krzyczy za odpływającymi

O matce

Pomyśl, o braciach, jak ohydnie

Mordujesz szczęście ich i swoje!

AGNIESZKA

Tutaj, w tej łodzi jest nas troje!

łódź odpływa. Tłum zbiera się na pagórkach i śledzi z największym natężeniem

JEDEN Z TŁUMU

Wybrnie!

INNY

Nie wierzę!

PIERWSZY Z TŁUMU

Wybrnie, zda się!

Zakręcił dobrze! W takim czasie!

INNY

Wiatr w bok uderzył... Tęgie wiosło!

WÓJT

Gdzieś mi kapelusz hen poniosło!

KOBIETA

Niby dwa wielkie skrzydła krucze

Rozwiał swój czarny włos na tuczę54,

PIERWSZY Z TŁUMU

W okrąg się kurzy, dymi!

EJNAR

Cyt!

Jakiś krzyk straszny, jakiś zgrzyt!

KOBIETA

O stamtąd! Z wierchu!

INNA

wskazując ku górze

Toć to Gerd!

Ona tak wita przewoźnika.

PIERWSZA Z KOBIET

W barani róg uderza, dzika,

Opoki strąca z głaźnych stert.

DRUGA Z KOBIET

Róg rzuca teraz w morza toń,

Trąbi, zwinąwszy w trąbę dłoń!...

JEDEN Z TŁUMU

Trąb sobie, trąb, dopóki chcesz:

On morze przetnie wzdłuż i wszerz!

INNY

Teraz bym z nim popłynął już

Śród najburzliwszych choćby mórz!

PIERWSZY Z TŁUMU

Czym on był?

EJNAR

Księdzem!

DRUGI Z TŁUMU

Czym on był?

Mąż to prawdziwy! Krew śród żył

Ma, rzekę, dzielną, zwąc jak zwąc!

PIERWSZY Z TŁUMU

Nam by się przydał taki ksiądz!

WIELE INNYCH GŁOSÓW

Nam by się przydał taki ksiądz!

rozpraszają się

WÓJT

zbiera książki i papiery

Ja się ogromnie temu dziwię,

Boć to co najmniej niewłaściwie,

Że tutaj wścibiać chce swój nos

I bez naglących przyczyn zgoła,

Gdy taki straszny świat dokoła,

Życie na chwiejny rzuca los.

Ja dbam o wszystko, jak to będzie,

Lecz tylko wówczas, gdym w urzędzie.

znika

Przed chatą, na wyskoku lądu.

Pełnia dnia. Fiord spokojny, błękitny. Agnieszka siedzi na wybrzeżu. Bezpośrednio potem wchodzi Brand.

BRAND

Umarł... Cicho idzie stąd,

Z jasnym licem i bez troski,

Jakby go tam sąd już boski

Nie miał czekać, straszny sąd!

Jak ta śmierć w promienny dzień

Przeinacza mroczny cień!

Nie znał grzechu swego treści,

Tyle tylko, co się mieści

W jego nazwie, tylko tyle,

Ile człek, żyjący w pyle,

Domacać się może winy

Swoją ręką: śmierć dzieciny

Tylko widział, nic poza tym!

Lecz tych dwojga, którzy z światem

Są związani, co w tej chwili

Pełny trwogi wzrok wlepili

W jego oczy, jak na dachu

Owe ptaki, w wielkim strachu

W krzywdę swoją zapatrzone —

Te istoty biedne, płone55,

Tak bezmyślnie, tak bezradnie

Nie wiedzące, co wypadnie,

Czy nie czeka ich ta sama

Dzisiaj dola, straszna, głucha —

Te stworzenia, którym w ducha

Taka wżarła się dziś plama,

Że ni stal jej nie wywabi

Rozżarzona, ani kwas

W najpóźniejszy nawet czas —

Ci dwaj ludzie, wątli, słabi,

Te dwa kiełki, już w zarodzie

Nieszczęśliwe dzieci znoju,

Powstrzymane w swym rozwoju

Tą dziś klątwą, co, z czeluści

Piekieł rodem, nie opuści

Już ich nigdy — tak, tej pory

One dla tej duszy chorej,

Jakby wcale nie istniały!

Nie rozumiał tej zakały,

Która serc się ich uczepi

Już na wieki!... Może ślepi,

Może głusi też i oni

Grzęznąć będą w grzechów toni,

Może pójdzie dalej w krąg

Ta występków księga ksiąg —

Wszakże w nich ojcowska krew!

Przepotężny to jest siew.

Co w niej kreślić? Co w niej mazać?

Co tu łasce w niej przekazać?

Jak dalece — trudna rada —

Człek tu sobą odpowiada

Za dziedzictwo ojców win!?

Kto tu świadkiem? — oto klin!

Kogo wybrać tu na sędzię,

Kto rozstrzygać tutaj będzie

I kto prawdę tę uświęci,

Gdyśmy wszyscy delikwenci56?!

Kto tu może, jasny, szczery,

Pokazywać swe papiery?

O, głębokie, zagadkowe,

Straszne noce! Gdyby mowę

Dać wam można! Ale tłumy

Potraciły swe rozumy,

Nad przepastnym tańczą dołem,

Drżeć powinni wszyscy społem!

Śród tysiąca nie ma przecie

Ni jednego na tym świecie,

Co by wiedział, jaka góra

Przestraszliwa, przeponura,

Góra win, wyrasta skrycie

Nad tym jednym słówkiem: życie!

Kilku ludzi ze wsi wychodzi spoza węgła domu i zbliża się do Branda

JEDEN Z MĘŻCZYZN

Raz drugi się spotykamy.

BRAND

Za późno... umarł.

MĘŻCZYZNA

Lecz w tej samej

Żyje chałupie jeszcze troje.

BRAND

Więc?

MĘŻCZYZNA

Więc przynosim tutaj swoje

Liche zapasy — oto macie!

BRAND

Choćbyś dał wszystko, miły bracie,

A swego życia nie chciał dać,

Wiedz, że nie dałeś nic!

MĘŻCZYZNA

A ja-ć

Powiem dziś tyle: ten umarły,

Gdyby na jego łódź natarły

Wiatry, a on tu w swej potrzebie

Wzywał pomocy, może siebie

Byłbym poświęcił zawierusze...

BRAND

A niczym ból, szarpiący duszę?

MĘŻCZYZNA

Bardzo my biedne, ludzkie plemię!

BRAND

Przeto na oku miejcie ziemię

I nic poza tym — aż do końca...

Niech ku promiennym blaskom słońca,

Ku skrzącym śniegom, tam, wysoko,

Nie zerka wasze lewe oko,

Kiedy źrenica prawa ginie

W tym li padole, w tej dolinie!

Tu, gdzieście sami wy, niestety,

Włożyli jarzmo na swe grzbiety!

MĘŻCZYZNA

Twoja, myślałem, będzie rada,

Że nam wyzwolić się wypada.

BRAND

Gdybyście mogli!

MĘŻCZYZNA

Poniektóry

Człek tu nam rady dawał z góry,

Lecz tak nie wchodził nikt na drogę,

Jak ty...

BRAND

Zrozumieć ja nie mogę,

Co chcesz wyrazić?...

MĘŻCZYZNA

To jedynie,

Że stokroć większa moc jest w czynie,

Niżeli w radzie — czyn zwycięża.

Nam we wsi trzeba dzisiaj męża!

BRAND

niespokojnie

Jakąż to dzisiaj macie wolę?

MĘŻCZYZNA

Ażebyś księdzem był w tym siole.

BRAND

Ja? — Tutaj?

MĘŻCZYZNA

Wiesz, że tu pastora

Miejsce jest wolne... A więc pora

Dobra...

BRAND

Tak, prawda, tak...

MĘŻCZYZNA

Przed laty

Dość był ten okrąg nasz bogaty,

Lecz potem, wiesz, nieurodzaje

Przyszły na nasze biedne kraje,

Klęski, zarazy: bydło, ludzie,

Wszystko padało — w strasznym trudzie

Człek po kawałek chleba sięga.

Poszedł i pastor... Ot, mitręga —

BRAND

Żądaj, co tylko chcesz, lecz do tej

Sprawy najmniejszej ja ochoty

Dziś nie posiadam! Mnie daleka

I szersza, widzisz, droga czeka,

Idę, gdzie życia zdrój się leje,

Przez drzwi otwarte, przez wierzeje

Wielkiego świata... Tu, w tej kaźni,

Nic ludzki język nie wydołał.

MĘŻCZYZNA

Skalne odrzekną ci tu czoła,

Gdy krzykniesz silniej i wyraźniej!

BRAND

Któż się zamyka w ciasne cele,

Kiedy tam czeka nań wesele?

Obsiewać głazy któż ma wolę,

Gdy go tam pulchne czeka pole?

Któż za jądrkami jabłek goni,

Gdy złoty owoc na jabłoni?

Któż w wyrobnictwie chciałby gnić,

Gdy w świat go wzywa głośna wić57?

MĘŻCZYZNA

Twój czyn jaśniejszy był niż słowa...

BRAND

Czego wy chcecie? Łódź gotowa,

Jadę...

zabiera się do odejścia

MĘŻCZYZNA

zastępując mu drogę

Czyż głos ten, co cię wzywa,

Ten czyn, co twoja wola żywa

Chce go dziś spełnić, jest ci drogi?

BRAND

Ten czyn — to życie me!

MĘŻCZYZNA

Więc w progi

Wejdź dzisiaj nasze! Zostań!...

z naciskiem Wszystek

Chociażbyś oddał dziś dobytek,

A życia nie chciał dać, wiedz o tym,

Że nic nie dałeś!

BRAND

Swym żywotem —

Tak, samym sobą, swoim wnętrzem,

Tym powołaniem swym najświętszem,

Nie rozporządza żaden człek!

Wszak nie odwrócisz biegu rzek,

Które stworzyła wola boża,

Ażeby szły w kierunku morza!

MĘŻCZYZNA

Tak, woli bożej nikt nie nagnie —

Lecz choćby sczezły w błocie, w bagnie,

Dojdą do celu w kroplach ros!

BRAND

przygląda mu się badawczo

Czyj to cię tego uczył głos?

MĘŻCZYZNA

Twój — i to, widzisz, w onej chwili,

Gdyście od brzegów tak odbili,

Nie zważający na nasz strach,

Gdyś się przedzierał naprzód, ach,

W takiej straszliwej zawierusze,

Aby ocalić jakąś duszę.

Gdyś się mocował w mgieł zamęcie,

Wówczas nas wszystkich, mówię święcie,

Starych i młodych, przeszło mrowie,

Jakby nam, widzisz, nasze ciało

Słońce wraz z wichrem przenikało,

Jakby śród naszych, widzisz, ciał

Dzwon wielkanocny głośno grał!...

zniża głos

A teraz biedni my ludkowie,

Samotni, w nędzy znów tej samej,

Smutni, na nowo pozwijamy

Nasze chorągwie wielkanocne.

BRAND

Zaginie plemię, gdy niemocne!

surowo

Kto być nie umie, czym ma być,

Ten niech zostanie, czym być może.

Zostań ty synem ziemi!

MĘŻCZYZNA

patrzy na niego chwilę i mówi

Boże!

Biada-ć, żeś zgadł, odszedłszy! Wzdyć58

I nam jest biada, żeś w te smutki

Dzień nam poświęcił ach, tak krótki!

odchodzi, a za nim, w milczeniu odchodzą i wszyscy inni

BRAND

Cicho, milczkiem, twardą drogą

Obarczony kroczy lud.

Chwiejne stopy ledwie mogą

Unieść naprzód ciężki trud;

Każdy gnie się, po zwyczaju

Patrzy okiem, pełnym trwóg,

Jak nasz praszczur, gdy go z raju

Zagniewany wygnał Bóg —

Spochmurniałe każdy czoło

Gubi w mrokach tak, jak on,

Troskę tylko widzi wkoło,

Ten poznania gorzki plon;

Chciałem nowych stworzyć ludzi,

Czystych, jako niebios Król!

Nadaremnie! Gniew ich brudzi,

Nie ma bogów śród tych pól.

Do bogatszych precz wybrzeży!

Tutaj na nic bohaterzy!

chce odejść, zostaje przecież, ujrzawszy Agnieszkę, siedzącą na brzegu

Jakże słucha! Siedzi cała

Zasłuchana, jakby brzmiała

Pieśń tu jakaś, którą ona

Tylko słyszy. Mgłą zroszona,

Pianą zlana, w tej powodzi

Tak słuchała na mej łodzi...

Gdy trzeszczały statku przęsła,

Ponad morzem tym głębokim,

W tym szaleństwie wiatru głuchem,

Jakby oko było uchem,

Wciąż słuchała jakby okiem...

zbliża się do niej

Czyż, dziewczyno, brzegu linie

Tak zajmują cię tu ninie?

AGNIESZKA

nie odwracając się

Ni ten brzeg, ni lądu ścieg —

Jeden, drugi we mgłach legł!

Rozleglejszy widzę krąg,

Pełen wiosny, pełen łąk,

Pełen mórz i pełen rzek,

Skąpan w złotych blaskach słońca!

Hen! Od końca aż do końca!

Góry żagwią się w oddali,

Jakaś łuna gdzieś się pali,

Gaśnie, znika!... Tam bez miary

Lśni się pustyń piasek szary,

Palmy, w jasne mknąc sklepienie,

Rozrzucają długie cienie,

Życiu zbrakło wszelkich tchnień,

Cicho, jak w stworzenia dzień,

A ja słyszę jakieś głosy —

Snać mi rozkaz ślą niebiosy,

Że na szale — to nie kłam! —

Wszystko, wszystko rzucić mam,

Iż czyn trudny spełnić muszę,

W świat ten nową przelać duszę...

BRAND

porwany jej zapałem

Cóż tam widzisz więcej jeszcze?

AGNIESZKA

składa ręce na piersiach

Czuję tutaj jakieś dreszcze,

Jakiś strumień sił obfity,

Jakieś błyski, jakieś świty!

Snać rozszerza się me wnętrze:

Brzmią mi głosy, iże muszę

W świat ten nową przelać duszę!

Wszystkie myśli, wszystkie czyny,

Wstać mające w ten jedyny

Czas mój przyszły, jak ogromnie

Pędzą ku mnie, jak koło mnie

Szumią, szepcą, jak się razem

Łączą, niby za rozkazem,

W jakiejś wielkiej życia lidze!

Raczej czuję, niźli widzę,

Jak On stoi tam, na szczycie,

Jak On zlewa na to życie

Serce swoje, pełne bólu

I miłości! Słodki Królu,

Promieniejesz, jako zorza,

Przecież smutna skroń twa boża

Aż do śmierci!... Słyszę z dala:

„W górę pójdzie twoja szala,

Albo spadnie! Czas ci już!

Trud weź na się! Światy twórz!”

BRAND

Tak, ku tobie on się zwraca,

Ten głos ducha!... Oto praca!

Ty, twe serce — oto sfera,

Co na nowo niech otwiera

Swe granice; boże słowo

Niech odrodzi je na nowo,

By sczezł sęp ten, co pożera

Naszą wolę, by, powiadam,

Wziął nasz spadek nowy Adam!

Świat niech idzie swą koleją,

Czy z rozpaczą, czy z nadzieją,

Ale gdyby chciał mnie zmóc59,

Pozna wówczas, com za wódz!

Wówczas wszystko spalę, zniszczę,

Pozostawię tylko zgliszcze!

Jedną li ma żądzę mąż:

Chce być wolnym wszędy, wciąż,

Chce być sobą — na te prawa

Niechaj nikt mu nie nastawa!

pogrążył się na chwilę w zadumie, potem mówi

Chce być sobą... A cóż on,

Zobowiązań, grzechów plon,

Ten nasz spadek po praszczurach?

przerywa, patrzy w dal

Któż tam włóczy się po górach?

Sapie, dyszy, po tej zboczy,

Widać, ledwie że ukroczy,

Opiera się na kosturze,

Aby nie paść — nuże! nuże!

W sukniach gubi palce chude,

Jakby kryły skarbów złudę,

Słania się na swojej kuli,

Jakby wlokła się w koszuli,

Z wiotkich, ptasich piór sklejonej;

Krzywe ręce ma by szpony

U jastrzębia, gdy je wgniótł

W szparę u stodolnych wrót.

z nagłym przestrachem

Co za mroźne to wspomnienie?!

Licho-ż na mnie urok żenie60?

Chłód grobowy wieje od niej,

Lecz tu, w sercu, jeszcze chłodniej!

Czuję zimnych ros kropelki...

Moja matka!... Boże wielki!

Matka Branda drapie się na górę, przystaje na chwilę, widać zaledwie jej połowę. Ręką przysłania sobie oczy i rozgląda się naokoło siebie

MATKA BRANDA

Tutaj on musi być... Ta wściekła

Światłość zapędzi mnie do piekła!

Ty żeś to, synu mój?

BRAND

Tak.

MATKA

przecierając sobie oczy

Do czarta,

Cóż to za jasność jest uparta!

Bije mi w oczy tak, że popa

Człek nie odróżni tu od chłopa!

BRAND

W domu-m nie widział nigdy słońca

Od dni jesieni aż do końca,

Po krzyk kukułki...

MATKA

śmiejąc się pod nosem

Ano, zawdy61

Człowiek tam marznie, że, doprawdy,

Jest niby wielki sopel lodu!

To też, powiadam, już od młodu

Gotów na wszystko!... Myśli sobie:

Czy tak, czy owak — cóż ja zrobię!...

BRAND

Witam i żegnam! Czas mi w drogę!

MATKA

Zawsze coś gnało cię, niebogę,

Już od najrańszych, mówię, lat!

BRAND

A któż to kazał mi iść w świat?

MATKA

Żeś został księdzem, synu młody,

Ważne-ć istniały w tym powody.

przygląda mu się bliżej

Hm! Wyrósł! Zmężniał! Lecz na jedno,

Proszę cię, zważaj... bacz na sedno,

Bacz na swe życie!...

BRAND

Na nic więcej?

MATKA

Jak to? Nie warte-ż jest tysięcy?

Cóż masz innego na tej ziemi?

BRAND

Po toś tu przyszła, by li tymi

Darzyć mnie rady?

MATKA

Inny będzie

Inak ci radził... Ty na względzie

Miej swoje życie dla tej właśnie,

Co ci je dała!

gniewnie

Grom niech trzaśnie!

Aż tchu mi braknie, tak języki

Świat sobie strzępi!... W czas ten dziki

Włazić do łodzi!... Nic nie zważać,

Tak lekkomyślnie to narażać,

Co masz zachować właśnie dla mnie!

Wszak ja twą matką, wszak niekłamnie

Mój syn ty jesteś, kość z mej kości,

Krew ze krwi mojej! Wszak ty, mości

Panie synalu, jesteś oną

Najdoskonalszą już koroną

Prawidłowego mego gmachu!

Wytrwaj, wytrzymaj! Stój bez strachu!

Żyj, póki pora! Bacz na siebie!

Nie zapominaj o potrzebie

Swojego bytu! Tyś mym synem,

Tyś mym dziedzicem, mym jedynym

Wszystkim... Żyć musisz!...

BRAND

A więc po to

Przybyłaś tutaj, drogie złoto,

By mnie zagarnąć w sieci swoje?

MATKA

Synu, o twe się zmysły boję!...

cofa się

Stój! Nie tak blisko! Bo cię złoję

O, tym kosturem

spokojnie Zwykłe dzieje — —

Człowiek z dnia na dzień się starzeje,

Co skok, to bliżej grobu! Jużci,

Niczego dłoń ma nie wypuści,

Wszystko li tobie, a nie komu,

Do krzty zliczone wszystko w domu...

Tutaj nic nie mam, ale tam

Wszystko do ździebłka jeszcze mam!

Nie zbliżaj się tak!... Nic nie skryję!

Przysięgam: twe to, a nie czyje!

Nie zapcham niczym ani szparki!

Najmniejszy drobiazg, wszelkie garnki

To wszystko twoje; rzec ci mogę,

Że ich nie chowam pod podłogę,

Że ich pod węgłem nie zakopię!

Tyś mój jedyny dziedzic, chłopie!

BRAND

No, a warunki?

MATKA

Zdrowe kości

Zachowaj, synu, dla tej włości,

By z syna mogła przejść na syna!

Bacz na swe życie! To jedyna

Moja zapłata, innej nie chcę!

Tylko niech chęć cię nie połechce,

By coś uronić lub podzielić!

Całością trzeba się weselić!

Pomnażaj spadek, albo też

I nie pomnażaj, lecz go strzeż!

BRAND

po chwili

Pomówmy jasno: z dawien dawna

Byłem ci — niczym!... Rzecz zabawna:

Dziś się dopiero stały dziwy,

Gdy ja wyrosłem, a ty siwy

Włos masz — dziś — cieszmy się tą gratką! —

Ja tobie synem, ty mnie matką!...

MATKA

Bądź, czym być chcesz! Lecz karny!

Jakieś umizgi62? Niech je biesy!

Bądź chłodny, twardy, gorsze pono

Odbiło rzeczy moje łono!

Tylko zaciskaj mocno pięść —

Wszystko ma zostać w naszym rodzie...

BRAND

postępuje krok naprzód

A jeśli chęć mnie inna bodzie?

Jeśli rozrzucę to do woli?

MATKA

cofa się przerażona

Jak to? Rozrzucić, com w niedoli

Zbierała lata, w jarzmie zgięta?

BRAND

potakując z wolna

Tak jest, rozrzucić!...

MATKA

Niech pamięta

Syn mój, że razem z tym z swej chuci

Ze mnie i duszę mą rozrzuci!

BRAND

A jednak, jeśli syn oszuka

Matkę, gdy do niej śmierć zapuka,

Gdy przy niej knoty świec zapłoną,

Kiedy, rąk parą, w krzyż złożoną,

Trzymając psałterz, już wypocznie

Na katafalku? Gdy niezwłocznie,

Czego bądź tylko tam dopadnie,

Rzuci na pastwę świec? Co, ładnie?

MATKA

przybliża się do niego zaciekawiona

Skąd ci ta przyszła myśl?

BRAND

Czy może

Chciałabyś wiedzieć?

MATKA

Tak!

BRAND

Wyłożę

Sam ci to wszystko! Rzecz to stara —

Od dawna ściga mnie ta mara,

Od lat dziecięcych mojej duszy

Sprawiała zawsze moc katuszy.

Jesienny wieczór, smutna pora,

Ojca nie było już, ty chora

Niby leżałaś... Ja się wkradłem

Do wnętrza izby... On z pobladłem

Drzemał obliczem w blasku świec...

I ja, ukrywszy się za piec,

Spojrzałem z trwogę: psałterz w dłoni

Trzymał ściśniętej... bladość skroni,

Pustka niebieskich, zwiędłych żył — —

O, jak straszliwy sen to był!

Jaka woń zimna w tym całunie!

Wtem usłyszałem, że ktoś sunie

Cichymi stopy tam, od ganku,

Że, nakładając więzy krokom,

Na palcach zbliża się ku zwłokom,

Że, nachylona, bez ustanku

Potrząsa zmarłym, szuka, szpera,

Jakieś węzełki wciąż wydziera,

Jakieś tłumoczki, klęka, liczy,

W jakowejś torbie tajemniczej

Zanurza rękę, na pół żywa

Treść jej z pośpiechem wydobywa,

Rozkłada, płacze, klnie, narzeka —

Snać się zawiodła — drze się, wścieka,

Przykucnie trwożnie, spojrzy wokół,

A potem naraz, niby sokół,

Zerwie się, zdobycz w fartuch zgarnie,

I jęcząc „ano, dosyć marnie!”

Jak potępieniec, pójdzie precz!...

MATKA

Oszukałam się, zwykła rzecz!

Wielkie nadzieje, mały plon!

BRAND

Oszukał jeszcze cię i on,

Twój syn rodzony — niebogata

Bywa dla grzesznych dusz zapłata!

MATKA

Taki to zawsze świat jest wszystek:

Krwią okupuje swój dobytek.

Ja zapłaciłem snać zbyt wiele

Za swoje szczęście, swe wesele!

Dałam swe życie, wiosnę młodą,

Coś, co spłynęło dawno z wodą,

Coś, co jest niby wiatr wiejący,

Niby słoneczny blask gorący,

Coś, co jest piękne, chociaż głupie,

Za co niczego dziś nie kupię,

Coś, co ludziska w onym czasie

Zwali miłością! Tak to ma się,

Widzisz, ma sprawa! Dobrze pomnę,

Jakie kazania mi ogromne

Prawił mój ojciec, że i na co

Mam się pobierać z tym ladaco,

Z tym wyrobnikiem! Brand — to chłop!

Zwiędła to gałąź, lecz on kop

Niemało w polu ci przysporzy!

Wyszłam za niego! Jak najgorzej!

Niezdara był! Mitrężnik, leń!

Ja harowałam noc i dzień!

BRAND

A dziś, stojąca tuż przy grobie,

Czyż o swej duszy myślisz sobie?

MATKA

Dbałam ci o to każdej pory:

Przeze mnie-ś przecie wlazł w pastory...

Jeżeli trzeba, władzę masz,

By nad mą duszą dzierżyć straż.

Jam ci dobytek zostawiła,

W tobie pociecha, sława, siła!...

BRAND

O, byłaś mądra!... Mądrość mami!

Patrzałaś na mnie li oczami

Swojej rodzinnej, lichej wioski...

Te same, widzisz, żywią troski

Względem swej dziatwy wszystkie matki...

Wam się wydaje, że na świecie

Po to li żyje każde dziecię,

By starych ojców nędzne spadki

Dzierżyło w ręku!... W wasze włości

Zagląda blady cień wieczności,

Wy wyciągacie poń swe ręce

I już myślicie, że go macie

W tym całym jego majestacie,

Gdyście zgarnęli w wielkiej męce

Jakiś dobytek; że śmierć właśnie

Zmięknie przed życiem i że jaśnie

Onej wieczności to jedynie

Suma, co z tych dorobków płynie.

MATKA

Nie grzeb ty w wnętrzu swojej matki,

Tylko bierz spadek, gdy w ostatki

Dni jej twym będzie...

BRAND

To „ma” twoje,

A twoje „winna”?

MATKA

Winna? Komu?

Nigdy wierzyciel w moim domu

Nie był...

BRAND

A jednak... Ja się boję...

Jeżeliś winna, na ostatku

Musiałbym zrzec się twego spadku,

Dopóki księga twa nie będzie

Czysta... Tak dzieje się w tym względzie,

Że syn, gdy matkę swą utraci,

Zobowiązania wszystkie płaci,

Choćby nie dostał nic!... To naga

Prawda!

MATKA

Wszak tego nie wymaga

Żadna ustawa...

BRAND

Żadna, która

Spod piszącego wyszła pióra.

Lecz jest ustawa, widzisz, świętsza,

Śród synowskiego mieszka wnętrza —

Jej to uczynić zadość muszę!

Zali nie widzisz, zaślepiona,

Jak ty we wnętrzu swego łona

Poniżasz Boga? Jak swą duszę

Zmarnotrawiłaś? Jak w kałuży

Zbrudził się kwiat niebiańskiej róży,

Ten obraz boży? Ślepa, głucha,

Obcięłaś tutaj skrzydła ducha

W roisku świata!... Twa to wina.

Twój dług to, matko! Gdy godzina

Przyjdzie, że Bóg zażąda spłaty,

Cóż ty uczynisz? W jakie światy

Udasz się wówczas?

MATKA

trwożnie

Co uczynię?...

BRAND

Cicho! Pociechę znajdziesz w synie!

On spłaci winę grzesznej matki!

Obraz, splamiony tak nikczemnie

Przez cię, ma znów zajaśnieć we mnie!

Do grobu idź po drodze gładkiej,

Cicho, spokojnie — ja zapłacę!

MATKA

Winę i wszystko?

BRAND

Z ócz nie stracę —

Zapłacę twe zobowiązania!

Lecz co do reszty, syn się wzbrania:

Grzechu się wyrzec musisz sama!

Wszystko, co rzuca ród Adama

W wir uciech ziemskich, to, co płocha63

Dusza człowieka na Molocha64

Składa ołtarzu, tak, te rzeczy,

Co są natury czysto człeczej,

Inny okupić może człek!

Lecz, że je tak zniszczono, lek

Na to li w skrusze, albo w skonie.

MATKA

niespokojnie

Najlepiej będzie, gdy się schronię

Do mojej dziury — tam jest cień!

Tutaj się człek pozbawia tchnień.

Pocośmy, powiedz, tutaj przyszli?

Zatrute tylko rosną myśli

W takiej spiekocie... Zemdleć można!

BRAND

Tak, idź do cienia!... Myśl to zbożna...

Lecz jeśli będziesz coraz bledsza,

Zapragniesz światła i powietrza,

Poślij po syna, syn przybędzie.

MATKA

Karnego w domu przyjmę sędzię...

BRAND

Nie! Ksiądz łagodny, syn żarliwy

Odpędzi strachy od twej niwy,

Na twą ostatnią, matko, drogę

Pocieszyć cię mą pieśnią mogę.

MATKA

Tak samo dzisiaj, jak i później?

BRAND

Tak, skoro ujrzę, iż nie bluźni,

Matko, twe serce, że umiało

Poddać się skrusze...

podchodzi bliżej

Raczył cię z swoich dóbr ten świat!

Innego nie ma dziś sposobu,

Goła ty musisz zejść do grobu...

MATKA

rzuca się na niego, jak szalona

Rozkaż, by mróz i ogień sczezł,

Zimnu i wodzie zadaj kres!...

BRAND

Rzuć do fiordu, mówi syn,

Aby obronił cię ten czyn

W obliczu Boga...

MATKA

Głód, pragnienie

Niechaj twa klątwa na mnie żenie,

Tylko największej tej ofiary

Nie żądaj od twej matki starej.

BRAND

Właśnie największej tej potrzeba,

Jeśli złagodzić mają nieba

Swoje wyroki...

MATKA

Ja do kruży65

Rzucam ofiarnej kąsek duży —

BRAND

Wszystko?

MATKA

Dużo — to nie dość?

BRAND

Upór w tobie będzie rość,

Aż ci serce, jak u Joba66,

Pęknie, matko!...

MATKA

załamując ręce

A, choroba!

Dzień mój już na nic, wszystko na nic!

Do ostatecznych wszystko granic

Już wymarniało... Więc do domu

I nie spowiadać się nikomu,

Tylko do serca blisko, blisko

Przytulić to, co me nazwisko

Nosi, a paść ma bez pożytku!

Dziecię mej troski, mój dobytku,

Skarbie bolesny, ja w potrzebie

Krew poświęcałam swą za ciebie!

Twoja matula cię przytuli,

Luli, dziecino moja, luli!

I po cóż ja się nacierpiała,

Gdy wszystko to, co jest dla ciała,

Ma tu być śmiercią naszej duszy?

A może jeszcze ksiądz mnie wzruszy —

Bądźże mnie blisko!... Toć nie wiada67,

Kiedy tu śmierć nadejdzie blada,

Jakiej też jeszcze myśli będę.

Mam ja za życia zbyć się włości?

Ćwicz się, ma duszo, w cierpliwości!

znika

BRAND

spogląda za nią

Mam na oku twoją grzędę —

Nie odejdę, obok siędę,

Żywiąc skruchy twej nadzieję,

Zimne ręce twe zagrzeję,

Gdy zażądasz...

odchodzi ku Agnieszce Gdy me nogi

Wchodziły dziś na te drogi,

Miałem żądzę walki, wojny,

Z dala surmy niespokojny

Głos mi dźwięczał: „rąb i siecz”,

Tak mi wołał gniewu miecz:

„Niszcz wszelaką kłamną rzecz,

Precz z tym całym światem, precz!!!”

AGNIESZKA

odwróciła się i jasne zatapia w niego spojrzenie

W niskie cele zasłuchana

Byłam jeszcze dzisiaj z rana,

Kłamnych zabaw byłam żądna,

Chciałam mnożyć, nierozsądna,

To, co lepiej było rzucić!

Już do tego mi nie wrócić...

BRAND

Sny ogromne szumnie, tłumnie,

Jak łabędzie przyszły ku mnie,

Na swe skrzydła mnie podniosły!

Wielkie siły we mnie rosły,

Przypuszczałem w wielkiej dumie,

Że mój duch zwyciężyć umie

Ból i winę naszych lat,

Że ma w ręku cały świat!

Wszystko, wszystko, co tu żyje:

Hymny, psalmy, procesyje,

Wonne dymy, czary złote,

Tryumfalnych dni ochotę —

Wszystka radość i wesele

Zamykały się w mym dziele...

Jak mnie wabił rozgwar ten —

Lecz to wszystko tylko sen,

Coś z pół gromu, coś z pół blasku

Na dalekich lądów piasku...

I ot, stoję tu, gdzie szary

Mrok zapada, zanim jary68

Dzień uleci w dal głęboką.

Między winchem69 a zatoką

Stoję precz od świata zgiełku,

W tego skrawka nieb światełku,

Na ojczystym przecież stoję

Gruncie dzisiaj!... Pieśni moje,

Uroczyste moje pieśni,

Żegnam! Żegnam! Ku tej cieśni

Ziemskiej zwróć się, mój bachmacie70!

Wyższy cel tam czeka na cię,

Nie rycerski harc się śmieje

Tam ku niebu, nie turnieje,

Nie zwycięski zwój gałązek,

Lecz powszedni obowiązek.

AGNIESZKA

A ten Bóg, co upaść miał?

BRAND

Walić Go nie będzie szał,

Jak tom rano jeszcze chciał —

W cichy pójdę ja z Nim bój...

Mylił, widzę, duch się mój:

Nie rozgłośny czyn szermierzy

Rozochoci, zbohaterzy

Ród ten karli, nie ogromy

Sił bogatych plon widomy71

Dadzą tutaj, tak, nie one

Wzmocnią siły nadwątlone!

Woli trzeba! Wola zbawi,

Lud za sobą śmierć zostawi!

Woli trzeba, zbawicielki

W rzeczy małej, w rzeczy wielkiej!

zwraca się ku stronie wsi, na którą padły już mroki wieczorne

A więc chodźcie, wy zmęczeni,

Skryci śród ojczystych cieni!

Wierząc w siebie, znając siebie,

Odnowimy się w potrzebie;

Powalimy wszelki kłam,

Połowiczność, wrogą nam,

Wolę lwa rozbudzim w łonie!

Dłoń przy pługu na zagonie,

Czy też dłoń, co dzierży miecz,

Jedna sprawa, jedna rzecz!

Dzielność tam, gdzie dzielny mąż,

Tylko trzeba pomnieć72 wciąż,

Aby jego rysik wraz

Miał tablicę w każdym z nas.

zabiera się do odejścia, zastępuje mu drogę Ejnar

EJNAR

Oddaj, coś mi zabrał!

BRAND

Panie,

Ku Agnieszce zwróć pytanie.

EJNAR

do Agnieszki

Wolisz blask promiennych nieb,

Czy więzienny, skalny żleb?

AGNIESZKA

Odejdź, ja tu nic nie wolę.

EJNAR

Mam powtórzyć ci, jak w szkole,

Dawną nauk mądrą treść:

„Łatwiej podnieść, ciężej nieść”?

AGNIESZKA

Twe pokusy wszystkie na nic:

Do ostatnich pójdę granic!...

EJNAR

Nie żal ci tych drogich osób?

AGNIESZKA

Pozdrów-że ich! Znajdę sposób,

Gdy się duch mój uspokoi,

By im rzec o sprawie mojej.

EJNAR

Tam na głębi, na tej złotej,

Białe żagle mkną już w dal...

Jak marzenie, jak tęsknoty

Wioną w szumach, w bryzgach piany

W jakiś kraj zaczarowany,

Śród błękitnych wioną fal.

AGNIESZKA

Niech w dalekie płyną kraje!

Ale tobie niech się zdaje,

Żem umarła...

EJNAR

Bądź mi siostrą...

AGNIESZKA

potrząsa głową

Nie! Ocean nas rozdziela...

EJNAR

Wróć do matki! Zbyt tyś ostrą!

AGNIESZKA

po cichu

Mistrza, brata, przyjaciela

Mam tak dzisiaj stracić wraz?

BRAND

podchodzi bliżej

Czas pomyśleć o tym, czas!

Tu, gdzie z głazem szary głaz

Tworzy skalne te opoki,

Tu, w tej ciągłej mgle głębokiej,

Zatrzymają się me kroki,

Smutny dzień tu czeka nas!

AGNIESZKA

By móc znosić mgły ponure,

Gwiazdy świecą nam przez chmurę.

BRAND

Żądam wiele, bardzo wiele:

Chcę mieć wszystko albo nic!

Odwróć się od prawdy lic,

A wnet pójdziesz na topiele.

Niech cię chęć do próśb nie bierze,

Łask czy względów w żadnej mierze!

Zawiedzie cię życia cel,

Padniesz, jak ofiarne zwierzę.

EJNAR

Niech ci ócz nie skłoni biel!

Rzuć dogmatów chmurne snucie,

Żyj, jak każe ci uczucie!

BRAND

Więc wybieraj — niech się święci

Wola twoja!

znika

EJNAR

Miej w pamięci,

Że wybierasz między tuczą73

A spokojem, między troską

A nadzieją szczęścia boską,

Między nocy ciemnią kruczą

A poranku światłem złotem,

Między śmiercią a żywotem!

AGNIESZKA

wstaje i mówi powoli

A więc w noc! Przez śmierć w tej dali

Poranna się zorza pali!

idzie za Brandem. Ejnar patrzy na nią chwilę w głębokiej zadumie; potem pochyla głowę i odchodzi w kierunku zewnętrznego fiordu

KONIEC AKTU DRUGIEGO