Akt trzeci

W trzy lata później.

Mały, kamiennym murem okolony, ogród na probostwie, u stóp wielkiej ściany skalnej. W głębi wąski, cichy fiord. Drzwi plebanii wychodzą na ogród. Po południu. Brand stoi na schodach przed domem. Agnieszka siedzi na stopniach u jego nóg.

AGNIESZKA

Drogi mój mężu, dzień za dniem

Śledzisz z stłumionym w piersi tchem.

BRAND

Tak, oczekuję wiadomości.

AGNIESZKA

Mężu, w twym sercu przestrach gości.

BRAND

Na wiadomości czekam z domu —

Trzy lata czekam na ten czas,

Co nie nawiedzi nigdy nas.

Jutro — jeżeli wierzyć komu —

Będzie już koniec z nią.

AGNIESZKA

łagodnie i miękko

Na wieści

Nie trzeba czekać w tej boleści...

BRAND

potrząsając głową

Jeśli nie przyjdzie na nią skrucha,

I u mnie będzie cisza głucha.

AGNIESZKA

To twoja matka.

BRAND

Że to matka,

Więc mam się kłaniać do ostatka

Jakimś bożyszczom?

AGNIESZKA

Brand, masz duszę

Twardą.

BRAND

Czy twarda wobec ciebie?

AGNIESZKA

O, nie!

BRAND

Przypomnieć ja ci muszę,

Żem cię ostrzegał, czy w potrzebie

Zdołasz być dla mnie przyjacielem!

AGNIESZKA

z uśmiechem

Zbyt czarnoś patrzał, a i słowa

Nie dotrzymałeś!

BRAND

Niech uchowa

Bóg! Jeno tu my się z weselem

Nie spotykamy. Troskę masz!

Przybladła mocno twoja twarz:

Zbyt ci dolega ten nasz mróz,

Ten śnieg na szczytach, piargi, gruz!

AGNIESZKA

Nie! Ja się wcale tym nie straszę —

Tym bezpieczniejsze gniazdo nasze;

Te lody tak wciąż naprzód rosną,

Że kiedy na dół spłyną wiosną,

Domu naszego nie tknie zwał,

Spokojnie sobie będzie stał

Niby pod jakim wodospadem.

BRAND

I słońca na tym niebie bladem

Ani drobiny — Dni ponure.

AGNIESZKA

Wita blaskami tę tam górę.

BRAND

Przez trzy tygodnie — — tak, tak, latem!

Ale swym światłem niebogatem

Nie dotrze nigdy do jej stóp...

AGNIESZKA

przygląda mu się badawczo, potem wstaje i mówi

Coś cię przeraża!

BRAND

Ciebie!

AGNIESZKA

Rób,

Co chcesz, ja widzę w tobie strach!

BRAND

Ty coś ukrywasz!

AGNIESZKA

I ty!

BRAND

Ach!

Widmo przepaści jeszcze gniecie

Tę twoją duszę? Co się stało?

AGNIESZKA

Nic... tylko troszczę się niemało...

BRAND

Troszczysz się? O co?... Mów!...

AGNIESZKA

O dziecię.

BRAND

O Alfa?

AGNIESZKA

Tak... I ty, mój drogi...

BRAND

Owszem, lecz dzisiaj nie mam trwogi —

Bóg mnie tą klęską nie nawiedzi;

Chłopaczek, choć się trochę biedzi,

Przyjdzie do siebie i to tak!

Gdzie on?

AGNIESZKA

Śpi teraz.

BRAND

zagląda przez drzwi do wnętrza izby

Dobry znak!

Spojrzyj: o żadnej trosce nie śni!

Przyjdzie do siebie jak najwcześniej —

Piąstka pulchniutka —

AGNIESZKA

Ale blada.

BRAND

Jakoś to wszystko się poskłada.

AGNIESZKA

O, jak oddycha on głęboko,

Jak słodko śpi!

BRAND

Tak, boże oko

Niech nad nim czuwa wszelką dobą!

zamyka drzwi

Światło i spokój z nim i z tobą

Spadły na dni me, luba dziatwo!

Trud mi wszelaki znosić łatwo,

Że nie upadłem, twą to rzeczą,

Igraszki dziecka żal mój leczą.

Męczeństwem zdało mi się życie,

A oto patrzaj, jak sowicie

Bóg mnie wynagrodził!...

AGNIESZKA

Boś nagrody

Wart był! Patrzałam na zawody,

Na trudy twoje, na katusze,

Które krwawiły twoją duszę.

BRAND

Z wami znosiłem ja radośnie

Wszelaką burzę, wszelki grom!

Miłość wkraczała z tobą w dom,

Jak blask, mówiący nam o wiośnie,

Jam jej nie zaznał nigdy wprzód;

Od ojca, matki wiał mi chłód,

A, gdy się kiedy skra rozżegła,

Daremnie zawsze ku nim biegła —

Witana zimno, rychło gaśnie!

I zdaje mi się dzisiaj właśnie,

Żem w sobie stłumił żar mój cały,

Aby potężniej zajaśniały

Gloryją twe i dziecka skronie —

To mówię dziś mej słodkiej....

AGNIESZKA

Nie tylko me i jego czoło!

Nie ma człowieka naokoło,

Który by, wszedłszy w twoje progi,

Pełen rozpaczy, smutku, trwogi,

Przy twego serca uczcie sutej

Nie znalazł karmi74.

BRAND

Z trosk wyzuty

Odchodził przez was! Tak, jedynie

Przez was do serca mego płynie

Niebiańska łaska cnej dobroci!

Kto nie ukochał jednej duszy,

Miłości w sobie ten nie wzruszy

Ku wszystkim ludziom! Moi złoci,

W samotność szedłem już od młodu,

W niej to się stałem na kształt lodu,

Serce stwardniało dla czeladzi

Bożej...

AGNIESZKA

Tak, miłość twa, gdy gładzi,

To snać wymierza ciężkie ciosy...

BRAND

I przeciw tobie?

AGNIESZKA

Na swe losy

Ja nie narzekam! Ty, mój słodki,

Nakładasz na mnie ciężar wiotki;

Inni odchodzą od twych lic,

Słysząc twe „wszystko albo nic!”

BRAND

Co świat ten mianem zwie miłości,

Tego ja nie znam — do mnie w gości

To nie zawita! Miłość boża

Nie jest bynajmniej gładka, hoża,

Nawet i śmierć jej nie poradzi,

Nie umie zmiękczyć się! Gdy gładzi,

Wymierza ciosy! Tak, na górze,

Widzisz, Oliwnej, gdy krwi duże

Zraszały krople lice Syna,

Gdy Ten, zrozpaczon już, zaczyna

Błagać: „O, weźże, weź ode mnie,

Ojcze, ten kielich!” — nadaremnie

Płyną mu z wnętrza wszelkie skargi:

On nie odejmie mu od wargi

Tego pucharu — myśl zawodna!

Pić mu tę gorycz każe do dna!

AGNIESZKA

Sprawiajże sądy te surowe,

A świat pobity już na głowę,

Potępion cały!...

BRAND

Potępienie,

Kto wie, na kogo ono spadnie...

A przecież mówi zbyt dokładnie

Płomienne Pismo, że li75 w cenie

Mający wierność godny łask;

Korony życia święty blask

Nie da się zyskać przetargami

Niechaj nadzieja cię nie mami,

Że możesz ujść ogniowej próby,

Że stos ten zgasisz, duchu luby!

Potem twej skroni Bóg przebaczy,

Jeśli nie możesz, lecz inaczej

Z tym, jeśli nie chcesz...

AGNIESZKA

Tak, prawdziwie,

Ucz mnie, ucz piąć się po tej niwie;

Mocy ja nie mam należytej,

By wchodzić z tobą na twe szczyty.

Zda się, że padnę w dół głęboki,

Tak wielce słabe są me kroki.

BRAND

Z kompromisami precz! To hasło

Oby ci nigdy nie zagasło!

Potępion czyn twój, gdy jedynie

Poród się mieści w twoim czynie,

Lub też go spełniasz przez połowę!

Oto prawidło! Lecz nie mowę

Bierz na świadectwo, tylko życie!

AGNIESZKA

rzuca mu się na piersi

O, niechaj staną na tym szczycie

Słabe me kroki!

BRAND

Gdy we dwoje,

Najstromszej drogi się nie boję!

na dół zeszedł Doktór i stanął w opłotkach

DOKTÓR

Gruchają sobie gołąbeczki

W tym gniazdku skalnym! Do ucieczki,

Widać, daleko.

AGNIESZKA

Czy być może?

Witajże do nas, mój doktorze!

zbiega na dół i otwiera drzwi od ogrodu

DOKTÓR

O, nie do ciebie!... Fakt wiadomy,

Że to nie dla mnie takie złomy,

Nie mnie żyć w śniegu, w zawierusze,

Przenikającej ciało, duszę!

BRAND

Nie duszę, panie!

DOKTÓR

Nie? W istocie,

Gotów bym dzisiaj oddać krocie,

Że ten pośpieszny związek ninie76

Na silnej leży podwalinie,

Jakkolwiek ludzie mówią starzy,

Iż rzadko w życiu się wydarzy,

By długo trwało to, co wprędce

Przelotnej wzdyć77 uległo chętce.

AGNIESZKA

Nieraz blask słońca zbudzi człeka,

Lub dzwon na wieży, i w tej chwili

Letni poranek doń się mili.

DOKTÓR

Żegnajcie mi — powinność czeka.

BRAND

Do mojej matki?

DOKTÓR

Może w drogę

Ze mną?

BRAND

Nie, teraz ja nie mogę,

DOKTÓR

Pan byłeś?

BRAND

Nie!

DOKTÓR

Nie jesteś skory!

Twardyś! A ja wskroś mgieł, szarugi,

Wlokłem się po tej drodze długiej;

Zawieja naprzód mnie popędza,

Choć wiem, że tu li trzeba księdza!

BRAND

Pomagaj, Boże! Prawda, panie,

Że pan jej ulżysz?

DOKTÓR

Tak się stanie,

Jeśli Bóg poprze moje chęci.

Zawsze ja miałem to w pamięci,

By iść, gdzie nas powinność woła.

BRAND

Wezwała pana, o mnie zgoła78

I wiedzieć nie chce, a ja przecie

Czekam, nieszczęsny człek na świecie.

DOKTÓR

Na co pan czeka?...

BRAND

Jeśli ona

Nie pośle po mnie, rzecz stracona!

DOKTÓR

do Agnieszki

Biedna! Poznałaś się na mękach,

W tak strasznie twardych będąc rękach.

BRAND

Nie jestem twardy...

AGNIESZKA

Dla jej duszy

On w sobie wszystką moc poruszy,

Krwi swej utoczy na ostatku!

BRAND

Ja-ć dobrowolnie wziąłem w spadku

Księgę jej wszystkich win...

DOKTÓR

A swojej

Pan nie masz dosyć?

BRAND

Jeden człek

Może swym trudem zdobyć lek

Na winy wielu — niech je znosi,

A cierpliwością wnet je zmyje...

DOKTÓR

Ale nie ten, co sam swą szyję

Uginać musi, biedny, nagi,

Pod ich ciężarem...

BRAND

Mnie odwagi

Nie brak — ja chcę i to me jedno

„Chcę” kryje w sobie rzeczy sedno!

DOKTÓR

patrzy na niego oniemiały

Tak, woli twojej quantum satis79

Do kont bogatych się zalicza,

Lecz twoje konto caritatis80

To kartka całkiem jest dziewicza!

odchodzi

BRAND

przez chwilę wodzi za nim oczyma

O, w żadnym słowie — ja to znam —

Taki się dziś nie mieści kłam,

Co w słówku „Miłość” — w nim to świat

Szatańsko mądrze chowa rad

Ów fałsz i słabość swojej woli,

Tym słowem właśnie ludzka nędza

Milcząco duszę swą oprzędza,

Ażeby mogła — jak to boli —

Do syta kąpać się w rozpuście!

Pnę się do góry, nad czeluście,

Oddechu złapać już nie mogę

I oto miłość skraca drogę!

Podążam traktem grzesznej rzeszy,

Wtem z przebaczeniem miłość śpieszy;

Bezczynnie patrzę, gdzie me cele,

Już je przede mną miłość ściele;

Bezprawie-m wybrał i wnet pusta

Miłość zamyka sędziom usta.

AGNIESZKA

Że to fałszywe, dobrze wiem,

Jednak — azali fałsz jest w tem?

BRAND

Woli potrzeba — ona jedna

Gasi w ustawie żądzę sedna

Sprawiedliwości... Tak, tak, wprzódy

Trzeba mieć wolę, nie, by trudy

Codziennej tylko znosić drogi,

Nie, by na siebie brać li mnogi

Mozół, którego czyn wymaga!

O, nie! Radosna twa odwaga

Niechaj ma wolę, aby wiernie

Przez wszystkie grudy przejść i ciernie,

Przez wszystkie trwogi, wszystkie lęki!

Nie w tym męczeństwo, że te męki

Zniesiesz na krzyżu konająca;

Wybrana będziesz śród tysiąca,

Jeśli masz wolę, by twe ciało

Na krzyżu w mękach tych konało,

Jeśli masz wolę, na swą duszę

Sprowadzić straszne te katusze.

AGNIESZKA

przytula się do niego

Gdy dla nas próby dzień nastanie,

Mów, ty obrońco mój i panie!

BRAND

Zwycięży wola w takim boju,

Nadejdzie wówczas dzień spokoju,

Wówczas, jak gołąb, miłość złota

Da ci oliwną kiść żywota!

Lecz dla tych marnych gnuśnych ludzi

Niech się nienawiść w tobie budzi.

przerażony

Nienawiść! Z światem bój to krwawy,

A człek, jak gdyby dla zabawy,

Tak lekko straszne słowo rzekł...

wybiega do domu

AGNIESZKA

patrzy poprzez drzwi

Ukląkł przy Alfie... Biedny człek,

Do łóżka skronie swe przyciska,

Jak gdyby płakał, jakby bliska

Była mu rozpacz, jakby kroki

Nie mogły z puszczy wyjść głębokiej!

Jakiż to zdrój miłości płynie

Z tej męskiej piersi!... Tak, jedynie

Alfa on jeszcze kochać może,

Gdyż to dzieciątko małe boże

Obce jest dotąd grzechu plamie...

przeraźliwie

Zrywa się!... Boże!... Ręce łamie!

Cóż on zobaczył? Zbladł jak śnieg...

BRAND

na schodach

Z wieścią nie przyszedł żaden człek?

AGNIESZKA

Nie ma nikogo do tej pory!

BRAND

spogląda znowu w kierunku wnętrza domu

Co za gorączka w drobnej, chorej

Piersi dzieciny! Co za wrzenie!

Tylko spokoju...

AGNIESZKA

Na sumienie!

Co się to dzieje? Cóż to znaczy?

BRAND

Nie ma przyczyny do rozpaczy!

woła w kierunku drogi

Ach, widzę posła, jest! Nareszcie!

MĘŻCZYZNA

poprzez bramę ogrodową

Teraz masz przybyć ku niewieście!

BRAND

Jestem do drogi tej gotowy.

Co powiedziała?

MĘŻCZYZNA

Coś tam słowy

Rzekła mglistymi. Słaba, zbladła,

Ledwie na łóżku swym usiadła

I coś szepnęła w takim wątku,

Że za sakrament pół majątku!

BRAND

cofając się

Pół? Nie! O, powiedz: nie!

MĘŻCZYZNA

potrząsa głową

Zaiste!

Kłamstwo byłoby oczywiste!

BRAND

Pół?... Nie!... Przenigdy! Nie, dobytek

Miała na myśli cały, wszystek?!...

MĘŻCZYZNA

Może!... Jam słyszał o połowie,

A mózgu mego jeszcze zdrowie

Nie opuściło — jasny on!

BRAND

chwyta go za ramię

Gdy Bóg nas wezwie przed swój tron,

Czy mi poświadczysz, że to słowo

Padło z jej wargi?...

MĘŻCZYZNA

Całkiem zdrowo!

BRAND

A więc niech skończy się jej nędza

Bez sakramentów i bez księdza!

To ma odpowiedź!

MĘŻCZYZNA

patrzy na niego wzrokiem niepewnym

Chyba zgoła

Nie wiesz, kto w biedzie swej cię woła.

BRAND

Dla swych i cudzych jedno prawo,

Różnic nie czynię.

MĘŻCZYZNA

Mówisz krwawo!

BRAND

Stojący wobec śmierci lic,

Znam jedno: wszystko albo nic!

MĘŻCZYZNA

Księże!

BRAND

Najmniejszy pyłek złota

Jest zaprzeczeniem praw żywota:

W nim bałwochwalstwa potwór siedzi.

MĘŻCZYZNA

Bicza tej twojej odpowiedzi

Użyję tak, by go na grzbiecie

Nazbyt nie czuła. Jedną przecie

Ma li pociechę śród swych dróg:

Nie będzie dla niej twardym Bóg,

Wszak z miłosierdzia swego znan

Lepiej od ciebie.

odchodzi

BRAND

Wstrętny, zakisły dzban pociechy

Zbyt często mazał ludzkie grzechy!

Drzyjcie się, drzyjcie! Skarga pusta

Zamyka nieraz sędziom usta!

Tak jest! Tak musi być! Ludziska

Zbyt wierzą w to, że gdzieś tam z bliska,

Czy też z daleka siedzi zbożna

Postać staruszka, z którym można

Ot, potargować się drobinę.

Mężczyzna spotkał się na drodze z Drugim, wracają obaj

BRAND

Świeżą niesiecie mi nowinę?

PIERWSZY MĘŻCZYZNA

Tak.

BRAND

Jakiej treści? Mów, człowiecze!

DRUGI MĘŻCZYZNA

Dziewięciu się dziesiątych zrzecze.

BRAND

A nie wszystkiego?

DRUGI

Nie!

BRAND

Mój bracie,

Moją odpowiedź wszakże znacie:

Bez sakramentów i bez księdza!

DRUGI

Zbyt wiele przeszła, zbyt ją nędza

Trapiła w dniach ostatnich.

PIERWSZY

Ona

Dała ci życie, umęczona!

BRAND

załamując ręce

Dla swych i cudzych jedno prawo,

Różnic nie czynię...

DRUGI

Prędko

Rosną jej męki, jej cierpienia —

Poślij jej słowa pocieszenia.

BRAND

do pierwszego mężczyzny

Idź, powiedz jej: „stół nakryć trzeba

Dla Pana, Wina i dla Chleba.”

obaj Mężczyźni odchodzą

AGNIESZKA

tuli się do niego

Gwiazda mnie twoja nieraz trwoży,

Oto gorejesz, jak miecz boży!

BRAND

ze łzami w głosie

Czyż świat nie zwraca swoich mieczy

Przeciwko mnie? Czyż płód człowieczy

Nie dręczy mnie gnuśnością swoją?

AGNIESZKA

Chodzić po drodze twej się boją:

Nazbyt jest stroma...

BRAND

Lepszą drogę

Wskaż im, ja innej dać nie mogę.

AGNIESZKA

Stosujże miarę swą, gdzie chcesz,

Znajdziesz li w świecie wzdłuż i wszerz

Człeka, co dorósł do twej miary?

BRAND

Prawda! Aż strach, jak świat ten stary

Dzisiaj jest pusty, płaski, podły!

Odbiegnie kto od zwykłej modły

I w bezimiennym testamencie

Pokaże coś, od razu święcie

Wywyższon będzie pod niebiosy...

Weź bohaterom ich rozgłosy,

Zostaw im czyn ich już spełniony,

Z tym samym idź pomiędzy trony

Wszechmożnych królów i cesarzy,

A ujrzysz, czy się kto odważy

Spełnić coś jeszcze na tym świecie!

Zechceż jakiemu się poecie

Puścić swe płody ot, w ten sposób,

By nie wiedziała żadna z osób,

Że blask i dźwięk, który je wzrusza

Jest dziełem jego genijusza?

Suchy czy świeży konar — dość,

Że wyrzeczenie to jest gość,

Który śród ludzi rzadko bywa.

Tak, żądza świata — oto żywa

Moc, co w parobki swe ich zmienia.

Ponad przepaścią człek istnienia

Swego się czepia, jak gałęzi,

A kiedy pada z tych uwięzi,

Kiedy się słaba gałąź łamie,

Jeszcze kurczowo swoje ramię

Zatapia w piargi, w gruzy, w proch...

AGNIESZKA

I, stojąc wobec śmierci lic,

Słyszy twe „wszystko albo nic!”

Z tym się w mogilny stacza loch!

BRAND

Zwycięstw nie ujrzy twoje oko,

Nie widząc walki! O, wysoko

Musi się wznieść, kto upadł nisko!

milczy chwilę, potem głosem zmienionym

A jednak, widząc legowisko,

Na którym człek za grzechy lute81

Spełnia, konając, swą pokutę,

Myślałem nieraz, że mnie burza

Śród rozszalałych głębin nurza,

Że na rozbitym gdzieś okręcie

W jakimś straszliwym mknę zamęcie...

Pośród łkającej, niemej skargi

Nieraz, bywało, gryzłem wargi;

Litości obcy, nieraz, żono,

Byłbym był rad uścisnąć pono,

Zamiast biczować... Idź! Twe zwrotki

Niech w sen otulą jasny, słodki

Naszą dziecinę — ona chora!

Wszak serce dziecka, to jeziora

Toń przenajczystsza, w słońcu lśniąca.

Życzenie matki o nią trąca,

Jak skrzydło mewy, co milcząca

Przebiega przestwór zbłękitniony.

AGNIESZKA

blada

Ach! W jakiekolwiek zwrócon strony,

Ku dziecku wciąż twój pocisk wraca.

BRAND

To nic! Niech tylko twoja praca

Zwraca się zawsze ku dziecinie.

AGNIESZKA

Obdarz mnie jakim słowem ninie82!

BRAND

Silnym?

AGNIESZKA

Łagodnym w równej mierze.

BRAND

obejmuje ją

Kto jest niewinny, ten niech szczerze

Żyje bez trwogi.

AGNIESZKA

spogląda nań jasno i mówi

Jest coś w świecie,

Czego zażądać Bóg nie może!

wchodzi do wnętrza domu

BRAND

patrzy cicho przed siebie

Iż zażądałeś tego, Boże,

Żywe dowody mamy przecie

Na Abrahamie83!...

opędza się myślom Nie! Nie! Mary!

Jam już dokonał swej ofiary!

Grzmieć, jako boży grzmot olbrzymi,

Tak wstrząsać ludźmi upadłymi —

Ten sen żywota uległ zgubie!

Jak to? Ofiarą ja się chlubię?

Znikła ofiary mojej siła,

Gdy mnie Agnieszka przebudziła,

Gdy razem ze mną w tej potrzebie

Dała ofiarę i ze siebie!

spogląda ku drodze

A tamta, w domu, ledwie żywa,

Jakżeż w swym skąpstwie uporczywa!

Dlaczego wrzodu, co ją plami,

Nie umie wyrwać z korzeniami?

Tam... nie! To wójt nasz! Okrąglutki,

Wesoły, czerstwy; troski, smutki

Zawsze mu obce — oto lezie,

Ręce, jak klamry w parentezie84,

Zgięte w kabłąki, ma w kieszeni...

WÓJT

spoza furtki ogrodu

Dzień dobry!... Może się nie ceni

Takiego gościa, ale...

BRAND

zaprasza w dom

Proszę...

WÓJT

Dzięki! I tutaj też po trosze

Można słóweczko, jeśli, panie,

Raczysz mi dziś pozwolić na nie...

BRAND

Masz pan interes?

WÓJT

Nie!... Lecz macierz

Pańska ostatni, słyszę, pacierz

Będzie mówiła... licha ona —

Żal mi...

BRAND

Nie wątpię.

WÓJT

Prawie kona —

O, bardzo żal mi!

BRAND

Więc?

WÓJT

Mój Boże,

Pomoc już stara, człek nie może

Żyć na wiek wieków — juścić gaśnie —

A żem przechodził tędy właśnie,

Więc w drodzem tak umyślił sobie,

Że, wie pan, chyba dobrze zrobię,

Jeśli pogadam w tej, czy innej

Sprawie... Czy prawda, że rodzinny

Spór między wami? Boć tak głoszą

Ludzie naokół...

BRAND

Między nami —

Co? Spór rodzinny?

WÓJT

Ponoć sami

Wiecie, że chciwość ma zbyt dużą,

Że jest w tym powód nieprzyjaźni;

Juścić człowieka to i drażni,

Że sam harować musi wtedy,

Gdy mógłby żyć z ojcowskiej schedy,

Którą do dni swoich ostatka

Tak niepodzielnie dzierży matka.

BRAND

Zbyt niepodzielnie — juści, juści!

WÓJT

Więc też człowieka nie popuści,

Ot, swary, gniewy — lecz ja, panie,

Myślę, że na to, co się stanie,

Patrzysz spokojnie i że dalej,

Choć mi tak zbytnio się nie pali,

Raczysz wysłuchać mnie...

BRAND

Jak chcecie,

Teraz, czy później...

WÓJT

Ot, na świecie

Taka jest sprawa: skoro spocznie

Pod swoją darnią, pan niezwłocznie

Będziesz się liczył do bogaczy...

BRAND

Tego pan zdania?

WÓJT

Nie inaczej!

Dwóch zdań tu nigdy już nie będzie!

Grzęda jej snuje się przy grzędzie...

Szkły85 nie obejmiesz ich swoimi,

Taki to wielki kawał ziemi!

Bogaczem będziesz!...

BRAND

No, a sąd?

WÓJT

z uśmiechem

O tym pan myślisz? Skądże, skąd

Takie pytanie? Toć nie rości

Nikt sobie praw do jegomości

Schedy ojcowskiej...

BRAND

No, a przecie,

Jeśli się znajdzie ktoś na świecie,

Co tego spadku równie wart,

Bo jest w swym prawie?

WÓJT

Chyba czart!

Prócz mnie tu nie ma dziś człowieka,

Co mógłby rzec, iż na to czeka —

Ja o tym dobrze wiem! A zatem,

Przy tym dziedzictwie tak bogatym

Możesz pan sobie żyć — bo cóż?

Świat ci otworem wszerz i wzdłuż!

BRAND

To znaczy: mamy cię tu dość,

Nam niepotrzebny taki gość —

Prawda? Co?

WÓJT

Prawda! Dla tej wioski

Byłby to dar prawdziwie boski,

Gdybyś pan poszedł od nas precz!

Zechciej pan tylko — prosta rzecz —

Rozważyć sobie, proszę pana,

Nie jako wilk, któremu dana

Moc tłumaczenia bożych wzorów

Ot, wobec gęsi i gęsiorów;

Duch, mówię, pański w tym zakątku

Jest niedostępny od początku

Aże do końca — rzeknę szczerze:

Dla tych zakutych w prostej wierze

Ciemnych górali i rybaków

Jest-ci on księgą, pełną znaków

Niezrozumiałych, ba! co więcej:

Jest dla nich źródłem trosk tysięcy,

Klątwą...

BRAND

W rodzinnej wiosce swojej

Człek, jako drzewo w ziemi, stoi,

Gdy tam jest zbędny, praca pusta,

Milknie duch jego, milkną usta!

WÓJT

Czyń, jak potrzeba — to jest, panie,

Przenajprzedniejsze przykazanie.

BRAND

Lecz, co potrzeba, inak w dole,

A inak sądzą w górskim siole.

WÓJT

Tak rozumuje mienna86 dal,

Lecz nie mieszkańcy biednych hal.

BRAND

Wy, którym wciąż przed oczy stawa

Różnica między górskim krajem,

A nizinami! Z tym zwyczajem

Chcecie mieć wszystkie nizin prawa,

Od obowiązków uciekacie!

Starczy wam krzyczeć: „Miły bracie,

My ludzie biedni, ludzie prości.”

WÓJT

Że przecież każde pokolenie

I każdy czas swą cząstkę żenie,

Własnymi chodząc wciąż drogami,

Do ludzkich dziejów wspólnej kasy,

Że — oczywiście, w dawne czasy —

To samo było także z nami

I wszyscy cząstkę swą wpłacili...

O tym nie mówi się w tej chwili,

Lecz nie przepadło tak bez wieści

To, co się w starych baśniach mieści...

Nasza wojenna, dawna chwała

Dotąd żyć jeszcze nie przestała

W rocznikach, mówię, króla Beli87...

A czyście, panie, nie słyszeli

O braciach Wulfie i o Thorze88,

O tym, jak ród nasz het za morze,

Gdzieś do Brettlandzkich szedł wybrzeży

Z ogniem i mieczem?... O tym szerzy

Wieść się do dzisiaj... Są kroniki,

Jak na południe biegły dziki,

I jak krzyczano z wielką trwogą:

„Odwróćże Bóg tę klęskę srogą”

Tymi dzikami to my, panie!

Taki lud wyrósł na tym łanie!

On tych, co szli po zemsty drodze,

We krwi zatapiał i pożodze!

Ba! Jeden z naszych pragnął nawet

W obronie Boga wraz wet za wet

Oddać Turkowi! Po krzyż sięga,

By sczezła pogan tych potęga —

Prawda, nie doszło do wyprawy...

BRAND

Niejeden, panie mój łaskawy,

Został po takim bohaterze

Dzielny potomek — —

WÓJT

Mówiąc szczerze,

Tak! Jeno89 skąd wy o tym, księże,

Macie wiadomość?...

BRAND

Chęć się lęże

Podobnych wypraw w tej krainie

I dzisiaj jeszcze...

WÓJT

Tak, nie ginie

Męstwo praojców! Dawne moce

Jeszcze zostały! Wszak w epoce

Króla Belowej my sięgali

Po liść wawrzynu. Mówiąc dalej,

Nasamprzód kurtę jak najmilej

Cudzoziemcowi my skroili,

Potem nie było innej rady,

Jak prać kumotry i sąsiady!

Hej, ogieniaszek my wesoły

Słali na chaty i kościoły!

Płonęły sterty, a nam zasię

Rósł wieniec chwały w ciągłej krasie.

Zbyt często później wspominano

O krwi, wylanej w nasze rano;

Jednakże każdy dzisiaj przyzna,

Że wszak nasza ta ojczyzna,

Jako rzeczone mówią baśnie,

Miała potęgę swą w tych właśnie

Pradawnych czasach i, że ziemi

Kęs ten, na którym stopy swemi

Oto stoimy, miał swe lata,

Gdzie dla popchnięcia naprzód świata

Nie skąpił ognia też i miecza.

BRAND

Lecz dziś się lud mój ubezpiecza

Przed owym prawem, które broni

Dziedzictwa Beli — On je trwoni,

On, bohaterski spadku, ciebie

Pługiem i radłem w ziemi grzebie.

WÓJT

O nie, bynajmniej! Zechciej, panie,

Na gminne przybyć ucztowanie,

Gdy miejsce pada honorowe

Na sędzię, panie, i mą głowę,

Tak, na ławnika i pisarza —

Wówczas przenigdy się nie zdarza,

Gdy krąży poncz, czy piwa dzban,

Aby nasz lud, z wdzięczności znan,

Zapomnieć miał o królu Beli.

Niech ino brać się rozweseli,

Od razu skrzętne pogotowie

W długiej czy krótkiej wielbi mowie

Swego praszczura, o, ja sam

Krzyczę: niech żyje, żyje nam!

Ja sam od razu, wyznać muszę,

Mam w sobie myśli pełną duszę,

Z których na jego pragnę cześć

Zaszczytny zaraz wieniec pleść!

Nieco poezji zawsze-ć lubię,

I trzeba przyznać k naszej chlubie,

Nam wszystkim ona wielce miła.

W życiu — rzecz inna — to jej siła

Wzdyć będzie zgubna, lecz z wieczora,

Od siódmej, panie, do dziesiątej,

Gdy człek powróci w swoje kąty,

Zmęczony trudem, taka pora

Wymaga, wiecie, orzeźwienia —

Wówczas to skarb ten człek ocenia!

Zaś co do pana — w pracy twojej

Człowiek się właśnie tego boi,

Że pan byś siać i sprzątać chciał

Za jednym razem — istny szał:

Giń albo dawaj! Tak się dzieje,

Że pan ze życiem chcesz ideę

Łączyć, że dążeń pańskich sedno,

Modlitwę z pracą zlewać w jedno,

Że żywioł z tego będzie żarki,

Jak proch z saletry, węgla, siarki.

BRAND

Zgadł pan.

WÓJT

W ten sposób można zgoła

Na szersze działać tylko koła,

Nam tylko jedna rzecz przypadła:

Orać to morze i mokradła.

BRAND

Wprzódy niech każdy z was w to morze

Pustą chełpliwość swą zaorze!

Karzeł li karłem jest dla świata,

Choćby miał ojcem Goliata90.

WÓJT

Wielkie wspomnienia krzepią ludzi.

BRAND

Gdy przez nie czyn się nowy budzi,

Lecz dla was wiek ten dawnej chwały

Łożem gnuśności jest ospałej!

WÓJT

Pierwsze me słowa i ostatnie:

Pan chyba zębów swych nie zatnie,

Lecz pójdzie sobie w szerszy świat.

Nikt tu, choć każdy chciałby rad,

Postępków pana nie rozumie;

Obcy twój pogląd w naszym tłumie.

A jeśli trzeba ten nasz lud

Pociągnąć wiarą w lepsze dnie,

Ten obowiązek zostaw mnie,

Mężnie ja spełnię taki trud!

Całe me życie jest dowodem,

Że obowiązek szedł mi przodem:

Przeze mnie lud się nasz podwoił,

Niemal potroił, nędzę-m koił.

Nowe dla życia tutaj środki

Znajdując, widzisz, na tej wiotkiej,

Kamiennej glebie; w ciągłej walce

Z twardą naturą, my, ospalce,

Parliśmy naprzód, niby parą.

Młodość odświeża ziemię starą,

Powstają drogi, pną się mosty...

BRAND

Lecz nie od wiary do żywota.

WÓJT

Od fiordu idzie poręcz złota

Aż po lodowiec po tej prostej

Stromej krawędzi!...

BRAND

Nie pomiędzy

Czynem a myślą...

WÓJT

Przenajprędzej

Trzeba użyźniać tak powoli

Kęsek po kęsku ten szmat roli,

Człekowi możność bytu dać!

O tym myślała nasza brać,

Nim jeszcze pański duch w nią wlazł.

Od razuś baczył pośród nas,

By światłość lampki i blask zorzy

Złączyć północnej... Cóż się tworzy

Z tej mieszaniny?... Jakie błysły

Z tego promienie? Lud swe zmysły

Ponoś utracił, nie wie sam,

Gdzie szukać prawdy, gdzie jest kłam,

Nie wie, kto mały, a kto wielki,

Gdzie szukać rzeki, gdzie kropelki,

Nie wie, wciąż błądząc pośród pól,

Co jest pokuta, a co ból,

Widzisz, niewinny. Mówię święcie:

Wszystkoś pogrążył pan w zamęcie,

Huf, co zwyciężać miał złączony,

Dzisiaj się rozpadł na dwie strony.

BRAND

Mów pan, o, mów pan jak najdłużej,

Wcale mnie słowo twe nie znuży.

Człek swego pola nie wybiera —

W kim mieszka jasna chęć i szczera,

Temu głos boży wciąż powiada:

Tutaj twe miejsce!... Trudna rada!

WÓJT

Owszem, niech będzie! Tylko, panie,

Niech każdy w kole swym zostanie!

Wielkiej doznaję ja pociechy,

Patrząc, jak ludzkie mażesz grzechy.

Na to sążnistych trzeba słów!

Jeno nie lubię, kiedy znów

Zamienić chciałbyś na niedzielę

Powszedni dzionek: to za wiele!

To wywieszanie ciągłe flag

Juści-ć wygląda, panie, tak,

Jak gdyby w fiordzie, w każdej łodzi

Siedział sam Pan Bóg!... To już szkodzi!

BRAND

Chcąc według pańskiej działać rady,

Zmienić by trzeba swoją duszę,

A to nie idzie! Żyć ja muszę

Swym tylko dziełem, w jego ślady

Prowadzić ludzi, by jaśniała

Naokół ścian mych jego chwała.

Twój lud, uśpiony przez swe wodze,

Na bożej musi stanąć drodze!

W tej zasad waszych ćmie91 ponurej

Wyrzekł się górskiej swej natury,

Tu wasz poziomy Bóg do góry

Piąć mu się wzbrania — Bóg ten, który

Do cna walczącą czerń ogłupia,

Że wraz92 się staje niby trupia.

Wyście wyssali z niego krew,

W tchórza się zmieni dawny lew,

Serce na miazgęście im starli,

Niby są z brązu, a umarli!

Lecz choć ta gawiedź dziś spokojna,

Jutro wam huknie w uszy: Wojna!

WÓJT

Wojna?

BRAND

Tak, wojna!

WÓJT

Bardzo ładnie:

Pan pierwszy w wojnie swojej padnie!

BRAND

Kiedyż przekona się wasz świat,

Że ten zwyciężył, który padł!?

WÓJT

Brand! Brand! Stanąłeś na przełomie!

Obyś pan kiedy zbyt widomie93

Nie pożałował stawki94 swojej!

BRAND

Nie pożałuję! Stawka stoi!

WÓJT

Jeśli pan przegrasz, życie pana

Będzie jak stawka zmarnowana!

Masz, czego tylko zachce dusza!

Spadek ojcowski cię nie wzrusza?

Masz, czego można chcieć na świecie:

Miłą masz żonę, drogie dziecię,

Fortuna nęci cię spłoniona,

Niby dojrzałych jagód grona.

BRAND

A cóż, jeżeli tej fortunie

Pokażę plecy? Jeśli trzeba

Pogardzić takim kęsem chleba?

Cóż będzie wówczas?

WÓJT

Wszystko runie!

Z naszej zapadłej, nagiej dziczy

Wynieś swój sztandar wojowniczy!

Idź na południe, do wybrzeży:

Tam obiecany kraj-ci leży

Dla takich śmiałków! Tam bogaci

Ludzie w odwagę, tam niech płaci

Krwią swoje męstwo ludzka gmina!

Tu lud nie daje krwi, on zgina

Tutaj się w pocie, o chleb swój

Z głazem i śniegiem tocząc bój.

BRAND

Ja tu zostanę! Jasna rzecz:

Tu moje gniazdo i mój miecz

Zostanie tutaj!

WÓJT

Wiesz, co z klęski

Wynosi człowiek niezwycięski?

Co już na zawsze traci?

BRAND

Siebie

Stracę na zawsze, gdy w potrzebie

Zechcę się cofać...

WÓJT

Rzec ci mam,

Iż na nic walka, gdyś jest sam.

BRAND

Ze mną najlepsi!

WÓJT

A zaś ze mną

najliczniejsi!

odchodzi

BRAND

patrzy za nim

Nadaremną

Ta twoja troska... Szkoda trudu...

Prawdziwy, pełnej krwi wódz ludu!

Szlachetnej myśli, dzielnej dłoni,

Gorącej duszy, mądrej głowy,

W swoim rodzaju postępowy,

Przed nowym czasem się nie broni,

Jednak prawdziwy bicz to boski

Dla swej dziedziny, dla swej wioski.

Lawiny, wichry, mory, głody,

Wylewy rzek i mróz i lody

Nie dadzą wpół się tak we znaki

Nieszczęsnym ludziom, niż człek taki...

Zaraza życie ci odbierze,

Lecz człowiek ciasny w takiej mierze,

Jak ten, od razu wszystko niszczy!

Sny najpiękniejsze w kupę zgliszczy

Zmieni podobny schrypły duch!

Tamuje wszelki świeży ruch.

Harmonię kłóci najwdzięczniejszą!

Przezeń się wszystkie szczyty zmniejszą,

On błyskawiczny tłumi grom,

Siłę odbiera wielkim snom,

Z których się czyny wielkie rodzą,

Karleje świat pod jego wodzą —

nagle z przerażeniem

Żadnej, a żadnej wiadomości?

Przecież — — —

biegnie naprzeciw zbliżającego się Doktora

Czy od niej idziesz w gości

Do nas?

DOKTÓR

Przed sędzią już jest swym.

BRAND

Zmarła!... W pokucie?

DOKTÓR

Wyznać muszę,

Iżem nie widział, aby w skrusze

Skończyła życie. Skąpstwo złym

Snać95 jest doradcą — nazbyt mało

Czasu przed śmiercią jej zostało.

BRAND

patrzy przed siebie w głębokim przerażeniu

Przegrana dusza?

DOKTÓR

Być to może,

Iż jej przebaczą sądy boże.

BRAND

po cichu

Co rzekła, uchodząc z naszych dróg?

DOKTÓR

To li wyrzekła szeptem: Bóg

Nie jest tak twardy, jak mój syn.

BRAND

słania się z bólu na ławkę

Jednaki wszędzie kłamstwa czyn:

W śmierci, w upadku! Wszędy, wszędy!

twarz chowa w dłoniach

DOKTÓR

zbliża się do niego, przygląda mu się i wstrząsa głową

Umarłym czasem chciałbyś, panie,

Nowe zgotować zmartwychwstanie,

Dać inne siewy, inne pędy!

Pan, zdaje mi się, masz nadzieję,

Że do dzisiejszych dni istnieje

Przymierze ludzi z mocą Boga.

Nas już nie straszy piekieł trwoga,

Sąd ostateczny, potępienie

W żadnej już dzisiaj nie jest cenie;

Przykaz dzisiejszy: ludzkim być!

BRAND

patrzy w górę

Ludzkim! Ten wyraz dzisiaj wzdyć

W ostatnim znamy już zakątku!

Szuka ukojeń, jeśli nie chce,

Albo nie może zdziałać nic!

Wyraz ten błaznów wszystkich łechce,

Którzy na czynu li połowę

Pragną mieć siły swe gotowe.

Ludzie bezwstydni, czelnych lic,

Pod jego hasłem łamią śluby;

Pod jego hasłem, by ujść zguby,

W lot uciekają się do skruchy.

Według was, niskie, karle duchy,

Ludzkim wnet będzie wszelki człek.

Czy Bóg był ludzkim w owy wiek,

Kiedy żył Chrystus? Gdyby On

Rządził był wówczas światem, skon

Pana na krzyżu byłby zbędny:

Bóg taki ludzki, taki względny,

Byłby był skon, co zbawił światy,

Zastąpił sztuczką dyplomaty...

chowa głowę w dłonie, w posępnym milczeniu

DOKTÓR

po cichu

Wyładuj-że się, biedne serce!

Najlepiej, gdybyś w tej rozterce

Mogło wypłakać falę łez!

AGNIESZKA

pojawia się na schodach, szeptem przerażona, blada, do doktora

O, spiesz się! Boże! Czyż to kres!?

DOKTÓR

Taka wzburzona! Cóż ci, dziecię?

AGNIESZKA

Straszliwa troska serce gniecie!

DOKTÓR

Cóż się to stało?

AGNIESZKA

ciągnie go za sobą

Chodź co prędzej!

O, tam nasz synek! Obraz nędzy!

wchodzi do izby, niespostrzeżona przez Branda

BRAND

cicho do siebie

Śmierć bez pokuty! Śmierć, jak życie!

Palec w tym boży już nie skrycie,

Lecz jawnie działa! Bóg ode mnie

Żąda dziś, czego nadaremnie

Żądałem od niej... Gorze, gorze,

Iżem ją odbiegł w takiej porze!

wyprostowuje się

Syn jej, rozpocznę siły swymi

Bój nieustanny na tej ziemi;

Krzyżowiec boży, walkę pocznę,

Aby zwycięstwo duch bezzwłoczne

Miewał nad ciałem! Bóg mi dał

Spiż swojej wargi, gniewu szał

Przelał mi w serce; wzrost wspaniały

Mej woli łamać będzie skały!

DOKTÓR

w towarzystwie Agnieszki zjawia się na schodach i woła do Branda

Precz z tego domu! Rzuć te przęsła!

BRAND

Nie! Choćby ziemia się zatrzęsła!

DOKTÓR

Więc dziecko umrze!

BRAND

Me nadzieje!

Mój Alf! Me dziecko! Pan szaleje!

chce wejść do wnętrza

DOKTÓR

powstrzymuje go

O nie! Pozostań! Błagam ciebie!

W tym skalnym, ciasnym, ciemnym żlebie

Z mroźnym, północnym jego tchem,

Z tą mgłą wilgotną — czyż ja wiem?

Ta jedna zima w takiej mroczy,

I syn twój słońca już nie zoczy!

Ucieczka tylko zbawić może

Chociażby nawet jutro...

BRAND

Boże!

Nie! Dzisiaj wieczór! Nie! W tej chwili,

Niech syn mój piersi swe posili!

Żaden już mroźny wiew nie będzie

Ranił mi dziecka!... Precz, krawędzie

Tych opok zimnych! Tak, do snu

Utul go naprzód i co tchu

Uciekaj precz od tej mogiły!

O ma Agnieszko, syn nasz miły

Bliski był śmierci, całun szary

Przędły mu ręce strasznej mary.

AGNIESZKA

Czułam zabójcze to zjawisko,

Lecz nie myślałam, że tak blisko.

BRAND

do Doktora

Przysięgasz pan, że go ocali

Szybka ucieczka z naszej wioski?

DOKTÓR

Kogo ojcowskie strzegą troski

I w dzień i w nocy, ten-ci dalej

Żyć będzie zdrowy...

BRAND

Dzięki! Dzięki!

do Agnieszki

Okryj go ciepło! W puch go miękki

Otul, ma żono! Od wybrzeży

Już tu wieczorna wilgoć bieży.

Agnieszka znika w głębi domu

DOKTÓR

w milczeniu spogląda na Branda, który nieruchomo patrzy w kierunku drzwi; następnie podchodzi ku niemu, kładzie mu rękę na ramieniu i mówi

Dla innych, panie, jak z urzędu,

A zaś dla siebie tyle względu!

Dla drugich nie ma dzisiaj: „mało,

Albo też wiele!” Pozostało

To jedno: wszystko lub też nic!

Za to samemu płyną z lic

Łez babskich strugi, twarz się zmienia,

Jeżeli prawo wyrzeczenia

Trzeba stosować i do siebie!

BRAND

Coś pan powiedział?

DOKTÓR

Ot, w potrzebie

Jest tak i owak! Tam dla matki

Słowa srogości arcyrzadkiej:

Przeklęta będzie, gdy się wzdraga

Zbyć się wszystkiego i zejść naga

Do swej mogiły. Ileż razy

Padały klątw tych straszne głazy

Na serce duszy, troską zdjętej!...

A teraz sam on przez odmęty

Na potrzaskanej losem łodzi

Śród przeznaczenia mknie powodzi,

I oto jeden liścik dłużny

Zbyt mu już cięży... Ano, różnej

Potrzeba miary... I ta księga,

Z której się gromki grom wylęga

Na biednych braci, idzie na dno!

W takiej wichurze można snadno96

Dziecko swe stracić już na wieki!

A zatem precz stąd! W świat daleki!

I zwłoki matki rzuci marnie,

Swój dom, swój zawód, swą owczarnię!

Ot, księże, tyle w tobie krzepy!

BRAND

chwyta się zrozpaczony za głowę, jak gdyby chciał zebrać myśli

Czym był, czy teraz jestem ślepy?

DOKTÓR

Ojcu pan dałeś posłuch w sobie!

Zarzutu z tego ci nie robię.

Dla mnie ta dusza twa złamana

Wyrasta wyżej nad tytana...

Bądź zdrów, mój księże... Tak wypadło,

Iżem ukazał ci zwierciadło:

Patrz, jak wygląda człowiek, który

Chciałby wywracać, walić góry!

odchodzi

BRAND

patrzy przez chwilę przerażony przed siebie, nagle, namiętnie

Teraz — czy wówczas byłem w błędzie?

Agnieszka zjawia się we drzwiach, w płaszczu, zarzuconym na plecy, z dzieckiem na ręku; Brand jej nie widzi. Agnieszka chce mówić, ale wyrazy utkwiły jej w gardle z przerażenia, spostrzega bowiem wyraz jego twarzy. W tej samej chwili wpada furtką ogrodową Mężczyzna. Słońce zachodzi

MĘŻCZYZNA

Posłuchaj, księże, masz tu wroga!

BRAND

przykłada rękę do piersi

Tak, tu!

MĘŻCZYZNA

Strzeż wójta się, na Boga!

Wielu zebrało twe orędzie,

Lecz słowa jego nas uwiodły;

Jął97 opowiadać człek ten podły,

Że wnet opuścisz tę plebanię,

Że — takie jego jest gadanie —

Rzucisz nas wszystkich, gdyż twa matka

Właśnie umarła...

BRAND

A jeżeli

Z wami się wójt nasz prawdą dzieli?

MĘŻCZYZNA

Nie! Nie uwierzym do ostatka!

Znane nam wszystkim są przyczyny:

Tyś stanął przeciw, ty jedyny

Nie chciałeś ugiąć przed nim karku —

Takie to źródło jest poswarku!...

BRAND

niepewnie

A jeśli jednak prawdę rzekł?

MĘŻCZYZNA

Wówczas kłamliwy byłeś człek.

BRAND

Jak to?

MĘŻCZYZNA

A ileś mówił razy,

Że spełniasz boże li rozkazy,

Że cię do boju wybrał Pan,

Że tu twe miejsce, gdzie nasz łan,

Że tu masz świętą wojną wieść

I że na wieki stracił cześć,

Że hańby swojej już nie zmaże,

Kto się nie ostał przy sztandarze,

Żeś ty powołan! Twoje słowa

Niejeden w głębi serca chowa.

BRAND

Nie! Uszy tłumu zawsze głuche,

Nie wyda liści drzewo suche.

MĘŻCZYZNA

Ty wiesz to lepiej... W nieba stronę,

Pną się dziś serca, posilone

Twoją nadzieją...

BRAND

Lecz gromada

Stokroć liczniejsza, gdzie noc włada!

MĘŻCZYZNA

Tyś jest światłością, która świeci,

A zaś gromada — nie obleci

Tłum mnie — tu liczba nic nie znaczy!

Sam tutaj stoję, człek prostaczy,

Który ci mówi: Idźże sobie,

Jeżeli możesz! Cóż ja zrobię?

Nieznana mi jest mądrość ksiąg,

Lecz przepełnione serce moje!

W tobie znalazłem swą ostoję,

Twoich chwyciłem ja się rąk —

Ty nie odepchniesz mnie! Bez ciebie

Życie się moje w grób zagrzebie,

Nie wierzę, abyś zadrwić mógł:

Ksiądz nie opuści mnie, ni Bóg!

odchodzi

AGNIESZKA

trwożliwie

Białe masz lica, zblakłe wargi —

Serce wyrzuca straszne skargi.

BRAND

Każdy mój wyraz rozegrany,

Co się odbijał o te ściany,

Dziś się w wyrzutów zmienił słowa.

AGNIESZKA

postępuje krok naprzód

Jestem gotowa — tak!

BRAND

Gotowa?

AGNIESZKA

Wypełnić matki obowiązek!

GERDA

przebiega drogę i zatrzymuje się u furtki ogrodowej; klaska w ręce i woła z szaloną radością

Nie ma księdza! Precz z gałązek

Sfrunął ksiądz nasz! Wszerz i wzdłuż

Od tych dolin, od tych wzgórz!

Krasnoludki, karły, trolle

Zalegają w okrąg pole,

Czarnych, złych podjadków krocie

Naokoło mnie obsiadły,

Serce, oczy tłum zajadły

Do cna wygryzł mnie, sierocie.

Precz, wy ludu kusiciele!

Mnie potrzeba mało wiele!

BRAND

Co majaczysz, biedne dziecię?

Ja przed tobą stoję przecie!

GERDA

Ty! To prawda! Lecz nie ksiądz!

Hen! Z czarnego wierchu spadł

Ten mój jastrząb! Sfrunął w świat,

Przestwór wokół dziko tnąc!

Frędzlą zwartą i ostrogą,

Sfrunął w mgłę szaloną, srogą,

Siodłem trzęsąc, cugle rwąc,

Na nim siedzi ten nasz ksiądz!

Pusty dzisiaj kościół mamy,

Już zawarte wszystkie bramy,

Nie powróci jego czas,

Ksiądz na zawsze rzucił nas!

Teraz we czci kościół mój,

Przypatrzże się, hejże, stój!

Mego w nim dziś księdza macie!

Mszę odprawi wam w ornacie,

Który zima mu utkała.

Chodźże, chodź, gromado cała!

Chcesz go słyszeć? Oto masz!

Pusty jest dziś kościół wasz!

Gdy mój ksiądz podniesie głos,

Świat otrząśnie się z swych ros!

BRAND

Tłumią się w twej duszy chorej

Jakieś bóstwa i upiory.

GERDA

wchodzi furtką ogrodową

Co za bóstwa? Niepowszednie

Prawisz mi tu głupstwa, brednie!

Cóż ja dam ci? Czym usłużę?

Jakieś dzikie, małe, duże,

Barwne, strojne, zawsze złote...

Masz li z nimi swą robotę?

Bóstwa? Słyszysz, widzisz ty je?

A w tej chwili czyje-ż, czyje

Jakby ręce, jakby nóżki?

Coś wygląda spod poduszki

Jedwabistej, strojnej, miękkiej!

Jakieś dziecko? Śpi? O lęki!

Coś się trwoży! Przykryjże je!

I to bóstwo! Tak się dzieje!

AGNIESZKA

do Branda

Mam li prośby? Zdroje łez?

Dla mnie snać już przyszedł kres!

Z trwogi patrzę nieprzytomna!

BRAND

Snać ktoś wyższy przysłał do mnie

Tę istotę! Gorze! Gorze!

GERDA

Czy słyszałeś, jak na dworze,

Na tej turni ośnieżonej

Biją wszystkie, wszystkie dzwony?

Snać zwołują do kościoła!

Tłumy strachów dookoła,

Rój podjadków, dawno zmarły,

Krasnoludki, trolle, karły,

Które ksiądz uwięził w morzu,

Pojawiły się w przestworzu.

Nie wstrzymują ich pieczęcie

Klątw tych, które tak zawzięcie

Ksiądz na rój ten rzucał tłumny!

Opuszczają groby, trumny:

W mokrych szatach, głodny, siny,

Strząsa z siebie chłód lawiny

Tłum dzieciątek, krzyczy w krąg:

Ojcze! Matko!... Męko mąk!

Baby cisną się i chłopy,

Tam chałupnik idzie w tropy

Za swoimi; chałupnica,

Nachyliwszy swego lica,

Karmi piersią zmarłe dziecię.

Widzieliście ją na świecie

Tak wesołą — co to jest? —

Kiedy szła na dziecka chrzest?

Gdy ksiądz uciekł, od tej chwili

Ludzie jakby znów odżyli.

BRAND

Precz ode mnie! Nocny mrok

Stworzy jeszcze większy tłok

Widm, upiorów w mgieł zawieje...

GERDA

Patrzcie! Patrzycie! On się śmieje!...

On, siedzący wedle98 drogi,

Zrywa się na równe nogi,

Zapisuje w księdze swej

Każdą duszę z skalnych kniej,

Każdą sobie uprzytomni,

O niewielu on zapomni,

Toć dziś pusty kościół mamy,

Zawarte już wszystkie bramy,

Nasz ksiądz proboszcz — jasna rzecz —

Na jastrzębiu uciekł precz!

przeskakuje opłocie ogrodu i gubi się w skałach

AGNIESZKA

zbliża się do Branda i mówi głosem stłumionym

Idźmy! Czas już!

BRAND

patrząc na nią z osłupiałym wzrokiem

A którędy?

Tędy pójdziem, czy tamtędy?

AGNIESZKA

cofa się przerażona

Brand, twe dziecko!

BRAND

zbliża się do niej

Juści-ć, żono,

Byłem wprzódy księdzem pono,

Niźli ojcem.

AGNIESZKA

cofa się jeszczce dalej

I sam Bóg,

Gdyby tak się pytać mógł,

Czyż odpowiedź jaką dam?

BRAND

postępuje znowu za nią

Mów, jak matka! Nie wiem sam!

Ty ostatnie słowo masz!

AGNIESZKA

Żona-m twa! Ty drogę wskaż,

Na twój rozkaz zegniem kark

Ja i ty!...

BRAND

chce ją pochwycić za ramię

Weź od mych warg

Ten wyboru kielich! Biedy

Ujmij mojej!

AGNIESZKA

cofa się i opiera o drzewo

Czyżbyś wtedy

Zwał mnie jeszcze matką? Powiedz!

BRAND

Nagły błysk na mój manowiec!

AGNIESZKA

z mocą

Masz ty jeszcze wybór jaki?

BRAND

Nowe mi błysnęły znaki!

AGNIESZKA

Czujesz się wybrańcem?

BRAND

Tak!

chwyta ją silnie za rękę

Życie daj lub śmierć na szlak,

Który mej odwagi czeka

AGNIESZKA

Niechże duch twój iść nie zwleka

Za rozkazem twego Boga!

chwila milczenia

BRAND

Czas nam! Idźmy!

AGNIESZKA

bezdźwięcznie

Jaka droga?

BRAND

milczy

AGNIESZKA

wskazuje na furtkę ogrodową i pyta

Tu?

BRAND

wskazuje na drzwi, prowadzące do izby

Nie! Tu!

AGNIESZKA

podnosi dziecko do góry

Co masz tu u mnie,

Mogę wznieść ku niebu dumnie,

Wielki Boże! Twe to mienie!

Na to moje dziś wołanie

Przerwij i Ty swe milczenie!

BRAND

patrzy chwilę osłupiały przed siebie, wybucha łzami, załamuje ręce nad głową, rzuca się na schody i woła

Daj mi światła, Jezu Panie!

KONIEC AKTU TRZECIEGO.