Akt czwarty

Wieczór wigilijny na plebanii.

Izba pogrążona w mroku. Główne drzwi w ścianie tylnej; po jednej stronie drzwi, po drugiej okno. Agnieszka siedzi w sukni żałobnej przy oknie i patrzy w mrok.

AGNIESZKA

Nie powraca, nie powraca!

Co za pustka w tej godzinie!

Czekam, patrzę, próżna praca,

Serce me z tęsknoty ginie.

O, jak smutnie! O, jak smutnie

Śnieg pokrywa lasów szczyty,

Wnet i kościół nasz pokryty

Legnie niby w szarym płótnie.

nasłuchuje

Furtka skrzypi... Męskie kroki.

biegnie ku drzwiom i otwiera

Tyś to, luby? Dość tej zwłoki!

Brand wchodzi osypany śniegiem, w ubraniu podróżnym, które podczas następnych słów zdejmuje z siebie

AGNIESZKA

zarzucając mu ramiona na szyję

Długo byłeś poza domem,

O, nie odchodź już ode mnie!

Z widm naporem, z trosk ogromem

Walczę sama nadaremnie.

Co za klęska na nas spadła

W dniach tych, w onej nocnej dobie!

BRAND

Dziecię, masz mnie znów przy sobie!

zapala świeczkę, słabe rzucająca światło na izbę

Czemu taka twarz pobladła?

AGNIESZKA

Nie sypiałam... tak, z tęsknoty!

Czas uchodził bez wesela,

Kiedyś odszedł, drogi, złoty!

Potem zwiłam trochę ziela —

Odrobinę... Niebogata

Wiązaneczka, jeszcze z lata,

Z góry, widzisz, przeznaczona

Na to drzewko — dań zielona,

Tak, dla niego! To wiązanie

I dziś także on dostanie!

wybucha łzami

Boże!... A tam pada śnieg —

BRAND

Tam — na cmentarz, gdzie on legł.

AGNIESZKA

Ach ten wyraz! Święte Nieba!

BRAND

Przyzwyczaić ci się trzeba.

AGNIESZKA

Tylko nie dręcz tak straszliwie!

Dusza moja ledwie żywie99,

Krew ocieka jeszcze z rany,

Z kości moich szpik wyssany —

Nie powstrzymam się od łez,

Aż nadejdzie złego kres,

Aż się wszystko lepiej złoży...

BRAND

Tak obchodzim dzień ten boży?

AGNIESZKA

Nie! Lecz wybacz! Wspomnij proszę,

Jakie były to rozkosze

Jeszcze, widzisz, w zeszłym roku...

Potem — febra100 — jak to boli!

I dziś on...

BRAND

twardo

Na bożej roli,

Na cmentarzu!

AGNIESZKA

z krzykiem

O, daj spokój

Temu słowu!

BRAND

Pierś swą okuj101

I wyrzucaj z całych sił,

Choćby strach cię w kłębek wił,

Słowo, które cię przeraża!

Bije na nas moc cmentarza,

Jako fala bije w łódź

Niespodzianie!...

AGNIESZKA

Rzuć to, rzuć!

Wszak i duch twój dzisiaj nie wie,

Jak zagasić to zarzewie,

Które ci ten wyraz nieci!

Pot na czole twoim świeci,

Wywołany jego tchem!

BRAND

Pot, co lśni na czole mem,

To fiordu wilgna sól.

AGNIESZKA

A ten w oku twoim ból,

Ból kroplisty, czy to lód

Roztopiony, który wprzód

Lśnił na mroźnych ścianach skał?

Jakbyś płynny kruszec lał,

Tak on pali! Serce twoje —

Oto źródło!...

BRAND

My oboje

Bądźmy mężni! Złączonemi

Walczmy siły102 o kęs ziemi,

Wydzieranej trosce naszej,

Niech nas żaden ból nie straszy!

Jakiż ze mnie był to mąż!

Wciąż śród burzy, w wichrach wciąż,

Śród spienionych groźnych fal!

Mewa mknie z przestrachu w dal,

Wał103 na pokład się nasz wspina,

Maszt się łamie, pęka lina,

Szalejący siecze grad,

Żagiel zdarty już na szmat,

Groźne strzępy w groźnym wirze,

Fala z grzmotem łódź nam liże,

Nie przestaje tryskać, róść,

Jęczy, zda się, każdy gwóźdź,

Śród straszliwych, czarnych chmur

Grzmią lawiny gdzieś od gór.

Zbladło ośmiu mych wioślarzy,

Na ich sinej, trupiej twarzy

Lęk i trwoga, a przy sterze

Ja, bez strachu, w żarnej wierze

Słowa sypię płomieniste —

Tak mi było, że zaiste

Moc się ma do mego dzieła

Od samego Boga wzięła.

AGNIESZKA

Łatwo czoło stawiać burzy,

W niebezpiecznej stać podróży,

Lecz spójrz na mnie: ja w tym żlebie

Martwe moje życie grzebię,

Mej powszedniej, marnej troski

Nie zakłóci rozkaz boski,

By się dusza spłomieniła

W jakimś czynie! Snać104 mogiła,

A nie świat to, co do szczytu

Rwie nas w górę! Gdybyś ty tu

Siedział, mężu, w takim cieniu,

Prawiłbyś o zapomnieniu?

BRAND

Ty nic nie wiesz dziś o czynie?

Może właśnie dziś jedynie

Czyn masz spełnić najgłówniejszy?

Może twój ten ból dzisiejszy

Zyska korzyść z mych katuszy?

Często łza mi oko prószy,

Duch mój milknie, umysł mięknie —

Zda się, iże szczęście pięknie

Służy temu z woli Boga,

Kto do syta, żono droga,

Płakać może! W takim czasie,

Gdy tak płaczę, wraz105 mi zda się,

Jakby mi się jawił Bóg,

Jakbym wówczas i ja mógł

Tulić się do Jego łona,

Jakby dusza obarczona

Wyzwalała się z swej troski,

Wzięta w uścisk ten ojcowski.

AGNIESZKA

Obyś nań tak patrzył zawsze,

Obyś widział najłaskawsze

Oko ojca, a nie pana!

BRAND

Czyż ja, żono ukochana,

Przeciw Niemu stawać mogę?

Mam hamować Jego drogę?

Przed zmysłami on dziś mymi

Musi stać, jak świat, olbrzymi,

Mocny, wielki — takim wraz

Chcę go mieć i w nasz ten czas,

Choć tak marny! Ty atoli

Możesz zbliżać się do woli

Do ust Jego, na frasunek

Brać ojcowski pocałunek,

Pić ze źródła wszechmiłości,

Gdy w twej duszy trud zagości,

Spocząć przy nim i z powrotem

Pocieszona odejść potem,

Aby, mając jego ognie,

W swych źrenicach krzepić męża:

Niechaj siły swe wytęża

Na czyn nowy! Niechaj pognie

Przeciwności... Widzisz, żono,

To ci jest małżeństwo pono

Najprawdziwsze, jądro, sedno,

Że, gdy walczyć musi jedno,

Wówczas drugie rany leczy.

W tym objawia się treść rzeczy,

Jednia przez to straszne dwoje!...

Wówczas, kiedyś życie swoje,

Oddzielając się od świata,

Oddawała, w hart bogata,

Mnie — tak, wówczas to mi dano,

Żeś mi wniosła jako wiano106

To, iż walczyć mam do końca

W krew pijących żarach słońca,

Lub w wilgotnych chłodach nocy,

Pełen wiary, pełen mocy,

Ty zaś masz w zmęczeniu mojem

Świeżym rzeźwić mnie napojem

Swej miłości, masz nawzajem

Swej dobroci gronostajem

Umilać mi pancerz mój!

Oto, gdy ja idę w bój,

Twego czynu treść niemała!

AGNIESZKA

Temum ja się dziś oddała,

Ale wszystko nadaremnie!

Wszystkie myśli, plany we mnie,

Wszystkich pragnień moich praca

Do jednego ciągle wraca —

Wszystko to li107 sen jedynie!

Lecz to razem z łzami spłynie

I ja znowu znajdę siebie,

W obowiązku się zagrzebię!

Brand, tej nocy w ten mróz krzepki

Przyszło do mnie z swej izdebki,

Przyszło świeże, jasne, zdrowe,

Tak, jak dawniej — drobną głowę

Do posłania mego tuli,

Wznosi drobne swe rączęta.

Jeno108 była coś zziębnięta

Ta dziecinka w swej koszuli.

Zdało mi się, że dłoń skrzepła

Błaga choć o krztynę ciepła...

Zerwałam się —

BRAND

Żono droga!

AGNIESZKA

O, tak! Marzła ta nieboga!

A inaczej czyż być może,

Gdy ma z desek zimne łoże?

BRAND

Nie wyciągaj zwłok spod śniegu!

Alf w aniołów dziś szeregu!

AGNIESZKA

odsuwa się od niego

Grzeb się, póki sił ci stanie,

W mej katuszy, w mojej ranie!

Zwij zwłokami go, on przecie

Zawsze, zawsze moje dziecię.

Ciało dzielić mam i duszę?

O, tak prędko, wyznać muszę,

Odróżniać się nie nauczę:

Straciłam do tego klucze!

To i tamto dla mnie jednem:

Alf, co tu pod śniegiem leży,

I ten Alf, co tam w odzieży

Lśni anielskiej.

BRAND

Nim z twym biednem

Będzie sercem spokój, juści

Dużo krwi twa rana puści.

AGNIESZKA

Weź łagodnie się do dzieła,

A ma dusza nie zginęła,

Otocz mnie swą mocną ręką,

Ale niechaj będzie miękką

Rada twoja, mężu mój!

Mówią, że, gdy jaka dusza

O koronę życia rusza

W ciężką walkę, w twardy bój,

Słowa twe są jako grom!

Czyż nie nadasz swoim tchom

Dźwięku pieśni, co w sen pieści

I najkrwawszy zjaw boleści?

Nie masz słowa w swym ukryciu,

Co nas nurza w świetle, w życiu?

Bóg twój chodzi w twardej zbroi,

O mą boleść On nie stoi109,

Z biednej matki drwi, nie krzepi —

BRAND

Myślisz, że ci będzie lepiej

Z Bogiem z tych dawniejszych lat?

AGNIESZKA

Niech nie cofa się nasz świat!

Przecież nieraz mi się zdaje,

Że przede mną lśnią się kraje,

Które zgasły w twej pamięci,

Że mnie dawne szczęście nęci.

Łatwo dźwignąć, ponieść trudniej —

Tak przysłowie dawne prawi.

Stopy mi twa droga krwawi,

W uszach mi twa wola dudni,

Twoja praca, twoje cele,

Twe pragnienia — to za wiele

Dla mnie, biednej; ten ponury

Żleb, ten fiord, te ciasne góry.

Ta samotność, te nawały

Wspomnień... jeno, że za mały

Kościół...

BRAND

jakby trafiony gromem

Kościół?... Myśl to może,

Która krąży już w przestworze?

A dlaczego?

AGNIESZKA

potrząsając smutnie głową

Zali110 w porę

Zna przyczyny serce chore?

Czasem chce się uciec doń —

Jakiś nastrój, niby woń,

Którą wiatry tu — nie wiada

Skąd — przywiały swoim tchem.

Lecz to jedno w duszy wiem,

O tym serce mi wciąż gada,

Że nasz kościół jest za mały.

BRAND

Jakiż to zawładnął ninie111

Duch w tej naszej biednej gminie?

Jakież żądze tu powstały?

Nie od dziś ta myśl mnie znana!

Wszakżeż i ta obłąkana

Wyrzekła ją kiedyś jasno:

„Tam jest śmierć, tam jest za ciasno!”

A i to, co słyszę oto,

Nie jest jasne, jako złoto,

Nie z czystego źródła cieknie.

Ileż mi to kobiet rzeknie —

Tak bywało — w oczy, w twarz:

„Brand, za mały kościół nasz!”

A jeśli ten potok skarg,

Co z kobiecych płynie warg,

Jest tęsknotą, którą mogę

Ja ukoić?... Na mą drogę

Bóg cię zesłał, żono luba,

By mnie tutaj wzdyć zaguba

Nie spotkała, kiedy w mroczy

Stracą cel swój ślepe oczy.

Żadna cię pokusa podła

Z toru twego nie uwiodła.

Gdy zdawało się, że ginę,

Ty od razu mą dziedzinę

Pokazałaś; gdym się prawie

Równał z Bogiem, ty, w obawie

O mą przyszłość, od mej głowy

Los odpędzasz Dedalowy112.

O Agnieszko, twa to siła

K memu wnętrzu odwróciła

Te surowe moje lica.

Słowa twego błyskawica

Wlewa pewność znów w mój los,

Światłem dla mnie jest znów głos,

Ten twej świętej wargi grom!

Mały jest nasz boży dom:

Wielki wznieśmy Mu przybytek!

Dziś ten zdrój światłości wszytek113

Widzę w tobie stokroć jaśniej,

Niż gdykolwiek. O, nie gaśnij!

Cofnij prośbę nadaremną,

Zostań ze mną! Zostań ze mną!

AGNIESZKA

A więc, domie ty żałoby,

Na wieczyste ja cię doby

Dziś zamykam! Na zawory,

Na grobowe twoje bramy

Dziś pieczęcie nakładamy,

Twierdzo wspomnień! Od tej pory

Niech oddziela mnie od ciebie

Zapomnienie! Niepokoje,

Wszystkie biedne myśli moje

W jego głębi ja pogrzebię —

Wszystkie niechaj w nim utoną:

Ja chcę być li twoją żoną!

BRAND

W górę wiedzie nasza droga.

AGNIESZKA

Nie za stroma!... To daremnie!

BRAND

Wyższy głos przemawia ze mnie.

AGNIESZKA

Sameś uczył, że u Boga

Płomienista wola zawsze

Znajdzie snać jak najłaskawsze

Powitanie, chociaż w świecie

Nie zwycięży...

chce odejść

BRAND

Dokąd, dziecię?

AGNIESZKA

z uśmiechem

Jeśli kiedy, to dziś zgoła

Do roboty dom mnie woła;

Zbyt rozrzutnie, zbyt bogato,

Tyś mnie nawet łajał za to,

Poczynałam sobie, pomnę,

W tę ostatnią wilię: wszędy

Pełno światła, ja w te pędy

Znoszę stosy przeogromne

Cukrów, ciastek i zieleni —

Od błyskotek dom się mieni,

Śmiech i radość naokoło!

I dziś ma nam być wesoło,

Więc dlatego co tchu lecę,

Pozapalać w domu świece,

Przyozdobić go porządnie,

Aby Bóg, jeśli zaglądnie

Poprzez drzwi te, miał przed sobą

Swoje dzieci, co, z żałobą

Już zerwawszy, nie są ślepi

Na moc Jego, jak najlepiej

Święto Jego dziś obchodzą!

Czyż me siły mnie zawodzą?

BRAND

przyciska ją do siebie i potem puszcza

Zapal światło!... Twej to głowy

Rzecz!...

AGNIESZKA

ze smutnym uśmiechem

A ty mi wielki, nowy

Wzniesiesz kościół!... Tylko wraz!

wychodzi

BRAND

patrzy za nią

Ponadludzkiej cierpliwości

Wola wciąż w jej sercu gości.

Chociaż bywał taki czas,

Że ją rzucił duch i siła,

Wola jej nie porzuciła.

Niech jej Twa się łaska święci,

Wielki Boże! Zbaw ją, zbaw!

A mnie weź ten kielich chęci,

Bym sępowi srogich praw

Kazał chwytać ją za szyję!...

Niechaj słodycz życia pije!

Ja mam siły, męstwo mam,

Pragnę dźwigać tylko sam

Jarzmo wspólne, byle ona

Nie była tak umęczona!

słychać pukanie do drzwi w sieni — wchodzi Wójt

WÓJT

Wita pana człek pobity.

BRAND

Człek pobity?

WÓJT

Tak, bez świty.

Jeszczeć ja zeszłego lata

Chciałem, aby pan do kata

Poszedł sobie, chciałem, wróg,

Wyrwać ziemię ci spod nóg.

BRAND

No?

WÓJT

A dzisiaj — daj pan dłoń! —

Dzisiaj żal mi, składam broń.

BRAND

Czemu?

WÓJT

Większość jest za panem.

BRAND

Tak?

WÓJT

Czy panu to nieznanem?

Pana dzisiaj pełno wszędzie!

Mówię szczerze: co to będzie,

Od niedawna lud tu słucha

Czegoś, co nie z mego ducha.

Stąd wyciągnąć łatwo wnioski,

Że pan źródłem mojej troski,

Że przez pana wiatr ten wieje...

Daj pan rękę — mam nadzieję,

Że będziemy żyć spokojnie.

BRAND

Nie ma końca takiej wojnie,

Pokąd114 jeden z nas nie złamie

Swego miecza.

WÓJT

Gdzież o tamie

Mówić lepszej ponad zgodę,

Ponad rozejm dobrowolny!

Jam do walki już niezdolny,

Siły moje już niemłode,

Jam jest człek, jak inni ludzie,

Lubię składać broń po trudzie

Nadaremnym wobec broni

Mego wroga... W tej pogoni

Żaden kijek mi nie starczy,

Gdy nad głową miecz mi warczy.

Wszyscy mnie osamotnili,

Najrozumniej w takiej chwili

Jest się poddać...

BRAND

No, a jeśli

Informacje złe ci znieśli,

Żem ja w oczach twych silniejszy,

Że mam większość w czas dzisiejszy?

WÓJT

O, i jaką!...

BRAND

Tak, dziś może,

Ale, jeśli w jakiej porze

Odwołam się do ofiary

Po poważne, wielkie dary,

Kogóż wówczas lud wybierze?

WÓJT

O poważnej pan ofierze

Mówisz ze mną? Mnie się zdaje,

Że nikt pana nie wyłaje.

O cóż idzie? O kieszenie!

To dzisiejsze pokolenie

Takim się już ludzkim mieni,

Że w ofierze, prócz kieszeni,

Nic lepszegoć nie przyniesie.

Jeno dziś mnie złości biesie

Porywają, że z zapałem

I ja tutaj gardłowałem

Za ludzkością i w ten sposób

Obniżyłem u tych osób

Ich ofiarność. Głupi człek,

Swej korzyści jam się zrzekł,

W pewnym względzie — z tym się licz —

Sam kręciłem na się bicz!

BRAND

Może... Tylko, że człek taki,

Co się innym dał we znaki

Siłą i odwagą swoją,

Nie tak łatwo z swą się zbroją

Żegnać gotów... Co do bicza —

Ot, przypowieść to zwodnicza!

Mąż do czynu wzdyć się rodzi,

A zaś celem, w który godzi,

Będą zawsze raju wrota.

Niech się straszny orkan miota,

Niech się rzuca groźnie, srodze,

Mąż nie cofnie się w swej drodze!...

Nie zawoła: Sam ja, sam,

Bliżej stąd do piekła bram!

WÓJT

Cóż ja na to rzeknąć mam?

Ani tak, ani też nie!

Nieraz człek się darmo pnie,

By nie męczyć zbytnio nóg,

Szuka sobie innych dróg.

Wszelka praca, trud nasz wszystek

Ma nam jeden nieść pożytek.

Gdzie nie można prosto z mostu,

Trzeba chyłkiem, nie po prostu.

BRAND

Przeto jednak być nie może

Czarne białem?...

WÓJT

Mocny Boże!

Cóż, że o kimś ktoś tam rzekł:

Biały jest, jak szczery śnieg,

Jeśli inny mu odrzecze:

Czarnymś jest, jak śnieg, mój człecze!

BRAND

I pan również?

WÓJT

Tak dokładnie

Rozważywszy, rzec wypadnie:

Nie jest czarny, szary raczej!

Wnet wyłożę, co to znaczy.

Ludzkość dziś przenika czasy,

Nie pozwolą dzisiaj masy

Władać sobą — rzecz niegodna!

Ziemia nasza jest swobodna,

A za cenę, iże słowo

Każde brzmieć ma jednakowo,

Ma tę samą wartość mieć.

W ładną by się dostał sieć,

Kto by sam rozstrzygać chciał,

Przeciw wszystkim, tak na schwał,

Co jest czarne, a co białe.

Mówiąc krótko: pan, przy sobie

Mając większość, chcesz mnie w grobie

Naprzód zamknąć. Jeno całe,

Widzisz, szczęście dzisiaj u mnie,

Że, miast się ułożyć w trumnie,

Ja na pański skaczę wóz,

By mnie razem z panem niósł!

Tylko błazen lżyć mnie może,

Że nie chciałem iść na noże!

Jednak nowy duch w tej gminie

Bierze mi to za złe ninie,

Widzi we mnie fałsz i błąd.

Ni to zowąd, ni to stąd

Mówi dziś powszechnie on,

Że tej nowej wiedzy plon

Od rocznych sprzętów więcej wart —

Tak wciąż wygłasza niby z kart.

Tam, gdzie potrzeba, dzisiaj lud

Nie pójdzie chętnie tak, jak wprzód.

Przykro jest, panie mój kochany,

Tak grzebać milczkiem swoje plany,

Co budowały drogi, mosty,

Suszyły bagna. Lecz cóż prosty,

Ludzki nasz rozum tu wydoła?

Trzeba się poddać! Niewesoła

Dola słabszego! Na tej niwie

Trzeba mi czekać dziś cierpliwie,

Kornie przykucnąć, aż jaśniejszy

Zgotuje los mi dzień jutrzejszy.

Tak utraciłem łaskę ludu,

Jakem ją zdobył... Teraz trudu

Trzebać nowego, moja głowo,

Aby odzyskać ją na nowo!

Na to swe wszystkie siły znoś!

BRAND

Więc łaska ludu — oto oś,

Około której twój się kręci

Zabieg wszelaki.

WÓJT

Nie! W pamięci

Tegom ja nie miał! Nie! W mym czynie

Była li zawsze myśl jedynie

O dobru sprawy pospolitej.

Rzecz oczywista: znamienity,

Dobrze spełniony czyn bogaty

Pewnej spodziewał się zapłaty.

Człowiek ruchliwy, człek, co umie

Wykonać to, co w swym rozumie

Zacnie zbudował, chce, mój złoty,

Widzieć owoce swej roboty,

Kłos pełny ujrzeć z swego ziarnka,

A nie, jak to się nieraz dzieje,

Walczyć o głodzie za idee.

Nie masz li włożyć co do garnka,

Trudno ci będzie, choćbyś chciał,

Służyć li drugim! To już szał,

Zwłaszcza jeżeli żonę masz,

I kupa córek patrzyć115 w twarz.

O, w takich razach trzeba wprzód

Głód zaspokoić, domu głód!

Idea żadna nie napoi

I nie nasyci dziatwy mojej.

A gdyby mnie kto łajał za to,

Wnet ja mu na to, jak na lato:

Owszem, lecz złym przykładem świeci,

Kto głodzi żonę swą i dzieci.

BRAND

Więc pański plan?

WÓJT

Budować, panie!

BRAND

Jak to? Budować?

WÓJT

Budowanie

Mam dziś na myśli — dla korzyści

Ludzi i mej. Najoczywiściej

Wprzód odbuduję gmach swej sławy —

Na gwałt wymaga on naprawy!

Wybory mamy już za pasem,

Toteż, jeżeli mi tymczasem

Coś porządnego wznieść się uda —

A to nie żadne przecież cuda —

Mam kota w worku: na pewniaka

Będę wybrany. Rzecz jest taka,

Że człek się może przystosować

Do żądań czasu. Boże prowadź!

Mówią, że lud innego chleba

Dziś potrzebuje, że go trzeba

Podnieść na duchu! Człowiek słucha,

Lecz ma za mało w sobie ducha,

Ja co najwyżej, panie drogi,

Mogę postawić go na nogi,

Lecz, jak to rób, jak k temu dąż,

Jeżeli gmin by jeden mąż

Przeciwko tobie dzisiaj stoi?

Nie chcąc się waśnić jeszcze bardziej,

Mam coś, czym ludek nie pogardzi:

Ot, myśl powstała w głowie mojej,

By, zarzuciwszy celów mnóstwo,

Na cel nasamprzód wziąć ubóstwo.

BRAND

I co, wytępić?

WÓJT

Nie! Z tym bieda!

To tak wytępić już się nie da!

To społeczności wrzód niezbędny!

Można je tylko tak w oględny

Jakowyś sposób zamknąć w ramy,

Tak, ograniczyć! Posiadamy

Środki po temu. Panie mój,

Wszakże ubóstwo to jest gnój,

Na którym grzech najlepiej wschodzi;

Nie brnijmy dłużej w tej powodzi.

BRAND

Cóż pan zamierzasz?

WÓJT

Pan nie zgadnie?

Nasamprzód chyba mi wypadnie

Dla rozwiązania naszej kwestii

I dla odcięcia łba tej bestii,

Dla dobra wiernych tej parafii

Zbudować własny dom dla mafii,

Dom dla ubóstwa, dom zakaźny —

Cel w moim słowie jest wyraźny...

Pan należycie to ocenia:

Ot, chronić ma od zakażenia!

A iżby pełna była treść,

Pragnę tuż obok areszt wznieść!

Tak, w drugim skrzydle — sens jest krótki:

Przyczyny mają się i skutki

Pomieścić tu pod jednym dachem,

Ścianą li jedną oddzielone.

Tak rzecz się ma z tym, na obronę

Ludzką wzniesionym, moim gmachem.

A, że już jestem w swym zapale,

Zamierzam również wznieść i salę

W tym samym domu na biesiady,

Czy na zebrania naszej rady,

Tak, na wybory, czy zabawy,

By miał gdzie wytchnąć człowiek prawy,

By miał wygłaszać gdzie swe mowy:

Ot, polityczny dom ludowy.

BRAND

Dom będzie pełny, niewątpliwie...

Ale o jednym — ja się dziwię —

Toś pan zapomniał... A to przecie...

WÓJT

Rzecz najgłówniejsza jest na świecie,

Wiem: nam wariatów trzeba domu!

Myślałem o tym, ale komu

Udźwignąć ciężar ten olbrzymi?

Obrachunkami jam tu swymi

Wykalkulował, że nie lada

Suma na taką rzecz wypada.

Trza kapitału jednej trzeciej,

Jeśliby każdy, w kim się nieci

Zapał do czynu, w kim jakowa

Wspaniała, wielka myśl się chowa,

Zechciał zamieszkać w takim gmachu.

Trzeba bez lęku i bez strachu,

Mając na myśli przyszłych gości,

Powierzyć także coś przyszłości,

A nie budować li dla siebie,

Toć dzisiaj, niby grom na niebie,

Z strasznym pośpiechem pędzi świat...

Potrzeby rosną z biegiem lat,

W każdym zawodzie talent, siły,

Tak się straszliwie rozpędziły,

Jak gdyby w tej gonitwie lutej116

Siedmiomilowe miały buty!

Zbyt to kosztowny, niezbyt łatwy

Byłby to trud dla potomności,

Budować takie olbrzymiości

Dla siebie, żon swych, dla swej dziatwy.

Przeto powiadam: pan pozwoli:

O to niech głowa nas nie boli.

BRAND

A kto zbyt wielkie chce skandale

Wszczynać, ma wielką na to salę.

WÓJT

zadowolony

Owszem, ta zwykle jest zawarta —

Trafił pan w sedno. Jasna karta:

Gmach taki według moich datis117,

A dom wariatów mamy gratis!

Od razu więc, za mą odwagą,

Pod jednym dachem, jedną flagą,

Złączą się wszystkie elementy,

Co nam największe robią wstręty

W naszym powiecie: więc ubodzy,

Więc ci, co grzechów swych na wodzy

Utrzymać nie chcą, czy nie mogą,

Więc ci wariaci, co się drogą

Włóczą bez dachu i kaftana,

Dalej swobody samej kwiat —

Walka wyborcza, zdrój cnych rad.

Do uchwał sala, jak wybrana,

Gdy trzeba powziąć to i owo,

Ażeby powiat miał się zdrowo.

Wreszcie dla biesiad ściany lube,

By było oblać gdzie tę chlubę,

Że nasz praojciec zwał się Bela118!

Gdy się to uda — człowiek strzela,

Bóg nosi kule — wówczas będzie

Dla gór mieszkańców w każdym względzie

Jakowaś możność czynić zadość

Zacnym pragnieniom, mieć swą radość.

Biedni my w górach, ale, panie,

Gdy taki dom ludowy stanie,

Od razu każdy znawca powie:

Dobrze rządzicie, cni panowie!

BRAND

A skądże środki?

WÓJT

Prawda, środki —

To punkt, jak zawsze, bardzo wiotki,

Nieduża świadczeń jest ochota,

Na nic też pójdzie ma robota,

Jeśli ich sobie nie zniewolę.

Pan wszystko zrobisz w naszym kole:

Gdy pan mnie poprzesz słowy swemi,

Gmach się mój wnet podniesie z ziemi,

A, skończę dzieło to ogromne,

Już ja o panu nie zapomnę.

BRAND

Pan chce mnie kupić, mówiąc szczerze?

WÓJT

Skądże się panu myśl ta bierze?

Znaczy, że szukam li119 sposobu,

Aby znieść przepaść, co nam obu

Tak niepotrzebne niesie szkody...

BRAND

Toś pan źle trafił...

WÓJT

Znam powody:

Ten wielki ból, ta świeża rana —

Lecz mnie ośmielił spokój pana,

Wreszcie wpływ pański, tak szeroko...

BRAND

Suche li mam, czy mokre oko,

Jam gotów zawsze na usługi...

Ale istnieje powód drugi,

Że pan przemawia dziś daremnie.

WÓJT

Jakiż to powód?

BRAND

Jest i we mnie

Chęć budowania.

WÓJT

Co się dzieje?!

Pan chcesz budować? Pan ideę

Chcesz ukraść moją?

BRAND

Niezupełnie!

pokazuje przez okno

Widzisz w tej śniegu szarej wełnie...

WÓJT

Tam?

BRAND

Tak!

WÓJT

Tę wielką szarą stajnię

Dla księżej trzody — tam, zwyczajnie,

Przy tej siklawie120?

BRAND

Nie! Tę małą,

Spowitą w śniegu płachtę białą.

WÓJT

Kościół?...

BRAND

Ja większy, panie wójcie,

Pragnę zbudować.

WÓJT

Stójcie! Stójcie!

Od tego kroku, panie, wara!

Pan chce mnie skrzywdzić, pan się stara

Podejść mnie dzisiaj! Plan mój gotów,

Żąda pośpiechu! Pan obrotów

Używasz moich, by me strzały

Gdzieś w pustym wietrze się rozwiały...

Nie! pókim żywy... ku mej zgubie...

BRAND

Ulegać nigdy ja nie lubię.

WÓJT

Pan musisz ulec! Buduj sobie.

Panie, mój areszt, on na dobie,

Mój dla zakaźnych dom! Mój panie,

Dom polityczny niechaj stanie

Przez cię — in summa121 dom wariatów!

Lecz któż się troszczy, do stu katów!

O jakiś kościół, co próchnieje!

Od lat to gnije — stare dzieje —

A przecież stoi!...

BRAND

Tak, możliwie,

Lecz dziś on stał się już za mały...

WÓJT

Nigdy me oczy nie widziały,

Aby był pełny! Ja się dziwię —

BRAND

Więcej niż jedna dusza biedna

Nie znajdzie miejsca w takiej kaźni.

WÓJT

potrząsa głową, zdziwiony

Widzę w tym dowód najwyraźniej,

Że — docierając tak do sedna

Rzeczy — potrzebny nam jest raczej

Dom dla wariatów!...

zmienia ton Nie inaczej!

Pókim żyw, kościół ten nie padnie

Rozłączyć się wszak nie tak snadnie122

Z tym, co mamy według prawa —

Mimo twych zabiegów, bratku,

Nie zbędziem się twego spadku!

Niechże na mnie czart nastawa,

Ja, by feniks123, znów odżyję

W łaskach ludu! Niech mnie diabli!

Z dłonią ja przy mojej szabli

Pójdę walczyć, jeśli czyje

Zechcą ręce tych wybrzeży

Pomnik burzyć! Niech pan wierzy:

Głaz ofiarny naszych dziadów

Stał tu kiedyś, według śladów

Dawnych sądząc, a zaś potem

Zrabowanym mężnie złotem

Kościół tutaj postawiły

Nasze ojce!... I tak miły

Dom ten boży tutaj stoi

W swej prostocie, w chwale swojej,

Czarem dawnych dni omszały.

BRAND

Lecz, co z dawnej wzrosło chwały,

Pogrzebane dziś w popiele,

Baśń li żyje — to niewiele!...

WÓJT

O to idzie! Tak jest stary

Kościół nasz, że nie do wiary:

Z dawnych ścian nie został ślad —

Lecz, gdy jeszcze żył mój dziad,

Wskazywano dziurę w ścianie,

Pozostałość...

BRAND

Dziurę?

WÓJT

Panie,

Coś jak trzy wypchane wory!

BRAND

No, a ściana?

WÓJT

Owej pory

Już nie było jej na świecie!

Przeto mówią: darmo chcecie

Burzyć, księże, ten zabytek!

Czyn to, mówię, byłby wszystek

Barbarzyński, wbrew naturze,

Wprost haniebny!... Przy tym duże

Gdzież pieniądze? Głowę daję,

Że nie takie tu zwyczaje,

Iżby nasze biedne chłopy

Zabierali się w te tropy

Do swej kabzy — dla chimery124!

Wiedzą w swojej wiedzy szczerej,

Że i po co sypać grosze

Na rzecz, która się po trosze

Trzyma sama, dobrze trzyma!...

O, jasnymi trza oczyma

Patrzeć na to! Na mą grzędę

Przejdą wszyscy. Ja się będę

Śmiał, nie ty, mój księże.

BRAND

Drogo

Nie zapłaci nikt, nikogo

Do bankructwa nie przywiedzie

Nowy dom dla mego Bóstwa!

Do żebraków ja się mnóstwa

Nie ucieknę! Nie, na biedzie

Nie zbudują go me ręce —

Własne środki swe poświęcę,

Cały spadek!... Teraz, panie,

Czy masz do mnie zaufanie?

WÓJT

z załamanymi rękoma

Świat się pruje w wszystkich szwach!

Nawet w miastach takiej rzeczy

Nie zobaczy rozum człeczy;

A cóż dopiero tu — aż strach! —

Gdzie to każdy raczej grzebie

Grosz swój w ziemi, niż w potrzebie

Miałby oddać go jakowej

Na cel gminny! A pan, zdrowy

Na umyśle, całe spusty

Wręcz otwierasz, tak, kaskady

Szumne, lśniste! Nie ma rady —

Nie wyrazić tego usty —

To sen chyba! —

BRAND

Wobec swojej

Własnej duszy jam się spadku

Wyrzekł dawno...

WÓJT

Człek się boi

Wierzyć uszom... „Mój ty bratku —

Myślę sobie, gdy mnie słuchy

Dochodziły — jam niegłuchy —

Ale możeż być w istocie,

Aby ktoś poświęcał krocie

Bez istotnej swej korzyści?”

Lecz to pańska rzecz! Niech iści

Plan się pański! Ja za panem!

Z licem płomieniami zlanem

Rób pan, działaj — ja bo wolę

Spełniać cicho swoją rolę,

Spełniać ją za twym rozkazem:

Budujmy ten kościół razem!

BRAND

Pan, widzę, umiesz, panie drogi,

Skakać na cztery kute nogi!

WÓJT

Juścić, że umiem! Juścić skaczę!

Głupiec li popadłby w rozpacze!

Głupiec li stanąłby w oporze!...

Komuż ten tłum się łasić może?

Temu, co karmić, sycić woli,

Czyli też temu, który goli,

Strzyże, obdziera go ze skóry?

Do kroćset, panie! Na twe góry

Idę wraz z tobą! Twoje kroki

Wzruszenia budzą dreszcz głęboki!

Szczęście, że właśnie dziś się jawię

Na tej plebanii, boć ja prawie

Mogę powiedzieć, że beze mnie

Wszystko byłoby nadaremnie,

Że plan mój pańskie plany budzi,

A w każdym razie, że do ludzi

Przedostały się... Otóż, panie,

Jeśli na zimę kościół stanie,

Właściwie moją to zasługą.

BRAND

Aby nie wdawać się w rzecz długą

Minionych czasów tych ruinę

Należy zniszczyć...

WÓJT

wygląda

A niech zginę!

Widząc ją w świetle tym dwojakiem,

W tym śniegu świeżym, z tym majakiem

Księżycowego światła w górze,

Należy przyznać, iż nieduże

Ma prawo bytu, że, istotnie,

Zburzyć ją lepiej tysiąckrotnie.

BRAND

Czemu?

WÓJT

Za stara! Niebywały

Fakt, iżem spał tak wieczór cały!

O, tam, pod kurkiem125 krzywa belka!

Klęska nastąpić może wielka,

Wprost niebezpieczna taka dziura!

A gdzież jest styl, architektura?

Nigdzie ni śladu jakiejś sztuki!

A jakże nazwać takie łuki?

Fachowiec rzekłby: wprost okropne!

Ja się nie dziwię! Swego dopnę,

Zburzę!... Na dachu mech się ściele —

Gdzież on pamięta króla Belę?

Szacunek nazbyt tutaj wzrasta!

Chyba największy entuzjasta

Pojmie, że kojec taki — w sumie —

Istnieć nie może... Pan rozumie?

BRAND

A jeśli ludzie rzekną zgoła:

„Nie chcemy burzyć ścian kościoła?”

WÓJT

Nie zechcą inni, to ja zechcę!

Zaufaj mi pan! Mnie to łechce,

Ja całą sprawę poprowadzę,

Ślicznie ociosam i ogładzę,

Poprę gadaniem i pisaniem,

Od razu z nią na czysto staniem.

A gdy ominie mnie poparcie

Ze strony głupców, przeotwarcie

Sam się od razu z tym załatwię,

Sam chwycę topór i siekierę,

Ażeby zwalić tę ruderę;

Żonie rozkażę swej i dziatwie;

Niech wszystko robi według sił!

Nie będzie już ten straszak gnił!...

BRAND

Cóż to za ton! Mój przyjacielu,

Inak gadałeś przed niewielu

Jeszcze chwilami.

WÓJT

Owszem, owszem,

Być wielostronnym jest czymś zdrowszem —

Tak uczy ludzkość! Rzeknę jeszcze,

Iż prawdą jest, co mówią wieszcze,

Że duch dostaje skrzydeł, słowy

Mówiąc innymi, że gotowy

Bywa do lotu — znaczy: może

Latać... Adju126! Chrońże was, Boże!

bierze kapelusz

Ja ku mej bandzie...

BRAND

Jakiej?

WÓJT

Ano,

Przychwyciliśmy dzisiaj rano

Na końcu wioski — cóż pan rzecze? —

Bandę cyganów! Ćmy człowiecze,

Straszne brzydale, wszystko w kupie,

Jak skrępowany drób, w chałupie

Leży sąsiedniej; lecz kto zgadnie,

Czy dwóch lub trzech się nie wykradnie? —

BRAND

Przecież już wilię oddzwoniono.

WÓJT

Kłopot nam sprawia plemię ono,

Choć w pewien sposób — niech pan wierzy —

Do naszej gminy też należy —

śmieje się

Nawet do pana!... Chcesz zagadki?

Masz pan od razu takie kwiatki:

Są oto ludzie, co istnieją

Dzięki tym właśnie, dzięki którym

I pan istniejesz; a zaś wtórym

Znowu zawrotem, spraw koleją,

Istnieją przez to, że z plemienia

Są znów innego... Czy ocenia

Pan tę zagadkę?

BRAND

potrząsa głową

Pusta praca...

Tyle zagadek!... Człowiek maca,

A wszak nie może dojść do celu!

WÓJT

Lecz ta jest właśnie jedna z wielu,

Które odgadnąć nie tak wściekle

Trudno... Słyszałeś pan o piekle,

Jakie miał jeden z naszych ludzi?

Ciekawość może w panu wzbudzi,

Że człek ten, zresztą całkiem tęgi,

Od matki pańskiej dostał cięgi.

BRAND

Jak to?

WÓJT

Wysoko panicz godził:

O rękę matki twej zachodził,

O rękę panny przebogatej,

No, i, jak mówią, dostał baty,

Panna posłała go do diabła,

I cóż on robi? Ot, osłabła

W nim wszelka sprawność: bez rozumu

Do cygańskiego przystał tłumu,

Wziął z nich kobietę i przed skonem

Krew swą zostawił w zatraconem

Gnieździe tych czartów, no, i wiecie,

Po nierządnicy, po kobiecie

Tego szaleńca, na nas żywa

Przeszła pamiątka i we znaki

Wciąż się nam daje...

BRAND

Któż to taki?

WÓJT

Pan znasz ją: Gerda się nazywa.

BRAND

głosem stłumionym

Gerd!

WÓJT

wesoło

Ano, masz pan tę zagadkę!

Wcale nietrudne rozwiązanie:

Krew jego żyje przez to, panie,

Że człek ten kochał waszą matkę,

Gdyby nie była mu tak miła

Ta, która pana porodziła,

Nie byłby spłodził on tej dziewki...

BRAND

Powiedz mi, wójcie, w jaki sposób

Zbawić ich dusze?

WÓJT

Dla tych osób —

O, to bynajmniej nie przelewki! —

Nie ma ratunku! Pozostały

Dla nich jedynie kryminały...

Chcąc dla nich oko mieć łaskawe,

Czartowi odebrałbyś strawę,

Bez której on, przeklęty czart,

Niewiele chyba byłby wart!

BRAND

Na myśli miałeś pan budowy,

Zbawienia bliźnich plan gotowy...

WÓJT

Ledwie-m go wniósł i, widzi pan,

Już wycofany ten mój plan.

BRAND

A może da się przeprowadzić?

Warto byłoby się naradzić.

WÓJT

z uśmiechem

Cóż to za ton?! Mój przyjacielu,

Inak łajałeś przed niewielu

Jeszcze chwilami...

klepie go po ramieniu Próżna praca —

Nikt tu już z grobu nie powraca,

Stanowczość męża jest ozdobą.

Adju! Nie będę dłużej sobą

Zajmował pana. W drogę! Jazda!

Do swego drobiu! Trzeba gniazda

Doglądnąć nieco — rozrzucone!

Adju! Pozdrowić proszę żonę!

odchodzi

BRAND

po chwili głębokiej zadumy

Bezkreśna wina, gdzie li okiem

Rzucę w przestworzu tym, szerokiem.

Strasznie się wikła losów przędza:

Wszędzie się krzewi grzechów nędza,

Grzech i plon grzechu w dzień dzisiejszy

W związek się łączą najstraszniejszy,

Ażebyś wiedział, jak się w jedno

Zlewa z bezprawiem prawa sedno.

podchodzi ku oknu i patrzy długo w dal

Niewinne jagnię, skarbie rzadki,

Padłoś przez upór mojej matki....

Duch jakiś błędny, synku drogi,

Zniósł nam płomienną moc przestrogi

Od Tego, który, nad chmurami

Tron mając górny, włada nami...

Kazał przeznaczeń rzucić kości...

A ten nieszczęsny duch ciemności

Rodzi się tylko dzięki temu,

Że matka ma uległa złemu.

I oto Bóg z owocu winy

Uczynił wagę tej godziny

Dla praw i ustaw — i wraz żenie127

Grom swój aż w trzecie pokolenie.

cofa się przerażony od okna

Spełnij się, prawo! Tak chcą nieba...

Nasamprzód szale zrównać trzeba!

Gotowość li ofiary wznosi

Języczek wagi! Nie wygłosi

Wyrazu tego świat; dziś dziatwa

Ludzka ten wyraz znać się lęka!

chodzi długo po izbie

Modlić się? Modlić? Rzecz to łatwa —

Stara na ogół to piosenka —

Zna ją bogaty i ubogi!

Gdy grom na ludzkie sieje drogi

Swą błyskawicę, na kolana

Padają wszyscy, by u Pana

Nieznanych torów żebrać łaski!

O pośrednictwo Chrysta wrzaski

Czyni się wielkie, pod niebiosy

Wznoszą się ręce, płyną głosy,

Wszyscy się modlą kornie, czule,

Choć wszyscy grzęzną w zwątpień mule.

Ale to dla nich wszystko jedno!

Jeżeli w tym zagadki sedno,

To i ja silnie pukać mogę

Do Władcy, który wzbudza trwogę.

milknie i popada w zadumę

Przecież, gdy Alfa wziął mi k sobie,

Kielich goryczy przy tym grobie

Kiedy mi wypić kazał do dna,

Gdy warga matki, w boleść płodna,

Nie mogła z wargi swej dzieciny

Wydobyć śmiechu — tej godziny

Cóż się to działo? Czyż ja wtedy

Nie łagodziłem swojej biedy

Balsamem modłów? Skąd ta siła

Oszołomienia, słodka, miła,

Co, niby sfer muzyka, rwała

Duszę mą k niebu?... Skąd ta cała

Jasność, te żary przenajświętsze,

Przenikające moje wnętrze?

Czym się nie modlił? Tak, w tym dzikiem

Nieszczęściu któż był spowiednikiem

Mojego serca? Któż lekarzem

Był mojej rany? Któż w tym wrażem

Cierpieniu moim wlał mi moc,

Moc wyrzeczenia?... Straszna noc

Pokrywa wszystko! Gdzie, ach, gdzie mi

Szukać światłości?!... Na tej ziemi

Jedno li jest, mające oczy,

Co widzą nawet w ślepej mroczy.

wola z lękiem

Światła, Agnieszko! Niech ukoi

Światło mnie, żono, z ręki twojej!

Światła!....

Agnieszka otwiera drzwi i wchodzi z płonącymi świecami. Jasna smuga światła pada na izbę

AGNIESZKA

O mężu mój! Azali

Nie widzisz, jak się światło pali,

Światło wilijne? Patrz, te świece — —

BRAND

po cichu

Światło wilijne!...

AGNIESZKA

stawia świece na stole

Długo trwało?

BRAND

Nie! Nie!

AGNIESZKA

Ty ziębniesz — o, za mało

Ognia... poczekaj, wnet rozniecę.

BRAND

silnie

Nie!

AGNIESZKA

z uśmiechem

Duma taka w sercu-ć gości,

Nie chce ni ciepła, ni światłości...

dokłada do pieca

BRAND

przechadza się po izbie

Hm! Nie chcę!...

AGNIESZKA

sprzątając w izbie, spokojnie do siebie

Świece tu postawię.

W zeszłorocznego wieczór święta

Jak on podnosił swe rączęta

Ku jasnym świecom, jak on, prawie

Ginąc z podziwu, pytał: „Mamo,

Czy to jest słońce?”...

odstawia nieco świecznik Ach, to samo

Światło dziś płynie tam, za ściany,

Gdzie leży synek mój kochany,

Śle pozdrowienie mu przez szyby

Z tej jasnej izby, którą oto

Musiało rzucić moje złoto;

Lecz okna, widzę, są jak gdyby

Mgłą też przyćmione... Mam jedwabną

Chusteczkę — —

wyciera okno

BRAND

wodzi za nią oczyma i mówi cicho

Kiedyż to osłabną —

Kiedyż się skończą szały burzy

Na morzu cierpień? Już to dłużej

Trwać tak nie może! To się musi

Skończyć!...

AGNIESZKA

do siebie

Jak jasno! Mój milusi,

Spadła zasłona! Jak radośnie

Światło z tej izby k tobie rośnie!

Od razu zimna się mogiła

W przyjemny kącik zamieniła,

Abyś znów słodkie miał rozkosze.

BRAND

Co robisz, żono?

AGNIESZKA

Cicho, proszę!...

BRAND

zbliżając się do niej

Podniosłaś storę128...

AGNIESZKA

Znikł zbyt wcześnie

Sen mój!

BRAND

Utracić mogą we śnie

Siły swe ludzie bardzo dzielni!

Spuśćże to znów!

AGNIESZKA

błagalnie

Brand!

BRAND

Jak najprędzej!

AGNIESZKA

Nie bądź tak srogi! Ty!

BRAND

Spuść! Spuść!

AGNIESZKA

przywiera okiennice

Nie będzie mu już światło róść!

Teraz jest dobrze! Bóg nie będzie

Sądził mnie za to, żem w snu krótkiej

Znalazła chwili lek na smutki!

BRAND

O nie! Przenigdy! Masz w nim sędzię,

Co akta twoje pobłażliwie,

Widzisz, prowadzi, choć na niwie

Duszy twej nieraz zbyt się pleni

Chwast bałwochwalstwa!

AGNIESZKA

wybucha płaczem

Kiedyż zmieni

Twoje się słowo? Z żądaniami

Swymi czyż skończysz? Patrz, przed nami

Korona moich dni, odarta

Z liści...

BRAND

Mówiłemć: Nic nie warta

Wszelka ofiara, gdy nie cała...

AGNIESZKA

Ma była cała; nie została

Z niej ani krztyna...

BRAND

potrząsając głową

Czyż cię pchnęła

Do ofiarnego dalej dzieła?

AGNIESZKA

z uśmiechem

Żądaj!... W ubogim mym zasobie...

BRAND

Daj...

AGNIESZKA

Bierz! Cóż jeszcze oddać tobie?

BRAND

Swój ból, wspomnienie, swoją chuć

Grzesznej tęsknoty — wszystko rzuć!...

AGNIESZKA

w rozpaczy

Rwij z korzeniami! Masz! Niech bierze

Dłoń twoja serce me!...

BRAND

Za katy

Wszystko, cokolwiek dasz w ofierze,

Jeżeli żal ci będzie straty!

AGNIESZKA

przerażona

Stroma i wąska jest twa droga,

Którą prowadzić chcesz do Boga!

BRAND

Tę tylko wola zna i ceni —

AGNIESZKA

A łaska milczy?

BRAND

wymijająco

Perć129 z kamieni

Ofiarnych.

AGNIESZKA

patrzy przed siebie i mówi wzruszona

Mgły się dawne kłębią

I uciekają!... O, ty słowo

Pisma! Stoimy, patrz, nad głębią,

Która nam wiry swe roztwiera.

BRAND

Cóż to za słowo?

AGNIESZKA

Że umiera

Kto ujrzał ciebie, o Jehowo!

BRAND

chwyta ją w ramiona i silnie przyciska do piersi

Nie patrz nań! Skryj się! Masz me łono!

AGNIESZKA

Nie?

BRAND

puszcza ją

Nie! Nie słuchaj słów mych, żono!

AGNIESZKA

Brand, cierpisz!

BRAND

Kocham cię!

AGNIESZKA

Kochanie

Twe jakżeż boli!

BRAND

Nazbyt boli?

AGNIESZKA

Nie pytaj mnie się! Przy twej doli

I moja dola pozostanie!

BRAND

Jak to? Dla pustej ja zachcianki

Sercem twe porwał w moje szranki,

Precz od uciechy, od zabawy?

Dlategom kładł ten wieniec krwawy

Na twoje czoło? Chęć bezpłodna!

Jakążby wartość miał ten do dna

Wypity kielich? Żonaś moja,

Więc rozkazuję ci: swe życie

Masz oddać Panu całkowicie.

AGNIESZKA

Tak... Lecz nie odchodź ty, ostoja —!

BRAND

Wybacz! Spoczynku chce ma głowa — —

Wkrótce świątynia strzeli nowa.

AGNIESZKA

W gruz się mój kościół rozpadł stary...

BRAND

Twej bałwochwalczej jeśli wiary

Był kiedy świadkiem, niechaj ginie!

obejmuje ją jakby z lękiem

Błogosław Bóg ci — i niech ninie

I mnie swej łaski też udzieli!

idzie ku drzwiom bocznym

AGNIESZKA

Nie zgniewa cię to, Brand, jeżeli

Troszeczkę okno to uchylę?

Brand, mów, czy wolno? O, patrz, tyle...

BRAND

w drzwiach

Nie!

znika w swym pokoju

AGNIESZKA

Wszystkiego mi zabrania.

Przygwożdżone okiennice,

Łzami zlane moje lice —

Deszczu biedna pragnie kania!

Grób, niebiosa, ziemię, świat —

Wszystko by mi zamknąć rad!

Precz stąd! Precz stąd! Jak najprędzej!

W takiej pustce, w takiej nędzy

Krew ma płynąć już nie może!

Precz stąd? Oczy boże,

Ten surowy wzrok ponury,

Czyż nie śledzą tam, z tej góry,

Moich kroków? W tej rozterce

Czyż uniosę i me serce?

Czyż z milczącej mojej trwogi

Wyrwę się tam, na te drogi,

Prowadzące ku dolinie?

nasłuchuje pode drzwiami pokoju Branda

Czyta... głośno... Głos mój ginie,

Nie dociera mu do ucha!

Nie ma rady! Ach, nawet Bóg

Nie spojrzy dzisiaj na mój próg!

W ciszę zaszył się i słucha,

Jakie mu składają dzięki,

W szczęśliwości grzęznąc miękkiej,

Strojni, świetni, dzielni ludzie.

Dzisiaj wilia, dziś o trudzie

Świat zapomniał, a mnie, biednej,

Smutnej matce, ani jednej

Nie zgotujesz, srogi Boże,

Jasnej chwili!...

zbliża się ostrożnie do okna A! Otworzę

Te surowe okiennice...

Niech w posępną tę izbicę

Spłynie światło! Świec tych żary

Niech oczyszczą jego mary

Z piętna grozy!... Lecz tam syna

Mego nie ma!... O jedyna,

Słodka chwilo!... Święto dzieci!...

Czy mu Pan Bóg też poleci

Przyjść tu dzisiaj? Może stoi

W tej koszulce białej swojej

Poza ścianą? Do okienka

Może puka jego ręka?

Jakby jakieś ciche łkanie!...

Alfie, słodkie me kochanie,

Jakżeż ja otworzę tobie?

Cóż ja, dziecko moje, zrobię,

Kiedy ojciec zamknął pokój!

W posłuszeństwo ty się okuj,

Przecież nam go słuchać trzeba —

Wróć do nieba! Wróć do nieba!

Tam jest radość, tam rówieśni

Jasne ci zanucą pieśni!

Tylko nie daj płynąć łzom,

Nie mów, że on zawarł130 dom,

Kiedyś przyszedł ujrzeć nas.

Małym dzieciom snać nie czas

Wiedzieć o tym, jaką drogą

Ludzie wielcy chodzić mogą!...

Powiedz, że weń jakby grom

Snać uderzył i że siłę

Zabrał jego wszystkim tchom!

Powiedz, że te listki miłe

Sam on zbierał, zeszedł las,

Że z tych leśnych niespodzianek

On sam uplótł ci ten wianek....

nasłuchuje, popada w zadumę i potrząsa głową

Ach! Ja marzę!... Inna ściana

Dziś nas dzieli, zbudowana

Z większej prawdy... Wprzódy ona

Zginąć musi, spopielona

W wielkim czyśćcu! Gmach ponury...

Wprzód się muszą rozpaść mury,

Prysnąć zamki, wprzódy święcie

Muszą z kaźni bram pieczęcie

Odpaść wszystkie — — tyle, tyle

Musi jeszcze legnąć w pyle,

Nim zobaczym się oboje!

Chcę wytężyć siły swoje,

Ziemię na tę życia grzędę

Do ostatka znosić będę,

Będę twarda, będę chcieć!

Ale dzisiaj — Boże, świeć! —

Mamy wilię... Prawda, tak!

Najlepszego dzisiaj brak!

O, radości! O, rozkosze!

Ja na święto to poznoszę

Wszystko, co mi pozostało

Jeszcze po nim, a co — mało

Rzec — największej jest wartości,

Którą matka li najprościej

Pojąć umie, gdy nieszczęście

Pokazało jej swe pięście.

klęka przed komodą, otwiera szufladę i wyciąga z niej rozmaite rzeczy. W tej chwili Brand otwiera drzwi i chce do niej przemówić, ale, spostrzegłszy jej zamiary, staje w miejscu, Agnieszka go nie widzi

BRAND

cicho

Grób i grób! Wciąż cmentarz, cmentarz!!

Kiedyż ty się opamiętasz?!

AGNIESZKA

Suknia, welon, płaszczyk — strój,

W którym przyjął chrzest ten mój

Skarb najdroższy!

podnosi sukienkę do góry, przygląda się jej i śmieje się

O, jak słodka

Ta sukienka! Ma pieszczotka,

Mój królewicz, me wesele,

Był przecudny, gdy w kościele

Siedział ze mną! A tu, oto

W kabaciku tym me złoto

Po raz pierwszy, gdy rok miało,

Na powietrze się wybrało!

Był za długi, prosto z igły,

Ale bąk mój, lotny, śmigły,

Wyrósł z niego prędko, wraz,

Jakby człowiek z bicza trzasł...

Niech tu leży!... Mój jedyny!...

Rękawiczki!... Pończoszyny!...

Tak, pończoszki!... Tu na głowę

Jest nakrycie, tak, zimowe,

Czysty jedwab, lśni się, świeci,

Żaden pył go nie obleci!

Tu do drogi różne szmatki;

Kazał ojciec, ręce matki

Zakutały w nie dziecinę!

Zdało mi się, że już ginę,

Tyle było tu roboty

Z odwijaniem!....

BRAND

załamując ręce

Już nie zdzierżę!

Czyż i tej ma się w ofierze

Zbyć pociechy? Dosyć już!

Na innego jarzmo włóż,

Zelżyj, zelżyj, Boże wielki!

AGNIESZKA

Jakieś plamy! Czyż kropelki

Łez mych kiedy padły na to?

O, jak strojno! Jak bogato!

Łzą sperlone, bólem zmięte —

Blaski na nie rozlał święte

Straszny wybór!... Z dnia ofiary

Płaszcz królewski!... Odpędź mary,

Pocieszże się, serce trwożne,

W męce jeszcze mienne131, możne!

gwałtowne pukanie do drzwi, Agnieszka odwraca się z krzykiem i spostrzega równocześnie Branda. Drzwi się otwierają z trzaskiem; Kobieta w podartym ubraniu, z dzieckiem na ręku, wchodzi pośpiesznie do izby

KOBIETA

spostrzegłszy ubrania dziecięce, woła do Agnieszki

Dziel się ze mną do ostatka,

Ty, bogata, można matka!

AGNIESZKA

Dziesięćkrotnie tyś bogatsza!

KOBIETA

Nie jesteś od innych rzadsza —

Puste słowa tu, jak wszędzie!

BRAND

Czego chcesz tu? Powiedz, powiedz!...

KOBIETA

Z tobą, klecho, nic nie będzie!

Na siekący ten lodowiec,

Na ten mroźny wichr pośpieszę,

A nie poddam ucha klesze!

Lepsze dla mnie morskie fale,

Lepsze gnicie gdzieś na skale,

Niż ta klesza mowa wściekła,

Co zapędza mnie do piekła!

Mojaż wina, że — do czarta! —

Tylem warta, com jest warta?!

BRAND

po cichu

Głos ten, twarz ta — nie, na Boga! —

Przeczuć idzie ku mnie trwoga!

AGNIESZKA

Spocznij, jeśli tracisz władzę,

Jeśliś głodna, ja zaradzę.

KOBIETA

Nam nie wolno, my, Cyganie,

Mamy dom swój, swe mieszkanie

Nie tam, gdzie się dobrze dzieje!

Dziuple, drogi, wierchy, knieje

To cygańskie są pałace!

W ciepłej izbie, przy kominie

Innym wszelka troska ginie.

Za dużo już czasu tracę,

A tam przecie, jak psi dzicy,

Gonią wójt mnie i ławnicy —

Chwycą i oddadzą straży...

BRAND

Tutaj nikt się nie odważy.

KOBIETA

Tutaj, gdzie mnie dach i ściany

Więżą, gniotą? Nie, kochany,

Lepiej nas tam wichr ugości!

Jeno132 strzępek sukienczyny

Dla maleństwa!... Ot, psie syny!

Ten mój starszy w swej podłości

Rodzonemu bratu skradł

Zdarty łachman, stary szmat,

Którym ja ten nędzny płód

Owijała!... Patrz, jak lód

Zimne, sine te nóżęta,

Skóra do cna wiatrem ścięta!

BRAND

Odstąp nam to biedne dziecię;

Z tobą ono zginie przecie!

Niech cię dola jego wzruszy —

Klątwa spadnie z jego duszy!...

KOBIETA

Nie! Ty o tym wiesz najlepiej,

Że nikogo się nie czepi

Cud podobny, że nikomu

Zrobić tego się nie godzi!

Wojna światu, co, jak złodziej,

Dziecko me pozbawił domu,

Z praw je odarł! Wiesz ty, księże,

Jak się plemię takie lęże?

Rodzą ci się takie smyki

Pośród tańców, pijatyki,

Na przyrówkach, gdzieś przy drodze...

Węglem, panie, ja niebodze

Krzyż znaczyłam na tym czole,

Ochrzciłam go w brudnym dole,

Podałam mu wódki flaszę —

Oto masz uciechy nasze!

A, gdy mi się to ulęgło,

Pół się bandy wraz rozprzęgło:

Kłótnie, sprzeczki, bójki, wrzawy —

Wiedź ich, Boże, do poprawy! —:

Gdzie jest ojciec... gdzie... ojcowie!

O!...

BRAND

Agnieszko!

AGNIESZKA

Co mi powie —?

BRAND

Obowiązek spełnij swój!

AGNIESZKA

przerażona

Jak to? Tej! Przenigdy!

KOBIETA

Uj!

Daj, co masz! Ja wszystko biorę:

Jedwab, łachman! W taką porę

Dobre mi jest to i tamto!

Wszak ci szych133 to! Wszak ci kram to,

Lecz ma rozgrzać dziecka krew,

Przelać żar do zmarzłych trzew!

Ma dziś koniec być sierocie,

Niech umiera! Tylko w pocie,

A nie w lodzie!

BRAND

do Agnieszki

Słuchaj! Boże

Mówią znaki!

KOBIETA

A czy może

Skrzywdzisz tym własnego chłopca?

Nie! Więc niechże z rąk twych obca

Ma dziś dusza suknię życia,

Śmiertelnego kęs nakrycia!

BRAND

Biada, kto się bronić śmiał,

Gdy mu serce w górę rwał

Obowiązku święty szał!

KOBIETA

Daj! Daj!

AGNIESZKA

Znaczy — o zakało! —

Zelżyć, zhańbić drogie ciało!

Obdzieranie trupa!

BRAND

Na nic

Trud ofiarny, gdy bez granic,

Na nic dziecka śmierć!... W pamięci

Miej to dzisiaj...

AGNIESZKA

złamana

Niech się święci

Wola twoja! Pękaj, łono,

Na nic cały ból twój pono!

Więc, kobieto, gdy inaczej

Już nie mogę — Bóg wybaczy —

Podzielmy się tym, co bywa...

KOBIETA

Dawaj! Dawaj! Jakom żywa!

BRAND

Dzielić, żono? Dzielić?

AGNIESZKA

Prędzej

Śmierć mnie wyrwie z mojej nędzy,

Niż dam więcej. Nie okradaj

Mnie z wszystkiego! Mężu, gadaj:

Cóż, jeśli jej pół udzielę?

BRAND

Było-ż wszystko to za wiele,

Kiedyśmy to kupowali

Swemu dziecku?...

AGNIESZKA

dając kobiecie jedną sztukę za drugą

Dalej! Dalej!

Oto tutaj płaszczyk jest,

W którym on przyjmował chrzest...

Masz; kabacik, szarfę, suknię!

Ciepłe to w każdziutkim włóknie,

Dobrze chroni w czasie burzy.

Masz czepeczek, niech ci służy!

Masz pończoszki — na mróz srogi

Można już w tym iść bez trwogi...

Weź ostatnie te rupiecie...

KOBIETA

Dawaj! Dawaj!

BRAND

Lube dziecię,

Dałaś li już tej niewieście

Wszystko? Wszystko?

AGNIESZKA

daje dalej

Masz tu wreszcie

Koronacyjny płaszcz z tej chwili,

Gdyśmy dziecko swe stroili

Na ofiarę...

KOBIETA

Nic już więcej

Tu nie widzę!... Wszystko moje!

Jeno — do kroćset tysięcy! —

Że ja się tu wójta boję!

Tam, na schodach go przystroję,

Potem — ile starczy nóg!...

znika

AGNIESZKA

stoi chwilę w wewnętrznej rozterce; w końcu pyta

Brand, odpowiedz: czyżbyś mógł

Chcieć coś jeszcze?

BRAND

Mów ty wprzód,

Czy też chętny duch cię wiódł

K tej ofierze strasznej, trudnej?

AGNIESZKA

Nie!

BRAND

Więc majak to był złudny —

Niespełnione jest żądanie.

chce odejść

AGNIESZKA

milczy, dopóki nie doszedł do drzwi, potem woła

Brand!

BRAND

Cóż jeszcze?

AGNIESZKA

Niech się stanie!

Ja skłamałam! Oszukałam

Cię o jedno! Nie oddałam,

Widzisz, mężu, ostatniego...

Oparłam się...

BRAND

Powiedz, czego?

AGNIESZKA

wyciąga z zanadrza złożoną czapeczkę dziecięcą

Jednegom nie poświęciła!

BRAND

A to jest?

AGNIESZKA

Ach, łzy me piła!

Krwawym potem przepojona

Strasznej nocy, dotąd ona

Leżała na sercu mym!

To me szczęście, to mój raj!

BRAND

Trwajże dalej, trwajże w złym,

W mocy swych bałwanów trwaj!

chce odejść

AGNIESZKA

Stój!

BRAND

A czego?

AGNIESZKA

Ty wiesz o tem.

podaje mu czapeczkę

BRAND

zbliża się do niej i pyta, nie biorąc

Z wolą?

AGNIESZKA

Z wolą!

BRAND

bierze czapeczkę

A więc lotem

Stąd najszybszym, bo inaczej

Zgubi siebie w swej rozpaczy.

odchodzi

AGNIESZKA

Nić ostatnią, co mnie z ziemi

Prochem wiąże, surowemi

Targa dłońmi.

stoi chwilę bez ruchu; powoli wyraz jej twarzy przybiera cechy promienistej radości. Brand wraca; ona rzuca mu się rozradowana w objęcia i woła

Wolna jestem!

Brand, jam wolna! Wolność mieszka

W mojej duszy! Tak!

BRAND

Agnieszka!

AGNIESZKA

Jakby za cudownym gestem

Pierzchło wszystko! Wszystkie grozy,

Co strasznymi mnie powrozy

Krępowały, pchały w mroki,

Już w czeluści są głębokiej!

Zwyciężyłam w walce woli!

Już wylane łzy mej doli,

Już rozpierzchły się me chmury!

Ponad śmierci wał ponury

Strzela wieczna ranna zorza!

Rola boża! Rola boża!

Błędne światło żadnej duszy

Już mnie k temu nie poruszy,

Bym winiła cię, cmentarna

Rola boża! Trosko marna!

Alf mój w niebie! Alf mój w niebie!

BRAND

Teraz już przemogłaś134 siebie!

AGNIESZKA

Tak, przemogłam! Rzec to mogę:

Grób przemogłam, grozę, trwogę!

Alf się znalazł! Ku przezroczy

Niechaj spojrzą twoje oczy:

Stamtąd, kędy tronu stopnie,

Jak radośnie, jak pochopnie135

Ręce on wyciąga k nam,

Zbudzon znowu — o, patrz, tam!

Choćbym miała tysiąc głosów,

Nie chciałabym cię z niebiosów

Odwoływać, synku mój!

Jakiż to mądrości zdrój:

Drogi klejnot mi zabrawszy,

Uratował najłaskawszy

Bóg mą duszę — dzięki! dzięki! —

Od niechybnej śmierci! Z ręki

Wzięłam jego skarb ten na to,

By go stracić — słodka strato,

Ty, co rwiesz nas ku weselu

Niebiańskiemu!... Przyjacielu,

Tyś wspomagał mnie w tym boju!

Byłam świadkiem tego znoju,

Widziałam go!... Teraz, ninie

Sam w wyboru ty dolinie

Stoisz, teraz sam u siebie

Szukaj wsparcia w tej potrzebie.

Wobec swego — twe to hasło —:

Wszystko albo nic!...

BRAND

Nie zgasło

Jeszcze w tobie walk zarzewie?

Cóż to znaczy?... Boje nowe?

AGNIESZKA

Kto zobaczył raz Jehowę,

Umrzeć musi! Zali nie wie

Duch twój o tem?

BRAND

cofa się

Gorze! Gorze!

Jakież ty mnie znów w tej porze

Niesiesz światło? Nie! Nie kłamię —

Dobrze znasz me silne ramię,

Więc nie rzucaj mnie, o luba!

Niech największa na mnie zguba

Spadnie dzisiaj! Niech ode mnie

Pójdzie wszystko! To daremnie;

Nie odczuję żadnych strat...

Lecz bez ciebie — jam już padł!...

AGNIESZKA

Masz, wybieraj, coć się zdaje!

Otoś wkroczył na rozstaje!

Zgaś to światło, a w tej chwili

Upiór znowu się wychyli.

Wigilijne zgaś gromnice —

Widzisz w progu jego lice?

Do niebiańsko ślepych chwil

Daj mi znów odnaleźć drogę!

Sil się mnie odepchnąć, sil,

Ja znów w pył ten upaść mogę,

W którym rosły moje winy!

Zmień mnie, mężu! Tej godziny

Wszystko zdołasz!... Przeciw tobie

Cóż... ja, mężu, dzisiaj zrobię?

Ścięgna skrzydeł mych rozpołów,

W żyły moje przelej ołów,

Dłonią zegnij mnie tą samą,

Którąś mnie ku górnym bramom

Chciał podnosić; żyć w twej mocy

Każ mi tak, jak żyłam, w nocy

Wijąc się w posępnym mroku!

Chcesz i możesz to, przy boku

Twym zostanę, twoja żona!...

Masz, wybieraj, coć się zdaje —

Otoś wkroczył na rozstaje!

BRAND

Wybór dla mnie — rzecz spełniona!

AGNIESZKA

rzuca mu się na piersi

Dank136 za wszystko! Tak i za to!

O, jak wiernie, jak bogato

Pomagałeś mnie, niewieście!

A, gdy zbliży się nareszcie

To, co los przeznaczył dla mnie,

Ty mnie wesprzesz — tak, niekłamnie!

BRAND

Śpij! Na moim ty zagonie

Zakończyłaś już swą pracę!

AGNIESZKA

Tak... I nocne światło płonie.

Z walki tej już siły tracę...

Umęczona-m już bez miary!

Ale lekkie boże kary!

Brand, dobranoc!

BRAND

Dobrej nocy!

AGNIESZKA

Dobrej nocy!... Twej pomocy

Dank!... Za wszystko dank!... Czas spać!

odchodzi

BRAND

przyciska ręce do piersi

Ty wiernością, serce, płać

Swemu Stwórcy! Miej na względzie

Najwyższego zawsze sędzię!

Ten zwycięża, kto się zrzeka

Strata zyskiem znów dla człeka!

Wiecznie będzie żyło w Tobie

Tylko to, co legło w grobie!

KONIEC AKTU CZWARTEGO.