I.

Wspłonął1 i nagle zgasł, jak knot zdmuchnięty,

Oblicza nasze powlókłszy znienacka

Błyskawicowym poblaskiem bladości.

Runął: z nim wespół padły kukły wszystkie,

Do których żył przesączył krew dyszącą;

Bezgłośnie umierały, a gdzie leżał,

Tam się walała ciżba zwłok, rzuconych

Byle jak, w dzikim tłoku: tu kolano

Opoja w władcy źrenicę wtłoczone,

Indziej Don Filip ze zmorą przywartą

Do szyi: to Kaliban2. — Wszystko trupy.

Więc pojęliśmy, kto był ów umarły:

Czarodziej wielki z największych szalbierzy!

I z domów naszych zawartych wyszliśmy,

I poczęliśmy gadać, prawiąc, kim był.

Lecz któż to był w istocie, kimże nie był?

Spod jednej maski wpełzał w inną larwę3,

Z zewłoku ojca przeskakiwał w syna,

Jak szaty luźne mieniając4 postaci.

Mieczami, które wirowały młyńcem,

Tak szybko, że nie postrzegł nikt ich ostrza,

Sam siebie krajał w kawały: być może

Jedną połową był Jago5, a druga

Szlochała w błaźnie, marzycielu gorzkim.

A ciało jego było jak zasłona

Zaczarowana, w której fałdach rzeczy

Mieszkają wszystkie: i tam sięgał po nie,

Wydobywając stwory i zwierzęta

Z samego siebie; lwa, owcę nieśmiałą,

Lub biesa-głupka, albo okropnego

Diabła, i tego, i jeszcze tamtego,

I mnie, i ciebie. A to ciało było

Losem wewnętrznym w żużel przepalone,

Jak żar węglowy, on trwał w palenisku

I patrzał na nas, którzy się gnieździmy

W zawartych domach, jako salamandra

W ogniu: źrenicą obcą, martwą, białą.

Był jako władca krwawy. Wokół bioder

Przepasał, niby muszelki barwione,

Prawdy straszliwe i kłamstwa nas wszystkich.

I mimo oczu mu przelatywały

Sny nasze, jako stada dzikich ptaków,

Odbite w jezior leśnych lśniącej głębi.

Tu wkraczał, przed tę kurtynę na deskę,

Gdzie stoję oto, i jak w róg Trytona

Burzliwa wrzawa morza jest więziona,

Tak głos wszelkiego życia w nim dygotał:

Wielkością brzmiał. I już był całym borem

I polem z białym na przełaj gościńcem.

Tu siedzieliśmy, jak dzieci rozwarłszy

Oczy, patrzący w górę, jak ku zboczom

Skały olbrzymiej: a w tych wargach zdartych

Zatoka była, gdzie huczało morze.

W nim bowiem była ta, co wiele drzwi

Rozpycha gwałtem i nad dachy wzlata:

Potęga życia, niespętana niczym.

I jego to śmierć nagła skuła w pęta!

Zdmuchnęła oczy, których skryte jądro

Naryte6 było tajemniczym szyfrem,

I tysiąc głosów zadławiła w krtani,

I rozwaliła człon po członie ciało,

Gięte brzemieniem niezrodzonych istnień.

Tu stał. W następstwie po nim któż mu zrówna7?

Jakiż duch piersi labirynt zaludni

Tłumem postaci, zrozumiałych nagle,

Zatrzaśnie dreszczem okropnej rozkoszy?

Tej, którą trwonił, nie mogliśmy ująć,

I dziś, gdy zabrzmi imię, wzrok wlepiamy

W tę czeluść mroczną, która się zawarła.