II.

Gmach ten wokoło i my sami owej

Służymy sztuce, która ból najsroższy

Przyprawia strawnie, nawet śmierć cukruje.

A on, którego przed oczy przywołam,

Cóż to za siłacz! Taką posiadł zdolność

Przemiany, iż się zdało, wszelkim sieciom,

Nie do złowienia, umknie! Tak przedziwny!

Pomnicie? Czynił się przezroczym8, białku

Źrenicy kazał tę najgłębszą skrytość,

Co w nim drzemała, zdradzać, i łapczywie

Wciągał z powietrza duszę urojonych

Istnień, jak dymy w jelita, przez szpary

Potem wyrzucał je na światło dzienne.

I znów przetwarzał się do gruntu, stwory

Znów wyciekały, pęczniejąc, zaledwie

Ludzkie, lecz żywe, jak powabnie-żywe,

Przytakiwało im oko, aczkolwiek

Nie oglądało przenigdy podobnych:

Drobne zmrużenie powiek, jeden oddech

Świadczyły, że istnieją, parujące,

Z prałona ziemi ciepłej wyszarpane

I ludzkie! Oczy zawrzyjcie, wspomnijcie!

Spójrzcie na cielska krwiste, gdzie w zakątku

Źrenicy nikła kołace się dusza,

Lub dusze, które kości zbudowały,

Jako skorupę szklaną, wokół siebie,

Aby się schronić: pospolici ludzie,

I ludzie mroczni, i władcy, i błazny,

Ludzie do śmiechu i ludzie do zgrozy —

Przetwarzał się do gruntu: oto byli.

Ale gdy gasła gra i gdy kurtyna

Bez szmeru, jak powieka ubarwiona

Szminką, opadła przed magiczną grotą

Zamarłą, a on w mrok stąpał, to przed nim

Tak się olbrzymia scena rozścielała,

Jak przed źrenicą na zawsze rozwartą

I porażoną bezsennością, której

Kurtyna nigdy nie przesłoni czuła:

Teatr okropny, realności scena!

Tedy9 zeń wszystkie opadały kunszty

Przeobrażenia, jak szmaty, i biedna

Drżąca duszyczka szła, patrząc dziecięco.

Tedy wplątany był w grę bezlitosną,

Niepojmujący, jak wzrosła w torturę;

I każdy krok wciąż głębiej, niż poprzedni,

I bezlitosny każdy znak milczący:

Oblicze nocy brało udział w spisku,

Wiatr się sprzysięgał, wiaterek łagodny,

I wszystko przeciw niemu. Pospolitych

Dusz nie usidla tak los mroczny, czułym

Stawia potrzaski nad siły. I wzeszedł

Dzień taki, gdy się podźwignął, i oko

Udręką wysilone pragnął skąpać

W przeczuciach i snach wiotkich, tedy zrzucił,

Jak nadto ciężki płaszcz z bark zgiętych, życie

Mocnym i drobnym gestem, już nie bacząc

Na rozetlony pył u skraju płaszcza:

Postaci, które kruszyły się w nicość.

Tak go wspomnijcie. Niech struny dostojne

Wskrzeszą go, drżące tą nieludzką dolą,

A mnie pozwólcie zamilknąć: tu kres ów,

Kędy się słowa skąpe łamią w wargach.