15 kwietnia
Piszę, ażeby się nie dać pochłonąć bezprzytomności.
Z wysiłkiem kreślę te litery. Od wczoraj cierpię strasznie. Ból w piersiach przeszedł już w wyrafinowaną męczarnię. Żar we wnętrznościach, w płucach szarpanie, jakby je pies zgłodniały wygryzał, w myślach bezład...
O, Boże! niech się już nie męczę dłużej!... Dosyć, dosyć! Sam do śmierci wyciągam ramiona...
Po co te męki? Aaa... piersi, piersi! Tak skonać można... Boże... Boże!...
Już nie mogę... nie!...
Znów piszę. Muszę, chcę być przytomny. Jeżeli to już koniec się zbliża, niech wiem, niech sam czuję... Przecież pożegnać się trzeba... spojrzeć na świat jeszcze... Trzeba, trzeba, bo to już na wieki, bo go już więcej nigdy nie zobaczę... Aby przytomnie, aby przytomnie!... Chcę patrzeć do ostatka... Tam już nic nie będzie...
A może morfina mnie uspokoi? A on tak długo nie przychodzi! Czego oni tak płaczą? — że jęczałem głośno? To nie ja jęczę; to ten pies tak wyje, co mi piersi wciąż kąsa. Zabijcie go, zabijcie! — bo to potwór, co mi życie wyjada...