2 marca
Wieczór wczorajszy spędziliśmy dosyć znośnie. Zośka dokazywała jak łobuz, Stach zawiesił na kilka godzin swoje ponure poglądy na teraźniejszość i różowe na przyszłość, a ja dostrajałem się do nich, jak mogłem. Dopomagała mi w tym gorączka, która wieczorami dochodzi do 39 stopni.
Nigdy nie doświadczyłem na sobie takiej zmienności humoru — jak teraz. Byłem, co prawda, zawsze dosyć fantastyczny, nawet dziwaczny w swej zbytniej drażliwości — ale wtedy okres humoru lub niehumoru trwał przynajmniej dni kilka, choćby dzień cały. Wstawałem, jak mówi Stach, lewym lub prawym bokiem — i już do wieczora byłem krzywy albo prosty. Teraz zupełnie co innego. Dziesięć razy na dzień zmienia się mój nastrój. Po wesołości następuje apatia, po apatii podniecenie, potem smutek, przygnębienie, znów wesołość itd. da capo17. I to bez żadnych usprawiedliwiających powodów — ot tak sobie — z niczego. Myśl, skacząc z przedmiotu na przedmiot, poddaje się biernie chwilowym wrażeniom i pociąga za sobą duszę, zabarwiając ją odpowiednio. I co dziwniejsze, że świadomość moja nic nie traci na swej sile: kontroluje, jak dawniej, wrażenia, nastrój myśli i daje zupełnie wierne odbicie wnętrza duszy. Ale tu się kończy jej rola. Stoi jak niemy świadek, wypatruje wszystko, nawet gani lub chwali — ale jakby sama dla siebie, nie wysyłając rozkazów. Mam od niej carte-blanche18 zupełną: mogę być nie takim, jakim być powinienem lub chciałbym — ale jakim mnie zrobi wpływ zewnętrzny.
Dziś, bardziej niż kiedykolwiek, czuję się bierny na wszystko; a że nie chcę być dowolną igraszką zmiennego humoru, zasiadłem więc do pisania i mam zamiar pisać długo, tym bardziej, żem kilka godzin spędził na refleksjach, z których wyciąg chciałbym sobie zachować. Dziś rano wpadła do mnie na chwilkę Zosia, powracając z kościoła. Wstała umyślnie wcześniej, żeby być na nabożeństwie popielcowym. Za jakie grzechy, za jakie nadużycia rozkoszy świata posypał jej ksiądz głowę popiołem — sam nie wiem. Ale to biedactwo czuło się w obowiązku uczestniczenia w tym pokutniczym obrzędzie. Lecz mniejsza z tym: to kwestia jej wiary, a dobrze, że ją ma. Zosia, jak nie ma samowiedzy swego życiowego położenia, tak też i nie ma jej względem swej wiary. To ją właśnie chroni od wszelkiej przesady na punkcie religijnym, bo tylko samowiedza swej wiary i pobożności popycha umysł na drogę fanatyzmu i bigoterii. Wiara jej płynie wprost z duszy, tak jak myśli z jej głowy i Zosi ani przez myśl nie przejdzie możliwość niewierzenia. Jeżeli słyszała co o ludziach niewierzących, nie może ich sobie na pewno wyobrazić jako istoty zwykłe, co dzień spotykane. Są oni dla niej jakby ludźmi innych planet, z innymi nosami, z inną głową, z innymi mózgami. Sądzę, iż, gdybym jej pokazał jednego z takich niewierzących, przypatrywałaby mu się ciekawie, a potem byłaby zdziwiona, że tak jak drudzy wygląda. Dlatego też ani przypuścić jest zdolna, że Stach i ja należymy właśnie do tej kategorii niewierzących, ja jej, naturalnie, nigdy nie mówiłem o tym — raz, że nie chciałbym jej zasmucać — a po drugie, że kwestia ta była mi dotychczas dość obojętna. Jakie by wrażenie wywarła na niej taka wiadomość, nie mogę przesądzać. Albo by sama straciła wiarę, poddając się biernie wpływowi, albo by po raz pierwszy doznała druzgocącego ciosu.
A że nic o tym nie wie, przekonałem się dziś rano. Wstąpiła do mnie dlatego jedynie, żeby mi przynieść trochę popiołu, zabranego w książkę do nabożeństwa. Nastrajając się poważnie, użalała się nade mną, że nawet do kościoła z powodu choroby pójść nie mogę. Ja jej nie wyprowadzałem z błędu, podziękowałem za pamięć i za ten pacierz, który za mnie zmówiła. Popiół pozostał.
Teraz ten popiół leży przede mną, a ja, patrząc nań, pytam sam siebie: gdzie się podziała wiara moja?
Żebyż choć taki, jak ten popiół, ślad z niej pozostał!
Nie wiem, czy jej żałuję — nie wiem, czy by mi było z nią lepiej — ale to wiem, że tak, jak ja ją straciłem, nie powinno się jej tracić.
Bo nie rzuciłem wiary, lecz straciłem ją — a to wielka bardzo różnica.
Rzuca się rzecz niepotrzebną, starą, zużytą, rzuca się wtedy, kiedy nam o nią nie idzie, bośmy się w nową zaopatrzyć potrafili — a traci się lub gubi zawsze coś jeszcze potrzebnego, po czym zostaje jakaś pustka.
We mnie także pustka teraz.
Kiedy ona powstała, po czym, w jakich okolicznościach, nie mógłbym tego określić. Są ludzie, których ta przełomowa chwila zaskakuje znienacka, po przeczytaniu jakiegoś dzieła lub po bezsennej nocy strawionej na rozmyślaniach. We mnie nic podobnego nie zaszło. Dawnych wierzeń pozbywałem się po trochu, niepostrzeżenie — rzekłbym — bezświadomie. Każde naukowe prawo natury, każdy systemat filozoficzny, chociem go nie przyjmował w posiadanie, ujmowały ze mnie jakąś dawną cząsteczkę i tak po odrobinie wyciekło gdzieś wszystko — bez walki, bez żalu, bez dokładnego pojęcia o tym, że coś tracę i co tracę.
Jeszcze raz powtarzam — wiary tej ja może nie żałuję teraz, ale to czuję, że nie tak ją tracić należy.
Tu powinna być walka, opór, zaciętość, tu powinna być świadomość tego, co się zwala, dlaczego i czym się zastępuje obalone bożyszcza.
Ja nic nie obalałem, nic nie odrzucałem, lecz tylko pogubiłem wszystko — no i nic nie mam.
Nie ja jeden tak tracę wiarę. My ją niemal wszyscy gubimy w ten sposób, nieopatrznie rozrzucając gdzieś po całym świecie po okruszynie, po strzępku, żeby potem mieć przyjemność powiedzenia sobie: „jesteśmy zwierzęta”.
Ulegamy jednemu i temu samemu procesowi psychicznemu, kiedy naiwnie pojmowany krytycyzm olśniewa nam mózgi. Tak i ze mną było.
Początkowe wychowanie odebrałem zupełnie religijne, toteż do 16 roku życia utrzymałem wszystkie nabytki epoki dzieciństwa. Wiara była dla mnie wszystkim: przez jej pryzmat widziałem świat i życie, ona była jedynym światłem rozpraszającym mroki zagadek, jedyną spójnią łączącą w całkowity systemat wszystkie pojęcia o wszechświecie. Światopogląd ten, choć mylny, wystarczał mi zupełnie i doprawdy byłem wówczas szczęśliwy, choć nie czułem tego.
Minęły jednak te lata. Zaczynałem obojętnieć na siłę tego światła, które, bądź co bądź i jak bądź, oświetlało mi przecież wszystko. Obcowanie z kolegami, chęć dostrojenia się do ich kamertonu moralnego podkopywały coraz bardziej ten gmach, zbudowany z wierzeń. Dziecko przetwarzało się w mężczyznę, a przecież mężczyźnie nie do twarzy modlitwa! Zaczynałem się wstydzić swych zacofanych pojęć. Było to rozluźnienie się wiązań budowli.
Potem należało jakimikolwiek czynami zaświadczyć o liberalizmie poglądów, choćby wbrew własnemu sumieniu. O, bom ja jeszcze wierzył wówczas! Może nie z taką siłą, nie z taką gorliwością, jak dawniej, alem wierzył jeszcze. Odrzuciłem tylko wszystkie zewnętrzne formy i objawy — z początku przez chęć dostosowania się do ogółu młodzieży, a potem z zasady. Nic łatwiejszego, jak wynaleźć zasadę, kiedy chodzi o wytłumaczenie przed samym sobą swych czynów. Jest pewna epoka w życiu, kiedy nie czyny z zasad wypływają, lecz zasady z czynów. A wtedy potrzebowałem jeszcze takich zasłonek, poza którymi można by się było schronić przed własnym sumieniem. Ani słyszałem wówczas o istnieniu sofistów, a już tworzyłem sofizmaty.
Formy! Cóż to są formy? To maszyneria, czyniąca z nas manekiny, to nałóg bezsensowy, to próżnia, poza którą nic nie ma.
Wszakże to nie trudno wpaść na taki pomysł i po raz tysiączny odkryć Amerykę. A jak to olśniewa! Kartezjusz po swoim: „myślę, więc jestem” nie był tak dumny, jak ja po wymyśleniu tej wielkiej prawdy.
Trudno mi się jeszcze było zdobyć na wyższy stopień rozumowania, żeby uznać w formach takie niezbędne ciało dla myśli, jakim jest organizm dla duszy.
Wreszcie — to tak przyjemnie coś burzyć! To taka rozkosz myśleć o wywróceniu świata do góry nogami.
Wszakże i ludzkość w zaraniu swego istnienia zdruzgotała szczęście jakieś, będące jej udziałem. Wszystkie filozofie Wschodu, wszystkie religie o tym tylko mówią. I czy to będzie upostaciowane w grzechu Adama i Ewy, czy ubarwione wszystkimi kolorami symbolicznej poezji Wschodu, jako mit lub systemat filozoficzny, zawsze się tam jakiegoś błędu, jakiejś ruiny dawnego szczęścia doszukamy. Ktoś zbłądził, my za to cierpimy — czyż nie tak każda religia istnienie zła i nędzy na świecie usprawiedliwia?
Lecz odbiegłem od rzeczy.
Burzyć coś, kiedy zbudować nic jeszcze nie jesteśmy zdolni — to jedyna namiętność młodości — a kto wie, czy i nie życia całego. Aby tylko wplątać i naszą niteczkę do ogólnej tkaniny.
Więc burzyłem: z początku niewprawnie, drobnostki, potem całe kawały duszy, potem nicowałem życie, aż w końcu i świat wszystek poruszyć chciałbym z posad. To szybko idzie. Ani się opatrzysz, jak gruzy polecą.
Zdejmować czapkę przed kościołem? Po co? Na co? Wszakże Bóg jest wszędzie.
Nic nad to naturalniejszego. No — i nie zdejmowałem czapki.
Pacierz mówić? Modlić się? Wszakże Bóg wie najtajniejsze myśli nasze. Myślą, czynami modlić się trzeba, nie słowy i biciem się w piersi.
Prawda! — Nie modliłem się już więcej.
Pościć? Chodzić do kościoła? Do spowiedzi? Ależ głupstwo! Nikt prawdziwie inteligentny, a w dodatku mężczyzna, tego nie robi.
I to poszło.
Liść za liściem, gałązka za gałązką, konar za konarem, opadało wszystko z tego drzewa, wyrosłego na gruncie dzieciństwa, hodowanego kołysankami matki i bajkami nianiek.
Opadło wszystko, jakby wichrem zwiał.
Pozostały jeszcze dogmaty. I na nie przyszła kolej, chociaż później znacznie. Ażeby dogmat zburzyć, trzeba już nie lada dzioba i zaostrzonych pazurów.
Ale na cóż doświadczenie, na cóż wprawa w burzeniu?
I na to czas nadszedł.
Przedtem jednak miałem jedną chwilę nagłego powrotu do wiary i do całej dawnej naiwności.
Teraz i śmiech mnie pusty porywa, i wstyd mi trochę tej kartki życia.
Był to nagły fajerwerk przygasających szczątków, ostatnie nawiedziny bezpowrotnie minionych chwil błogiej, dziecięcej naiwności.
Kończyłem 6 klasę. Bieda, chłód, praca zanadto mi dokuczały, ażebym mógł z lekkim sercem przedłużać sobie te dnie męczarni. A tu jeszcze w najlepszym razie całe dwa lata pozostawały. Drżałem na samą myśl, że mogę się zatrzymać na drugi rok w tej samej klasie. Rok cały zmarnować! jeszcze rok cały dodać do tych lat strasznych! Tak mi już dokuczyła ta walka z nędzą...
Łacina nie dawała mi spokoju. Kułem wszystkie wyjątki, układałem w mózgu wszystkie wypadki użycia quin i ut — a jednak nie szło. Wreszcie — cóż znaczy nauka w godzinach kradzionych nocy, po dniu pracy na korepetycjach, często przy pustym żołądku?
Na marne szła praca.
Zbliżał się dzień egzaminu. Kilka nocy spędziłem nad Cyceronem i gramatyką. Ze znużenia zasypiałem nad książką, choć co chwila trzeźwiłem się wodą sodową, przykładając usta do samego kranu, żeby najmniejszej cząstki orzeźwiającego gazu nie stracić. A syfon wody 20 groszy kosztował...
Nie szło jednakże. Taką już widać miałem tępą głowę do łaciny.
Aż nadeszła wreszcie ostatnia noc. Sen mi oczy zasłaniał, głowa ze znużenia opadała ciągle na książkę — siedziałem jednak noc całą.
To pamiętna noc dla mnie, boleśnie pamiętna.
Dla oszczędności nafty, przyćmiona lampa słabo tylko oświecała pokój. Traciłem nieraz świadomość czasu i miejsca, a myśl, odrywając się od Cycerona, który leżał przede mną, ciągle gdzieś ulatywała w przestrzenie. Majaczyłem i zasypiałem. Myślałem chwilami o innych ludziach, choćby o uczniach moich, i ciągle się z nimi zestawiałem.
— Ot, oni szczęśliwi. O każdym z nich ktoś pamięta, troszczy się, opiekuje, a ja tylko między nimi jestem sam jeden jak palec, rzucony w świat na walki i gorycze. Nikt się mną nie interesuje, nikt ręki pomocnej nie poda, muszę sam jeden, o własnych siłach, dobijać się chleba kawałka i jeszcze innym dopomóc. I to sam, sam jeden, bez ręki bratniej, bez niczyjego serca, bez...
Tak sobie myślałem.
Brzask już był na niebie, wschodni skrawek horyzontu zaróżowił się i ział światłością. Cały świat zabarwił się błękitem i tonął w ogólnym oceanie dziwnej błogości nieba.
Zgasiłem światło.
Cały pokój zaczął nasiąkać tą atmosferą niebieską, jaka wszechświat zatapiała. Czułem niebo dokoła. Błękit wszechoceanu zaczął mi się wdzierać w mózg, w duszę, i napełnił światłością i upojeniem. Roztapiałem się w tej niebiańskości, anielała mi dusza — i byłem w niebie...
W niebie? Wszakże tam Bóg panem! Czułem Go, widziałem niemal.
On był wielki, potężny, jedną ręką kierował ruchem wszechświata, drugą sypał dobrodziejstwa i łaski.
Takim Go widziałem, takim mieć Go chciałem, takim mnie Go widzieć nauczono...
Na kolana!
Zgiąłem kolana.
Zacząłem się modlić...
— Tyś jest wielki, Boże, dobry, wszechmocny, miłosierny! Wysłuchaj modlitwy dziecka Twego, które z ufnością i pokorą śle Ci słowa skargi i prośby...
I płynęła modlitwa...
Przypomniały mi się lata, ubiegłe już dawno, kiedym błagał w modlitwie o zdrowie i życie matki, kiedym z naiwną ufnością wymagał od Niego, by zmienił tor biegu świata i ocalił mi to najdroższe życie.
Niewiele pragnąłem teraz. Niech mi choć jednym promykiem rozjaśni życie pełne walk i trudów. Niechaj wejrzy Swym okiem i obaczy, że mi jest źle na świecie.
Samotny, opuszczony, borykam się wśród ludzi i niedobrze mi, i chłodno, i ciężko... nieraz nad siły ciężko...
Egzamin! Zanadto mi on ciężył na duszy, żeby mi teraz nie przyszedł na myśl. Tak — błagałem Boga, żeby mi dla Swej wszechmocności dopomógł, zezwolił, rozkazał...
Prosiłem jak dziecko małe, które się modli do Bozi o ulubiony przysmaczek lub zdrowie lalki. Wróciła mi cała prostota i wiara dziecinności.
Szlochałem i zawodziłem.
Wreszcie uląkłem się ogromu mych żądań, już nie o szczęście błagałem, nie o usunięcie cierni życia przede mną, nie o chleb powszedni, tylko o to fatalne jutro, o które życie moje miało się tak zahaczyć.
Słońce już weszło zupełnie i dzień był wielki, a jam się modlił jeszcze, rozmawiał z Bogiem.
Wreszcie znużony, w płaczu, zasnąłem, z głową zwieszoną na parapet okna, na kolanach...
Nie zdałem.
Ogarnęła mnie wściekłość. Zdawało mi się, żem miał prawo mieć o to żal do Boga.
Toteż krnąbrność i pycha wsączyły mi się w serce.
Drwiłem, szydziłem, bluźniłem.
Wreszcie wstyd mi było przed samym sobą. Tak się upokorzyć, tak zdziecinnieć, tak się zaprzeć całego dobytku rozumu, którym się w owe czasy niezmiernie szczyciłem — i za to nic nie otrzymać!
Czułem urazę i miałem jakąś rozkosz w myśli, że mogę coś zarzucić temu najdobrotliwszemu Bogu, przed którym kolana zginają.
Dzieckiem byłem jeszcze.
Nowe wrażenia jednak szybko zatarły to bolesne przejście i gniew mój bezsilny.
Zobojętniałem dziwnie. Dogmat za dogmatem leciał w gruzy, a ja dopomagałem jeszcze do tej niszczącej pracy. Przeczytałem kilka książek, w których nic nie było o Bogu, zapaliłem się do fizyki, zasłyszałem coś o Wolterze i Darwinie, jednym słowem mądrzałem strasznie. Nigdy nie uważałem się za tak wszechstronnie mądrego, jak wówczas. Z dumą spoglądałem na swych kolegów, stawiając się w duszy nieskończenie od nich wyżej. Nie ma ludzi bardziej zaufanych w siebie i dumnych ze swego rozumu i wiedzy, jak właśnie dziewiętnastoletni młodzieńcy.
Szukałem ideału, biegłem z życiem w szalonym pędzie, aż w tej pogoni pogubiłem wszystko.
Z całej dawnej wiary pozostało mi jeszcze mgliste pojęcie o Bogu jako najwyższej, kierującej i twórczej istocie — i o nieśmiertelności duszy. Te przetrwały najdłużej, bom ich strzegł i trudno mi się było tak rozstać z nimi bez nowych urojeń, które by dawniejsze zastąpiły. Zawsze to przykro spaść z tak wysoka.
Aż pewnego dnia zapytałem siebie: dlaczego przechowuję jeszcze w głębi duszy te szczątki dawnej wiary?
Nie umiałem na to odpowiedzieć.
Nie umiałem, bom nie mógł żadnym rozumowaniem poprzeć tych archaizmów, jakie mi gdzieś po zakątkach mózgu tkwiły.
Od tej chwili straciłem duszę i Boga.
Czy cierpiałem wówczas nad tym? Nie. Nie zdawałem nawet sobie sprawy, że to jeden z najważniejszych przewrotów w życiu. Lekko, swobodnie, nawet wesoło załatwiłem się z tymi szmatami pieluch, jak nazywałem wtedy te survivale umysłu, i ani chwili jednej nie zastanawiałem się nad tym, czym zastąpię powstałą próżnię.
Więcej nawet powiem: doznawałem jakiegoś zadowolenia z poczucia swobody i niezależności, jakbym się wyzwolił spod ostrej i przemożnej a uciążliwej kontroli. Nie ma Boga? Tym lepiej. Jeżeli nie jest niczym, jam wszystkim, ja panem, ja sędzią siebie, jak już Słowacki powiedział.
W pewnym okresie wieku takie poczucie własnej niezależności wydaje się niemal szczęściem. Ulegałem i ja tej zwykłej kolei życia. Ot, umarł sobie starowina dziadek, niezły, ale zrzędny, czasem nudny, czasem przestarzały w swych pojęciach, nieraz surowy i niewyrozumiały na prawa młodości, którą przeżył dawno, a zawsze krępujący i pełen wymagań.
Umarł? — ano, nażył się już sporo, czas miejsca innym ustąpić.
Tak to sobie jakoś wyrozumowałem.
I było mi z tym dobrze. Ukończyłem właśnie gimnazjum i wstąpiłem na uniwersytet. Nowe wrażenia, odmienny tryb życia, pochłaniały mnie w zupełności. Swoboda, jakiej używałem po wyjściu z klauzury gimnazjalnej, olśniła mnie na czas jakiś. Życie prowadziłem nad wyraz nieporządne. Tłumione dotychczas żądze wystąpiły z całą siłą. Popłatniejsze trochę lekcje pozwalały mi na zakosztowanie niejednego zakazanego owocu. Wreszcie — różne tam były historie.
Używałem więc trochę.
Zmieniłem się do niepoznania. Z dawnego pilnego i naiwnego chłopca przeobraziłem się w studenta hulakę, z szyderczym uśmiechem na ustach, pustką w głowie, a nicością w duszy.
Tak mi zeszedł pierwszy rok życia uniwersyteckiego. Cudem jakimś udało mi się tylko przejść na drugi kurs: zupełnie nie uważałbym się za pokrzywdzonego, gdyby mnie na drugi rok zostawili, tak dalece zaniedbałem się w pracy.
Wtedy dopiero po raz pierwszy od roku przejrzałem. Zrozumiałem całą czczość i bezcelowość takiego życia, jakie prowadziłem dotąd; i jak rzucałem się w nie bez zbytniego zapału, tak też i bez żalu je porzuciłem.
Przy tym i zdrowie coraz bardziej zaczęło mi nie dopisywać.
Otrząsnąłem się szybko. Wróciło zamiłowanie do pracy, wrócił rozsądek — ale nie wróciły się już ani zdrowie, ani wiara. Wraz z rumieńcami na twarzy zniknęła dawna prostota; zrobiłem się bardziej złożony, jakby powyginany na wszystkie strony, a przez to kruchszy i słabszy. I już nigdy nie mogłem się naprostować. Sielsko-anielskie dzieciństwo ustąpiło młodości górnej a chmurnej. I dziś...
Eh, co tam!...
Tak to ja straciłem wiarę.