27 marca
Z całego tego dramatu, którego jestem bohaterem, rozumiem dotychczas jedną jego połowę. Pojmuję, co to jest nie żyć; ale co to jest umrzeć — nie rozumiem. Nie-życie jest to negacja, antyteza życia, jest to istnienie minus życie; lecz czym jest ta reszta, otrzymana z odjemnej?
Czy życie jest sumą czy jedną z dodajnych?
Pierwsze — niepojęte, drugie — niewiadome — oto całe odpowiedzi na pytania, co mózg wyżerają.
Śmierć, jak medal, ma dwie strony. Jedna — to utrata życia, tej jedynej sposobności istnienia i użycia; druga — to śmierć sama, z całą ponurą tajemniczością swoją.
Na co żyjemy? Miliardy przede mną, miliardy po mnie zadawać będą to pytanie.
Po co? Na co?
Żeby umierać? Czyż życie całe, choćby było nawet tylko rozkoszą i jednym ciągiem upojeń, zrównoważy sobą tę jedną chwilę, kiedy wyrzec musimy: „umieram”?
A przecież nie jest ono rozkoszą, niewielu nawet zaczerpnęło z tej krynicy upojenia, która jedynie trudy życia osładza. Są przecież tacy, którzy z pragnieniem tylko przebiegli to życie — którym nigdy serce nie zabiło ani dla nieba, ani dla ziemi, choćby dlatego tylko, że się tam nigdy nie dostali lub dostać nie mogli.
Czym dla nich to życie?
A czym śmierć?...
Wytchnieniem? — Nieprawda! Śmierć dla nich — to ręka brutalna, przecinająca w połowie drogę do szczęścia, spokoju — szczęścia zapracowanego krwawo, w cierpieniach i znoju, z prawa im przynależnego. Jesteśmy pielgrzymami w pustyni.
W pragnieniu i trudzie przebywamy przepalone słońcem-troską oceany, w nadziei, że wreszcie przebrniemy to morze niedoli i tam dojdziemy, gdzie źródła tryskają i rosną palmy. Nikt nie oglądał tego raju rozkoszy, bo nikt tam nie dotarł, nikt nawet nie wie na pewno, czy on istnieje rzeczywiście. Giniemy wszyscy po drodze, trupami swymi wyściełając szlaki, ażeby i dzieciom naszym wskazywać, kędy droga... do nieskończoności.
Są i oazy w tej pustyni. Zatrzymują się w nich obłąkani z pragnienia, z ułudą, że doszli już celu — i, jak my, giną.
W duszy naszej tkwi już zaród pragnienia szczęścia. W pogoni za nim zrywamy się jak jaskółki do lotu, bo tak już nam instynkt każe.
Niczym nam wieków doświadczenie, niczym trupy po drodze — my wszyscy wierzymy w możność dojścia do celu i biegniemy wszyscy.
Tak było przed wiekami, tak i po wiekach wieków będzie.
Czy dojdziemy? Dopiero konając, wątpimy, a i to tylko za siebie, nie — za przyszłości pokolenia. W tym tkwi tragizm śmierci.
Nie chodzi już może o utratę nadziei wyzyskania życia, nie chodzi o to, coby się stać mogło, ale o to, że już nic się stać nie może. To zapadnięcie klamki, ta pewność beznadziejności, że już się niczego nie doczekamy, bo wrota raz na zawsze są zaparte32 — oto tragedia.
Ja mogę wątpić, czy doścignę czegokolwiek, mogę nawet nie mieć co do tego zupełnie nadziei — zawsze jednak pozostawało mi poczucie, że do wszystkiego mam chociaż prawa — a i w tym już jest wiele, aby zapełnić życie. To się tak mówi: co mi z tych praw, kiedy z nich nie skorzystam nigdy — a jednak to jeszcze ogromnie wiele wobec tej pustki przeraźliwej, kiedy trzeba wyrzec: nie mam już prawa do niczego.
Nie wątpimy o szczęściu samym, lecz o tym, czy do niego dojść zdążymy. Przyśpieszamy biegu, zaostrzamy myśli, czynimy rozpaczne wysiłki — i tak konamy.
Dlatego śmierć jest dla nas brutalną ręką, odpychającą od czary osłody. Już nie życia nam żal — wiemy, że było znikome — żal nam tego czegoś, czego osiągnąć nie zdążyliśmy. Czym to coś być miało, nie mamy najmniejszego pojęcia, a jednak wierzymy, że istnieć mogło. Nie żałujemy życia dla życia, ale dlatego, żeśmy go dobrze użyć, wyzyskać nie potrafili. Roztrząsamy wszystkie czyny i dążenia swego życia — i to nas goryczą i smutkiem napawa. Zawsze widzimy w nich marność i ubieganie się za nią. Nicujemy w myśli całą przeszłość, przerabiamy na wspak wszystkie czyny — i zawsze tylko błędy w nich znajdujemy.
Gdyby nie to, gdyby nie tamto — tak sobie myślimy — życie całe poszłoby na inne zupełnie tory. Naturalnie, byłoby daleko lepiej: uniknąłbym tego i tego, zyskał tamto, z tego zaś musiałoby wyniknąć tylko to i to, itd. — i zawsze to wymarzone coś widzimy u końca, to coś, będące celem życia, syntezą całego istnienia, harmonią, szczęściem...
Zwalamy winę na wszystkich i na siebie, czujemy żal do całego świata, że w chwilach przełomowych poszło się tą, a nie inną drogą. Ta inna droga wydaje się zawsze lepsza, zawsze doprowadzająca do celu — droga zaś, którą szliśmy dotąd, jest zawsze szeregiem niewytłumaczonych błędów. Nie zastanawiamy się nad tym, czy rzeczywiście ta inna droga miałaby wyniki szczęśliwe, czy i ona nie miała w sobie zarodków goryczy i marności — my tylko i tylko dobre w niej upatrujemy.
Stąd żal za życiem zmarnowanym, żal za straconą możliwością szczęścia, żal za każdą godziną, która ubiegła na niczym i już się nie wróci nigdy, nigdy...
Taki jest rachunek z życiem.
Ale to jedna dopiero strona dramatu śmierci.
Druga — to śmierć sama.
Czymże jest śmierć? Przetworzeniem? Snem? Zniknieniem?
Nie wszyscyśmy przygotowani do odegrania roli. Śmierć spada jak piorun, nie pytając, czyśmy już do niej przysposobieni, czy mamy już jaki balsam łagodzący ciosy.
Co innego jest kłaść się do trumny jak na drzemkę, z wiarą w przebudzenie gdzieś na innych światach; a co innego lec w nią bez tej wiary, bez nadziei nawet, że się ten sen kiedyś skończy.
I ja nie mam nadziei. Jestem bezbronny wobec ciosu, bo nic nie mam w duszy. Z wygaśnięciem wiary wyczerpało się we mnie zarazem źródło światła, dozwalającego choć łudzić się, że rozumiem wszystko. Od tego czasu chaotycznie splątane zjawiska utraciły dla mnie swą harmonijną spójność. Wszechświat cały rozprysnął mi się w kawałki — i z poprzedniej gotyckiej budowli, opiewającej wielkość Boga, pozostały oddzielne ułamki.
Czym czuł potrzebę odbudowania tego gmachu na nowo, ja sam już nie wiem. Jest pewna epoka w życiu, kiedy ta potrzeba syntezy istnienia ukrywa się tak gdzieś głęboko w duszy, tak jest zagłuszona codziennymi sprawami egzystencji, że niemal zanika zupełnie. Ja właśnie tę epokę przebywałem. Żyłem życiem fizycznym tylko, bez troski o przyszłość, bez myśli: czym jestem, po co jestem i czym jest wszystko.
Bywały miesiące całe, w których zapominałem kompletnie o istnieniu jakichś zagadek bytu i machiny świata. Śmiertelność lub nieśmiertelność duszy? Cóż mnie to na razie obchodzić mogło? Kto w dwudziestym pierwszym roku życia myśli poważnie o takich rzeczach? O śmierci? Ja budowałem swoje życie — cóż mnie śmierć interesować mogła? Czyż architekt, stawiający gmach jakiś, myśli o tym, co się z nim kiedyś, kiedyś stanie? W jakie gruzy i wskutek czego się rozpadnie? Zapewne, przyciśnięty do muru, przyznać musi, że się kiedyś ta jego praca rozleci w kawały, powie jakiś ogólnik o znikomości wszystkiego na tym świecie; ale czyż on sam nie uważa tego prawa ruiny za jakąś chimeryczną, nieskończenie odległą konieczność, o której jednak myśleć nie warto?
Ja byłem w położeniu takiego budowniczego. Tak samo jak on uważałem za rzecz bezcelową myślenie o początku i końcu wszechrzeczy — no i nie myślałem.
Absolut, wola, das Unbewusste33, dynamizm! Nie rozumiałem dobrze tych wyrazów, co mi jednak nie przeszkadzało wierzyć, że je rozumiem. Zastąpiły mi one dawnego Boga. Teoria witalizmu wytłumaczyła istnienie organizmu i także zdawało mi się, że ją doskonale rozumiem. Jeżeli wynikały jakieś wątpliwości pod względem rozumienia tych pojęć, odkładałem gruntowne ich zgłębienie na później, na jakiś czas nieoznaczony, odległy, kiedy nadejdzie pora na to. Po co miałem sobie zaprzątać tym głowę? Lepiej powieść przeczytać...
I bez tego żyć można, nawet wcale dobrze.
A czy i umierać bez tego tak dobrze — czyż myślałem?
Jestem uosobioną przeciętnością tej falangi wpół wykształconych ludzi, z nicością w duszy, z drwinami na ustach, doskonale się obywających bez wszelkich światopoglądów i metafizycznych idei, zaciekłych najczęściej społeczników (ja i tym ostatnim nie byłem), z oczami ku ziemi, nie ku niebu zwróconymi. Na życiu opieramy wszystko, dla niego pracujemy ciągle, nic poza nim nie dostrzegając.
I żyć z tym dobrze, ale żyć tylko; a gdy umierać przyjdzie, stajemy się pastwą rozpaczy.
Wtedy dopiero otwierają się nam oczy. Widzimy całą kruchość podstaw dotychczasowych idei i dziwimy się samym sobie. Z mistrzów życia stajemy się niedołęgami śmierci. Żadna z piastowanych dotąd idei nie przychodzi nam w pomoc. Wszystkie one dobre były dla życia, wiodły nas przez nie i nieraz uszczęśliwiały — śmierci stajemy oko w oko sami, niczym nie wsparci.
Jestem cząstką tej masy życiowego ciała.
Idei filozoficznych nie umiałem sobie przyswoić. Byłem ciągle w stanie przetwarzania się i urabiania. Niestety, śmierć przyszła, nie czekając końca pracy.
I jestem teraz niczym. Bo i czymże jest człowiek, który wyszedł z jednej fazy, a w drugą nie zdążył jeszcze wstąpić? Nie mogę już wierzyć, a i zwątpić o wszystkim nie śmiem, bo bym sobie nie wierzył. Nie rozczarowałem się jeszcze do wiedzy i wierzę w jej potęgę. Nic mi ona nie dała dotąd, ale może dlatego, żem się jej oddawał za mało. Nie chcę, nie mogę z trójnoga dyletantyzmu i naiwności przesądzać o wszystkim głosem niedouczonego wyrostka.
Jestem jak rumak schwycony w chwili skoku, bez punktu oparcia, zawisły nad ziemią. A ta jest różnica między mną a sceptykiem, że sceptyk zawisa w jednym punkcie, a ja lecę, wciąż lecę, choć mety nie widzę.
Wiedza przychodzi i szepce nam do ucha: „Bież za mną, a dojdziesz do celu”. Nie mając ni siły zwątpić, ani uwierzyć, przerażeni otaczającą zewsząd ciemnością, rzucamy się za tą jedyną przewodniczką, mówiąc w duchu: „A może”.
Nie ma dotychczas wyrazu odpowiadającego takiemu stanowi umysłu, w jakim się znajduję, jak nie ma wyrazu określającego stan wody, która już nie jest płynem, a jeszcze nie jest parą. A przecież między tymi dwoma stanami jest jakiś stan pośredni, może nieuchwytny, niemożliwy do określenia, ale zawsze jest, jako przejście i zmienność.
Jestem więc przejściem, zmiennością, tymczasowością, jestem istotą chwiejną, stojącą między dogmatyzmem a sceptycyzmem, gotową przerzucić się do obydwóch tych skrajności — istotą, niebędącą już tym, czym była, a jeszcze niewiedzącą, czym będzie.
O ile ten stan przejściowy jest rzeczywiście przejściowym, nie wiem, bom ja go nie przeszedł dotąd — i już zapewne nie przejdę. Można więc i umrzeć, będąc niczym.
Takich wśród nas najwięcej. Tylko mało rozwinięta samowiedza i duma nasza są przyczynami, że się do takiego bezstanu umysłu nie zawsze przyznajemy. Każdy chce się popisać z wyrobionymi już ideami i przekonaniami, każdy chce być koniecznie czymś, ażeby mieć prawo do zabierania głosu i sądzenia z trójnoga powagi o kwestiach tego świata, a nikt się przyznać nie chce, że się dopiero urabia i tworzy.
Dlatego też tak wielu jest wśród nas skończonych, a prawie nie ma kończących lub dopiero pracujących. Naturalnie, jest to poniekąd objaw konieczny i nawet pożyteczny, gdyż chroni społeczeństwo od przeładowania niedołęgami, niezdolnymi do żadnego czynu. Życie iść musi swoim trybem, bo każdy żyć musi; a czy jest przyczepiony do ziemi rękoma czy nogami, głową czy brzuchem, to postaci rzeczy nie zmienia. Żołądek musi być nakarmiony: on jest silniejszy od głowy i pobije ją we wszystkich kierunkach. Głowa od biedy może się obejść bez wszelkich idei, żołądek bez pokarmu — nigdy.
Stąd tak szalony rozdział między myślą a życiem. Myśl, jako wytrzymalszą na głód, pozostawiamy w zawieszeniu; dla życia pracujemy wszyscy skrzętnie, bo ono czekać nie może.
Niechże przynajmniej nie każą nam wierzyć, że świat w swych życiowych krokach postępuje drogą jedynej doskonałości i jest urzeczywistnieniem możliwego ideału świata.
Tkamy tę kanwę życia najczęściej rękoma nieudolnymi, aby zbyć, aby wykonać przymusową część pracy, bez żadnego planu, bez zapału i wiary, że ją dobrze tkamy. Aby zbyć, bo to mus.
Dlatego to tyle nieuniknionego zła i nędzy na świecie.
Tkanina źle spleciona pęka i rozlatuje się w kawały, przepuszcza wilgoć i zimno, nieszczelnie przykrywa nasze nagie ciało, zwyczajnie jak partacko przez nieudolnego krawca zrobiona suknia, w której jeden rękaw przez omyłkę przyszyty dwa razy, a drugi ledwo przyfastrygowany.
I nie może być inaczej. Życie i jego obowiązki nie pytają, czyśmy już dojrzeli do pracy, czy mamy z czym wystąpić na widownię, czy wyznaczoną część pracy społecznej wykonamy wiernie, z niezachwianą wiarą w duszy, że tak a nie inaczej pracować trzeba. Wskazuje ono: „Masz zrobić to i to”, mechanicznie tylko zaznajamiając z rodzajem pracy. Wymówić się nie można, bo pracować trzeba, bo żyć trzeba. Nawet własne sumienie wysyła rozkaz: „Pracuj”, bo społeczeństwo ma prawo do swoich wymagań, a trudno by mu czekać było na chwilę, kiedy toż samo sumienie będzie w możności dać odpowiedź: „Jestem gotów”.
Zmęczyło mnie pisanie. Wreszcie widzę, że Zosia zabiera się już do odejścia, a przykro jej pewnie, że z nią nie rozmawiam. Boże mój! O czymże tu mówić? Czyż oni mogą mnie zrozumieć? Musieliby, tak jak ja, umrzeć; a przecież raz tylko umieramy i całą tajemnicę śmierci zabieramy z sobą do grobu.
Umierający — to zupełnie inni ludzie. Do nich nie można stosować zwykłych praw logiki i życia. Są to jakby ludzie z innych planet, obdarzeni odrębnymi zmysłami i władzami umysłu. Znieczuleni na jedno, przeczuleni na drugie, inaczej patrzą na cały otaczający ich świat i pojmują go odmiennie. Czy lepiej, czy gorzej — któż osądzi? Życie ma swoje prawa, a śmierć swoje. I w jednym, i w drugim razie ulegamy tylko tym prawom, bo wyjść z siebie nie możemy.