29 lutego

Kuracja siłą woli zakończyła się fatalną klapą. Pozawczoraj13 zemdlałem na krześle i widocznie upadłem, bom się znalazł po ocknieniu na podłodze. Dziw wielki, żem głowy nie rozbił. Na szczęście, nikt nie widział, bom, jak zwykle, był sam: inaczej byłby mi Stach nową awanturę wyprawił.

Widocznie zaszkodziło mi długie pisanie. Rzeczywiście przesadziłem troszkę: pisałem ze trzy godziny, w zapale nie czując zmęczenia. Potem wziąłem jakąś książkę, chcąc koniecznie wytrwać do końca na krześle. Ale już w czasie czytania czułem, że mi się w głowie coś dziwnego wyrabia. Litery skakały mi przed oczami, wykręcały się jak węże — i, pomimo wysiłków, nic dojrzeć nie mogłem. Potem przed oczami rozparła się jakaś czarność, w głowie szum straszny, jakby kto trzepał dywany; sufit pokrył się cały świecącymi plamami, które, rozpryskując się na wszystkie strony, zasypały cały pokój jakby paciorkami stalowymi — i już nie czułem nic więcej.

Ledwiem się potem przyczołgał do łóżka, zły strasznie na siebie za swą bezsilność. Wczoraj musiałem cały dzień leżeć w łóżku, a Stach i Zosia nie odstępowali mnie ani na chwilę, korzystając z niedzieli. Trochę mi to było nie na rękę, bom nie miał humoru, a poczuwałem się do obowiązku podtrzymywania rozmowy. Co prawda, niewiele się potrzebowałem wysilać, bo oni zawsze mają wiele do mówienia z sobą.

Albo ja się nie znam na niczym, albo ta para kocha się wzajemnie, niewiele sobie z tego zdając sprawy. Co do Stacha, jestem tego pewny — co do Zosi — więcej niż przypuszczam.

Ano, znają się od lat pięciu, to chyba było dość czasu nawet na zakochanie. Pamiętam, byliśmy obydwaj jeszcze w siódmej klasie, kiedym go po raz pierwszy do domu ciotki wprowadził. Zosia była wtedy strasznym jeszcze smykiem. Nikomu ani się śniło uważać ją za coś więcej, jak za dziecko. Dopiero Stach, nie wiem, czy przez brak obycia się z tego rodzaju istotkami, czy też z wrodzonej mu powagi, zaczął ją traktować jak dorosłą pannę. Naturalnie nie mogło być jeszcze mowy o jakichś głębszych uczuciach. Lubili się tylko bardzo — Stach ją, jako moją siostrę — ona jego, jako mego przyjaciela. W ten sposób przeze mnie nawiązała się ta niteczka wzajemnej sympatii. Lata szły, stosunki nasze zacieśniały się coraz bardziej, a więc i z tej sympatii musiało się coś wykluć, zwłaszcza, że domatorskie więcej usposobienie Stacha, jego niechęć do wszelkich nowych znajomości, nie dawały mu sposobności zawiązywania innych stosunków. Mogę niemal powiedzieć, że ją zna pierwszą i ostatnią. A Zosia? To biedactwo jeszcze bardziej odcięte od świata. Zmuszona teraz mieszkać sama, przy obcych ludziach, tym więcej nudzić się musi i tęsknić za czymś. On jeden ze mną bywa u niej, widują się po kilka razy na tydzień, a już w niedzielę każdą bezwarunkowo, kiedy do niej chodzimy posłuchać muzyki — to i nic zadziwiającego, że go pokochać musiała. Ona sama jeszcze o tym nie wie i ręczę, że się nad tym nie zastanawiała ani razu, ale bezwiednie lgnie do niego i nawet się z tym nie kryje, że za nim tęskni.

Nie jest to żadna miłość gwałtowna, namiętna, z wybuchami. Płynie ona u nich tak spokojnie, tak miarowo, że się jej nawet nie domyślają oboje. Ja nie tak kochałem... Ale...

Stach jej wyjaśnia swoje teorie społeczne, starając się ją nawrócić na swoją wiarę. Ona go słucha z namaszczeniem wielkim, naturalnie niewiele rozumiejąc, co mogę wywnioskować z jej strasznie naiwnych odpowiedzi. Śmiejemy się z tego często, a Stachowi to się niezmiernie podoba. Sądzę, że gdyby jej kiedy przez noc garb wyrósł na plecach, także by go nim zachwycić zdołała.

Zosia się wstydzi trochę swego nieuctwa, i kiedy zostajemy sam na sam, prosi mnie zawsze o wyjaśnienie rozmaitych ciemnych dla niej wyrażeń Stacha. Pozawczoraj pytała mnie, co znaczy indeterminizm. Ona go uważa za tak strasznie mądrego, że już mędrszym od niego tylko ja być mogę, nikt więcej w świecie.

Czasem zrzędzę na Stacha, że jej głupstwami nabija niepotrzebnie głowę, ale ona go broni, utrzymując, że ją wszystko bardzo a bardzo zajmuje. Biedactwo na swój sposób pragnie mu się przypodobać; tylko on nie bardzo się potrafi poznać na tym. Muzykę niby lubi, choć teoretycznie odrzuca, jako niepotrzebny zbytek dla nerwów. Zosia jednak jest dla niego, tak jak i ja, wyjątkiem z ogólnej reguły. Ona grać może bez narażenia się jego teoriom. Sam jej nawet nuty znosi, a ja się uśmiecham po cichu.

Dzieci, dzieci!

Strasznie mi niewygodnie pisać dzisiaj — raz, że ciemno, bo łóżko moje stoi dosyć daleko od okna, a po drugie, że taka półsiedząca, półleżąca pozycja, w jakiej się znajduję, niezupełnie jest odpowiednia do pisania. Ale cóż robić przez dzień cały? Doprawdy, zaczynam się już nudzić porządnie. Stach mi zazdrości tych chwil wywczasu; ale ciekaw jestem, coby robił, na moim będąc miejscu.

Całe jeszcze szczęście, że ten starowina, Hofmann, zgodził się przychodzić do mnie na lekcje. Przynajmniej z nim godzina schodzi jako tako. Dziś mnie pochwalił za dobre postępy i starał się wmówić we mnie nadzieję, że za rok będę mówił po niemiecku jak rodowity berlińczyk. Niestety, ogromnie o tym wątpię. Co za nieznośny język! Wymawiają nam, Polakom, że się chętniej uczymy francuskiego, a choćby angielskiego, niż niemieckiego. Ależ, słowo daję, ten nasz wstręt do niemczyzny ma swoje podstawy. Pomijając wszelkie kwestie sympatii lub antypatii narodowej, w samym języku znajdziemy usprawiedliwiające powody. Jakaż zawiła budowa zdań! Ten zwyczaj stawiania orzeczeń na samym końcu zdań zniewala do trzymania umysłu w natężeniu aż do ostatniego wyrazu frazesu, co jeszcze przy niezwykłej długości okresów jest szalenie nużące. Trzeba od dziecka gimnastykować umysł, żeby go uczynić wytrzymałym do takiej ciągłości myśli. Sądzę, że sam już język ze swymi piętrowymi budowlami zaprawia mózgi niemieckie do tych nieskończenie długich, szalenie konsekwentnych spekulacji, jakimi się popisują w filozofii — jeżeli naturalnie nie dzieje się przeciwnie, tj. że język jest odbiciem ich spekulacyjnych umysłów. Tak czy owak, wszystko jedno; jądro kwestii pozostaje tym samym. Czy mowa wysubtelniła umysł ludzki, jak chcą jedni, czy umysł rozwinął mowę, jak wnioskują drudzy — zawsze łączność między nimi być musi.

Ach, Boże! co to za galimatias w tej filozofii! I jak tu sobie w tym chaosie może dać radę zwykły śmiertelnik! Chyba, jak utrzymuje Stach, wcale się tymi rzeczami nie zajmować. Gdybyż tylko można było!

Stach mi naznosił mnóstwo książek do czytania, żebym się nie nudził. Ale, niestety, nie mogę czytać długo. Dawniej potrafiłem całe noce spędzać na czytaniu, pomimo znużenia i senności; teraz nawet rzeczy lżejsze, jak Lombroso lub Mosso, nużą mnie szybko. Trzeba się chyba będzie zabrać do beletrystyki. Od tygodnia kładę Stachowi w głowę, żeby mi się skąd o jaką powieść postarał. A ja w dodatku tak przepadam za literaturą! Gdyby nie jakiś rozkaz moralny, który mi mówi ciągle: „ucz się i pracuj nad sobą”, wszystkie wolne chwile spędzałbym na czytaniu. Może kiedyś, po latach, będę zdolny dogodzić tej swojej „fantazji”.

A nikt nawet nie wie, że literatura o mały włos nie została zbogacona nową znakomitością... w mojej osobie. Ach, Boże! i dobrze, że nikt nie wie: wszystko potrafię znieść, prócz śmieszności. Bo i ja przechodziłem tę ospę autorstwa.

Byłem w ósmej klasie, kiedy napisałem coś pośredniego między poematem, nowelą, szkicem, obrazkiem... jednym słowem coś, czego sam nie potrafiłbym określić. Treści już nie pamiętam dobrze teraz. Pisałem to nocami, w tak ścisłej tajemnicy, jakbym przygotowywał co najmniej zbrodniczy zamiar wysadzenia Europy w powietrze. Po skończeniu, z biciem serca posłałem mój utwór do jakiejś redakcji. Niestety! zostałem ugodzony śmiertelnie: w „odpowiedziach od redakcji” wyczytałem najwyraźniej wydrukowane: „nie rozumiemy, o co szan. panu idzie”. Był to cios pierwszy. Niezrażony jednak jeszcze, przeciwnie, jak Byron, podniecony taką najwidoczniejszą niesprawiedliwością, zabrałem się do pióra i napisałem znowu jakąś wspaniałą niedorzeczność.

Boże!... co oni mi odpowiedzieli!... co oni mi odpowiedzieli!...

Do dziś dnia nie mogę o tym pomyśleć bez dreszczów, i wcale nie rozkosznych.

Lekarstwo jednak poskutkowało. Twórczość moja dostała jakby pałką w łeb i zanikła nagle. Już się chyba nigdy nie puszczę na taki eksperyment.

Ale dobrze, że to już tak strasznie dawno. Wreszcie nikt, literalnie nikt, o tym nie wie.

Zosia moja kochana dziś podwójne lekcje odrabia. Chce sobie na jutrzejszy wieczór wytargować kilka godzin i razem z nami je spędzić, żeby wesoło karnawał zakończyć. Zakończyć? Czyż on się dla niej zaczyna kiedy?

Jak to dobrze dla niej, że ona nie czuje całej nędzy swej egzystencji! Ona i z tego rada, że sobie kilka godzin „wytarguje” dzisiejszą zdwojoną pracą.

A gdzież użycie? spokój? wytchnienie?