30 marca

Jak oni jednak prędko zżyli się z tą myślą o mej śmierci! Z początku rozpaczali bardzo: Stach płakał jak dziecko, Zosia rozpaczała — a teraz... Ona siedzi, robiąc robótkę jakąś szydełkiem, Stach czyta — i obojgu ani im może przez myśl nie przejdzie, że z każdym oczkiem bawełny, z każdą literą upływa jedna drogocenna dla mnie chwila. A przecież wiedzą już o tym na pewno, wiedzą i to, że i ja wiem także, bom im sam o wszystkim rozpowiedział — wiedzieli nawet wcześniej ode mnie. A jednak zmiany dopatrzyć by się nie można. Posmutnieli tylko trochę, boją się mówić głośno — ale poza tym wszystko tak samo.

Ja się im nie dziwię zupełnie. Cóż robić mają? Trudno przez kilka tygodni łzy tylko wylewać i szamotać się bezpotrzebnie. Z największym bólem zżyć się można i schylić przed nim czoło: przecież i ja się już ze swoją śmiercią zżyłem i jestem niby spokojny, więc i oni tym bardziej przyzwyczaić się do niej mogli. Wszystko więc jest tak, jak być powinno; a jednak... jednak mnie to strasznie drażni. Dlaczego tak jest? Dlaczego śmierć jednego człowieka tak obojętnie jest przez innych przyjmowana? Czy dlatego, że wszyscy umieramy i śmierć jest zjawiskiem powszednim? Ależ przez to nic ona nie traci na swej grozie. Czy umieram ja tylko, czy umierają miliony — to wszystko jedno, śmierć śmiercią będzie. Pomimo tysiąca sposobów umierania koniec jest zawsze jednaki: jednostka znika ze świata na zawsze, na wieki i już do niego nigdy nie powróci. Czyż w tym nie dosyć piekła, ażeby zamącić najspokojniejsze dusze?

Ja czuję całą dziwaczność takich rozumowań, sam sobie odpowiadam, że inaczej być nie może, bo gdyby świat chciał się przejmować śmiercią każdego człowieka, to jutro sam by wydał ostatnie tchnienie z nadmiaru cierpienia — ja sam inny nie byłem, a przecież nie mogę, nie mogę nie pytać: dlaczego tak jest?

I nie o ich łzy mi chodzi, bo sam wolę, że już są spokojniejsi znacznie — ale chodzi mi o to prawo życia, które tak samolubnie względem cudzej śmierci się zachowuje. Człowiek żył, pracował, myślał, był jednym z ogniw łańcucha istnienia — naraz ginie, znika bezpowrotnie — i to nie zakłóca w niczym ogólnego biegu życia. Przepada jak kamień w wodzie; a spokojna fala przepływa nad nim, nie troszcząc się zupełnie, że coraz nowe ofiary pod wodę wciąż idą.

Ja wiem, że to są myśli niedorzeczne, głupie, w dodatku wyrafinowanie egoistyczne — że tak tylko, jak jest, być musi, bo jest dobrze — a jednak nie jestem zdolny stłumić w sobie jakiegoś krzyku buntu, który to nazywa zarazem okrutnym.

I im więcej nazywam to prawo nieskończenie mądrym i jedynie możliwym, tym więcej się buntuję, tym więcej dostrzegam w nim tylko rozum — a nie serce.

Wreszcie, źlem się może wyraził, mówiąc: „buntuję się”. Bunt to nie tylko niezadowolenie z istniejących urządzeń — to zarazem przeświadczenie o niedoskonałości czegoś i możliwości istnienia lepszych warunków. Jam nie do tego stopnia naiwny, ażeby się buntować przeciwko temu, co jest niewzruszone, co nawet uznaję za możliwie najlepsze; ale przecież mogę powiedzieć, czy mi się to coś podoba lub nie, czy mi z nim dobrze czy źle. Taki bunt nie zakłóci wszechświata.

Jednakże człowiek, z całym swoim rozumem, jest strasznie marną istotą. Obdarzony zdolnością analizy i wyczuwania wszystkiego, a pozbawiony siły twórczej nawet w dziedzinie abstrakcji — jest jak Samson, któremu włosy obcięto. Targa się i szarpie, a nic nie może, choć wszystko widzi.

Dobrze, że Stach mój nie czyta tych kartek: nazwałby to, jak zwykle, przelewaniem z pustego w próżne — czym to i jest rzeczywiście. Szczęśliwy, kto może, raz zgodziwszy się na to, zaprzestać daremnych trudów. Mnie to widać w manię przeszło i innym już nie będę.