12. Przeklęty Sybir!
Nareszcie zaczęliśmy się spuszczać z wysokiej góry na dół; jechaliśmy ciągle borem, aż od razu na skręcie zobaczyliśmy prawie pod naszymi nogami miasto Jekaterynburg161, na pamiątkę carycy Katarzyny wybudowane, a dalej, jak okiem sięgnąć, ogromną płaszczyznę. To Syberia!!
Nareszcie byliśmy za Uralskimi Górami.
Tu zobaczyłem przeklęty Sybir, ten grób tylu naszych braci, to piekło ziemskie! Ileż tutaj biedni Polacy wycierpieli, ilu z tęsknoty za Ojczyzną umarło!
Przejeżdżając przez to miasto, ciekawie się wszystkiemu przypatrywałem. Wszystko tu jakoś inaczej wyglądało; domy, chociaż drewniane, ale obszerne i czyste; a poza głównym miastem rozciągały się duże ogrody, w których środku stały ładne domy, jakby pałacyki. Były to mieszkania bogatych kupców.
Gdy się dobrze rozpatrzyłem, zaczął mi się ten Sybir jakoś lepiej podobać, i chociaż tu jako więzień wjeżdżałem, zdawało mi się tutaj weselej niż w samej Rosji. Ludzie jacyś lepsi, litościwsi dla nas, biedaków, i widać było, że nas żałowali.
Jednego dnia przyjechaliśmy do miasteczka Tiumenia162; jest to pierwsze miasto okręgowe guberni tobolskiej. Bardzo wielkie tu mają być składy towarów, bo tędy najwięcej przechodzą towary, które wiozą z Rosji do Syberii i ze Syberii do Rosji; z samych Chin tędy wożą dużo herbaty i innych towarów, ale Chiny na drugiej stronie Syberii leżą o parę tysięcy wiorst163 daleko. Jak się jedzie do Tiumenia z Jekaterynburga, idzie trakt równym stepem nad samymi Górami Uralskimi; dalej przechodzi przez miasta: Tobolsk, Tomsk, Krasnojarsk, Irkuck aż do miasta Kiachty164; to ostatnie miasto leży na samej granicy państwa chińskiego. Przez miasto Kiachtę tylko przepuszczają Chińczyki towary ze swego kraju, bo reszta tego państwa otoczona jest murem, jak mi powiadali, długim na parę tysięcy mil, wysokim miejscami na 40 łokci165, a takim szerokim, że na murze mogą jechać obok siebie trzy wozy.
Jak się o tym dowiedziałem, to nie chciałem wierzyć, ale gdy mi nawet księża mówili, że to prawda, toć uwierzyłem, ale jednak pojąć nie mogłem, na co takie mury pobudowali; dopiero mi powiedzieli, że te Chińczyki to spokojny lud, który dlatego taki mur pobudował, żeby ich sąsiedzi nie mogli napadać i rabować.
Z Tiumenia do Tobolska166 jest 250 wiorst, czyli trzydzieści i kilka mil naszych. Do Tobolska przywieziono nas do komisji, która miała nas rozgatunkować i rozesłać na miejsca przeznaczenia, gdzieśmy mieli nasze kary odsiedzieć.
13. W Juninie na zesłaniu
Było to właśnie jakoś w maju, gdyśmy przybyli do Tobolska. Tu niedługo nas zatrzymali; zdaje mi się, że w tydzień wysłali mnie z partią, składającą się ze stu ludzi, dalej kibitkami do Omska167, skąd dopiero mieli mnie odstawić do Junina168, wsi za Omskiem o jakie 80 wiorst.
Do dnia wpakowano nas znowu na kibitki i wyjechaliśmy raźnym kłusem z Tobolska.
Ślicznie słońce wschodziło, a tym bardziej słońce nas ucieszyło, że noc była porządnie mroźna. I znowu zaczął się step; trawa wszędzie bujnie się puszczała, tak że to widać było, iż to prześliczna ziemia i tylko jej pługa potrzeba było, aby wydać obfity plon. Ale cóż, kiedy tu ludzi braknie i nie ma komu ziemi uprawiać.
Zdziwiło nas, że raz po raz trafiały się nad traktem dość duże kawały, obsiane rzepą — miejscami widać było rzepę jeszcze przeszłoroczną, niesprzątniętą. Dopytywaliśmy się, czemu ci ludzie rzepę sieją, kiedy jej nie sprzątają. Na to nas dopiero objaśnili, że Sybiraki naumyślnie rzepę nad traktami sieją, aby biedni ludzie, którzy uciekają ze Syberii, mieli co jeść; i prócz tego zawsze za oknem na noc zostawiają bochenek chleba, sól, masło i nóż, aby biedak miał się czym posilić w drodze.
Dziwiliśmy się bardzo dobremu sercu Sybiraków, na co nam jednak powiedzieli: prawda, że Sybiracy są dobrzy ludzie, ale że oni też to dlatego robią, aby biedni ludzie nie byli przymuszeni z biedy i z głodu napadać i rabować.
Przejechaliśmy rzekę Tobol już nocą i musieliśmy zatrzymać się we wsi, bo jednemu z naszych koni pękło tak kopyto, że nie mógł iść dalej. Bardzo się zdziwiłem, gdy zawołano kowala, a tu pokazał się Cygan, ale takutki jak nasze Cygany, którzy czasem u nas się włóczą; a z tym Cyganem przyszedł jakiś tęgi chłop, który, gdy koń niespokojny wierzgnął, po polsku zaklął.
Był to rzeczywiście Polak, już tu od dwudziestu kilku lat na posieleniu. Ożenił się ze Sybiraczką, miał dorastające dzieci, ale pomimo że się zbogacił i we wszystkim mu się wiodło, zawsze tęsknił za kochaną Ojczyzną i Boga prosił, żeby w Polsce mógł choć kości swoje złożyć. Tak nam się ucieszył, że aż oficer komenderujący konwojem musiał go kazać odpędzić, a on, choć z daleka, jeszcze wołał, że Boga prosi, aby nam błogosławił i pomógł jak najprędzej wydostać się z niewoli.
Znów zmieniliśmy nocą konie, a kibitki puściły się pędem dalej w drogę, a nade dniem wjechaliśmy do małego miasteczka Jałutorowki169, także z drzewa zbudowanego, jak wszystkie mniejsze miasteczka i wsi na Syberii. Stąd już tylko były trzy stacje do Omska, gdzieśmy nazajutrz szczęśliwie wjechali.
Omsk, duże, murowane po większej części, gubernialne miasto. Z prawej strony wjazdu widać było długi wał ze ziemi: to forteca, do której nas wieźli. Po jednodniowym wypoczynku wyjechaliśmy do Junina, wsi, do której komisja była mnie przeznaczyła. W dwa dni zajechaliśmy też szczęśliwie na miejsce, gdzie wsadzono nas trzydziestu do kordegardy170.
Wieś Junin leży w kraju zamieszkałym przez Kirgizów. Jest to bardzo duża wieś; przeszło tysiąc ludzi tam mieszka; ciągnie się po obydwóch stronach drogi; budynki dosyć duże, z drzewa budowane; ściany domów to proste kloce dębowe, z grubszego ociosane toporem i na zrąb (jak mówią) układane, ze środka szpary mchem pozatykane i gliną wyrzucone; po większej części słomą pokryte, niektóre zaś deskami. Cała ta wieś ładnie wygląda i nawet naokoło domów dosyć porządnie. Domy mieszkalne są prawie wszystkie bez kominów, jak w Rosji, i w rogu izby ogromny piec. Stoły, krzesła i ławy widać własnej roboty, łóżek nie mają, tylko rzadko gdzie. Sypiają zwykle u góry przy suficie; jest to tak urządzone, jakby drugi sufit, który przez całą izbę nie idzie, ale dochodzi może do trzech części izby. Do tego schronienia najprzód wchodzi się na mały murek, który przypieckiem nazywają — z tego półpiecka na piec, a dopiero z pieca na ten półsufit, gdzie zawsze jest ciepło największe z całej izby, tak że człowiek się czasem i tęgo spoci. Tam na słomie można by się doskonale wyspać, żeby nie plugawe robactwo, którego zawsze tam pełno, a już najbardziej panują tam pluskwy; te już pono chcą zjeść człowieka.
Z początku mieszkaliśmy w kordegardzie, to jest w domu, gdzie mieszkają żołnierze. Były tam w tym domu trzy wielkie izby; w dwóch mieszkali żołnierze, a w trzeciej nas trzydziestu pomieszczono. Tam przechodziliśmy prawdziwe męki! Najprzód było tam tak ciasno, żeśmy się ledwo położyć mogli; oprócz tego żywność była bardzo licha, a brudu to w całej naszej izbie aż grubo leżało: raz w tydzień kolejką mieliśmy zamiatać, toć przez tydzień tyle naniosło się błota do naszej izby, że aż niepodobna. Robactwo to się jeno po nas tak roiło.
14. U smotrytiela
Zaraz nazajutrz po naszym przybyciu do Junina zawołano nas po kolei przed smotrytiela171. Jest to w każdej takiej wsi jakby naczelny komendant nad więźniami. Jak na mnie przyszła kolej, abym wszedł do jego biura, prowadzony przez żołnierza, właśnie pan smotrytiel przeglądał moje papiery i zaraz się do mnie po rosyjsku odezwał: „Z tobą to gorzej niż z drugimi, boś ty skazany do ciężkich robót na pewien czas i dopiero, jak sobie dobrym prowadzeniem zasłużysz, to będziesz mógł być posieleńcem. Ty wiesz, to za tę sprawkę: za pobicie żandarma w Warszawie”.
Zrozumiałem, co do mnie mówił, bom już trochę się był poduczył w drodze rosyjskiej mowy, i zaraz też odpowiedziałem, jakem umiał: „Słuszaju172, panie naczelniku! Ale to było zupełnie niewinnie, bo już ten żandarm mnie tak niemiłosiernie katował, że ani podobna; to człowiek z desperacji go lunął”.
Uśmiechnął się smotrytiel i machnął jeno ręką; „Z początku pójdziesz do taczek, a potem zobaczymy. Paszoł!173”
Zaraz mnie też odprowadzili do kuźni, odjęli ten przeklęty łańcuch, com miał na ręku, i przykuli do taczek tak, że taczki miałem do lewej nogi przykute i wszędzie wlec je musiałem za sobą.
Zaraz też tego samego dnia poszedłem z drugimi do roboty. Woziłem w mych taczkach glinę do cegielni. Mieli tam właśnie wypalić parę piecy na dom dla pana smotrytiela.
Robota, jak robota, nie była bardzo ciężka, ale te wściekłe taczki wlec ciągle za sobą to już w człowieka mory174 biły; gdziem się jeno ruszył, to taczka za mną, czy spać, czy jeść; już też nie wiedziałem rady z desperacji.
Raz też, na moje szczęście, pomodliłem się z całego serca do Pana Boga, a On też zaraz mi dopomógł.
Przyszedł właśnie smotrytiel zobaczyć do nas, jak się też pierwszy piec wypalał. Patrzy, a tu majster, co miał w piecu palić, pijaniusieńki leży, a ogień w piecu zagasł. Okropnie się pan smotrytiel rozzłościł, gdy to zobaczył (choć to był dobry człowiek), siarczyście zaklął i powiada: „Cóż ja tu pocznę, kiedy to bydlę tak pije, że niepodobna! Naturalnie, piec mi spaskudzi; żeby też Boh mi zesłał jakiego innego majstra”. Na to ja się odezwałem: „Ja potrafię cegłę wypalić, bom robił w cegielni”. Bardzo się pan smotrytiel ucieszył, gdy to usłyszał, i zaraz kazał mnie do kowala zaprowadzić i rozkuć, a prócz tego obiecał mi, że jeżeli dobrze wypalę, to mi pozwoli zaraz po skończonym paleniu wybudować sobie z trzema kolegami domek i wolno żyć w nim jak posieleniec. Co prawda, tom jeszcze nigdy sam nie był wypalił pieca cegły, ale tylko pomagałem ceglarzowi przy paleniu; lecz myślałem sobie, przecież to nie pismo, to się da jakoś radę, a jeno drzewa to nie będę żałował na wielki ogień, a potem, jak się dopędzi ogniem, zawalę ziemią na wolę bożą.
Tak mi się też i udało, tylko cegła to prawie same klinkry175 się porobiły, bom drzewa ogromnie dosadził176; tego też nie potrzeba było żałować, boć tam tego pod dostatkiem.