Złość ukryta i jawna

Łatwiej nie łgać poetom, ministrom nie zwodzić,

Łatwiej głupiego przeprzeć54, wodę z ogniem zgodzić

Niż zrachować filuty55: ciżba, wojsko spore.

Skąd zacząć? Spośród tłumu na hazard56 wybiorę.

Wojciech jadem zaprawny, co go wewnątrz mieści,

Zdradnie wita, pozdrawia, całuje i pieści,

W oczy ściska, w bok patrzy, a gdy łudzi wdzięcznie,

Cieszy się wewnątrz zdrajca, że oszukał zręcznie.

Czyni źle, bo gust w samej upatruje złości.

Zdradza, byleby zdradził, a ten zysk chytrości

Stawia mu z cudzych trosków wdzięczne widowiska.

Najmilszy jego napój łza, którą wyciska.

Co słowo — sztuka zdradna, co krok — podstęp nowy;

Zdrajca czynmi, gestami, milczeniem i słowy.

Na kogo tylko wspojźrzy, stawia zaraz sidła,

A gdy się coraz wzmaga złość jego obrzydła,

Jak pająk, co snuł z siebie, rozpostarłszy sieci,

Czuwa wśród pasm zawiłych, rychło w nie kto wleci.

Uśmiech jego nieprawy zmyka się57 po twarzy,

W oczach skra zajadłości błyszczy się i żarzy:

Spuszcza je na blask cnoty, a zjadle58 pokorny,

Sili się swej niecnocie kształt nadać pozorny59.

Próżna praca. Sama się złość z czasem odkrywa.

Spada maszka60, a zdrajca, co pod nią przebywa,

Tym jeszcze wszeteczniejszy, im dłużej był tajny.

Ten, co ma umysł zwrotny61, a język przedajny,

Idzie za nim Konstanty, szczęśliwy, że wygrał,

A co w pierwszych początkach żartował i igrał,

Czyniąc jak od niechcenia, gdy sztucznie62 się czaił,

Tak kunszt zdradnych podstępów dowcipnie utaił,

Iż ten, co oszukany, nie wie, jak wpadł w pęta;

Wpadł jednak, a fortelnie sztuka przedsięwzięta

Tego, co ją dokazał, uczyniła sławnym.

A poczciwość? Ten przymiot służył czasom dawnym;

A kto wie, czy i służył? Każdy wiek miał łotrów,

A co my teraz mamy i Pawłów, i Piotrów.

Miał Rzym swoje Werresy63, swoje Katyliny64,

Był ten czas, kiedy Kato65, z poczciwych jedyny,

Silił się przeciw zdrajcom sam i padł w odporze.

Nie w tak dzikim już teraz jest cnota humorze66

Umie ona, gdy trzeba, zyskowi dogadzać:

Człowiek grzeczno–poczciwy, kiedy kraść i zdradzać

Nakaże okoliczność, zdradzi i okradnie,

Ale zdradzi przystojnie67 i zedrze przykładnie,

Ale wdzięcznie oszuka, kształtnie przysposobi,

Ochrzci cnotą szkaradę i złość przyozdobi,

A choć zraża sumnienie68, niebo straszy gromem,

Śmieje się, zdradza, kradnie — i jest galantomem69.

Więc poczciwych aż nadto. Paweł trzech mszów70 słuchał,

Zmówił cztery różańce, na gromnice dmuchał,

Wpisał się w wszystkie bractwa, dwie godziny klęczał,

Krzywił się, szeptał, mrugał i wzdychał, i jęczał,

A pieniądze dał w lichwę. Święte są pacierze,

Zdatne bractwa71, lecz temu, co daje, nie bierze.

Syp fundusze, a kradnij, Bóg ofiarą wzgardzi.

Tacy byli, mniemaną pobożnością hardzi,

Owi faryzeusze72 i wyschli, i smutni,

A w łakomstwie niesyci, w dumie absolutni,

Mściwi, krnąbrni, łakomi, nieludzcy, oszczerce.

Próżne, Pawle, ofiary, gdzie skażone serce:

Krzyw się, mrugaj, bij czołem, klęcz, szeptaj i dmuchaj,

Zmów różańców bez liku, bez liku mszów słuchaj,

Jeśliś zdrajca, obłudnik, darmo kunsztu73 szukasz,

Możesz ludzi omamić, Boga nie oszukasz.

Brzydzi się niecnotliwym Jędrzej hipokrytą,

A natychmiast zbyt szczery, nie już złością skrytą,

Ale jawnym wzgorszeniem zaraża i truje74,

Pyszny mnóstwem szkarady, hańbą tryumfuje.

Zrzucił szacowną cnoty i wstydu zaporę,

A widząc skutki jadu i łatwe, i spore,

Stał się mistrzem bezbożnych. Ma uczniów bez liku.

Leżą grzecznych75 bluźnierców dzieła na stoliku;

Gotowalniane mędrcy, tajemnic badacze,

Przewodniki złudzonych, wieków poprawiacze76,

Co w zuchwałych zapędach chcąc rzeczy dociekać,

Śmieją prawdzie uwłoczyć i na jawność szczekać;

Czcze światła, dymy znikłe77... Lecz z widoków sprośnych

Zwróćmy oczy. Już nadto tych scen zbyt żałosnych.

Dumny Jan pokrewieństwem i Litwy, i Polski,

Że go uczcił Niesiecki78, Paprocki, Okolski79,

Rozumie, iż za zmową ugodną i wspólną

Wszystkim cierpieć należy, jemu szaleć wolno.

Rozumie, iż gdy tytuł zaczyna od „jaśnie”80,

Przy tym blasku i rozum, i cnota przygaśnie;

Nadstawia się81 i gardzi. Mikołaj bogaty,

Choć go jaśnie wielmożne nie czczą antenaty,

Śmieje się z oświeconych, co złotem nie świecą.

To u niego zacności i szczęścia skarbnicą,

To rozum, to nauka, w tym się wszystko mieści:

Szóstak82 groszy dwanaście, a złoty trzydzieści.

Jakże zebrał? Dość, że ma; czy ukradł, czy zdradził.

Mikołaj pan, choć filut, bo skarby zgromadził,

Bo posiada po panach folwarki i włości;

Jak zechce, przyjdzie i do jaśnie wielmożności.

Woli być mości panem, a z sum pożyczonych

Brać lichwę od dłużników jaśnie oświeconych.

Dumą wewnątrz nadęci, zbytkiem podupadli,

Nie wstydzą się ci żebrać u tych, co je skradli83;

Oszukani, klną na dal, a łaszą się z bliska,

Śmieje się pan Mikołaj, a majętność zyska.

Za jedną, która poszła, w rok idzie i druga,

Aż ów lichwiarz pokorny, uniżony sługa,

Większy pan niż jegomość, którego wielmożni84;

Tak lecą w zdradne sidła młodzi, nieostrożni.

Omamiony nieprawym polorem i gustem,

Piotr, co zaczął być stratnym85, jest teraz oszustem.

Gdy nie ma wsi na zastaw, dopieroż pieniędzy,

Chcąc uniknąć i głodu, i zimna, i nędzy,

Istotną dolegliwość gdy, jak może, tai,

Wiąże się z towarzyszmi, podchlebia i rai,

Czatuje, jak by ze wsi domatora dostać,

A uprzejmego biorąc przyjaciela postać,

Zaczyna rządy w domu, częstuje i sprasza,

Dobry gust gospodarza wielbi i ogłasza,

W spółce jest do wszystkiego, choć pieniędzy nie ma,

I poty w więzach tego, co usidlił, trzyma,

Aż go sobie we wszystkim uczyni podobnym.

Więc ten, co niegdyś oczy pasł gustem ozdobnym86,

Wraca do domu zdarty, smutny, po kryjomu,

Albo i nie powraca nie miawszy już domu.

Próżno więc, jak to mówią, po szkodzie korzysta87.

Franciszek, przedtem pieniacz88, teraz alchimista,

Dmucha coraz na węgle, przy piecyku siedzi,

Zagęszcza i rozwilża, przerzadza i cedzi.

Pełne proszków chimicznych szafy i stoliki,

Wszędzie torty, retorty, banie, alembiki89.

Już postrzegł w ogniu gwiazdę, a kto gwiazdę zoczy90

Albo głowę Meduzy91, albo ogon smoczy,

Już ten wygrał. Winszuję, ale nie zazdroszczę.

To mniejsza, że Franciszek o złoto się troszcze;

Niech dmucha, a nie kradnie. Choćby złoto zrobił,

Swoje stracił, na swoim niechby i zarobił.

Nie złoto szczęście czyni, o bracia, nie złoto!

Grunt wszystkiego poczciwość, pobożność i z cnotą.

Padnie taka budowla, gdzie grunt nie jest stały.

Chcemy nasz stan, stan kraju, ustanowić trwały,

Odmieńmy obyczaje, a jąwszy się92 pracy,

Niech będą dobrzy, będą szczęśliwi Polacy.