I
Biała rzeźba chmury spiętrzonej jak lodowiec. Świetlana
postać, sferyczna przodownica, nieskalana Swietłana
prze naprzód. Zmienia swe proporcje
jak siłacz zapracowujący na pamiątkowe proporce
godzinami mordęgi nad każdym modułem muskulatury
poddawanej co miesiąc, w świetle, osądom jury. Niezawisłe chmury.
Busoł kołuje nad łąką. Wróble, szara, dziarska
gromada rozsypuje się na asfalcie niczym szaradziarska
kombinacja punktów, które połączywszy gmatwaniną linii,
otrzymasz klarowny obraz. Ciamka, oblizuje się, ślini
leszcz jadący sprzedawać się w Berlinie, prawdziwe widowisko, jak zmysłowo je gruszkę.
Przed snem pocałunek: wyciera starannie usta o plecak służący mu za poduszkę.
Ja wysiadam niedługo. Też sobie pozwolę na luksus
soczystego owocu, wciąż czuję w żołądku ostry kuksaniec kuksu.
O, trzymający w dłoniach gędziebne naczynia, wolni od trup i grup
powietrzni muzykanci, gdzie mój trup znajdzie grób?
Kto odda niesprawiedliwość wymyślonym zaletom?
Kto mnie opłacze waletą? Kto pójdzie za lawetą? Damy przeciwko waletom?