II

Kiedyś strażnicy grobu nieznanego żołnierza, odporni na wiatr i żarty

rekruci sztywni jak knoty zastaną przy zmianie warty

odwalony kamień. Oszaleje wojskowa żandarmeria. Tłumnie

zwalą fotoreporterzy, by uwieczniać pustkę w urnie czy trumnie.

Już widzę, jak główny strateg stratą gieroja się martwi.

A to może i dobrze, że po wszystkim jesteśmy tak niedoskonale martwi.

Znam takich. Z papierosem w zębach i w dresie

młody sukinkot trafia raz za razem, pewnie pewien, że się

nie zestarzeje, przenigdy. Obwieszcza to niebu krzykiem.

Za pięć lat będzie kolejnym chodzącym nieboszczykiem

z trudem trafiającym do domu, co dopiero do kosza. Że też się nie zmęczy,

znów wsadził piłkę od góry i zawisł na obręczy.

Cóż znaczą w tej pożodze nasze sknocone ciała, woskowa żandarmeria

moralnych zasad, stearyna starań? Żądam berła

i buławy, ogniotrwałej motyki, strażackiego bosaka i idę jak w dym,

na bosaka, przez labirynt mowy. I wracam niepyszny, ucięty jak męski rym.

Śmierć, to ci figura. A jaki cień. Myślałem, że gdzieś poleciała.

Lecz przesuwa się ku mnie, na wolne pole ciała.