Rozdział drugi
A na podwórzu rzeczywiście działy się rzeczy straszne. Psy goniły się z takim hałasem, że usłyszała to Katarzyna. Wypadła z kuchni i stanęła na progu.
-– Jezus, Maria! Psy! A bodaj was! — krzyknęła i niewiele myśląc, schwyciła za wiadro z mydlinami i chlust — na Bursztyńsia i Pucunia.
Puc był właśnie wtedy na wierzchu. Wziął też tęgi prysznic.
Bursztyńsio oberwał tylko ścierką. Skorzystał z tego, że mydliny szczypały Pucka w oczy, i łap! za kość.
Obejrzał się, gdzie by tu ją pogryźć w wygodzie i spokoju. Zobaczył prześcieradło leżące na ziemi. Skoczył na nie.
Dopadła go tam Katarzyna. Łap za kark! Ale się jakoś wyrwał. Sunie przed siebie, a mierzy ku furtce.
Już miał szmyrgnąć w ulicę9. Wtem furknęło mu coś nad głową. Obejrzał się. I to go zgubiło. Bo trzewik Katarzyny trafił go w kark, odbił się od Bursztyńsia i bęcnął w parkan.
Długo trwało, zanim Katarzyna pozbierała bieliznę z ziemi, otrzepała z piasku, a dobrze utytłaną w błocie zabrała do przepierki.
Pucunio przez cały ten czas siedział jak trusia w kąciku pomiędzy drwalką i parkanem i nie pokazywał się wcale. Wyglądał tylko ostrożnie jednym okiem, co i jak.
Nareszcie kiedy Katarzyna poszła do kuchni i drzwi się za nią zatrzasnęły. Puc wysunął się z kąta. Suchego włoska na nim nie było. A do tego ten ohydny zapach mydlin. Aż mu się mdło zrobiło, gdy sam siebie powąchał.
— Od razu wiedziałem, że ten smarkacz, ten szczeniak Bursztyn wplącze mnie w jakąś awanturę — wyrzekał.
— Jak to mnie czuć! Ze dwa tygodnie nie będę się mógł pokazać w żadnym psim towarzystwie!
Rozglądał się po podwórzu. Szukał czegoś, w czym by się mógł wytarzać.
Ale, jak na złość, nie było pod ręką nic takiego, co stanowi psie perfumy. Ani zdechłej myszy, ani ptaka, nic. Zobaczył w kącie trochę zgniłej marchwi i kartofli, których Katarzyna nie zdążyła zakopać pod winogronami.
— No, to jeszcze jako tako pachnie! — powiedział sobie i nuż się tarzać.
Wytarł się tak, że mu się sierść zlepiła w strączki. Powąchał, kichnął i szepnął:
— Teraz to można wytrzymać! Tylko dobrze by było wytrzeć się o co.
Na sznurze wisiały koszule i kołnierzyki.
— W sam raz dla mnie — zdecydował Puc i przeszedł raz między bielizną, przeszedł drugi.
Za każdym razem na koszulach zostawały brudne smugi, a kołnierzyki wyglądały tak, jakby je kto zamoczył w kawie.
— Teraz się warto przespać! Ale lepiej Katarzynie zejść z oczu. Pranie! Nic dziwnego, że zła. Idźmy do ogrodu.
Poszedł.
A tam pod oknem rosły rdesty, takie dość rzadkie kwiaty, które świeżo sprowadzono z Warszawy.
Pucunio spojrzał w tę stronę i zdecydował, że miejsce dla niego jak ulał. Położył się. Ale że młode pędy rdestów kłuły go w boki, więc wstał.
— Zawsze tam, gdzie najlepsze miejsce do spania, muszą rosnąć dzikie chwaściska. Kłuje to, że wytrzymać nie można — pomrukiwał ze złością, bo mu się potężnie na sen zbierało.
I teraz zabrał się do oczyszczenia miejsca.
Szarpnął jeden młody pęd — wyrwał, targnął za drugi, trzeci. Czego nie mógł wyrwać, to zdeptał albo połamał.
Nareszcie urządził sobie legowisko jak się patrzy. Umieścił się wygodnie, ziewnął i zaraz zasnął.
Zrazu spał jak kamień, nic mu się nie śniło. Ale po pewnym czasie poczęły mu się marzyć przygody z kością. On goni Bursztyna, Bursztyn ucieka tak prędko, że Puc ani rusz nie może go dogonić.
Na próżno majta nogami przez sen i poszczekuje cicho, tak jakby jęczał. Biegnie, biegnie, aż tu nagle Bursztyn frru! w górę!
Przygląda mu się Pucunio zdziwiony i dopiero teraz widzi, że to nie Bursztyn. I nie wróble! Ale motyl! Macha skrzydełkami, macha. Skrzydła stają się coraz większe, czerwienieją, nabierają plam czy pasów. Co to?
Toż to Katarzyna fruwa w powietrzu! Jeszcze tego brakowało! Jak tu się przed nią ukryć!
Kręci się po podwórzu biedny Pucunio, jak może, a Katarzyna wciąż nad nim ścierką wywija.
— Aj! — jęknął przez sen i obudził się.
Rozejrzał się dokoła, Katarzyny wprawdzie nie zobaczył w powietrzu, ale spostrzegł, że go coś w bok uwiera. Ostatnia żywa gałązka rdestu.
Uciął ją zębami przy samej ziemi, obrócił się na drugi bok i znów zamknął oczy.
Przyśnił mu się wtedy sen rozkoszny.
Zdawało mu się, że jest przed sklepem rzeźnika, tego, do którego Katarzyna zawsze chodziła po mięso. Rzeźnik był gbur i człowiek z gruntu nieużyty10. Nigdy nie pozwolił wpaść psom, choćby na jedną chwileczkę, do jatki. A tym razem nie tylko nie zauważył Puca, jak się wkradł za Katarzyną, nie tylko nie krzyknął na niego, nie złapał za kark i nie wyrzucił za drzwi, ale udawał, że nie widzi, jak Puc łasuje11 z niecki te ochłapy, te zrzyneczki rozkoszne, na które wszystkim psom z okolicy ślinka ciekła do pyszczków.
Rozżarł się Puc, o Bożym świecie nie wie!
Wtem wpada do jatki Karo. Buldog. Potwór. Zacięty wróg Puca i wszystkich psów w mieście. Puc do niego. Karo w nogi. Łapać go! Wypadły na rynek.
Ale co to? Jakieś kamienie lecą z góry. Jeden, drugi, trzeci. Oj, boli, boli!
— Ajajaj! — krzyczy Puc, otworzył oczy, spojrzał i jak szalony skoczył przed siebie z podwiniętym ogonem.
Nie oparł się aż na ulicy. Obejrzał się za siebie. Katarzyna jeszcze mu wygrażała kijem.
— Dam ja ci, nie bój się. Weźmiesz ty za swoje. Tylko przyjdziesz do domu — obiecywała psu.
— Niegłupim12 — szepnął Puc w odpowiedzi i lekkim dyrdaczkiem13 pomknął w stronę rynku.
Do rogu ulicy miał ogon opuszczony i stąpał niepewnie. Na rogu obejrzał się jeszcze raz na dom. Katarzyny już nie było widać. Podniósł więc ogon do góry jak kitę i wolno, nie spiesząc się, godnie sunął przed siebie.
Na rynku pod studnią zbierało się o każdej porze najprzedniejsze psie towarzystwo z całego miasta. Zawsze trafić tam można było na kogoś, z kim i porozmawiać przyjemnie, i pobawić się miło.
Dziś prowadził zabawy Kucuś, pies wysoko ceniony dla swego naprawdę miłego charakteru14.
— Ósemka czy wyścigi? — pytał uprzejmie. — Co panowie wolą?
Wybrano ósemkę. Dokoła studni i latarni. Już się ustawiono, już miała się zacząć zabawa, gdy wtem w sam środek koła wpadł Bursztyn.
— Już po tobie! — krzyknął Puc i skoczył do niego. — Toś ty przyczyną tego wszystkiego! Teraz podwieczorek, a ja w domu pokazać się nie mogę!
Bursztyn zdążył krzyknąć:
— Wielka nowina! — i zmykał, bo Puc miał taką minę, że żartować z nim było niebezpiecznie.
— Tchórz! — ryknął Pucek i rwał przed siebie.
Bursztyn zmykał, aż się za nim kurzyło. Co chwila jednak obracał się za siebie i wołał:
— Puc! Przestań! Nowina!
— Ja ci dam nowinę!
— Bryczka przed domem!
— Znam ja twoją bryczkę! — charczał Pucunio, nie zwalniając biegu.
— I pan, i Krysia siedzą już!
— Ja ci posiedzę! Stój!
Bursztyn byłby może i stanął, ale już było za późno. Z rozpędu podciął nogi jakiejś pani, że omal nie upadła, wpadł na jakiegoś jegomościa, który zajadał wiśnie. Upadła torba, wiśnie się rozsypały, jegomość porwał za laskę. Ale Bursztyn już zrzucił ze stołka straganiarkę, wpadł pod koła wozu, ledwie go nie przejechali, wreszcie dopadł przeciwległego chodnika i stamtąd krzyknął:
— Puc, spiesz się, bo zaraz ruszą!
Pucek zmiarkował, że to prawda, co mu Bursztyn powiedział.
Skoczył za nim.
Po drodze oberwał parasolką od damy, laską od jegomościa z wiśniami, zgniłym pomidorem od przekupki.
Zamroczyło go trochę, więc usiadł na chodniku i obejrzał się. Bursztyna już nie było.
Puścił się więc ku domowi. Patrzy — przed furtką pusto.
Co tu robić?
Wtem gdzieś, na samym końcu ulicy, zamajaczyło coś, niby Bursztyn.
— Ojejej! — jęknął i wyrwał takiego galopa, że aż mu uszy fruwały.
Nareszcie bryczka tuż, tuż. Wywiesił więc język do ziemi, sapał i biegł dobrego truchta.
Powiada do niego Bursztyn:
— A widzisz? A nie mówiłem? Byłbyś się spóźnił!
Puc spojrzał na niego dość przyjaźnie.
— Niech ci tam! Sztama. Co mamy się sprzeczać!
Spotkała ich Plotka.
— Chodźcie, chodźcie! — wołała na nich. — Króliki są w ogrodzie!
— Nie zawracać nam teraz głowy! Nie widzisz to, że jedziemy z naszym panem?
A miały takie miny dumne i wspaniałe, jakby to naprawdę one jechały.