Rozdział trzeci
Bryczka zatrzymała się przed dworcem. Pełno tam było ludzi. Pociąg z Warszawy miał przyjść lada chwila.
Szepnął Bursztynowi Pucek, pies bywały, który często chodził na dworzec:
— A uważaj tylko na tego, co to stoi we drzwiach. To gbur.
Bursztyn podszedł do drzwi. Spostrzegł, że ten, co odbierał bilety, zapatrzył się w inną stronę, więc szmyrg! tuż pod jego nogami.
— Pójdziesz! Gdzie? Wynocha! — krzyknął na niego bileter.
Ale Bursztyn niewiele sobie robił z tych krzyków. Odskoczył o kilka kroków, spojrzał na niego z pogardą i szczeknął:
— Ogromniem się przeląkł15! Będzie mi tu groził! Nie widzisz, że z państwem idę? — i zamiótł za sobą nogami.
Ruszył naprzód w podskokach, pewny siebie jak nigdy.
Nie spostrzegł się, że właśnie nadjeżdżał pociąg.
Huknęło mu, stuknęło tuż nad głową, parowóz gwizdnął przeraźliwie! Bursztyńsio przysiadł, skurczył się tak, że zupełnie rozpłaszczył się na ziemi.
— Ratunku! — wrzasnął nieswoim głosem, podwinął ogon pod siebie — i w nogi.
Biegł jak oszalały wzdłuż toru. Nic nie widział, nic nie słyszał. Łomotnął głową o jakiś pieniek, odbił się, stoczył do rowu i przepadł w trawie.
— A co? Nie mówiłem? Ten Bursztyn zawsze się zachowuje jak smarkacz — skrzywił się Puc, który patrzył z politowaniem i wyższością na Bursztyńsiowe wyścigi.
Tymczasem z pociągu zaczęli wysiadać podróżni. Puc pociągał za każdym wysiadającym nosem, obwąchiwał.
— Sami obcy — dziwił się. — Ten jest rzeźnik, już wiem. Tę babę czuć mlekiem. A ta, co ma w koszyku? — zaciekawił się i biegł parę kroków za kobieciną, która dźwigała po wielkim koszu na obydwóch ramionach. — Już wiem, masło, masło! — ucieszył się i nagle począł kręcić nosem i parskać. — Co to jest? — wyrzekał. — Toż to ten sam mdły zapach, jaki czuć w szafie, w której Katarzyna chowa futra na zimę.
Stanął i spoglądał ciekawie w stronę, skąd go dziwny zapach dochodził.
Zobaczył, jak z drzwi wagonu wyjrzało najpierw małe pudło. Za nim większe. Później jeszcze większe. Widział, że Krysia odbiera od kogoś niewidzialnego jedno pudełko po drugim, ustawia je obok siebie na ziemi. Po pudełkach przyszła kolej na koszyki, koszyczki, tobołki, zawiniątka.
Cała góra się tego zebrała!
Pies aż przysiadł na zadzie ze zdziwienia.
Ale się zdumiał naprawdę dopiero wtedy, kiedy za wszystkimi zawiniątkami ukazała się postać długa, sucha, koścista, z nosem jak pogrzebacz, na którym siedziały okularzyska, wielkie niby talerze.
— A to kto? — dziwił się Puc. — Katarzyna, tylko jeszcze gorsza? Mało było jednej, jeszcze drugą sobie sprowadzili czy co?
Badylowata dama miała na ręku dwa koszyczki, podała je Krysi i powiedziała skrzypliwym a słodyczkowatym głosem:
— Tylko ostrożnie, dziecinko, tylko ostrożnie! Mikaduchna śpi! Śpi — powtórzyła pieszczotliwie. — A Tiuzdunio przez całą drogę był bardzo zdenerwowany. Boję się o niego. On taki delikatny. A taki do mnie przywiązany!
Krysia wzięła obydwa koszyki do rąk. Puc zaciągnął się zapachem.
— Ojej! A to co? — pomyślał i zaczął się gwałtem przepychać do koszyków.
Spostrzegła to dama.
— Precz! Pójdziesz! — zawołała na niego i zaczęła odpędzać Puca od koszy, w których były zamknięte jej skarby.
— To nasz Pucek — przedstawiła psa Krysia.
— A, to wasz pies — uspokoiła się dama. — Spodziewam się. że jest dobrze wychowany i że moim skarbuńciom nie zrobi krzywdy.
— Pucunio? Krzywdy? Nigdy w świecie, proszę pani. Pucek, przywitaj się z panią!
Pucunio był psem dobrze wychowanym i umiał się znaleźć w towarzystwie.
Nie z wielką wprawdzie chęcią, bo mu obca pani nie bardzo przypadła do serca, ale przez przyzwoitość skoczył do niej w pięknych podrygach i zaczął ją obszczekiwać, skakać do rąk, łasić się.
— Ależ to nieznośny kundel! — broniła się dama. — No, już dość tych czułości! Patrzcie, jakie on ma brudne łapy! Krystynko, jak często kąpiesz swoje pieski?
Puc był pies mądry. Poczuł, że pomiędzy nim a przyjezdną damą nie będzie sympatii. Odskoczył i chciał jej odpowiedzieć:
— Moja pani, kąpię to ja się sam! I to w każdej wodzie, na jaką tylko natrafię. Nie jestem brudas. O, nie! — ale się rozmyślił, zmilczał16 i pobiegł ku Bursztynowi, który właśnie pokazał się na dworcu.
— Widziałeś? — szepnął do niego. — Ładna dama, co? A wiesz, co tam jest w tych koszykach?
— No?
— Psy!
— Psy? — zdziwił się Bursztyn.
— A psy. I to ci powiem, że psa, który by tak pachniał, jak tamte, póki żyję, nie spotkałem. Co to się będzie działo, jak one się pokażą na rynku! Wstyd!
— Każdy będzie wiedział, że to z naszego domu — zmartwił się Bursztyn.
— Jak my się z nimi innym psom na oczy pokażemy?!
— Patrz no, patrz! — zawołał Bursztyn i aż kucnął ze zdumienia, a oczy mu się zrobiły wielkie jak talary.
Każdy by się zresztą zdziwił, nie tylko pies.
Przyjezdna pani wyjęła z koszyka Tiuzdejka, który miał na sobie fraczek w kratkę pomidorową z zielonym!
— Wstyd i ohyda! — zdecydował Puc. — Idziemy do domu.
Poszły. Nie obejrzały się nawet za siebie.