Rozdział dziewiąty

Minęło kilka dni. Mikado zmienił się zupełnie.

Nie dlatego, aby otrzymane w czasie walki na rynku rany miały go zeszpecić.

Ani trochę!

Poszarpane uszka zrosły się. Tam gdzie były niewyraźne zresztą blizny, zasłoniła je długa jedwabista sierść Mikada. Po rycerskim udziale Mikaduchny w starciu nie zostało śladu.

Był ładny jak przedtem, jak zwykle.

Zmiana też, o której mówię, nie dotyczyła powierzchowności psiny.

Zmienił się wewnętrznie. Zmężniał. Stał się psem jak się patrzy.

Biegał niezgorzej od naszych psów domowych. Skakał w górę lepiej niż Bursztyńsio.

I poweselał znacznie. Okrągłe paciorki oczu śmiały mu się, były pełne radości.

Pomimo to Mikaduchna nie stracił nic na swej wrodzonej powadze. Zawsze spoglądał na wszystkich z góry i nie pozwalał sobie na to, na co pozwalały sobie Bursztyńsio i Pucek.

— To nie pies, ale złoto! — mawiała o nim Katarzyna. — Można by mu na samym nosie położyć kawałek kiełbasy — nie ruszy.

Nie myślcie jednak, że i Mikaduchny nie trzymały się figle.

I to nie byle jakie!

Mało to co dzień miała kłopotu ta sama Katarzyna z serwetą?

A było tak.

Mikado zaraz z samego rana wybiegał na podwórze. Tam się wyczyniały psie harce hałaśliwe albo też cichsze, jeżeli Imka siedziała na płocie.

Podczas śniadania Mikado zawsze przychodził do pokoju. Lubił ocukrzoną herbatę. Siadał więc na krześle obok Krysi, patrzył jej w oczy. I raz po raz lizał po ręku.

Bo od czasu bitwy Mikado z całego nowego domu uznawał tylko Krysię. Kochał ją i okazywał jej to na każdym kroku.

Otóż przy śniadaniu sadowił się on zawsze przy niej: Całował jej ręce i czekał. Nie okazywał zniecierpliwienia, nie upominał się, nie skamlał, jak to robią wszystkie psy. Wiedział, że ocukrzoną herbata go nie minie, i umiał być cierpliwy.

Raz tylko, pamiętam, tak się jakoś stało, że Krysia zamiast pić herbatę (Mikado dostawał swoją porcję ulepu zawsze wtedy, gdy Krysia skończyła śniadanie) zagadała się z Katarzyną.

Mówiły, mówiły, mówiły, a pies czekał. Zrazu jak zawsze cierpliwie. Gdy się rozmowa przedłużała, zaczął się niespokojnie poruszać. Oblizywał się przy tym czerwonym jęzorkiem i wpatrywał się w Krysię zdumionymi oczyma.

— Czyżbyś zapomniała, że jestem obok ciebie, że czekam grzecznie na swoją porcję herbaty? — dziwił się.

Gdy Krysia nie zwracała na niego uwagi i w dalszym ciągu rozmawiała z Katarzyną, Mikado podniósł się, oparł łapki na stole, przysunął się do Krysi bliziutko.

A przed Krysią stała pełna filiżanka herbaty.

— Wypije czy nie wypije? — myślałem.

Mikado nie dotknął filiżanki.

Postanowił jednak najwidoczniej zwrócić za jakąkolwiek cenę na siebie uwagę, bo nagle wskoczył na stół, oparł się łapkami o piersi Krysi i liznął ją kilka razy po twarzy.

— Krysiu, a to Mikado widać czegoś chce od ciebie, że ci się tak przypomina — powiedziała Katarzyna.

Mikado oczywiście dostał herbaty. No i trochę pieszczot na dodatek.

Należały mu się one. Krysia przecież była winna i psu należały się przeprosiny — to raz, a po drugie — Krysia polubiła tak Mikada, że ciągle rozmyślała nad tym, co będzie, jeśli panna Agata zabierze go ze sobą.

Były tam nawet ciche rozmowy na ten temat w kuchni. Z Katarzyną. Coś wisiało w powietrzu. Alem się nie dopytywał.

A cóż z tą serwetą?

Właśnie, zaraz będzie o serwecie.

Po śniadaniu Katarzyna sprzątała ze stołu. Zdejmowała obrus i kładła serwetę z chwastem i frędzlą. Na tę chwilę czekał Mikado. Czepiał się ząbkami za którykolwiek brzeg i ciągnął ku sobie.

Serweta oczywiście jechała ze stołu.

Katarzyna łap! — za nią!

Wtedy Mikaduchna odskakiwał z zajadłym szczekaniem. Ale niech no serweta zjawiła się na stole w całej swej okazałości, Mikaduchna zaczynał taniec na nowo.

Za pierwszym razem Katarzyna, która żartów nie lubiła, tupnęła ze złością nogą i wyszarpała serwetę z psich ząbków.

Trzeba było widzieć Mikada.

Spojrzał na Katarzynę łobuzersko, a tak jakoś dziwnie przymilnie.

— Przecież to są żarty — powiedział. — Zabawa! Nie trzeba się gniewać!

I znów skoczył ku serwecie.

Katarzyna pięścią w stół.

Mikado spojrzał na nią z wymówką, podwinął ogon pod siebie, wdrapał się na swój fotel i odwrócił się tyłem do Katarzyny.

— Patrzcie no go, jak się obraził! — zaśmiała się na to. — Mikuś, aby się nie gniewaj.

Mikado spojrzał na nią jednym okiem.

— Mikuś, serweta! — zawołała Katarzyna i umyślnie zaczęła suwać obrusem po stole.

— Zrozumiałaś już? — ucieszył się Mikado.

Skoczył i łap za frędzle.

Ujadał i szczekał, jakby się nie wiem co w domu działo. Katarzyna udawała, że broni stołu. Biegała, tupała. I taka była zabawa, aż ha!

Kończyło się zawsze na tym, że Katarzyna mówiła do Mikada:

— No, Mikuś, nabawiłeś się! Dość figlów! Trza iść do roboty!

Mik spoglądał na nią pytająco. Poznawał z miny, że istotnie dość zabawy. Podbiegał wtedy do Katarzyny, wspinał się jej do kolan i majtał ogonkiem.

Ona głaskała go po głowie.

— Przymilne to i wdzięczne, a mądre jak człowiek. Tylko mu mowę dać, to ho, ho, ho! — mawiała Katarzyna o Mikadzie.

I zawsze po takim wyznaniu były dłuższe rozmowy w kuchni z Krysią.

Co to będzie, jeśli panna Agata zabierze Mikada do Warszawy?

Tymczasem... tymczasem przyszło to niespodziewanie, cios, rozpacz, katastrofa!

Tiuzdejek, ten wyfraczony elegancik, ta zgryźliwa pokraka, który się nie zadawał zupełnie z naszymi psami, który ani krok nie odstępował swojej pani... zginął!

Przepadł. Jak kamień w wodę.

Wyszedł rano na podwórze. Katarzyna go widziała, jak na swoich tykowatych nogach obchodził wszystkie zakamarki, jak to zwykł był robić co dnia. Lecz zamiast, jak to się działo co dzień, w te pędy wracać do pokoju, został.

Ale mija kwadrans, mija godzina... O Tiuzdejku ani słychu.

Awantura! Gwałt! Bieganina! Szukanie!

Panna Agata z rozwianym włosem szaleje po ogrodzie.

Zagląda pod każdy krzak agrestu! Przeszukuje każdy krzak bzu! Gałązkę po gałązce! Depcze po kapuście! Sałaty jakby nigdy nie było! Pomidory w kawałki!

Kto by tam od rozpaczy śmiał wymagać rozsądku!

Katarzyna wściekła! I o sałatę, i o kapustę, i o pomidory! Wyciąga za spódnicę pannę Agatę z grządek! Ta się szarpie, wyrywa!

Puc mrugnął na Bursztyna, Bursztyn na Puca.

— Pomagajmy Katarzynie — powiedziały sobie.

Ale nie o pomoc tu chodziło, tylko o wrzask i szarpanie. Co Katarzyna złapie za suknię pannę Agatę, to już Puc ciągnie ją z drugiej strony. A Bursztyńsio doskakuje z wrzaskiem z przodu.

A panna Agata nic, tylko jednym głosem woła:

— Tiuzdej, Tiuzdej, Tiuzdej!

A coraz piskliwiej, coraz chrypliwiej! Jakby kto nożem po szkle...

Ech! — koniec świata, i tyle.

Sąsiedzi się zbiegli na to widowisko! Do samego południa trwały te poszukiwania Tiuzdejka.

Musiałem pożyczyć sieci, brodzić po sadzawce, bo się pannie Agacie koniecznie uwidziało, że Tiuzdej utopił się w tej kałuży, w której więcej błota niż wody.

Miesiłem to błoto nogami i naprawdę nie mogłem w tym znaleźć nie tylko przyjemności, ale i sensu. Bo nie tylko Tiuzdej, ale i szczur nie byłby się mógł utopić w naszej sadzawce.

Ale czego się to nie robi po to, aby dogodzić zrozpaczonej kobiecie, no i gościowi.

Wreszcie powróciliśmy do domu.

Panna Agata słania się i ledwie mi przez ręce nie leci.

Po lekarza, myślę, posłać czy jak?

Wchodzimy na podwórze. Nagle Bursztyn spojrzał na Puca. Puc na Bursztyna. Nosy w górę. Węszą.

— Puc! — krzyknął Bursztyn. — Czujesz naszą wątrobę?

— Nie przeszkadzaj! — warknął Puc i zaciąga się wiatrem.

I jak kamień z procy śmiga w furtkę. Bursztyn za nim. Nie upłynęło okamgnienie — jazgot, pisk, wrzask, gdzieś za ogródkiem na ulicy.

— Tiuzdejek, mój Tiuzdejek! — krzyknęła panna Agata i już jest za furtką.

Krysia, Katarzyna i ja — za nią!

O kilkanaście kroków od furtki, tam gdzie się zaczynało już pole — widzimy — kłębi się coś. Kurz... do nieba! Nie widać nic, tylko tuman, z którego miga to łeb, to ogon, to noga. Wrzask nad ludzkie pojęcie!

Podbiegamy bliżej.

Puc i Bursztyn obrabiają Tiuzdeja!

Odgryzał im się wcale nieźle. Nawet bym się tego po takim niedojdzie nie spodziewał.

I o co to bitwa? O wątrobę.

Musiał ją Tiuzdej zwęszyć, zabrać, wywlec z ogrodu na pole. No i fetował się tym smakołykiem!

Że sobie nie żałował, tośmy mieli sposobność stwierdzić. Byłem pewien, że po tej uczcie ducha wyzionie!

Panna Agata wzięła sobie całą przygodę tak mocno do serca, że zaraz zaczęła pakować rzeczy.

— Nie zostanę ani chwili w domu, gdzie są takie nieznośne psy! Jeżeli mój Tiuzdejek mógł jeść jakiś surowy, zatęchły ochłap, to tylko dlatego, że się wdał z takimi psami jak wasze! — wymawiała nam, biegając od kufra z rzeczami do koszyka, w którym leżał zbolały „skarbuńcio”.

Nie sposób było wyperswadować pannie Agacie, że nasze psy nie mogły „zepsuć” jej Tiuzdejka, bo skarbuńcio nie wdawał się zupełnie z Pucem ani z Bursztynem.

Uparła się, i koniec.

Wieczorem, przy kolacji, Krysia trzymała ciągle na kolanach Mikada.

I tak mi się zdawało, że gładząc go po głowie pociągała nosem. A Katarzyna chodziła markotna. Po kolacji Krysia podchodzi do mnie i mówi:

— Wuju, a jak będzie z Mikadem?

— Jak ma być, kochanie? Pies stanowi własność panny Agaty. Wprawdzie widzę, że mniej go ona lubi niż Tiuzdejka, ale skoro zechce zabrać Mikada do Warszawy, to go zabierze.

— A może tak... — zaczyna Krysia.

— Co?

— A może by tak wuj poprosił pannę Agatę, żeby nam go zostawiła?

— Moje dziecko — powiadam — niedobrze jest wyręczać się kim innym, kiedy daną sprawę możemy załatwić sami. Pomów sama z panną Agatą.

Krysia poszła.

Nie minęło minuty, już była z powrotem.

Płakała.

Pobiegła do kuchni. Co tam mówiły z Katarzyną nie wiem. Wiem tylko, że drzwi trzaskały w całym domu, rondle szczękały, nazajutrz śniadanie spóźniło się o całe pół godziny, a mleko było tak przypalone, że go do ust wziąć nie można było.

Gdy zajechała bryczka, którą mieliśmy odwieźć na kolej pannę Agatę, i zaczęło się wynoszenie rzeczy, Puc i Bursztyn z Mikadem były gdzieś na mieście. Zjawiły się dopiero w ostatniej chwili.

Panna Agata schwyciła Mikada, wpakowała go gwałtem do koszyka.

— Widziałeś? — szepnął Puc zdruzgotany tym, co zobaczył.

Bursztyn nie odpowiedział nic.

Ale za to panna Agata krzyknęła i puściła koszyk z Mikadem na ziemię.

Bursztyn ugryzł ją w łydkę.

Robił to rzadko, ale zawsze boleśnie.

Odskakiwał po tej operacji w bok i robił taką minę, jakby nie wiedział, o co chodzi.

Panna Agata schwyciła się za nogę.

— Zabijcie tego kundla! Jest na pewno wściekły! — krzyknęła i rzuciła się przez omyłkę na Puca z parasolką.

Puc wyszczerzył na nią zęby i syknął:

— Ręce z daleka! Bo ja takich poufałości nie lubię!

Ledwieśmy jako tako załagodzili tę sprawę, aż tu masz, nowa awantura. Mikado wyszedł z kosza, ogon pod siebie i w nogi na podwórze.

Złapałem go, niosę, panna Agata porwała psa na ręce. Zapakowała do kosza. Jedziemy.

Czy Krysia pociągała noskiem?

O, i jak jeszcze! A na koszyk z Mikadem starała się nawet nie spoglądać.

Wnieśliśmy rzeczy panny Agaty do wagonu. I koszyki z psami.

Pozostawało jeszcze kilka chwil do odejścia pociągu. Panna Agata stanęła w otwartym oknie.

Przerzucaliśmy się ostatnimi pożegnaniami, jak to zwykle bywa podczas odjazdu.

Nagle — pociąg już rusza, panna Agata kiwa nam ręką, Krysia krzyczy:

— Mikado!

I jakaś kula odbiła się od wagonu i spada pomiędzy nas.

— Mikado!

Widocznie koszyk się otworzył, psina wdrapała się po poduszce do okna.

Wybrał Krysię. Wolał ją niż swoją panią.

— Ha, trudno. Jakoś się sprawę załatwi — powiedziałem sobie i nie mąciłem radości Krysi i Mikada, którzy cieszyli się tym, że się odnaleźli nawzajem.

I odtąd Mikado został już u nas na stałe. Pannę Agatę udało się przekonać, że psu lepiej będzie u nas.

Mikado został więc z Pucem i Bursztynem. No i z Krysią. Tylko zmienił imię. Nazywał się krótko: Mik.

Sypiał w pokoju przy łóżku Krysi. Nie spuszczał oczu z nikogo, kto się do niej zbliżał. Niech Bóg broni, aby się do niej dotknąć. Skamlał wtedy, prosił:

— Nie krzywdźcie mojej panienki. Ja ją kocham. Nie róbcie jej przykrości.

Ale gdy ktoś tak sobie, na niby, udawał, że ją uderza, nie zważał na nic, tylko się rzucał z furią i gryzł.

Z psami żył zawsze jak najlepiej. Gdy dnie były nudne, jednostajne, przesypiał je w budzie, gdzie zawsze była barania łopatka, jedyna psia pociecha w chwilach niedoli.

Przypisy:

1. po temu — dziś raczej: na to. [przypis edytorski]

2. wnyki (przestarz.) — lanie; tu w znaczeniu: dostaniesz ty ode mnie porządne lanie. [przypis edytorski]

3. chwalba (daw.) — przechwałka. [przypis edytorski]

4. nie ujdzie — tu w znaczeniu: nie ucieknie. [przypis edytorski]

5. jakeś zmykał — konstrukcja z ruchomą końcówką czasownika, inaczej: jak zmykałeś. [przypis edytorski]

6. tylkom się wycofał — konstrukcja z ruchomą końcówką czasownika, inaczej: tylko się wycofałem. [przypis edytorski]

7. bielizna — tu: pościel. [przypis edytorski]

8. wziął — tu: dostał. [przypis edytorski]

9. już miał szmyrgnąć w ulicę — dziś raczej: już miał uciec na ulicę. [przypis edytorski]

10. nieużyty (daw.) — nieuczynny, nieskory do pomocy innym. [przypis edytorski]

11. łasować — podjadać, stąd: łasuch. [przypis edytorski]

12. niegłupim — dziś raczej: nie jestem głupi. [przypis edytorski]

13. dyrdaczek, dyrdak — bieg drobnymi kroczkami, od dyrdać. [przypis edytorski]

14. wysoko ceniony dla swego naprawdę miłego charakteru — dziś raczej: wysoko ceniony ze względu na swój naprawdę miły charakter. [przypis edytorski]

15. ogromniem się przeląkł — konstrukcja z ruchomą końcówką czasownika, inaczej: ogromnie się przekląkłem. [przypis edytorski]

16. zmilczał — powstrzymał się od dalszego mówienia, nic nie powiedział. [przypis edytorski]

17. weźmiesz — tu: dostaniesz (lanie). [przypis edytorski]

18. utnę — tu: ugryzę. [przypis edytorski]

19. w każdym bądź razie — obecnie konstrukcja ta uchodzi za błędną, poprawnie: w każdym razie. [przypis edytorski]

20. dyrdaczek, dyrdak — bieg drobnymi kroczkami, od dyrdać. [przypis edytorski]

21. wziął — tu: dostał. [przypis edytorski]

22. mitygować — strofować, upominać. [przypis edytorski]

23. machinacja — intryga, podstęp. [przypis edytorski]

24. ćpał — tu: jadł łapczywie. [przypis edytorski]

25. nieużyty (daw.) — nieuczynny, nieskory do pomocy innym. [przypis edytorski]

26. sobek (pot.) — egoista, samolub. [przypis edytorski]

27. jeszczem (...) nie widział! — konstrukcja z ruchomą końcówką czasownika, inaczej: jeszcze (...) nie widziałem. [przypis edytorski]

28. fryga (daw.) — bąk (zabawka dziecięca kręcąca się wokół własnej osi). [przypis edytorski]

29. tom jeszcze nie oglądał — konstrukcja z ruchomą końcówką czasownika, inaczej: to jeszcze nie oglądałem. [przypis edytorski]

30. rezeda — roślina o drobnych kwiatach w kolorze żółtozielonym. [przypis edytorski]

31. jakeś ty się uchował — konstrukcja z ruchomą końcówką czasownika, inaczej: jak ty się uchowałeś? [przypis edytorski]

32. fryc (daw.) — nowicjusz. [przypis edytorski]

33. jakeś taki chwat — konstrukcja z ruchomą końcówką czasownika, inaczej: jak jesteś taki chwat. [przypis edytorski]

34. cham (pot.) — ordynarny człowiek, prostak. [przypis edytorski]

35. ocet siedmiu złodziei — ocet winny, w którym przez 12 dni moczono zioła: m.in. rutę, piołun, rozmaryn i szałwię. Stosowano go profilaktycznie przeciwko zarażeniu się dżumą, a także podawano skazańcom przed egzekucją. [przypis edytorski]